Już od 20 stycznia nowy blog z nową książką mojego autorstwa.
Będzie to historia Hannah i Billy'ego.
Co, którzy czytali moje poprzednie książki, będą wiedzieli o kogo chodzi.
Zapraszam
https://monique-romans-29.blogspot.com/
M.
Już od 20 stycznia nowy blog z nową książką mojego autorstwa.
Będzie to historia Hannah i Billy'ego.
Co, którzy czytali moje poprzednie książki, będą wiedzieli o kogo chodzi.
Zapraszam
https://monique-romans-29.blogspot.com/
M.
Lisa
Rok później
To
był dzień jak co dzień.
Od
roku nie wyjeżdżałam, nie opuszczałam naszego domu na dłużej niż na godzinę lub
dwie, by zrobić zakupy, odwiedzić przyjaciół, ale wolałam zapraszać wszystkich
do naszego domu, a oni to wiedzieli.
Wiedzieli,
że utrzymuję dom w gotowości na przybycie mojego męża.
Więc
tego dnia też, jak codziennie, sprzątnęłam kuchnię, obeszłam cały dom, by
sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna były pozamykane, pogasiłam światła i
skierowałam się do naszego apartamentu, kiedy to usłyszałam.
Ktoś
otworzył drzwi wejściowe z klucza, a potem przełączał alarm.
Do
naszego domu były na całym świecie tylko dwa klucze.
Tylko
dwie osoby znały kod do naszego alarmu.
Drugą
osobą, oprócz mnie, która mogłaby tak wejść do naszego domu był ten, na którego
codziennie tutaj czekałam już od roku, chociaż niektórzy nasi przyjaciele chyba
stracili nadzieję, bo widziałam, jak kręcili głowami na to wariactwo i prosili
mnie, żebym nie mieszkała tu sama.
Dla
mnie to nie było wariactwo.
Aż
do tej chwili w każdej sekundzie wierzyłam w to, że mój mężczyzna wróci do
mnie, do nas i do naszego domu.
Czekałam
na niego.
Więc
kiedy to usłyszałam, wiedziałam, co
to było.
Zamarłam
na stopniach, kiedy wchodziłam do korytarza prowadzącego do części rodzinnej, a
potem powoli wróciłam do salonu.
Szłam
jak lunatyczka, krok po kroku.
Drzwi
do korytarza wejściowego otworzyły się, kiedy zrobiłam kolejne dwa kroki w
tamtą stronę.
Od
czasu, kiedy poruszałam się po naszym domu niewidoma, nie potrzebowałam
światła, żeby wiedzieć, gdzie stał każdy z mebli.
Więc
nie włączałam go.
Szłam
powoli w stronę męskiej sylwetki, która pojawiła się w słabym świetle,
wpadającym z okna wychodzącego na podjazd.
Znałam ją.
A
potem przyspieszyłam.
Mężczyzna
rzucił na podłogę niewielki worek podróżny, który miał na ramieniu i
wyprostował się, a potem spojrzał w moją stronę i zamarł.
Tak!
Podniosłam
drżącą dłoń do ust i jeszcze bardziej przyspieszyłam.
Wpadłam
na jego przód i, kiedy mnie nimi objął, zakopałam się w jego ramionach, wbijając
czoło w jego klatkę piersiową, a potem jęknęłam:
-
Mark!
Nic
nie powiedział, tylko przycisnął mnie do siebie z całej siły, jakby potrzebował
upewnić się, że nie śnił, co poczułam, bo ja
upewniałam się, że nie śniłam.
Oprzytomniałam
na tyle, że odsunęłam się na centymetr, a potem podniosłam ręce do jego ramion
i zaczęłam krzyczeć, płakać i śmiać się jednocześnie, witając go w domu.
-
O, Boże. Jesteś. Jesteś głodny. O
Boże… jesteś zmęczony. Wejdź, pokaż mi się. Jesteś
tu!
Nie
opuścił rąk, nie poruszył się, tylko na mnie patrzył.
A
potem pochylił się do mnie i pocałował mnie gwałtownie, przyciskając do siebie jedną
ręką mój kark pod włosami, by mocniej zgniatać moje usta swoimi, kiedy druga
jego ręka nadal trzymała moje plecy.
Wsunęłam
palce jednej dłoni w jego włosy i poczułam, że były tłuste, brudne,
skołtunione, ale czułam je, więc nie
protestowałam.
Był tam!
Wreszcie
Mark się odsunął.
-
Lisa - szepnął, a jego głos był schrypnięty i słaby - Myślałem już, że cię nigdy więcej nie zobaczę.
-
Dlaczego? - zapytałam ze zdumieniem - Przecież jesteś moim mężem. Czekałam.
-
Kochanie - mruknął i opuścił głowę, by schować twarz w mojej szyi, kiedy nadal
obejmował mnie mocno ramionami.
Pomyślałam,
że musiał przejść okropne rzeczy, że sądził, że nie przeżyje, a nie, że myślał,
że nie będę na niego czekała.
Więc
odpuściłam.
Wrócił
do mnie.
Musiałam
o niego zadbać.
-
Chodźmy do kuchni - powiedziałam wreszcie i wzięłam jego dłoń w swoją, by
pociągnąć go w tamtą stronę - Nakarmimy cię.
Poszedł
posłusznie, ale po drodze nawet nie wyciągnął ręki, by zapalić światło, jakby
nie chciał widzieć lub być widzianym.
Kiedy
doszliśmy do blatu wyspy, puściłam jego dłoń, zrobiłam krok w stronę kuchenki i
zapaliłam światło nad nią.
-
Nie mam nic specjalnego - mówiłam pospiesznie, kręcąc się po kuchni - …ale mogę
ci zrobić prosty, szybki omlet.
Odwróciłam
się do lodówki, zaczęłam wyjmować jajka, ser i pieczeń.
Wyjęłam
z szafki nad kuchenką miskę, by mieć w czym wymieszać produkty, a wtedy
uderzyła mnie panująca za mną cisza.
Odwróciłam
się do mojego męża.
Siedział
przy wyspie i patrzył na mnie, jakby nigdy mnie nie widział.
Przypomniałam
sobie, w co byłam ubrana.
Było
ciepło, więc nie miałam żadnych spodni ani skarpet, a na pewno nie miałam
butów.
Sypiałam
tylko w majtkach i starych koszulach Marka, zapinanych na guziki, żeby łatwo
było zrobić w nich większy dekolt.
Sięgały
mi prawie do kolan, więc były dla mnie jak koszule nocne.
Włosy
miałam rozpuszczone do snu.
Spojrzałam
na niego.
I
w tyle oczu poczułam szczypiące mnie łzy.
Mark
był ubrany w łachmany, brodę miał
rozrośniętą i potarganą, włosy o wiele zbyt długie, brudne i rozczochrane.
Odwróciłam
się z powrotem do miski i milczałam, kiedy wylewałam na patelnię roztrzepane
jajka ze wszystkim, co mogłam znaleźć do jak najbardziej pożywnego omleta.
Prawda
była taka, że od tygodni moja lodówka
była prawie pusta.
Eva
przywiozła mi poprzedniego dnia zapiekankę, ale zostawiłam sobie tylko małą
porcję na kolację, a resztę kazałam jej zabrać do domu.
Robiłam
tak już od miesięcy, skoro wcześniej wyrzucałam całe torby jedzenia, które przywoziły mi moje przyjaciółki i mama Marka.
Opiekowały
się mną, nami, ale ja wciąż odrzucałam ich propozycje przeniesienia się do
którejś z nich.
Zawsze
wiedziałam, że mój Mark wróci do naszego domu.
Podeszłam
do ekspresu, włączyłam go, żeby robił americano, jakie dawniej pijał Mark, a
potem podeszłam do niego, kiedy on przez cały czas patrzył na mnie.
-
Tak bardzo tęskniłam - przyznałam szeptem, kiedy oparłam się brzuchem o jego
ramię i nie powiedziałam tego, jak bardzo bałam się jego milczenia.
-
Wywieźli mnie do Brazylii - brzmiały pierwsze słowa, jakie Mark powiedział w
miarę normalnym głosem - Jechałem tam kilka tygodni w skrzyni podobnej do
trumny, przez cały czas nafaszerowany narkotykami. Wybudzali mnie na krótko,
ale nie miałem siły się ruszyć.
Zamarłam,
ale zacisnęłam mocniej swoje ręce wokół jego szyi i ramion, żeby wiedział, że
go słuchałam.
O,
Boże, jak on śmierdział!
Nie
odsunęłam się nawet na centymetr.
-
Potem chcieli wydobyć ode mnie informację, jak można ominąć ochronę córki
Johnsona, więc po przybyciu na miejsce przestali mnie narkotyzować - mówił
dalej głuchym głosem - Ale trzymali mnie zamkniętego w piwnicy i codziennie
przepytywali, strasząc, że cię dopadną.
Zadrżałam,
przejęta tym, co musiał przeżywać, bojąc się o moje bezpieczeństwo.
-
Trwało to kilka tygodni, ale nic nie mówiłem, nie odzywałem się ani słowem,
więc uznali, że dali mi wcześniej za dużo narkotyków i wtedy zaczęli mnie
lepiej karmić i leczyć - kontynuował - Potem im jakimś cudem uciekłem.
Odsunęłam
się, by spojrzeć w jego oczy, ale nadal trzymałam ręce na jego ramionach.
-
Uciekałem od nich do ciebie przez pół roku - wyznał.
-
Mark - szepnęłam.
Przesunęłam
dłoń na jego policzek zarośnięty potarganą, brudną brodą.
-
Pieszo, pociągami na gapę, ciężarówkami, byle na północ - mówił mi - Unikając
ludzi i zwierząt, ale zwłaszcza policji. Oni mają dużo znajomości.
Poczułam,
że omlet się zrobił, więc nie chciałam, ale musiałam odsunąć się odrobinę,
chociaż starałam się utrzymać z nim kontakt fizyczny.
Wyciągałam
rękę, by go dotknąć, opierałam się o niego biodrem lub ocierałam ramieniem.
Byle
czuć, że był ze mną.
Nałożyłam
mu ciepły posiłek na talerz, który postawiłam przed nim, wyjęłam z torby stojącej na blacie kawałek pieczywa, dolałam
mleka do kawy, dosypałam cukru i postawiłam przy nim.
Usiadłam
na stołku tak, by być blisko niego, oparłam głowę na ręce, której łokieć
opierałam na blacie i patrzyłam, jak jadł łapczywie, wpychając wszystko do ust,
jakby bał się, że mu zabraknie.
Był
głodny.
W
połowie oprzytomniał, wyprostował się i zwolnił jedzenie, zerkając na mnie
bokiem, ale wciąż jedząc.
-
A ty, tu - powiedział w końcu - Czekałaś przez cały czas sama.
Ponownie
poczułam łzy szczypiące mnie w tył oczu.
Jeszcze
mu nie mogłam powiedzieć.
Skończył
przełykać ostatnie kęsy, wypił ostatnie krople kawy i odwrócił się do mnie
całkiem przodem.
-
Lady - mruknął - opowiedz mi.
Wtedy
się zdecydowałam, że muszę mu to pokazać,
chociaż wolałabym, żeby najpierw się umył.
Dlatego
wyciągnęłam do niego rękę, wstałam i powiedziałam:
-
Chodźmy do łazienki.
-
Tak - mruknął - Nie myłem się już z miesiąc.
Zamrugałam,
kiedy nowa porcja łez zakłuła mnie w tyle oczu.
Wyłączyłam
światło w kuchni i ruszyliśmy przez nasz dom, zostawiając brudne naczynia na
blacie kuchennym.
Przeszliśmy
przez ciemny salon, kiedy w drzwiach bocznej sypialni stanęła Blondi, spojrzała
na nas, a potem warknęła na Marka.
Machnęłam
w jej stronę dłonią, a ona wycofała się na pozycję stróżującą przy swoim
największym skarbie.
-
Czy to… - zaczął Mark.
-
Tak - szepnęłam - Kiedy się wykąpiesz, pozna cię.
-
Racja - mruknął mój mężczyzna.
Nie
wierzył mi, ale ja wiedziałam, czego pilnowała Blondi, więc wiedziałam również,
dlaczego nie wpuściłaby tam mężczyzny, który pachniał tak, jak właśnie pachniał
Mark.
Poszliśmy
do naszej sypialni, zapaliłam światło i weszłam do garderoby, żeby wyjąć duży
ręcznik, koszulkę Marka i jego spodnie dresowe, które czekały tam tak strasznie
długo.
Kiedy
wyszłam z niej, Mark był już w łazience i zrobił to, co potrzebował.
Podeszłam
do niego z naszykowanymi rzeczami, a on spojrzał na moje ręce i uśmiechnął się
niepewnie.
-
Masz wszystko - stwierdził.
-
Mam - szepnęłam.
Odłożyłam
trzymane rzeczy, nie spuszczając z niego wzroku, a potem zaczęłam go rozbierać,
starając nie wzdrygać się z obrzydzenia.
Jego
wszystkie ubrania wyglądały i pachniały, jakby ukradł je ze śmietnika, założył
na siebie bez prania ich i nosił tak właśnie dokładnie od miesiąca.
Rzucałam
każdą część tej lichej garderoby na podłogę, aż odtarłam do skóry Marka i ręce
mi zadrżały.
Był
tak przeraźliwie chudy.
Jego
dawniej tak wspaniałe, mocne mięśnie zamieniły się w żyły, spod których
sterczały kości.
Wciągnęłam
jeden, a potem drugi urywany wdech przez nos.
-
Lisa - Mark szepnął z żalem, więc zorientowałam się, że patrzyłam na jego ciało
i z powrotem spojrzałam w jego oczy.
-
Już dobrze, będzie dobrze - powiedziałam przez zatkane gardło - Najważniejsze,
że jesteś w domu.
-
Tak - mruknął Mark - Jestem w domu.
Kiedy
był już rozebrany, ja również zdjęłam swoje ubranie i weszłam pod prysznic,
ciągnąc go za sobą.
Był
tak bardzo bezwolny.
Wykonywał
moje polecenia, jakbym sterowała dzieckiem.
Odkręciłam
ciepłą wodę i długo, delikatnie, pieszczotliwie, starannie myłam jego dawniej
silne ciało, namydlając i spłukując wielokrotnie, a przy okazji oglądając jego
skórę.
Plecy
miał pokryte bliznami i strupami, które nie były dobrze zgojone, a układały się
w linie biegnące w poprzek od pasa po ramiona, jakby ktoś bił go wielokrotnie
biczem lub pasem aż do krwi.
Kiedy
myłam je łagodnymi ruchami, Mark napinał mięśnie, co dla mnie znaczyło, że
nadal go to bolało.
Klatkę
piersiową miał nieokaleczoną, ale zapadniętą, podobnie jak brzuch.
Jego
skóra nie miała dobrego koloru.
Paznokcie
miał zbyt długie i brudne w taki sposób, że pomyślałam, że trzeba będzie je
odmoczyć przed obcięciem.
Myłam
mu również włosy, co okazało się być o tyle trudne, że musiałam się do niego
mocno zbliżyć.
Kiedy
przycisnęłam piersi do jego boku, jęknął z bólem.
Odskoczyłam
od niego i spojrzałam ze strachem na jego ciało, a wtedy zobaczyłam jego wzwód.
-
Mark! - wypchnęłam, bo nagle poczułam
to, jak bardzo ja go chciałam.
-
Nie możemy - mruknął mój mąż, co było absurdalne, bo musieliśmy.
-
Możemy - szepnęłam.
-
Nie wiem, czy jestem czysty, zdrowy - wyjaśnił mi Mark, a ja zamarłam.
Kiedy
zaczęłam się odwracać od niego, przepełniona nagłym bólem zdrady, złapał mnie w
talii ramieniem.
-
Nie wiem, czy mi czegoś nie wstrzyknęli - powiedział złamanym tonem.
Niezależnie
od jego strachu poczułam szczęście, bo mnie chciał
i chciał tylko mnie, więc był mój,
jak ja byłam jego przez ten rok rozłąki.
-
Więc… - zagryzłam wargę - będziemy kreatywni
- dokończyłam.
I
spojrzałam w jego oczy z cieniem uśmiechu.
Będziemy
kreatywni jak wiele razy wcześniej.
Bywaliśmy
już przecież kreatywni z różnych powodów, więc mogliśmy i tym razem.
Ujęłam
jego twardość w rękę, którą nadal miałam namydloną i zaciskając palce,
przesunęłam po niej od podstawy do końca, przez cały czas patrząc w oczy mojego
męża.
Był ze mną.
Objął
dłonią moją pierś, ale ja nie mogłam pozwolić, żeby zobaczył, jak się zmieniła,
więc przyspieszyłam ruchy ręką, by go rozproszyć.
Udało
mi się.
To
trwało doprawdy bardzo krótko.
Kiedy
po kilku ruchach skończył, dyszał ciężko i patrzył na mój brzuch, na którym
były jego krople, a potem zapytał:
-
A ty?
Zaczęłam
się myć, dokończyłam myć jego, przysunęłam się do jego ciała swoim i
wyszeptałam:
-
Za chwilę.
A
potem zakręciłam wodę i wyszliśmy z kabiny.
Byliśmy
już poza prysznicem i wycieraliśmy się ręcznikami, jakie naszykowałam przy
prysznicu, kiedy to się stało.
Z
elektronicznej niani, którą nosiłam przez cały czas ze sobą na piersi w
kieszeni koszuli Marka, a teraz leżała na podłodze, rozległ się płacz
Danny’ego.
Mark
zamarł.
Ja
zaczęłam błyskawicznie kończyć się ubierać.
-
Pospiesz się - zawołałam i poszłam w stronę drzwi, oglądając się, by sprawdzić,
czy szedł za mną.
Nie
szedł, ale nie czekałam na niego.
Wybiegłam
z łazienki, a potem z naszej sypialni.
Weszłam
do pokoju naszego synka, pochyliłam się nad jego łóżeczkiem i wyjęłam go
trzymając pod pachami, kiedy pochlipywał jeszcze, już zadowolony i czekający na
mleko.
Usiałam
w fotelu bujanym, który tam postawiłam, kiedy z pomocą przyjaciółek i rodziców
Marka urządzałam pokój dla dziecka, położyłam sobie na ramieniu pieluszkę,
rozpięłam koszulę i przystawiłam Danny’ego do piersi.
Przyssał
się natychmiast, jak zawsze łapczywie pijąc mleko, bo był niecierpliwy, jak
bywał jego tata.
Podniosłam
wzrok, kiedy Blondi jęknęła niespokojnie, podnosząc się na przednich łapach i patrząc
w stronę drzwi.
Mark
stał tam skostniały, oparty jedną ręką o futrynę i patrzył na nas z pobladłą
twarzą i z dziwną miną.
-
Wejdź - powiedziałam cicho do niego - i poznaj swojego syna.
Spojrzałam
z powrotem na ciemną główkę, która była wciśnięta w moje ramię, kiedy maluch
rozłożył paluszki na piersi, którą ssał.
Mark
podszedł cicho, delikatnie, jakby był zauroczony.
-
To… - zaczął i przerwał, by głośno przełknąć ślinę.
-
Dałam mu na imię Daniel, bo twoi rodzice bardzo mi pomagali - powiedziałam w stronę naszego syna - Ma
pięć miesięcy - podniosłam głowę, by spojrzeć na męża - Kiedy cię zabrali byłam
w drugim miesiącu ciąży. Nie zdążyłam ci powiedzieć - dodałam z bólem.
-
Lisa - Mark przykucnął obok moich nóg i patrzył oniemiały na ten nasz cud, nie
mogąc wykrztusić nic więcej.
-
Och - jęknęłam, kiedy to poczułam.
Jak
zwykle podczas karmienia, miałam ten sam problem.
-
Co się stało? - Mark zapytał ze strachem w głosie.
-
Nic - mruknęłam zawstydzona - Podaj mi tamte chusteczki.
Wskazałam
mu brodą pudełko z chusteczkami jednorazowymi, które stało na bocznej szafce.
Kiedy
Mark mi je podał było już właściwie za późno.
Ale
jeszcze próbowałam uratować sytuację, wciskając pod koszulę na drugą pierś
garść chusteczek, które wyszarpnęłam z pudełka.
-
Co…? - Mark nie wiedział, co się działo.
Nie
patrzyłam na niego.
-
To… - zawahałam się, ale przecież będzie spędzał z nami czas, więc wcześniej
czy później to zauważy - Jak go karmię, z drugiej piersi leci mi mleko -
przyznałam niechętnie.
-
Tak? - Mark zapytał takim tonem, że spojrzałam na niego, by zauważyć, że mu się
to podobało.
No,
tak, przecież on zawsze lubił moje piersi, podniecały go.
-
Pokaż - poprosił, więc odchyliłam koszulę i wyjęłam chusteczki.
Zafascynowana
patrzyłam na to, jak pochylił się, a potem niezdecydowanie zapytał - Mogę?
-
Tak - szepnęłam, niepewna, co właściwie chciał zrobić, ale zgodziłabym się na
wszystko, co chciał zrobić.
A
on ujął moją wolną pierś palcami, uniósł ją, wziął mój sutek między swoje
wargi, poczułam na nim jego język, a potem lekko zassał.
Odchyliłam
głowę na oparcie fotela i jęknęłam z rozkoszy, która przetoczyła się po moim
ciele, nagle wybuchając między moimi nogami.
W
obu piersiach nagle zamrowiło mnie, poczułam gorąco i mleko zaczęło płynąć
swobodnym strumieniem, co Danny powitał łapczywym przełykaniem.
Jak
zawsze.
Mark
nie pozostał w tyle, chociaż nie spodziewałabym się tego.
Myślałam,
że przestraszy się i ucieknie.
Więc
miałam dwóch moich mężczyzn, ssących moje piersi i przeżywałam szczyt swojej
rozkoszy.
Boże,
jaki wstyd.
Byłam
nienormalna.
Danny
jak zwykle w środku nocy, najadł się dość szybko, a potem od razu zasnął,
chociaż zdarzało mi się go trzymać na ramieniu z nadzieją, że mu się odbije.
Nigdy
tego nie robił.
Więc
tym razem po prostu położyłam go do łóżeczka, zgasiłam lampkę, zostawiając
tylko małe ledowe światełko przy podłodze i wyszłam z pokoju, zostawiając
uchylone drzwi i zabierając męża do naszej sypialni.
Blondi
położyła się na dywaniku na podłodze, by pilnować swojego skarbu.
-
Ona tak zawsze? - spytał Mark, patrząc na sunię, która już spokojnie ułożyła się
do snu.
-
Tak - uśmiechnęłam się - pilnuje go niczym najcenniejszego skarbu.
Przeszliśmy
do sypialni i chciałam ułożyć nas w łóżku, kiedy Mark stanął niezdecydowany i
zaraz potem powiedział mi, co go dręczyło.
-
Lisa - mruknął - ja… mogę mieć wszy.
-
Och - szepnęłam, bo nawet mi to nie przyszło do głowy.
Zatrzymałam
się i spojrzałam na wysychające, zbyt długie włosy Marka.
-
Masz moją maszynkę do włosów? - zapytał cicho mój mąż.
-
Mam! - powiedziałam i natychmiast skierowałam się do łazienki.
Znalazłam
maszynkę Marka, którą trzymałam stale w jednej z szuflad w szafkach pod
umywalkami, podłączyłam ja do gniazdka, bo nie używałam jej od roku, więc nie
była naładowana i odwróciłam się do mojego mężczyzny.
-
Mam ci obciąć włosy, czy chcesz sam to zrobić? - zapytałam, niepewna, czy będę
umiała to zrobić.
-
Zrobię to - mruknął Mark i przysunął się do mnie.
Zabrał
maszynkę z moich rąk, a ja postałam kilka sekund, patrząc, jak obcinał sobie
włosy na skroniach, a potem na czole, a później ruszyłam się, by przynieść z
pomieszczenia gospodarczego duży plastikowy worek na śmieci.
Kiedy
wróciłam z nim do naszej łazienki, Mark miał już obcięte włosy na głowie do
połowy i gładził ją dłonią, zgarniając je na podłogę.
Poszłam
do jego łachmanów, rzuconych na podłogę w trakcie naszego rozbierania się i
zaczęłam wrzucać je do worka.
Wszystkie
bez wyjątku zamierzałam wyrzucić na śmietnik.
-
Zaczekaj - zawołał Mark, kiedy złapałam bluzę w czerwoną kratę.
Odłożył
maszynkę na blat, podszedł do mnie i wyjął z kieszeni bluzy jakieś papiery,
które wyglądały jak zniszczony notes lub zeszyt.
Podszedł
z nim do blatu przy umywalce, odłożył go tam i wrócił do obcinania włosów, nie
wyjaśniając mi niczego.
Nie
zapytałam, bo wiedziałam, że, jeśli będzie trzeba, to mi powie.
Sprzątałam
z podłogi do worka resztki jego ubrań i włosów, kiedy obciął również brodę i
zaczął golić się do gładkiej skóry maszynką do golenia, którą znalazł również w
szafce pod lustrem.
Wyniosłam
worek ze śmieciami do pomieszczenia gospodarczego i wróciłam do łazienki, kiedy
skończył i mył starannie maszynkę, umywalkę i blat dookoła niej.
Patrzyłam
na niego i znowu miałam ochotę płakać.
Powstrzymałam
się.
Ale
wyglądał na tak chudego, zabiedzonego i chorego, że wciągnęłam urywany wdech,
więc odwrócił się przodem do mnie.
A
to było jeszcze gorsze.
Przez
jego lewy policzek od kości policzkowej do brody biegła długa, czerwona, świeża
blizna.
Przełknęłam
ślinę i uśmiechnęłam się słabym, drżącym uśmiechem.
-
Chcesz już iść spać, czy najpierw zjemy owsiankę? - zapytałam.
-
Może najpierw zmyję z siebie te włosy, a potem się połóżmy - wymamrotał i
odwrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na siebie w lustrze - Nie powinienem jeść
zbyt dużo naraz tak szybko po takim wygłodzeniu.
Na
to fontanna z moich oczu wreszcie trysnęła.
Nie
powstrzymałam jej dłużej.
Stałam
tam, w progu drzwi między łazienką a naszą sypialnią i bezradnie wylewałam
potok cichych łez, niezdolna do zrobienia ruchu w żadną stronę.
Mark
podszedł do mnie, wsunął dłoń w moje włosy z boku mojej głowy palcami za ucho, kciukiem
na policzku, kiedy nadgarstkiem podparł moją szczęką, więc przechyliłam głowę,
by wtulić się w jego rękę i poczuć jego siłę.
Tak
bardzo za nim tęskniłam.
-
Lady - szepnął - byłaś tak długo taka dzielna. Możesz płakać.
Wyciągnęłam
rękę, a potem drugą, złapałam się go, owinęłam ramiona pod jego żebrami i
wcisnęłam twarz w jego klatkę piersiową.
Mogłam
płakać.
Był
jedyną osobą na całym świecie, przy której mogłam płakać i wreszcie był ze mną.
Więc
mogłam.
A
on trzymał mnie mocno, wciśniętą w jego ciepłe, znowu silne ciało i pilnował,
bym się nie rozpadła.
*****
Następnego dnia rano
W
ciągu nocy budziłam się wielokrotnie, by sprawdzić, że to nie był sen.
Nie
był.
Mark
był ze mną i tulił mnie tyłem ramionami do swojego przodu tak, jak robił to od
czasu, kiedy nie widziałam.
Kiedy
nad ranem Danny zapłakał, bym go nakarmiła, wstałam ostrożnie, ale mój mąż
obudził się przy moim pierwszym drgnieniu.
Poszliśmy
więc razem do naszego syna, a Mark znowu patrzył zafascynowany jak malec jadł,
a kiedy z drugiej piersi popłynęło mi mleko, Mark znowu zaczął zlizywać
kropelki i robił to z zamkniętymi oczami.
Tym
razem nie ssał, a ja patrzyłam na to.
Widziałam,
jaka czerpał z tego przyjemność, więc prawie uwierzyłam, że może nie byłam aż
tak bardzo nienormalna.
Jeszcze
tylko prawie.
Kiedy
Danny zasnął, co zajęło mu nieco więcej czasu, jak to się zdarzało nad ranem,
odłożyłam go, ale tym razem poszliśmy do kuchni, gdzie przygotowałam dla Marka
miskę owsianki na mleku z dużą porcją cukru.
Położyłam
obok miski jedną z tabletek z witaminami, które dostałam od lekarza w związku z
moją ciążą, bo zawierała też wapń i żelazo, a ja uznałam, że Mark tego
potrzebował.
Połknął
ją nie pytając, z pełnym zaufaniem do mnie.
Kiedy
Mark jadł, ja rozejrzałam się po szafkach i stwierdziłam, że mogłam przygotować
na śniadanie pancakesy, więc jeszcze nie miałam powodu do paniki, że mój
mężczyzna będzie głodny.
Ale
musiałam zaplanować zakupy.
Duże
i szybko.
Dlatego
właśnie rano, kiedy o siódmej wstałam z naszego łóżka i poszłam do garderoby, żeby
naszykować się na nasz dzień, najpierw zamierzałam zadzwonić.
Mark
jednak znowu wstał razem ze mną, jakby pilnując tego, by być blisko.
Więc
rozpoczęłam dzień od obejrzenia jego skóry, bo już w nocy zauważyłam, że
powinnam niektóre jego nie-do-końca-zagojone rany posmarować maścią z
antybiotykiem.
Dlatego
po posadzeniu go na fotelu, który został w łazience od czasu mojego braku
wzroku, rozebrałam go z koszulki, wzięłam tubkę z maścią do ręki i stanęłam za
jego plecami.
-
Większość jest zagojona - powiedziałam, starając się brzmieć swobodnie, chociaż
przy tym emocje dławiły mnie w gardle - ale kilka muszę posmarować.
-
Kiedy nie mówiłem… - powiedział Mark, obserwując mnie w lustrze, jakby starał
się oszczędzić mi szczegółów, ale badając, co jeszcze musiałam wiedzieć - starali się zmusić mnie do błagania, by
przestali mnie zmuszać do tego.
Nie
powiedział nic więcej, a ja zastanowiłam się, czy bicie było jedyną metodą, ale
potem odsunęłam od siebie te myśli.
Jeśli
nie będzie chciał do tego wracać, to nie powinnam go nakłaniać.
Skończyłam,
odłożyłam tubkę i umyłam ręce.
-
Pójdę naszykować śniadanie - powiedziałam, odwróciłam się do niego i złapałam
dłonią za jego gładką szczękę, by unieść jego twarz i lekko pocałować go w usta.
-
Okej - mruknął - zaraz tam przyjdę.
Skinęłam
głową i odeszłam.
Kiedy
już smażyłam w kuchni placuszki, do których znalazłam w zamrażalniku trochę
jagód, zadzwoniłam do taty Marka.
-
Hej, Lisa - odebrał po drugim dzwonku, jak zawsze to robił, bo nie dzwoniła
często, ale on zawsze był gotów mi pomoc we wszystkim, czego potrzebowałam.
Podobnie
zresztą jak Margaret.
-
Daniel - przywitałam się na wydechu,
a jak brzmiał mój głos dowiedziałam się, kiedy w następnej sekundzie Daniel
Taylor warknął z niepokojem:
-
Mów. Co się stało?
-
Mark wrócił! - wyrzuciłam z siebie z radością, bo wciąż czułam ten szczęśliwy
szmerek, który trzymał mnie od pierwszej sekundy, kiedy usłyszałam, jak Mark
wchodził do domu i wiedziałam, że to
musiał być on.
-
Co? - westchnął Daniel.
-
Mark wrócił - powtórzyłam z naciskiem,
co było niesłychane, bo nigdy nie musiałam mówić niczego dwa razy do mojego teścia.
-
Zaraz tam będziemy - powiedział szybko Daniel Taylor, mój wspaniały teść,
cudowny człowiek, który zawsze był gotów zrobić to, co było konieczne, bym
miała wszystko.
-
Daniel - powiedziałam pospiesznie - Ja nie mam za dużo jedzenia.
Wiedział
to.
Dlatego
bez wahania dodał:
-
Wstąpimy z Margaret po drodze do sklepu.
-
Dziękuję - powiedziałam cicho i nie musiałam nic dodawać, bo wiedziałam, że
moja teściowa kupi tonę jedzenia i że
wiedziała, co było nam potrzebne.
Kiedy
się rozłączyłam, usłyszałam w elektronicznej niani, że Danny zapłakał w swoim
łóżeczku, więc przygasiłam ogień pod patelnią i chciałam do niego iść, ale
wtedy usłyszałam przez głośniczek głos Marka.
-
Hej, mały kolego - powiedział łagodnie, a ja zamarłam.
Danny
ucichł, chociaż jeszcze oddychał, jakby był gotów wybuchnąć płaczem w każdej
chwili, jakby nie był zdecydowany, czy na pewno już nie chciał płakać.
-
O, tak, w górę - odezwał się znowu Mark i usłyszałam, szelest, stęknięcie, więc
wiedziałam, że podnosił naszego synka.
-
Pójdziemy do mamusi - powiedział Mark poruszając się, więc się naszykowałam.
Od
pierwszych chwil, kiedy wiedziałam, co przegapiał Mark, co go omijało,
nagrywałam dla niego krótkie filmiki i robiłam mnóstwo zdjęć, a potem zgrywałam
je na komputer, żeby pokazać je mojemu mężowi, kiedy wróciłby do domu.
Bo
wiedziałam, że wróci.
Teraz
uznałam, że to ja potrzebowałam filmu,
żeby mieć go, jako przypomnienie tego
najpiękniejszego momentu w naszym życiu.
Powitania
mojego kochanego męża z powrotem we wspólnym życiu naszej rodziny.
Włączyłam
pospiesznie telefon i nastawiłam nagrywanie, kiedy mój mąż z naszym synkiem w
ramionach wszedł w przejście z części sypialnej do części dziennej.
Ustawiłam
telefon na blacie wyspy tak, by opierał się o cukiernicę, a obiektyw miał
skierowany na zbliżający się cud i ruszyłam w ich stronę.
Nie
wyciągnęłam rąk po synka.
Danny
nie wyciągnął rąk do mnie.
Patrzył
równie co ja zafascynowany na mężczyznę, w którego ramionach był, a ja
podeszłam do nich blisko i wtuliłam się w drugie ramię Marka.
-
Dzień dobry, kochanie - powiedziałam do obu.
Mark
objął mnie w pasie i ruszyliśmy tak, objęci w stronę kuchni.
Danny
ocknął się i zawołał - Ej! - a potem
wyrzucił rączki w górę, by jedną złapać za policzek swojego taty, a drugą za
moje włosy.
Najpiękniejsze
powitanie rano w dniu, który był początkiem naszego nowego życia.
*****
Mark
Wieczorem tego dnia
Kiedy
dobę wcześniej Mark podszedł do drzwi ich domu, jego serce było zaciśnięte
żelazną obręczą ze strachu.
Dom
był cichy, ciemny i wyglądał na opuszczony, więc przeżył chwilę zwątpienia w
to, czy jego żona była tam, czy czekała na niego.
Mark
nie miał ze sobą klucza, kiedy go zabrano, bo była to najcenniejsza rzecz, jaką
mógłby zgubić.
Zawsze,
kiedy wychodził z domu, by jechać gdzieś do pracy, zostawiał klucz w skrytce
pod fałszywym kamieniem niedaleko skrzynki pocztowej przy ich podjeździe.
Wracając,
wydobywał go, by schować potem, kiedy po raz kolejny wyjeżdżał do pracy.
Wracając
do domu z tułaczki, wiedział, że stracił bardzo dużo.
Obrączkę,
pewność siebie, mnóstwo siły.
Nie
stracił wiary w miłość swojej Lady, miał nadzieję, że nie utracił ich domu, a na
pewno nie stracił woli przetrwania, która gnała go przez dwa kontynenty.
Kiedy
wszedł do korytarza wejściowego, zobaczył swoje buty i kurtkę, wiszącą obok
kurtki Lisy, które były zostawione dokładnie tak, jak zastawił je ponad rok
temu, kiedy wiosna zamieniła się w ciepłe dni, zapowiadające lato.
Był
kolejny maj, a kurtka wisiała, jakby czekała, żeby wziął ją z wieszaka i
założył na plecy, kiedy dzień okazałby się zbyt chłodny, by wyjść bez niej.
Mark
przełączył alarm, jakby zrobił to dzień wcześniej, otworzył drzwi z korytarza
wejściowego i wszedł, nagle oszołomiony wszystkim tym, co było ich domem.
Przetrwał.
Doszedł.
W
domu nic się nie zmieniło.
Kiedy
rzucił swój skąpy worek podróżny na podłogę, usłyszał szelest stóp.
Odwrócił
się w tamtą stronę i nagle ją zobaczył.
Jego
Lady szła, a potem prawie biegła w jego stronę bez chwili zawahania, by wpaść w
jego ramiona, które rozłożył tak, jak zawsze rozkładał na przyjęcie w nie swojej
żony.
Jezu
Chryste Wszechmogący.
Spełniły
się wszystkie jego sny.
Lisa
przywitała go, wracającego do niej, z najwyższą radością rzucając się w jego
ramiona, czekająca na niego mimo późnego wieczoru.
Trzymał
ją blisko i chłonął wszystko, co było nią.
Ciepło,
miękkość, zapach świeżej bielizny, jedzenia, domu.
Potem
był oszołomiony, kiedy uszczęśliwiona zarzuciła go troskliwością, dopytując
się, czy nie był głodny lub zmęczony, ale powinien wiedzieć lepiej, że taka
właśnie była.
Kochała
go i wszystko, czego chciała, to opiekować się nim.
Mark
wiedział, że śmierdział.
Czuł
się taki brudny, że wstydził się tego i najchętniej uciekłby, ale nie mógł się
powstrzymać przed dotykaniem jej, przed jej bliskością.
A
potem zobaczył jej wzrok, wyraz jej twarzy, kiedy go zobaczyła, całego takiego,
jakim był, przy słabym świetle znad kuchenki.
Żal,
rozpacz, chęć dania mu wszystkiego, żeby tylko poczuł się dobrze.
A
nie wiedziała jeszcze, jak źle było.
Więc
poddał się temu, co musiała mu dać, by poczuć się lepiej, czego potrzebowała,
ale też czego on potrzebował.
Po
zaspokojeniu jego pierwszego głodu, poszli do łazienki i pod prysznic, gdzie Mark
przekonał się, że miała wszystkie jego rzeczy.
Po
roku poszła do garderoby i po prostu przyniosła jego koszulkę i spodnie, jakby
robiła to codziennie bez tej cholernie długiej przerwy.
Ale
kiedy rozebrała się i zobaczył jej nagie, miękkie ciało, tak pełne, kształtne,
pełne krzywizn, pomyślał, że nie da rady z nią tam wytrzymać.
Pragnął
jej.
Pożądał
jej ciała, chociaż wiedział, że nie powinien jej dotykać.
Czuł
się skażony brudem, jakim okleili go tamci, nie tylko tym brudem fizycznym, ale
i psychicznym, bo nawet jak bardzo
starał się ich nie słuchać, to nie mógł nie słyszeć.
To,
co wymyślali na nią, na jego czystą Lady, było ohydne.
Mark
nigdy nie wierzył w ani jedno słowo, ale musiał przyznać, że w chwili, kiedy
usłyszał płacz dziecka, zwątpił.
Dała
mu wszystko, dała mu chwilę wytchnienia pod prysznicem, nie żądając dla siebie
nic, a on… w nią… zwątpił.
Był
za słaby dla niej.
Poznaj swojego syna.
Chryste!
Jezu Chryste!
Jego
syn.
Jego
Lady, jego wspaniała żona, czekała na niego przez rok w jego domu z jego synem,
by miał dokąd i do kogo wrócić.
Potem
postarał się pozbyć trochę brudu, którym był oklejony, a potem dopiero poszedł
spać do ich łóżka.
Budził
się przez całą noc, by sprawdzić, czy nie śnił.
Miewał
wcześniej takie sny.
Tym
razem to była prawda.
Trzymał
ją w ramionach.
Rano
natomiast nawet cieszył się, że został sam w łazience, kiedy mógł odmoczyć i
obciąć paznokcie, bo wciąż czuł się brudny.
Idąc
do salonu, do Lisy, usłyszał płacz ich syna, więc wszedł do jego pokoju, gdzie Blondi
powitała go bez entuzjazmu, ale odsunęła się od łóżeczka, co Mark uznał za
dowód zaufania, skoro Lisa powiedziała wcześniej, że Danny był jej skarbem,
którego strzegła.
Wziął
synka po raz pierwszy w życiu na ręce i poczuł się pełen.
Ale
naprawdę kompletny poczuł się, kiedy Lisa dołączyła do nich dwóch w salonie i
zabrała syna z jego rąk, ale wpasowała się pod ramię Marka, kiedy on niósł
Danny’ego na drugim ramieniu i szli tak razem w stronę kuchni.
Miał
rodzinę.
Nie
zabrali mu jej.
Zaraz
po tym, jak usiadł w kuchni, przekonał się, że poprzedniego dnia nie uważał, bo
mógł zobaczyć fotelik Danny’ego i inne gówno dziecięce w różnych miejscach
kuchni i salonu.
Po
tym jak Lisa przygotowała, razem zjedli śniadanie, kiedy Danny siedział w swoim
foteliku i pokrzykiwał radośnie, wymachując rączkami z plastikową łyżeczką,
przyjechali jego rodzice.
Mark
nie czuł się winny tego, że nie pojechał do nich zaraz po swoim powrocie ani
nie zadzwonił, bo wiedział, że by to zrozumieli.
Ale
też wiedział, że musiał im to dać jako drugim, wiec nie protestował, a nawet
ucieszył się, że Lisa o tym pomyślała.
Weszli
do ich domu, a Mark w ich oczach zobaczył to samo uczucie, jakie widział kilka
godzin wcześniej w oczach Lisy. Żal, ulgę, rozpacz na widok jego wycieńczenia,
radość, że przeżył, wymieszane ze sobą w jedno.
-
Witaj w domu, synu - powiedział jego tata szorstkim głosem, zaraz po tym, jak
uściskał go i klepnął go w plecy, ale tak delikatnie, że Mark odczuł to, jak
wyglądał.
Jego
mama przywiozła torby jedzenia wprost ze sklepu, a kiedy Mark przekonał się, jak
doskonale dogadywały się z Lisą, nabrał pewności, że to jego żona poprosiła o te
zakupy.
Twoi rodzice bardzo mi pomagali.
Mark
lepiej rozumiał, jakim sposobem Lisa przeżyła, mieszkając sama w ciąży, a potem
z dzieckiem, w ich domu przez cały rok.
Miała
pomoc jego rodziców i pomoc swoich przyjaciółek.
Lisa
z jego mamą krzątały się po kuchni, rozkładając produkty spożywcze w takiej
ilości, że Mark pomyślał, że nie powinny zmieścić się w szafkach i w lodówce,
które jego żona zawsze miała wypełnione, kiedy mieszkali razem.
Tym
razem wyglądały na puste.
Mark
natomiast wiedział, że będzie musiał poprosić o pomoc swojego tatę, a być może
również Davida, więc zrobił to od razu.
Musiał
zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie, a było to możliwe tylko wtedy, kiedy
szczerze opowiedziałby swojemu tacie, by włączył policję i FBI.
Musieli
unieszkodliwić tamtych, zanim zorientowaliby się, że Mark przeżył i wrócił do
domu.
Bo
Mark miał wiedzę o nich, jakiej tamci nie chcieliby ujawnić.
Dlatego
właśnie poprosił:
-
Tato, moglibyśmy porozmawiać? - i skinął głową na tatę, by wiedział, że musieli
przejść do pokoju, który był biurem Marka.
Kobiety
obejrzały się na nich, ale nie zareagowały.
Obie
wiedziały, kiedy ich mężczyźni potrzebowali porozmawiać bez nich.
Tata
Marka po prostu wstał z kanapy, na które zabawiał Danny’ego, oddał wnuka w ręce
Margaret i poszedł za synem do gabinetu, gdzie zamknęli z sobą drzwi.
Mark
niósł w dłoni notes, który przyniósł z sypialni, a do którego Lisa nie
zajrzała, ufając, że Mark opowie jej wszystko, kiedy będzie gotów.
Potem
opowiedział to, ale najpierw tylko tacie.
Nie
pokazałby wszystkiego, co miał zapisane w tym notesie, bo niektóre zapiski były
osobiste, ale notował wszystko.
Plany
budynków, nazwiska, ilość broni, ludzi, drogi przerzutów narkotyków i porwanych
osób, sposoby wymuszania zeznań.
Cóż,
to ostatnie było najtrudniejsze.
Potem
pojechali do lekarza.
Lisa
pojechała z nimi, kiedy Margaret została w domu z Danny’m.
Tak
więc Mark ponownie poczuł jej troskliwość, kiedy Lisa uważnie słuchała wszelkich
zaleceń lekarza co do jego diety, suplementacji witamin i białka dla Marka, bo
miał duże ubytki masy mięśniowej.
Więc
najlepszym lekarstwem dla Marka była obecność jego żony, jej opieka, jej
miłość, wspierana przez to, co zapisał lekarz, ale bez potrzeby terapii
psychologicznej.
Żaden
psychoterapeuta nie dałby mu tyle, co jego Lisa przez codzienną obecność,
zwykły dotyk dłoni na przeciętym policzku.
A
dwie godziny później z pełnym zaufaniem do nich, w konieczność tego, co musieli
zrobić, Lisa zgodziła się, by Mark pojechał ze swoim tatą na spotkanie z
facetami, którzy mieli pomóc im zadbać o bezpieczeństwo ich rodziny.
Sama
wtedy pojechała do apteki i drogerii, a później wróciła do domu, by mogli
pojechać tam we dwóch, jak Mark ustalił wcześniej z tatą, więc już do lekarza
pojechali dwoma samochodami.
A
potem Mark wrócił do domu i spędził popołudnie ze swoją rodziną, kiedy jego
rodzice zrozumieli potrzebę wycofania się i dania im tego czasu.
Wreszcie
we trójkę, czasu pełnej rodziny w ich pełnym domu.
Lisa
zadbała wtedy, by Mark czuł się powitany z radością w ich domu, chociaż on to
czuł już wcześniej, od pierwszych kroków, jakie skierowała w jego stronę po
tym, jak przybył tam dobę wcześniej.
*****
Miesiąc później
-
Wszystkiego najlepszego! - zawołali
wszyscy zgodnym chórem do siebie nawzajem, unosząc butelki i szklanki, kiedy
składali sobie wzajemnie życzenia rocznicowe.
Mark
stał z synem na ramieniu na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w
którym pocałował swoją żonę po raz pierwszy, rozmawiał z ludźmi i patrzył na
swoich przyjaciół i na przyjaciółki swojej żony.
Wszyscy
mieli pełne ręce roboty z gromadą dzieciaków, które stworzyli.
Mark
im nie zazdrościł.
Miał
swojego syna, miał wyniki testów, które mówiły o jego zdrowiu, więc miał
również nadzieję na posiadanie w niedalekiej przyszłości kolejnych dzieci.
Początkowo
ostrożnie, ale potem codziennie, ćwiczył na swoich przyrządach w domowej
siłowni, wspierany przez żonę shake’ami mlecznymi z proteinami, przepisanymi
przez lekarza.
Więc
jego kondycja poprawiała się.
Przyjaciele
powitali go w domu z radością i bez rezerwy, gotowi nieść pomoc we wszystkim,
czego potrzebowali oboje z Lisą, by zapewnić dobre życie ich rodzinie.
David,
Filip i jego tata go wsparli, więc FBI przy pomocy jego notatek szybko rozbiło
szajkę szantażystów i porywaczy, którzy żyli nietykalni, przemieszczając się
przez granice kilku państw i dwóch kontynentów.
Mark
dodatkowo zdobył opinię lojalnego pracownika, z którą nie obnosiłby się, by nie
narażać swojej rodziny, ale nauczył się na błędach.
Nawet
najlepsza ochrona jego rodziny i tajemnica nie dawały gówna, jeśli Mark sam się
nie chronił.
Więc
zatrudnił kilku facetów, by mieć wspólników, ochronę i towarzyszy.
W
doborze najlepszych pomogli mu Filip, David i tata Marka, ale nie było do bani
to, że Mark i Lisa mieli za przyjaciół również Asa, Big Bena i Czołga.
Więcej
dobrego.
Mark
nareszcie mógł poczuć się dobrze i bezpiecznie w domu, który stworzyli z Lisą.
Mogli
być sobą.
Mark
był ochroniarzem nie tylko dlatego, że sam chronił, ale uczył innych jak to
robić, a Lisa była tą, która tworzyła prawdziwą rodzinę i pomagała innym tworzyć
taką, wspierając ich finansowo.
Fundusz,
który Lisa dostała do wykorzystania po swoich dwudziestych drugich urodzinach w
całości poszedł na jej fundację.
Sara
znalazła wielu pomocników nie tylko z finansami, ale również z pomysłami, które
mogli wykorzystać.
A
Mark miał swoją działalność, w której się spełniał zarówno zawodowo, jak i
ambicjonalnie, co podobało się jego Lady.
Wspierała go.
-
Hej, kochanie - usłyszał z boku, kiedy Lisa podeszła do nich i wsunęła się pod
jego drugie ramię.
Przyniosła
mu butelkę piwa i surową marchewkę dla Danny’ego.
Malec
natychmiast zawołał z radością i złapał twardy kawałek warzywa, o który mógł
szorować dziąsłami.
Lisa
przejęła syna, by Mark mógł owinąć palce wokół butelki, a potem podniosła
głowę, by dać mężowi usta do pocałunku.
Wziął
je chętnie, a potem spojrzał w jej oczy.
-
Wszystko dobrze? - mruknął.
-
O, tak - szepnęła.
-
To dobrze - odparł i podniósł butelkę, by napić się piwa.
Życie
było dobre.
*****
Rok później
I
znowu stali na tym samym trawniku tego samego terenu zielonego przy tym samym
kompleksie mieszkaniowym, składając sobie życzenia wszystkiego najlepszego w kolejną rocznicę zawiązania się ich
przyjaźni.
Tym
razem Mark pilnował syna, ganiającego po trawie za innymi dziećmi, kiedy Lisa
trzymała na ręku ich dwumiesięczną córkę.
Mark
patrzył, jak szła w jego stronę i czuł się dobrze.
Kochał
ją nad życie.
Jego
Lady była całkiem żoną i matką, a nie księżniczką.
Nie
była sztywna, nie kryła się za Królową Lodu, była ciepła, łagodna, czuła i
opiekuńcza.
Nadal
stała lub siedziała wyprostowana i poruszała się z gracją, jaką podziwiał w
niej od ich pierwszego spotkania.
-
Hej, kochanie - powiedziała, kiedy podeszła blisko niego.
-
Hej - odparł Mark - będziemy się zbierać?
-
Tak - powiedziała Lisa i uśmiechnęła się do przyjaciółki, która zbliżała się w
ich stronę - Będziemy już szli, Eva - powiedziała do niej.
-
Oczywiście - odpowiedziała Eva, podchodząc jeszcze bliżej - pozdrówcie tam od
nas Sarę i innych.
Mark
podniósł z trawnika protestującego syna, który nie zdążył nabawić się z resztą
dzieci, pożegnali się z pozostałymi przyjaciółmi okrzykami i machaniem rąk z
daleka, a potem poszli w stronę parkingu, by pojechać do domu.
Następnego
dnia rano wylatywali z SLC do Nowego Jorku, by polecieć później do Anglii.
Lisa
miała do załatwienia pewne sprawy związane z jej fundacją, Mark chciał
sprawdzić stan bezpieczeństwa ich drugiego domu.
Ale
najważniejszym, chociaż trochę smutnym powodem, był pogrzeb ciotecznej babki
Lisy, księżnej Charlotty, który miał odbyć się za kilka dni.
*****
Koniec
#####
Wszystkie
nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.
Wszelkie
podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń lub osób, żywych lub zmarłych, jest
przypadkowe.
#####
Dla
fanów: już niedługo zapraszam na
kolejną
książkę Kirsten Ashley - Games of the
Heart.
https://monique-romans-27.blogspot.com/
Zapraszam
do lektury moich książek i tłumaczeń na moich blogach na blogspot.com
a niedługo już losy kolejnej pary bohaterów z Salt Lake City
#####
dziękuję
Monique.1.b
https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL