środa, 18 stycznia 2023

UWAGA!

 Już od 20 stycznia nowy blog z nową książką mojego autorstwa.

Będzie to historia Hannah i Billy'ego.

Co, którzy czytali moje poprzednie książki, będą wiedzieli o kogo chodzi.

Zapraszam

https://monique-romans-29.blogspot.com/ 

M.

sobota, 29 października 2022

Epilog - Witaj w domu

 

 Epilog

Witaj w domu

Lisa

 

 

Rok później

To był dzień jak co dzień.

Od roku nie wyjeżdżałam, nie opuszczałam naszego domu na dłużej niż na godzinę lub dwie, by zrobić zakupy, odwiedzić przyjaciół, ale wolałam zapraszać wszystkich do naszego domu, a oni to wiedzieli.

Wiedzieli, że utrzymuję dom w gotowości na przybycie mojego męża.

Więc tego dnia też, jak codziennie, sprzątnęłam kuchnię, obeszłam cały dom, by sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna były pozamykane, pogasiłam światła i skierowałam się do naszego apartamentu, kiedy to usłyszałam.

Ktoś otworzył drzwi wejściowe z klucza, a potem przełączał alarm.

Do naszego domu były na całym świecie tylko dwa klucze.

Tylko dwie osoby znały kod do naszego alarmu.

Drugą osobą, oprócz mnie, która mogłaby tak wejść do naszego domu był ten, na którego codziennie tutaj czekałam już od roku, chociaż niektórzy nasi przyjaciele chyba stracili nadzieję, bo widziałam, jak kręcili głowami na to wariactwo i prosili mnie, żebym nie mieszkała tu sama.

Dla mnie to nie było wariactwo.

Aż do tej chwili w każdej sekundzie wierzyłam w to, że mój mężczyzna wróci do mnie, do nas i do naszego domu.

Czekałam na niego.

Więc kiedy to usłyszałam, wiedziałam, co to było.

Zamarłam na stopniach, kiedy wchodziłam do korytarza prowadzącego do części rodzinnej, a potem powoli wróciłam do salonu.

Szłam jak lunatyczka, krok po kroku.

Drzwi do korytarza wejściowego otworzyły się, kiedy zrobiłam kolejne dwa kroki w tamtą stronę.

Od czasu, kiedy poruszałam się po naszym domu niewidoma, nie potrzebowałam światła, żeby wiedzieć, gdzie stał każdy z mebli.

Więc nie włączałam go.

Szłam powoli w stronę męskiej sylwetki, która pojawiła się w słabym świetle, wpadającym z okna wychodzącego na podjazd.

Znałam ją.

A potem przyspieszyłam.

Mężczyzna rzucił na podłogę niewielki worek podróżny, który miał na ramieniu i wyprostował się, a potem spojrzał w moją stronę i zamarł.

Tak!

Podniosłam drżącą dłoń do ust i jeszcze bardziej przyspieszyłam.

Wpadłam na jego przód i, kiedy mnie nimi objął, zakopałam się w jego ramionach, wbijając czoło w jego klatkę piersiową, a potem jęknęłam:

- Mark!

Nic nie powiedział, tylko przycisnął mnie do siebie z całej siły, jakby potrzebował upewnić się, że nie śnił, co poczułam, bo ja upewniałam się, że nie śniłam.

Oprzytomniałam na tyle, że odsunęłam się na centymetr, a potem podniosłam ręce do jego ramion i zaczęłam krzyczeć, płakać i śmiać się jednocześnie, witając go w domu.

- O, Boże. Jesteś. Jesteś głodny. O Boże… jesteś zmęczony. Wejdź, pokaż mi się. Jesteś tu!

Nie opuścił rąk, nie poruszył się, tylko na mnie patrzył.

A potem pochylił się do mnie i pocałował mnie gwałtownie, przyciskając do siebie jedną ręką mój kark pod włosami, by mocniej zgniatać moje usta swoimi, kiedy druga jego ręka nadal trzymała moje plecy.

Wsunęłam palce jednej dłoni w jego włosy i poczułam, że były tłuste, brudne, skołtunione, ale czułam je, więc nie protestowałam.

Był tam!

Wreszcie Mark się odsunął.

- Lisa - szepnął, a jego głos był schrypnięty i słaby - Myślałem już, że cię nigdy więcej nie zobaczę.

- Dlaczego? - zapytałam ze zdumieniem - Przecież jesteś moim mężem. Czekałam.

- Kochanie - mruknął i opuścił głowę, by schować twarz w mojej szyi, kiedy nadal obejmował mnie mocno ramionami.

Pomyślałam, że musiał przejść okropne rzeczy, że sądził, że nie przeżyje, a nie, że myślał, że nie będę na niego czekała.

Więc odpuściłam.

Wrócił do mnie.

Musiałam o niego zadbać.

- Chodźmy do kuchni - powiedziałam wreszcie i wzięłam jego dłoń w swoją, by pociągnąć go w tamtą stronę - Nakarmimy cię.

Poszedł posłusznie, ale po drodze nawet nie wyciągnął ręki, by zapalić światło, jakby nie chciał widzieć lub być widzianym.

Kiedy doszliśmy do blatu wyspy, puściłam jego dłoń, zrobiłam krok w stronę kuchenki i zapaliłam światło nad nią.

- Nie mam nic specjalnego - mówiłam pospiesznie, kręcąc się po kuchni - …ale mogę ci zrobić prosty, szybki omlet.

Odwróciłam się do lodówki, zaczęłam wyjmować jajka, ser i pieczeń.

Wyjęłam z szafki nad kuchenką miskę, by mieć w czym wymieszać produkty, a wtedy uderzyła mnie panująca za mną cisza.

Odwróciłam się do mojego męża.

Siedział przy wyspie i patrzył na mnie, jakby nigdy mnie nie widział.

Przypomniałam sobie, w co byłam ubrana.

Było ciepło, więc nie miałam żadnych spodni ani skarpet, a na pewno nie miałam butów.

Sypiałam tylko w majtkach i starych koszulach Marka, zapinanych na guziki, żeby łatwo było zrobić w nich większy dekolt.

Sięgały mi prawie do kolan, więc były dla mnie jak koszule nocne.

Włosy miałam rozpuszczone do snu.

Spojrzałam na niego.

I w tyle oczu poczułam szczypiące mnie łzy.

Mark był ubrany w łachmany, brodę miał rozrośniętą i potarganą, włosy o wiele zbyt długie, brudne i rozczochrane.

Odwróciłam się z powrotem do miski i milczałam, kiedy wylewałam na patelnię roztrzepane jajka ze wszystkim, co mogłam znaleźć do jak najbardziej pożywnego omleta.

Prawda była taka, że od tygodni moja lodówka była prawie pusta.

Eva przywiozła mi poprzedniego dnia zapiekankę, ale zostawiłam sobie tylko małą porcję na kolację, a resztę kazałam jej zabrać do domu.

Robiłam tak już od miesięcy, skoro wcześniej wyrzucałam całe torby jedzenia, które przywoziły mi moje przyjaciółki i mama Marka.

Opiekowały się mną, nami, ale ja wciąż odrzucałam ich propozycje przeniesienia się do którejś z nich.

Zawsze wiedziałam, że mój Mark wróci do naszego domu.

Podeszłam do ekspresu, włączyłam go, żeby robił americano, jakie dawniej pijał Mark, a potem podeszłam do niego, kiedy on przez cały czas patrzył na mnie.

- Tak bardzo tęskniłam - przyznałam szeptem, kiedy oparłam się brzuchem o jego ramię i nie powiedziałam tego, jak bardzo bałam się jego milczenia.

- Wywieźli mnie do Brazylii - brzmiały pierwsze słowa, jakie Mark powiedział w miarę normalnym głosem - Jechałem tam kilka tygodni w skrzyni podobnej do trumny, przez cały czas nafaszerowany narkotykami. Wybudzali mnie na krótko, ale nie miałem siły się ruszyć.

Zamarłam, ale zacisnęłam mocniej swoje ręce wokół jego szyi i ramion, żeby wiedział, że go słuchałam.

O, Boże, jak on śmierdział!

Nie odsunęłam się nawet na centymetr.

- Potem chcieli wydobyć ode mnie informację, jak można ominąć ochronę córki Johnsona, więc po przybyciu na miejsce przestali mnie narkotyzować - mówił dalej głuchym głosem - Ale trzymali mnie zamkniętego w piwnicy i codziennie przepytywali, strasząc, że cię dopadną.

Zadrżałam, przejęta tym, co musiał przeżywać, bojąc się o moje bezpieczeństwo.

- Trwało to kilka tygodni, ale nic nie mówiłem, nie odzywałem się ani słowem, więc uznali, że dali mi wcześniej za dużo narkotyków i wtedy zaczęli mnie lepiej karmić i leczyć - kontynuował - Potem im jakimś cudem uciekłem.

Odsunęłam się, by spojrzeć w jego oczy, ale nadal trzymałam ręce na jego ramionach.

- Uciekałem od nich do ciebie przez pół roku - wyznał.

- Mark - szepnęłam.

Przesunęłam dłoń na jego policzek zarośnięty potarganą, brudną brodą.

- Pieszo, pociągami na gapę, ciężarówkami, byle na północ - mówił mi - Unikając ludzi i zwierząt, ale zwłaszcza policji. Oni mają dużo znajomości.

Poczułam, że omlet się zrobił, więc nie chciałam, ale musiałam odsunąć się odrobinę, chociaż starałam się utrzymać z nim kontakt fizyczny.

Wyciągałam rękę, by go dotknąć, opierałam się o niego biodrem lub ocierałam ramieniem.

Byle czuć, że był ze mną.

Nałożyłam mu ciepły posiłek na talerz, który postawiłam przed nim, wyjęłam z torby  stojącej na blacie kawałek pieczywa, dolałam mleka do kawy, dosypałam cukru i postawiłam przy nim.

Usiadłam na stołku tak, by być blisko niego, oparłam głowę na ręce, której łokieć opierałam na blacie i patrzyłam, jak jadł łapczywie, wpychając wszystko do ust, jakby bał się, że mu zabraknie.

Był głodny.

W połowie oprzytomniał, wyprostował się i zwolnił jedzenie, zerkając na mnie bokiem, ale wciąż jedząc.

- A ty, tu - powiedział w końcu - Czekałaś przez cały czas sama.

Ponownie poczułam łzy szczypiące mnie w tył oczu.

Jeszcze mu nie mogłam powiedzieć.

Skończył przełykać ostatnie kęsy, wypił ostatnie krople kawy i odwrócił się do mnie całkiem przodem.

- Lady - mruknął - opowiedz mi.

Wtedy się zdecydowałam, że muszę mu to pokazać, chociaż wolałabym, żeby najpierw się umył.

Dlatego wyciągnęłam do niego rękę, wstałam i powiedziałam:

- Chodźmy do łazienki.

- Tak - mruknął - Nie myłem się już z miesiąc.

Zamrugałam, kiedy nowa porcja łez zakłuła mnie w tyle oczu.

Wyłączyłam światło w kuchni i ruszyliśmy przez nasz dom, zostawiając brudne naczynia na blacie kuchennym.

Przeszliśmy przez ciemny salon, kiedy w drzwiach bocznej sypialni stanęła Blondi, spojrzała na nas, a potem warknęła na Marka.

Machnęłam w jej stronę dłonią, a ona wycofała się na pozycję stróżującą przy swoim największym skarbie.

- Czy to… - zaczął Mark.

- Tak - szepnęłam - Kiedy się wykąpiesz, pozna cię.

- Racja - mruknął mój mężczyzna.

Nie wierzył mi, ale ja wiedziałam, czego pilnowała Blondi, więc wiedziałam również, dlaczego nie wpuściłaby tam mężczyzny, który pachniał tak, jak właśnie pachniał Mark.

Poszliśmy do naszej sypialni, zapaliłam światło i weszłam do garderoby, żeby wyjąć duży ręcznik, koszulkę Marka i jego spodnie dresowe, które czekały tam tak strasznie długo.

Kiedy wyszłam z niej, Mark był już w łazience i zrobił to, co potrzebował.

Podeszłam do niego z naszykowanymi rzeczami, a on spojrzał na moje ręce i uśmiechnął się niepewnie.

- Masz wszystko - stwierdził.

- Mam - szepnęłam.

Odłożyłam trzymane rzeczy, nie spuszczając z niego wzroku, a potem zaczęłam go rozbierać, starając nie wzdrygać się z obrzydzenia.

Jego wszystkie ubrania wyglądały i pachniały, jakby ukradł je ze śmietnika, założył na siebie bez prania ich i nosił tak właśnie dokładnie od miesiąca.

Rzucałam każdą część tej lichej garderoby na podłogę, aż odtarłam do skóry Marka i ręce mi zadrżały.

Był tak przeraźliwie chudy.

Jego dawniej tak wspaniałe, mocne mięśnie zamieniły się w żyły, spod których sterczały kości.

Wciągnęłam jeden, a potem drugi urywany wdech przez nos.

- Lisa - Mark szepnął z żalem, więc zorientowałam się, że patrzyłam na jego ciało i z powrotem spojrzałam w jego oczy.

- Już dobrze, będzie dobrze - powiedziałam przez zatkane gardło - Najważniejsze, że jesteś w domu.

- Tak - mruknął Mark - Jestem w domu.

Kiedy był już rozebrany, ja również zdjęłam swoje ubranie i weszłam pod prysznic, ciągnąc go za sobą.

Był tak bardzo bezwolny.

Wykonywał moje polecenia, jakbym sterowała dzieckiem.

Odkręciłam ciepłą wodę i długo, delikatnie, pieszczotliwie, starannie myłam jego dawniej silne ciało, namydlając i spłukując wielokrotnie, a przy okazji oglądając jego skórę.

Plecy miał pokryte bliznami i strupami, które nie były dobrze zgojone, a układały się w linie biegnące w poprzek od pasa po ramiona, jakby ktoś bił go wielokrotnie biczem lub pasem aż do krwi.

Kiedy myłam je łagodnymi ruchami, Mark napinał mięśnie, co dla mnie znaczyło, że nadal go to bolało.

Klatkę piersiową miał nieokaleczoną, ale zapadniętą, podobnie jak brzuch.

Jego skóra nie miała dobrego koloru.

Paznokcie miał zbyt długie i brudne w taki sposób, że pomyślałam, że trzeba będzie je odmoczyć przed obcięciem.

Myłam mu również włosy, co okazało się być o tyle trudne, że musiałam się do niego mocno zbliżyć.

Kiedy przycisnęłam piersi do jego boku, jęknął z bólem.

Odskoczyłam od niego i spojrzałam ze strachem na jego ciało, a wtedy zobaczyłam jego wzwód.

- Mark! - wypchnęłam, bo nagle poczułam to, jak bardzo ja go chciałam.

- Nie możemy - mruknął mój mąż, co było absurdalne, bo musieliśmy.

- Możemy - szepnęłam.

- Nie wiem, czy jestem czysty, zdrowy - wyjaśnił mi Mark, a ja zamarłam.

Kiedy zaczęłam się odwracać od niego, przepełniona nagłym bólem zdrady, złapał mnie w talii ramieniem.

- Nie wiem, czy mi czegoś nie wstrzyknęli - powiedział złamanym tonem.

Niezależnie od jego strachu poczułam szczęście, bo mnie chciał i chciał tylko mnie, więc był mój, jak ja byłam jego przez ten rok rozłąki.

- Więc… - zagryzłam wargę - będziemy kreatywni - dokończyłam.

I spojrzałam w jego oczy z cieniem uśmiechu.

Będziemy kreatywni jak wiele razy wcześniej.

Bywaliśmy już przecież kreatywni z różnych powodów, więc mogliśmy i tym razem.

Ujęłam jego twardość w rękę, którą nadal miałam namydloną i zaciskając palce, przesunęłam po niej od podstawy do końca, przez cały czas patrząc w oczy mojego męża.

Był ze mną.

Objął dłonią moją pierś, ale ja nie mogłam pozwolić, żeby zobaczył, jak się zmieniła, więc przyspieszyłam ruchy ręką, by go rozproszyć.

Udało mi się.

To trwało doprawdy bardzo krótko.

Kiedy po kilku ruchach skończył, dyszał ciężko i patrzył na mój brzuch, na którym były jego krople, a potem zapytał:

- A ty?

Zaczęłam się myć, dokończyłam myć jego, przysunęłam się do jego ciała swoim i wyszeptałam:

- Za chwilę.

A potem zakręciłam wodę i wyszliśmy z kabiny.

Byliśmy już poza prysznicem i wycieraliśmy się ręcznikami, jakie naszykowałam przy prysznicu, kiedy to się stało.

Z elektronicznej niani, którą nosiłam przez cały czas ze sobą na piersi w kieszeni koszuli Marka, a teraz leżała na podłodze, rozległ się płacz Danny’ego.

Mark zamarł.

Ja zaczęłam błyskawicznie kończyć się ubierać.

- Pospiesz się - zawołałam i poszłam w stronę drzwi, oglądając się, by sprawdzić, czy szedł za mną.

Nie szedł, ale nie czekałam na niego.

Wybiegłam z łazienki, a potem z naszej sypialni.

Weszłam do pokoju naszego synka, pochyliłam się nad jego łóżeczkiem i wyjęłam go trzymając pod pachami, kiedy pochlipywał jeszcze, już zadowolony i czekający na mleko.

Usiałam w fotelu bujanym, który tam postawiłam, kiedy z pomocą przyjaciółek i rodziców Marka urządzałam pokój dla dziecka, położyłam sobie na ramieniu pieluszkę, rozpięłam koszulę i przystawiłam Danny’ego do piersi.

Przyssał się natychmiast, jak zawsze łapczywie pijąc mleko, bo był niecierpliwy, jak bywał jego tata.

Podniosłam wzrok, kiedy Blondi jęknęła niespokojnie, podnosząc się na przednich łapach i patrząc w stronę drzwi.

Mark stał tam skostniały, oparty jedną ręką o futrynę i patrzył na nas z pobladłą twarzą i z dziwną miną.

- Wejdź - powiedziałam cicho do niego - i poznaj swojego syna.

Spojrzałam z powrotem na ciemną główkę, która była wciśnięta w moje ramię, kiedy maluch rozłożył paluszki na piersi, którą ssał.

Mark podszedł cicho, delikatnie, jakby był zauroczony.

- To… - zaczął i przerwał, by głośno przełknąć ślinę.

- Dałam mu na imię Daniel, bo twoi rodzice bardzo mi pomagali  - powiedziałam w stronę naszego syna - Ma pięć miesięcy - podniosłam głowę, by spojrzeć na męża - Kiedy cię zabrali byłam w drugim miesiącu ciąży. Nie zdążyłam ci powiedzieć - dodałam z bólem.

- Lisa - Mark przykucnął obok moich nóg i patrzył oniemiały na ten nasz cud, nie mogąc wykrztusić nic więcej.

- Och - jęknęłam, kiedy to poczułam.

Jak zwykle podczas karmienia, miałam ten sam problem.

- Co się stało? - Mark zapytał ze strachem w głosie.

- Nic - mruknęłam zawstydzona - Podaj mi tamte chusteczki.

Wskazałam mu brodą pudełko z chusteczkami jednorazowymi, które stało na bocznej szafce.

Kiedy Mark mi je podał było już właściwie za późno.

Ale jeszcze próbowałam uratować sytuację, wciskając pod koszulę na drugą pierś garść chusteczek, które wyszarpnęłam z pudełka.

- Co…? - Mark nie wiedział, co się działo.

Nie patrzyłam na niego.

- To… - zawahałam się, ale przecież będzie spędzał z nami czas, więc wcześniej czy później to zauważy - Jak go karmię, z drugiej piersi leci mi mleko - przyznałam niechętnie.

- Tak? - Mark zapytał takim tonem, że spojrzałam na niego, by zauważyć, że mu się to podobało.

No, tak, przecież on zawsze lubił moje piersi, podniecały go.

- Pokaż - poprosił, więc odchyliłam koszulę i wyjęłam chusteczki.

Zafascynowana patrzyłam na to, jak pochylił się, a potem niezdecydowanie zapytał - Mogę?

- Tak - szepnęłam, niepewna, co właściwie chciał zrobić, ale zgodziłabym się na wszystko, co chciał zrobić.

A on ujął moją wolną pierś palcami, uniósł ją, wziął mój sutek między swoje wargi, poczułam na nim jego język, a potem lekko zassał.

Odchyliłam głowę na oparcie fotela i jęknęłam z rozkoszy, która przetoczyła się po moim ciele, nagle wybuchając między moimi nogami.

W obu piersiach nagle zamrowiło mnie, poczułam gorąco i mleko zaczęło płynąć swobodnym strumieniem, co Danny powitał łapczywym przełykaniem.

Jak zawsze.

Mark nie pozostał w tyle, chociaż nie spodziewałabym się tego.

Myślałam, że przestraszy się i ucieknie.

Więc miałam dwóch moich mężczyzn, ssących moje piersi i przeżywałam szczyt swojej rozkoszy.

Boże, jaki wstyd.

Byłam nienormalna.

Danny jak zwykle w środku nocy, najadł się dość szybko, a potem od razu zasnął, chociaż zdarzało mi się go trzymać na ramieniu z nadzieją, że mu się odbije.

Nigdy tego nie robił.

Więc tym razem po prostu położyłam go do łóżeczka, zgasiłam lampkę, zostawiając tylko małe ledowe światełko przy podłodze i wyszłam z pokoju, zostawiając uchylone drzwi i zabierając męża do naszej sypialni.

Blondi położyła się na dywaniku na podłodze, by pilnować swojego skarbu.

- Ona tak zawsze? - spytał Mark, patrząc na sunię, która już spokojnie ułożyła się do snu.

- Tak - uśmiechnęłam się - pilnuje go niczym najcenniejszego skarbu.

Przeszliśmy do sypialni i chciałam ułożyć nas w łóżku, kiedy Mark stanął niezdecydowany i zaraz potem powiedział mi, co go dręczyło.

- Lisa - mruknął - ja… mogę mieć wszy.

- Och - szepnęłam, bo nawet mi to nie przyszło do głowy.

Zatrzymałam się i spojrzałam na wysychające, zbyt długie włosy Marka.

- Masz moją maszynkę do włosów? - zapytał cicho mój mąż.

- Mam! - powiedziałam i natychmiast skierowałam się do łazienki.

Znalazłam maszynkę Marka, którą trzymałam stale w jednej z szuflad w szafkach pod umywalkami, podłączyłam ja do gniazdka, bo nie używałam jej od roku, więc nie była naładowana i odwróciłam się do mojego mężczyzny.

- Mam ci obciąć włosy, czy chcesz sam to zrobić? - zapytałam, niepewna, czy będę umiała to zrobić.

- Zrobię to - mruknął Mark i przysunął się do mnie.

Zabrał maszynkę z moich rąk, a ja postałam kilka sekund, patrząc, jak obcinał sobie włosy na skroniach, a potem na czole, a później ruszyłam się, by przynieść z pomieszczenia gospodarczego duży plastikowy worek na śmieci.

Kiedy wróciłam z nim do naszej łazienki, Mark miał już obcięte włosy na głowie do połowy i gładził ją dłonią, zgarniając je na podłogę.

Poszłam do jego łachmanów, rzuconych na podłogę w trakcie naszego rozbierania się i zaczęłam wrzucać je do worka.

Wszystkie bez wyjątku zamierzałam wyrzucić na śmietnik.

- Zaczekaj - zawołał Mark, kiedy złapałam bluzę w czerwoną kratę.

Odłożył maszynkę na blat, podszedł do mnie i wyjął z kieszeni bluzy jakieś papiery, które wyglądały jak zniszczony notes lub zeszyt.

Podszedł z nim do blatu przy umywalce, odłożył go tam i wrócił do obcinania włosów, nie wyjaśniając mi niczego.

Nie zapytałam, bo wiedziałam, że, jeśli będzie trzeba, to mi powie.

Sprzątałam z podłogi do worka resztki jego ubrań i włosów, kiedy obciął również brodę i zaczął golić się do gładkiej skóry maszynką do golenia, którą znalazł również w szafce pod lustrem.

Wyniosłam worek ze śmieciami do pomieszczenia gospodarczego i wróciłam do łazienki, kiedy skończył i mył starannie maszynkę, umywalkę i blat dookoła niej.

Patrzyłam na niego i znowu miałam ochotę płakać.

Powstrzymałam się.

Ale wyglądał na tak chudego, zabiedzonego i chorego, że wciągnęłam urywany wdech, więc odwrócił się przodem do mnie.

A to było jeszcze gorsze.

Przez jego lewy policzek od kości policzkowej do brody biegła długa, czerwona, świeża blizna.

Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się słabym, drżącym uśmiechem.

- Chcesz już iść spać, czy najpierw zjemy owsiankę? - zapytałam.

- Może najpierw zmyję z siebie te włosy, a potem się połóżmy - wymamrotał i odwrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na siebie w lustrze - Nie powinienem jeść zbyt dużo naraz tak szybko po takim wygłodzeniu.

Na to fontanna z moich oczu wreszcie trysnęła.

Nie powstrzymałam jej dłużej.

Stałam tam, w progu drzwi między łazienką a naszą sypialnią i bezradnie wylewałam potok cichych łez, niezdolna do zrobienia ruchu w żadną stronę.

Mark podszedł do mnie, wsunął dłoń w moje włosy z boku mojej głowy palcami za ucho, kciukiem na policzku, kiedy nadgarstkiem podparł moją szczęką, więc przechyliłam głowę, by wtulić się w jego rękę i poczuć jego siłę.

Tak bardzo za nim tęskniłam.

- Lady - szepnął - byłaś tak długo taka dzielna. Możesz płakać.

Wyciągnęłam rękę, a potem drugą, złapałam się go, owinęłam ramiona pod jego żebrami i wcisnęłam twarz w jego klatkę piersiową.

Mogłam płakać.

Był jedyną osobą na całym świecie, przy której mogłam płakać i wreszcie był ze mną.

Więc mogłam.

A on trzymał mnie mocno, wciśniętą w jego ciepłe, znowu silne ciało i pilnował, bym się nie rozpadła.

*****

Następnego dnia rano

W ciągu nocy budziłam się wielokrotnie, by sprawdzić, że to nie był sen.

Nie był.

Mark był ze mną i tulił mnie tyłem ramionami do swojego przodu tak, jak robił to od czasu, kiedy nie widziałam.

Kiedy nad ranem Danny zapłakał, bym go nakarmiła, wstałam ostrożnie, ale mój mąż obudził się przy moim pierwszym drgnieniu.

Poszliśmy więc razem do naszego syna, a Mark znowu patrzył zafascynowany jak malec jadł, a kiedy z drugiej piersi popłynęło mi mleko, Mark znowu zaczął zlizywać kropelki i robił to z zamkniętymi oczami.

Tym razem nie ssał, a ja patrzyłam na to.

Widziałam, jaka czerpał z tego przyjemność, więc prawie uwierzyłam, że może nie byłam aż tak bardzo nienormalna.

Jeszcze tylko prawie.

Kiedy Danny zasnął, co zajęło mu nieco więcej czasu, jak to się zdarzało nad ranem, odłożyłam go, ale tym razem poszliśmy do kuchni, gdzie przygotowałam dla Marka miskę owsianki na mleku z dużą porcją cukru.

Położyłam obok miski jedną z tabletek z witaminami, które dostałam od lekarza w związku z moją ciążą, bo zawierała też wapń i żelazo, a ja uznałam, że Mark tego potrzebował.

Połknął ją nie pytając, z pełnym zaufaniem do mnie.

Kiedy Mark jadł, ja rozejrzałam się po szafkach i stwierdziłam, że mogłam przygotować na śniadanie pancakesy, więc jeszcze nie miałam powodu do paniki, że mój mężczyzna będzie głodny.

Ale musiałam zaplanować zakupy.

Duże i szybko.

Dlatego właśnie rano, kiedy o siódmej wstałam z naszego łóżka i poszłam do garderoby, żeby naszykować się na nasz dzień, najpierw zamierzałam zadzwonić.

Mark jednak znowu wstał razem ze mną, jakby pilnując tego, by być blisko.

Więc rozpoczęłam dzień od obejrzenia jego skóry, bo już w nocy zauważyłam, że powinnam niektóre jego nie-do-końca-zagojone rany posmarować maścią z antybiotykiem.

Dlatego po posadzeniu go na fotelu, który został w łazience od czasu mojego braku wzroku, rozebrałam go z koszulki, wzięłam tubkę z maścią do ręki i stanęłam za jego plecami.

- Większość jest zagojona - powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie, chociaż przy tym emocje dławiły mnie w gardle - ale kilka muszę posmarować.

- Kiedy nie mówiłem… - powiedział Mark, obserwując mnie w lustrze, jakby starał się oszczędzić mi szczegółów, ale badając, co jeszcze musiałam wiedzieć - starali się zmusić mnie do błagania, by przestali mnie zmuszać do tego.

Nie powiedział nic więcej, a ja zastanowiłam się, czy bicie było jedyną metodą, ale potem odsunęłam od siebie te myśli.

Jeśli nie będzie chciał do tego wracać, to nie powinnam go nakłaniać.

Skończyłam, odłożyłam tubkę i umyłam ręce.

- Pójdę naszykować śniadanie - powiedziałam, odwróciłam się do niego i złapałam dłonią za jego gładką szczękę, by unieść jego twarz i lekko pocałować go w usta.

- Okej - mruknął - zaraz tam przyjdę.

Skinęłam głową i odeszłam.

Kiedy już smażyłam w kuchni placuszki, do których znalazłam w zamrażalniku trochę jagód, zadzwoniłam do taty Marka.

- Hej, Lisa - odebrał po drugim dzwonku, jak zawsze to robił, bo nie dzwoniła często, ale on zawsze był gotów mi pomoc we wszystkim, czego potrzebowałam.

Podobnie zresztą jak Margaret.

- Daniel - przywitałam się na wydechu, a jak brzmiał mój głos dowiedziałam się, kiedy w następnej sekundzie Daniel Taylor warknął z niepokojem:

- Mów. Co się stało?

- Mark wrócił! - wyrzuciłam z siebie z radością, bo wciąż czułam ten szczęśliwy szmerek, który trzymał mnie od pierwszej sekundy, kiedy usłyszałam, jak Mark wchodził do domu i wiedziałam, że to musiał być on.

- Co? - westchnął Daniel.

- Mark wrócił - powtórzyłam z naciskiem, co było niesłychane, bo nigdy nie musiałam mówić niczego dwa razy do mojego teścia.

- Zaraz tam będziemy - powiedział szybko Daniel Taylor, mój wspaniały teść, cudowny człowiek, który zawsze był gotów zrobić to, co było konieczne, bym miała wszystko.

- Daniel - powiedziałam pospiesznie - Ja nie mam za dużo jedzenia.

Wiedział to.

Dlatego bez wahania dodał:

- Wstąpimy z Margaret po drodze do sklepu.

- Dziękuję - powiedziałam cicho i nie musiałam nic dodawać, bo wiedziałam, że moja teściowa kupi tonę jedzenia i że wiedziała, co było nam potrzebne.

Kiedy się rozłączyłam, usłyszałam w elektronicznej niani, że Danny zapłakał w swoim łóżeczku, więc przygasiłam ogień pod patelnią i chciałam do niego iść, ale wtedy usłyszałam przez głośniczek głos Marka.

- Hej, mały kolego - powiedział łagodnie, a ja zamarłam.

Danny ucichł, chociaż jeszcze oddychał, jakby był gotów wybuchnąć płaczem w każdej chwili, jakby nie był zdecydowany, czy na pewno już nie chciał płakać.

- O, tak, w górę - odezwał się znowu Mark i usłyszałam, szelest, stęknięcie, więc wiedziałam, że podnosił naszego synka.

- Pójdziemy do mamusi - powiedział Mark poruszając się, więc się naszykowałam.

Od pierwszych chwil, kiedy wiedziałam, co przegapiał Mark, co go omijało, nagrywałam dla niego krótkie filmiki i robiłam mnóstwo zdjęć, a potem zgrywałam je na komputer, żeby pokazać je mojemu mężowi, kiedy wróciłby do domu.

Bo wiedziałam, że wróci.

Teraz uznałam, że to ja potrzebowałam filmu, żeby mieć go, jako przypomnienie tego najpiękniejszego momentu w naszym życiu.

Powitania mojego kochanego męża z powrotem we wspólnym życiu naszej rodziny.

Włączyłam pospiesznie telefon i nastawiłam nagrywanie, kiedy mój mąż z naszym synkiem w ramionach wszedł w przejście z części sypialnej do części dziennej.

Ustawiłam telefon na blacie wyspy tak, by opierał się o cukiernicę, a obiektyw miał skierowany na zbliżający się cud i ruszyłam w ich stronę.

Nie wyciągnęłam rąk po synka.

Danny nie wyciągnął rąk do mnie.

Patrzył równie co ja zafascynowany na mężczyznę, w którego ramionach był, a ja podeszłam do nich blisko i wtuliłam się w drugie ramię Marka.

- Dzień dobry, kochanie - powiedziałam do obu.

Mark objął mnie w pasie i ruszyliśmy tak, objęci w stronę kuchni.

Danny ocknął się i zawołał - Ej! - a potem wyrzucił rączki w górę, by jedną złapać za policzek swojego taty, a drugą za moje włosy.

Najpiękniejsze powitanie rano w dniu, który był początkiem naszego nowego życia.

*****

Mark

Wieczorem tego dnia

Kiedy dobę wcześniej Mark podszedł do drzwi ich domu, jego serce było zaciśnięte żelazną obręczą ze strachu.

Dom był cichy, ciemny i wyglądał na opuszczony, więc przeżył chwilę zwątpienia w to, czy jego żona była tam, czy czekała na niego.

Mark nie miał ze sobą klucza, kiedy go zabrano, bo była to najcenniejsza rzecz, jaką mógłby zgubić.

Zawsze, kiedy wychodził z domu, by jechać gdzieś do pracy, zostawiał klucz w skrytce pod fałszywym kamieniem niedaleko skrzynki pocztowej przy ich podjeździe.

Wracając, wydobywał go, by schować potem, kiedy po raz kolejny wyjeżdżał do pracy.

Wracając do domu z tułaczki, wiedział, że stracił bardzo dużo.

Obrączkę, pewność siebie, mnóstwo siły.

Nie stracił wiary w miłość swojej Lady, miał nadzieję, że nie utracił ich domu, a na pewno nie stracił woli przetrwania, która gnała go przez dwa kontynenty.

Kiedy wszedł do korytarza wejściowego, zobaczył swoje buty i kurtkę, wiszącą obok kurtki Lisy, które były zostawione dokładnie tak, jak zastawił je ponad rok temu, kiedy wiosna zamieniła się w ciepłe dni, zapowiadające lato.

Był kolejny maj, a kurtka wisiała, jakby czekała, żeby wziął ją z wieszaka i założył na plecy, kiedy dzień okazałby się zbyt chłodny, by wyjść bez niej.

Mark przełączył alarm, jakby zrobił to dzień wcześniej, otworzył drzwi z korytarza wejściowego i wszedł, nagle oszołomiony wszystkim tym, co było ich domem.

Przetrwał.

Doszedł.

W domu nic się nie zmieniło.

Kiedy rzucił swój skąpy worek podróżny na podłogę, usłyszał szelest stóp.

Odwrócił się w tamtą stronę i nagle ją zobaczył.

Jego Lady szła, a potem prawie biegła w jego stronę bez chwili zawahania, by wpaść w jego ramiona, które rozłożył tak, jak zawsze rozkładał na przyjęcie w nie swojej żony.

Jezu Chryste Wszechmogący.

Spełniły się wszystkie jego sny.

Lisa przywitała go, wracającego do niej, z najwyższą radością rzucając się w jego ramiona, czekająca na niego mimo późnego wieczoru.

Trzymał ją blisko i chłonął wszystko, co było nią.

Ciepło, miękkość, zapach świeżej bielizny, jedzenia, domu.

Potem był oszołomiony, kiedy uszczęśliwiona zarzuciła go troskliwością, dopytując się, czy nie był głodny lub zmęczony, ale powinien wiedzieć lepiej, że taka właśnie była.

Kochała go i wszystko, czego chciała, to opiekować się nim.

Mark wiedział, że śmierdział.

Czuł się taki brudny, że wstydził się tego i najchętniej uciekłby, ale nie mógł się powstrzymać przed dotykaniem jej, przed jej bliskością.

A potem zobaczył jej wzrok, wyraz jej twarzy, kiedy go zobaczyła, całego takiego, jakim był, przy słabym świetle znad kuchenki.

Żal, rozpacz, chęć dania mu wszystkiego, żeby tylko poczuł się dobrze.

A nie wiedziała jeszcze, jak źle było.

Więc poddał się temu, co musiała mu dać, by poczuć się lepiej, czego potrzebowała, ale też czego on potrzebował.

Po zaspokojeniu jego pierwszego głodu, poszli do łazienki i pod prysznic, gdzie Mark przekonał się, że miała wszystkie jego rzeczy.

Po roku poszła do garderoby i po prostu przyniosła jego koszulkę i spodnie, jakby robiła to codziennie bez tej cholernie długiej przerwy.

Ale kiedy rozebrała się i zobaczył jej nagie, miękkie ciało, tak pełne, kształtne, pełne krzywizn, pomyślał, że nie da rady z nią tam wytrzymać.

Pragnął jej.

Pożądał jej ciała, chociaż wiedział, że nie powinien jej dotykać.

Czuł się skażony brudem, jakim okleili go tamci, nie tylko tym brudem fizycznym, ale i psychicznym, bo nawet jak bardzo starał się ich nie słuchać, to nie mógł nie słyszeć.

To, co wymyślali na nią, na jego czystą Lady, było ohydne.

Mark nigdy nie wierzył w ani jedno słowo, ale musiał przyznać, że w chwili, kiedy usłyszał płacz dziecka, zwątpił.

Dała mu wszystko, dała mu chwilę wytchnienia pod prysznicem, nie żądając dla siebie nic, a on… w nią… zwątpił.

Był za słaby dla niej.

Poznaj swojego syna.

Chryste! Jezu Chryste!

Jego syn.

Jego Lady, jego wspaniała żona, czekała na niego przez rok w jego domu z jego synem, by miał dokąd i do kogo wrócić.

Potem postarał się pozbyć trochę brudu, którym był oklejony, a potem dopiero poszedł spać do ich łóżka.

Budził się przez całą noc, by sprawdzić, czy nie śnił.

Miewał wcześniej takie sny.

Tym razem to była prawda.

Trzymał ją w ramionach.

Rano natomiast nawet cieszył się, że został sam w łazience, kiedy mógł odmoczyć i obciąć paznokcie, bo wciąż czuł się brudny.

Idąc do salonu, do Lisy, usłyszał płacz ich syna, więc wszedł do jego pokoju, gdzie Blondi powitała go bez entuzjazmu, ale odsunęła się od łóżeczka, co Mark uznał za dowód zaufania, skoro Lisa powiedziała wcześniej, że Danny był jej skarbem, którego strzegła.

Wziął synka po raz pierwszy w życiu na ręce i poczuł się pełen.

Ale naprawdę kompletny poczuł się, kiedy Lisa dołączyła do nich dwóch w salonie i zabrała syna z jego rąk, ale wpasowała się pod ramię Marka, kiedy on niósł Danny’ego na drugim ramieniu i szli tak razem w stronę kuchni.

Miał rodzinę.

Nie zabrali mu jej.

Zaraz po tym, jak usiadł w kuchni, przekonał się, że poprzedniego dnia nie uważał, bo mógł zobaczyć fotelik Danny’ego i inne gówno dziecięce w różnych miejscach kuchni i salonu.

Po tym jak Lisa przygotowała, razem zjedli śniadanie, kiedy Danny siedział w swoim foteliku i pokrzykiwał radośnie, wymachując rączkami z plastikową łyżeczką, przyjechali jego rodzice.

Mark nie czuł się winny tego, że nie pojechał do nich zaraz po swoim powrocie ani nie zadzwonił, bo wiedział, że by to zrozumieli.

Ale też wiedział, że musiał im to dać jako drugim, wiec nie protestował, a nawet ucieszył się, że Lisa o tym pomyślała.

Weszli do ich domu, a Mark w ich oczach zobaczył to samo uczucie, jakie widział kilka godzin wcześniej w oczach Lisy. Żal, ulgę, rozpacz na widok jego wycieńczenia, radość, że przeżył, wymieszane ze sobą w jedno.

- Witaj w domu, synu - powiedział jego tata szorstkim głosem, zaraz po tym, jak uściskał go i klepnął go w plecy, ale tak delikatnie, że Mark odczuł to, jak wyglądał.

Jego mama przywiozła torby jedzenia wprost ze sklepu, a kiedy Mark przekonał się, jak doskonale dogadywały się z Lisą, nabrał pewności, że to jego żona poprosiła o te zakupy.

Twoi rodzice bardzo mi pomagali.

Mark lepiej rozumiał, jakim sposobem Lisa przeżyła, mieszkając sama w ciąży, a potem z dzieckiem, w ich domu przez cały rok.

Miała pomoc jego rodziców i pomoc swoich przyjaciółek.

Lisa z jego mamą krzątały się po kuchni, rozkładając produkty spożywcze w takiej ilości, że Mark pomyślał, że nie powinny zmieścić się w szafkach i w lodówce, które jego żona zawsze miała wypełnione, kiedy mieszkali razem.

Tym razem wyglądały na puste.

Mark natomiast wiedział, że będzie musiał poprosić o pomoc swojego tatę, a być może również Davida, więc zrobił to od razu.

Musiał zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, a było to możliwe tylko wtedy, kiedy szczerze opowiedziałby swojemu tacie, by włączył policję i FBI.

Musieli unieszkodliwić tamtych, zanim zorientowaliby się, że Mark przeżył i wrócił do domu.

Bo Mark miał wiedzę o nich, jakiej tamci nie chcieliby ujawnić.

Dlatego właśnie poprosił:

- Tato, moglibyśmy porozmawiać? - i skinął głową na tatę, by wiedział, że musieli przejść do pokoju, który był biurem Marka.

Kobiety obejrzały się na nich, ale nie zareagowały.

Obie wiedziały, kiedy ich mężczyźni potrzebowali porozmawiać bez nich.

Tata Marka po prostu wstał z kanapy, na które zabawiał Danny’ego, oddał wnuka w ręce Margaret i poszedł za synem do gabinetu, gdzie zamknęli z sobą drzwi.

Mark niósł w dłoni notes, który przyniósł z sypialni, a do którego Lisa nie zajrzała, ufając, że Mark opowie jej wszystko, kiedy będzie gotów.

Potem opowiedział to, ale najpierw tylko tacie.

Nie pokazałby wszystkiego, co miał zapisane w tym notesie, bo niektóre zapiski były osobiste, ale notował wszystko.

Plany budynków, nazwiska, ilość broni, ludzi, drogi przerzutów narkotyków i porwanych osób, sposoby wymuszania zeznań.

Cóż, to ostatnie było najtrudniejsze.

Potem pojechali do lekarza.

Lisa pojechała z nimi, kiedy Margaret została w domu z Danny’m.

Tak więc Mark ponownie poczuł jej troskliwość, kiedy Lisa uważnie słuchała wszelkich zaleceń lekarza co do jego diety, suplementacji witamin i białka dla Marka, bo miał duże ubytki masy mięśniowej.

Więc najlepszym lekarstwem dla Marka była obecność jego żony, jej opieka, jej miłość, wspierana przez to, co zapisał lekarz, ale bez potrzeby terapii psychologicznej.

Żaden psychoterapeuta nie dałby mu tyle, co jego Lisa przez codzienną obecność, zwykły dotyk dłoni na przeciętym policzku.

A dwie godziny później z pełnym zaufaniem do nich, w konieczność tego, co musieli zrobić, Lisa zgodziła się, by Mark pojechał ze swoim tatą na spotkanie z facetami, którzy mieli pomóc im zadbać o bezpieczeństwo ich rodziny.

Sama wtedy pojechała do apteki i drogerii, a później wróciła do domu, by mogli pojechać tam we dwóch, jak Mark ustalił wcześniej z tatą, więc już do lekarza pojechali dwoma samochodami.

A potem Mark wrócił do domu i spędził popołudnie ze swoją rodziną, kiedy jego rodzice zrozumieli potrzebę wycofania się i dania im tego czasu.

Wreszcie we trójkę, czasu pełnej rodziny w ich pełnym domu.

Lisa zadbała wtedy, by Mark czuł się powitany z radością w ich domu, chociaż on to czuł już wcześniej, od pierwszych kroków, jakie skierowała w jego stronę po tym, jak przybył tam dobę wcześniej.

*****

Miesiąc później

- Wszystkiego najlepszego! - zawołali wszyscy zgodnym chórem do siebie nawzajem, unosząc butelki i szklanki, kiedy składali sobie wzajemnie życzenia rocznicowe.

Mark stał z synem na ramieniu na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w którym pocałował swoją żonę po raz pierwszy, rozmawiał z ludźmi i patrzył na swoich przyjaciół i na przyjaciółki swojej żony.

Wszyscy mieli pełne ręce roboty z gromadą dzieciaków, które stworzyli.

Mark im nie zazdrościł.

Miał swojego syna, miał wyniki testów, które mówiły o jego zdrowiu, więc miał również nadzieję na posiadanie w niedalekiej przyszłości kolejnych dzieci.

Początkowo ostrożnie, ale potem codziennie, ćwiczył na swoich przyrządach w domowej siłowni, wspierany przez żonę shake’ami mlecznymi z proteinami, przepisanymi przez lekarza.

Więc jego kondycja poprawiała się.

Przyjaciele powitali go w domu z radością i bez rezerwy, gotowi nieść pomoc we wszystkim, czego potrzebowali oboje z Lisą, by zapewnić dobre życie ich rodzinie.

David, Filip i jego tata go wsparli, więc FBI przy pomocy jego notatek szybko rozbiło szajkę szantażystów i porywaczy, którzy żyli nietykalni, przemieszczając się przez granice kilku państw i dwóch kontynentów.

Mark dodatkowo zdobył opinię lojalnego pracownika, z którą nie obnosiłby się, by nie narażać swojej rodziny, ale nauczył się na błędach.

Nawet najlepsza ochrona jego rodziny i tajemnica nie dawały gówna, jeśli Mark sam się nie chronił.

Więc zatrudnił kilku facetów, by mieć wspólników, ochronę i towarzyszy.

W doborze najlepszych pomogli mu Filip, David i tata Marka, ale nie było do bani to, że Mark i Lisa mieli za przyjaciół również Asa, Big Bena i Czołga.

Więcej dobrego.

Mark nareszcie mógł poczuć się dobrze i bezpiecznie w domu, który stworzyli z Lisą.

Mogli być sobą.

Mark był ochroniarzem nie tylko dlatego, że sam chronił, ale uczył innych jak to robić, a Lisa była tą, która tworzyła prawdziwą rodzinę i pomagała innym tworzyć taką, wspierając ich finansowo.

Fundusz, który Lisa dostała do wykorzystania po swoich dwudziestych drugich urodzinach w całości poszedł na jej fundację.

Sara znalazła wielu pomocników nie tylko z finansami, ale również z pomysłami, które mogli wykorzystać.

A Mark miał swoją działalność, w której się spełniał zarówno zawodowo, jak i ambicjonalnie, co podobało się jego Lady.

Wspierała go.

- Hej, kochanie - usłyszał z boku, kiedy Lisa podeszła do nich i wsunęła się pod jego drugie ramię.

Przyniosła mu butelkę piwa i surową marchewkę dla Danny’ego.

Malec natychmiast zawołał z radością i złapał twardy kawałek warzywa, o który mógł szorować dziąsłami.

Lisa przejęła syna, by Mark mógł owinąć palce wokół butelki, a potem podniosła głowę, by dać mężowi usta do pocałunku.

Wziął je chętnie, a potem spojrzał w jej oczy.

- Wszystko dobrze? - mruknął.

- O, tak - szepnęła.

- To dobrze - odparł i podniósł butelkę, by napić się piwa.

Życie było dobre.

*****

Rok później

I znowu stali na tym samym trawniku tego samego terenu zielonego przy tym samym kompleksie mieszkaniowym, składając sobie życzenia wszystkiego najlepszego w kolejną rocznicę zawiązania się ich przyjaźni.

Tym razem Mark pilnował syna, ganiającego po trawie za innymi dziećmi, kiedy Lisa trzymała na ręku ich dwumiesięczną córkę.

Mark patrzył, jak szła w jego stronę i czuł się dobrze.

Kochał ją nad życie.

Jego Lady była całkiem żoną i matką, a nie księżniczką.

Nie była sztywna, nie kryła się za Królową Lodu, była ciepła, łagodna, czuła i opiekuńcza.

Nadal stała lub siedziała wyprostowana i poruszała się z gracją, jaką podziwiał w niej od ich pierwszego spotkania.

- Hej, kochanie - powiedziała, kiedy podeszła blisko niego.

- Hej - odparł Mark - będziemy się zbierać?

- Tak - powiedziała Lisa i uśmiechnęła się do przyjaciółki, która zbliżała się w ich stronę - Będziemy już szli, Eva - powiedziała do niej.

- Oczywiście - odpowiedziała Eva, podchodząc jeszcze bliżej - pozdrówcie tam od nas Sarę i innych.

Mark podniósł z trawnika protestującego syna, który nie zdążył nabawić się z resztą dzieci, pożegnali się z pozostałymi przyjaciółmi okrzykami i machaniem rąk z daleka, a potem poszli w stronę parkingu, by pojechać do domu.

Następnego dnia rano wylatywali z SLC do Nowego Jorku, by polecieć później do Anglii.

Lisa miała do załatwienia pewne sprawy związane z jej fundacją, Mark chciał sprawdzić stan bezpieczeństwa ich drugiego domu.

Ale najważniejszym, chociaż trochę smutnym powodem, był pogrzeb ciotecznej babki Lisy, księżnej Charlotty, który miał odbyć się za kilka dni.

*****

Koniec


 

#####

 

Wszystkie nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń lub osób, żywych lub zmarłych, jest przypadkowe.

 

#####

 

Dla fanów: już niedługo zapraszam na

kolejną książkę Kirsten Ashley - Games of the Heart.

https://monique-romans-27.blogspot.com/

Zapraszam do lektury moich książek i tłumaczeń na moich blogach na blogspot.com

a niedługo już losy kolejnej pary bohaterów z Salt Lake City

 

#####

 

dziękuję

Monique.1.b

https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL