poniedziałek, 10 października 2022

3 - Jajko Fabergé

 

 Rozdział 3

Jajko Fabergé

David

 

 

David dopilnował dogaszania pożaru, który szczęśliwie nie rozprzestrzenił się na inne części budynku i poszedł w stronę karetki, gdzie siedziała kobieta, którą wyciągnął z płonącego korytarza.

Był wściekły o to, że tak się narażała.

Pieprzona kretynka, desperatka.

Po drodze zatrzymał się obok Eddiego, Latynosa, znajomego detektywa policji, którego nie powinno tu być.

Zresztą ich jednostki z Fire Station 13 też.

To był bardzo zły dzień na dyżur w straży i dla policji, bo pożary wybuchły prawie o tej samej porze w wielu miejscach w SLC, więc wezwano ich w rejon, którego normalnie nie obsługiwali.

Dojazd zajął im dużo, za dużo czasu, ale po prostu mieli za daleko.

Kiedy David zobaczył Eddiego, pomyślał to, co pomyślałby każdy, kto tak jak on miał zbyt często do czynienia z pojebami szalejącymi po mieście.

Podpalenia.

Razem z Davidem do Eddiego zgodnie podeszli Jimmy i Alex, a potem dołączyli pozostali z ich jednostki.

Doszli do tych samych wniosków.

Żona Davida, Maggie była w ciąży z ich trzecim dzieckiem i nadal miewała czasem poranne mdłości, chociaż był to już czwarty miesiąc.

David nadal jeździł ze SWAT i uczestniczył w różnych akcjach, jakie „fundowali” im popieprzeni maniacy kontroli nad innymi ludźmi.

Więc David nie miałby nic przeciwko temu, żeby dostać tydzień, miesiąc lub cały rok wolnego od porąbanych pomysłów jakichś chorych pojebów.

- Powiedz mi, że to nie to, o czym myślę - powiedział David bardzo nieszczęśliwym tonem do Eddiego w ramach powitania.

Eddie popatrzył na niego ciężkim wzrokiem.

- Obawiam się, że to jest dokładnie to, o czym myślisz - powiedział równie co on nieszczęśliwym tonem.

- Podpalenia - mruknął Jimmy.

- Kurwa - mruknął Alex.

- Jeden człowiek? - spytał Sam.

- Raczej kilku - odparł Eddie - Jeden chyba nie dałby rady, bo pożar wybuchł prawie jednocześnie w bibliotece, Urzędzie Miejskim, wydziale komunikacji, jednym teatrze, kinie i w kilku innych instytucjach, głównie stanowych i rządowych, ale też miejskich.

- To dlatego nas wezwali - mruknął Jimmy - Wszystkie ręce na pokład.

- Ta - mruknął Eddie.

- Okej - westchnął David - Dzięki za info. Na razie, stary.

- Tak - powtórzył Eddie - Spadam tam. Mam robotę - Eddie skinął głową w stronę jego ludzi.

David obejrzał się na budynek, by zobaczyć wchodzącego tam pieprzonego inspektora pożarowego, który najwidoczniej już zbierał materiał do śledztwa.

Uwinęli się.

Czyli ktoś z góry ich ścignął.

Było poważnie.

Potem całą grupą odwrócili się do kobiety, której ratownik właśnie skończył opatrywać lewe, poparzone przedramię.

David wcześniej jej się nie przyjrzał, ale teraz to zauważył.

Miała regularne, delikatne rysy twarzy, rude, nieco przytłumione brązem włosy, zielone oczy i apetyczne krągłości.

Była ubrana tak, jak ubierała się Maggie, kiedy miała być między ludźmi, ale chciała czuć się swobodnie, czyli w niezłe dżinsy i koszulkę z długim rękawem, ale koszulka tej kobiety wyglądała na wymyślną i drogą.

Nawet teraz, kiedy siedziała na brzegu karetki w jej otwartych drzwiach, była wyprostowana i nogi trzymała skośnie, równolegle do siebie, jakby siedziała w fotelu fantazyjnego salonu, a nie prawie na ziemi.

Prawą ręką przyciskała do piersi kilka pieprzonych tekturowych teczek, które najwyraźniej były dla niej cholernie cenniejsze niż jej własne pieprzone zdrowie, a może i życie.

David zacisnął zęby z wściekłości.

Kurwa.

Pieprzona damulka.

Ruszył w jej stronę, by wygarnąć jej, co o niej myślał i poczuł, że jego kumple ruszyli za nim, kiedy ratownik zarzucił jej lśniący koc na ramiona, a ona sięgała do torebki, coś do niego mówiąc z delikatnym uśmiechem na ustach.

No, jasne, pieprzone nic się nie stało.

Kurwa.

*****

Lisa / Caroline

Siedziałam na progu karetki już owinięta kocem termicznym, bo byłam w samej koszulce na zimnym powietrzu SLC w ostatnim dniu lutego, a moje ramię było już opatrzone, więc zdecydowałam się zadzwonić do Franka i poinformować go o zaistniałym incydencie.

Wyjęłam telefon z torebki, którą wciąż miałam na ramieniu, jedną ręką wybrałam numer do Franka, połączyłam się i opowiedziałam mu krótko, chociaż bez szczegółów, co się stało.

Nie chciałam go straszyć, ale musiał wiedzieć.

Szczęśliwie, nie komentował i nie dopytywał się.

Poprosiłam, by po mnie przyjechał z Sarą, żeby zabrała mój samochód, skoro ja nie mogłam prowadzić.

Właśnie się rozłączyłam, kiedy zauważyłam zbliżającą się grupkę strażaków, na czele której szedł ten, który mnie uratował.

Mój Anioł Stróż.

Wyprostowałam się, przywołałam uśmiech na twarz i miałam rozpocząć podziękowania, kiedy się odezwał.

- Co ty sobie, do kurwy nędzy, wyobrażałaś? - warknął na mnie wściekle, a ja popatrzyłam na niego w szoku.

Nikt nigdy tak do mnie nie mówił.

No, może Mark tak by powiedział, ale bez tych przekleństw.

- To gówno było aż tak ważne… - tym samym wściekłym tonem kontynuował strażak, wskazując przy tym brodą na trzymane przeze mnie teczki - że narażałaś dla niego życie? Popieprzyło cię?

- Słucham? - udało mi się wydusić to zdumione słowo w tej samej chwili, kiedy z drugiej strony karetki podbiegła do mnie Joanne i rozepchnęła strażaków na boki, w ogóle ich nie zauważając.

- Och, Słonko… - przyskoczyła do mnie z wyraźnym strachem w głosie - tak mnie przestraszyłaś.

Patrzyła na moje przedramię, opatrzone i schowane w kocu i pogładziła moje plecy.

- Nic mi nie jest, Joanne - łagodnie odezwałam się do niej, starając się zignorować wściekłe fale testosteronu dochodzące z otaczającej nas grupy - Masz tutaj teczki z danymi tych dzieci, których nie zdążyłam wpisać do komputera.

- O, rany - westchnęła Joanne z radością - Pamiętałaś. Bez tego biedactwa musiałyby przejść całą drogę od nowa.

- Wiem - powiedziałam łagodnie.

Wiedziałam, że ona to też wiedziała i przejmowała się tak samo jak ja.

Mężczyźni wokół nas zamarli.

Joanne wyczuła zmianę atmosfery, chociaż nie sądziłam wcześniej, żeby zauważyła ich wściekłość, bo była zbyt przejęta mną i odwróciła się do tego, który stał najbliżej niej.

Był najwyższy z nich wszystkich, był bardzo przystojny, ale wyglądał na najstarszego, najbardziej poważnego, więc ja również uznałabym go za szefa tej ekipy, chociaż ten, co na mnie warczał, był bardziej dominujący.

- To dzieci, które są objęte opieką zastępczą… - wyjaśniła mu Joanne niepotrzebnie według mnie - i właśnie znalazły kogoś, kto chce być dla nich rodziną, adoptować je, kochać. W tych teczkach są tygodnie naszej pracy, kiedy zbieraliśmy dane, by sąd zgodził się na adopcję.

Mój Anioł Stróż przestał być na mnie wściekły, widziałam to, ale właściwie dopiero wtedy dokładniej mu się przyjrzałam.

Był niższy od tego, do którego mówiła Joanne, ale potężniejszy, jakby szerszy w barach, bardziej umięśniony i wciąż niezwykle przystojny na swój sposób.

Tak, był dominujący, a do tego apodyktyczny.

Miał czarną brodę i wąsy, brązowe, ciemne oczy, które przywiodły mi na myśli Marka na równi z jego apodyktycznością i zakrzywiony, orli nos.

Ten wysoki miał ciemne włosy, które nieco siwiały na skroniach, co było widać bo wszyscy byli bez okryć głowy pomimo przejmującego zimna, które nas otaczało w to prawie-marcowe już-popołudnie.

Miał również bardzo niebieskie oczy.

- Joanne - powiedziałam cicho i łagodnie do mojej szefowej - myślę, że panów to nie interesuje.

A potem zwróciłam się do mojego Anioła Stróża i ponownie wyprostowałam plecy, żeby patrzeć mu prosto w oczy.

- Dziękuję bardzo za ratunek - powiedziałam chłodno, bo nie mogłam się powstrzymać, tak bardzo mnie wcześniej zirytował.

- Nie ma za co - odparł tamten grzmiącym głosem, ale bez tej poprzedniej wściekłości - Jestem David - dodał jakby łagodniej - Jesteś Angielką?

- Tak, jestem Lisa - skinęłam głową nadal bez uśmiechu - Przyjechałam z Anglii na miesiąc. Mam staż w Opiece Społecznej, by się trochę pouczyć o waszym systemie rodzin zastępczych i adopcji. A to moja szefowa, Joanne - skinęłam dłonią w stronę Joanne, która jakby trochę otworzyła usta w oszołomieniu.

- To jest Jimmy… - David przedstawił mi wysokiego, niebieskookiego  - tamten to Alex… - wskazał na przystojnego blondyna - za nim Sam… - wskazał na wyraźnie młodszego - a ten ostatni to Tom.

Spojrzałam przelotnie na Toma, który stał wyraźnie z tyłu i zobaczyłam jego zachwycony wzrok.

Więc spojrzałam uważniej.

Przykuł moje spojrzenie na kilka sekund.

Był to bardzo przystojny jasny blondyn, którego włosy były dziwnie obcięte: bardzo krótko po bokach, a zostawione dłuższe na czubku głowy w postaci grzywy, więc na czoło opadał mu fantazyjny lok.

Jego brązowe, chociaż niezbyt ciemne, prawie piwne oczy patrzyły na mnie jakby nieśmiało, więc poczułam do niego sympatię.

Może to była reakcja na zbyt męskich samców, którzy wyładowywali na mnie swoje frustracje i krzyczeli, kiedy uznawali, że zrobiłam błąd?

- Więc te teczki naprawdę są ważne - powiedział cicho David, a ja zobaczyłam, że patrzył uważnie na papiery, które nadal ściskałam kurczowo, więc przypomniałam sobie o nich i poluzowałam uścisk.

- Joanne - powiedziałam i odwróciłam się do swojej szefowej - Myślę, że powinnaś je wziąć i schować. Ratownik powiedział, że przez kilka dni powinnam zostać w domu, więc ich nie przepiszę.

Joanne odwróciła się do mnie przodem.

- Och, dobrze, Słonko - powiedziała szybko i natychmiast zabrała ode mnie dokumenty - Nic się nie martw. Zajmę się tym. Johnny jest najpilniejszy, więc będzie miał założone akta w chmurze jeszcze jutro. A pozostała trójka też niedługo.

Spięłam się.

- Dziękuję - mruknęłam niewyraźnie, bo pomyślałam, że Joanne nie powinna była mówić na głos nawet imienia tego dziecka.

Miałam rację.

Na dźwięk tego imienia wśród mężczyzn zapanowało poruszenie.

- Johnny? - mruknął David.

- To ten, którego Alba… - zaczął Jimmy.

- Ania i Filip… - wtrącił jednocześnie Alex.

Z tych urywków dowiedziałam się, że przynajmniej ci trzej mężczyźni znali parę, która starała się o adopcję tego chłopca.

 Nie czytałam całych akt, ale zajrzałam do nich i znałam imiona dziecka i potencjalnych przybranych rodziców, więc wiedziałam, o czym mówili i przestraszyłam się.

Pochyliłam się w ich stronę i popatrzyłam na Davida z napięciem.

- Jeśli ktoś się dowie, że wy wiecie, jak pomyślą, że to przez jakąś protekcję, to oni nie dostaną tego dziecka - szepnęłam alarmująco.

Zamilkli.

Joanne wyprostowała się, jakby dotarło do niej, co właśnie zrobiła, zabrała z moich rąk taczki, szybko pożegnała się i poszła do swojego samochodu, nie oglądając się więcej ani razu na mnie ani na strażaków.

Natomiast oni zaczęli się zbierać do swojego wozu.

- Jeśli potrzebujesz pomocy w dostaniu się do domu… - zaczął David, oglądając się na mnie z wahaniem.

- Nie, dziękuję - powiedziałam cieplejszym głosem - Zaraz ktoś po mnie przyjedzie. Już dzwoniłam.

- Okej - mruknął David.

- A może moglibyśmy cię odwiedzić później i dowiedzieć się, czy wszystko w porządku? - zapytał z nadzieją Tom.

David i Jimmy spojrzeli na niego ze zdziwieniem, ale Alex uśmiechnął się dziwnie pod nosem.

A ja poczułam się miło doceniona i zaopiekowania.

Chciałam jego uwagi, chociaż nie wiedziałam dlaczego.

- Dobrze - powiedziałam, bo Tom był miły - Mieszkam w kompleksie… - i podałam mu adres.

- O, cholera - mruknął David i spojrzał na kolegów, a Jimmy i Alex otworzyli szeroko oczy - Jaki ten świat jest mały. A może to tylko SLC?

Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na nich uważniej, niezbyt rozumiejąc, co chciał przez to powiedzieć.

- Nasze kobiety tam mieszkały - wyjaśnił Alex.

- Pewnie już znasz Aleka i Sama - dodał Jimmy.

Przytaknęłam, a oni zaczęli się chichotać do siebie jak małe, rozbawione dzieci, chociaż niskimi głosami dorosłych facetów.

- Jakim cudem jeszcze cię nie wyciągnęli na spotkanie z kobietami? - zapytał Jimmy.

- Chcieli - przyznałam - Ale nie miałam czasu.

To stwierdzenie spotkało się z głośnym, basowym śmiechem całej trójki mężczyzn, którzy przed chwilą tak na mnie dziwnie patrzyli.

Uśmiechnęłam się z nimi.

Tak.

Ewidentnie znali Aleka i Sama.

*****

Pięć godzin później

Siedziałam na kanapie we własnym mieszkaniu po tym, jak Frank przyjechał po mnie z Sarą, zabrał mnie do ich samochodu, a Sara wzięła moją Mazdę, przyjechaliśmy do kompleksu i poszliśmy prosto do ich mieszkania.

Frank szalał z niepokoju.

Dosłownie zwariował.

Chodził w kółko, targał sobie włosy i powtarzał - Jak ja mogłem się na to zgodzić? To wszystko moja wina.

Jakbym miała go posłuchać, jeśliby mi wcześniej mówił, że miałoby się cokolwiek stać.

- Frank - warknęłam wreszcie na niego - Uspokój się.

Stanął na środku salonu i spojrzał na mnie trochę nieprzytomnie.

- To był wypadek - stanowczym tonem powiedziałam mu coś, co wiedział, bo rozmawiał z ratownikami i powiedzieli mu wszystko szczegółowo - Nie mogłeś nic zrobić. To ja tak zdecydowałam.

Niestety, Frank bardzo się przejął.

Dopiero herbata, którą mu zrobiła Sara i jej pancakesy z syropem klonowym trochę go uspokoiły.

Opowiedziałam im o strażakach, więc trochę się pośmialiśmy, a wreszcie Frank odpuścił na tyle, że pozwolił mi udać się do mojego mieszkania, żebym mogła się wykąpać i położyć do łóżka.

Po tych kilku godzinach byłam wręcz wyczerpana.

Sara musiała długo przekonywać Franka, żeby mnie spuścił na chwilę z oka, ale musiałam mu obiecać, że zadzwonię, jakbym miała jakiekolwiek problemy, a na pewno rano, żeby się odmeldować, jak się obudzę.

Teraz byłam już po prysznicu, miałam czyste i wysuszone włosy, byłam przebrana w czyste ubrania, a brudne prały się w pralce, którą jakieś dwa tygodnie temu nauczyłam się obsługiwać z pomocą Sary.

Potem drzemałam jakieś pół godziny na kanapie, ale, prawdę mówiąc, nie miałam ochoty na spanie, więc wstałam.

Nie chciałam również brać środków przeciwbólowych, które dostałam od ratownika, więc chwilowo bolała mnie opatrzona ręka.

Pomyślałam, że mogłam wziąć je dopiero na noc.

Teraz poczułam, że nie jadłam kolacji i trochę zgłodniałam, więc leniwie myślałam o tym, co mogłabym sobie zrobić, albo zamówić, ale nie chciało mi się wstać z kanapy.

Prawie żałowałam, że powiedziałam Sarze, że dam sobie radę.

Nie zostawiłaby mnie, gdybym nie odrzuciła jej pomocy i nie udawała takiej dzielnej i samodzielnej.

Zastanawiałam się, czy pójść po telefon.

Minęło kilkanaście minut moich rozterek, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi i prawie się uśmiechnęłam na myśl, że jednak Sara mnie nie posłuchała i przyniosła mi coś na kolację.

Wstałam, podeszłam do drzwi, wyjrzałam przez wizjer i zamarłam.

Stał tam Tom, ten młody, przystojny strażak, jeden z tych, których poznałam podczas pożaru biura.

Zawahałam się, ale ostatecznie złapałam za klucz i przekręciłam go w zamku, chociażby po to, by zapytać go, po co przyszedł.

Nie było grzecznie kazać mu czekać zbyt długo.

Kiedy otworzyłam drzwi na jego przystojnej twarzy pojawił się miły, nieśmiały uśmiech.

- Hej, Lisa - powiedział - Nie przeszkadzam?

- Hej, Tom - odparłam - Nie, wejdź.

I odsunęłam się, by zrobić mu miejsce, żeby mógł wejść, a potem zamknęłam za nim drzwi i przekręciłam klucz w zamku.

Tak, trochę się bałam.

- Kupiłem trochę chińszczyzny na kolację, jeśli nie masz nic przeciwko - powiedział Tom, podnosząc w jednej dłoni plastikową torbę, w które było widać plastikowe pojemniki i charakterystyczne pudełka z chińskiej restauracji.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i spojrzałam w dół na jego drugą dłoń.

Zauważyłam w jego drugiej ręce torbę sportową i zmarszczyłam na to brwi, co Tom natychmiast skomentował, udowadniając mi, że był spostrzegawczy.

- Przyjechałem prosto z pracy - powiedział przepraszającym tonem - Więc mam torbę z rzeczami do prania, których nie chciałem zostawiać w samochodzie, żeby nie nabrały „zapaszku”.

Rozchmurzyłam się, bo nie pomyślałam o tym, że ten młody mężczyzna był zmęczony i pomyślał o mnie, przedkładając moją wygodę i chęć zaopiekowania się mną nad własne potrzeby.

Był taki miły.

- Wejdź - wskazałam dłonią salon - Możemy zjeść, kiedy będzie się prało.

- Nie chcę… - Tom zaczął protestować, ale mu przerwałam.

- To nie musi leżeć w tej torbie i hmmm… - powiedziałam, marszcząc nos i tym samym sugerując, co mogłoby się stać z brudnymi rzeczami zamkniętymi w torbie zbyt długo - Ja mam pralkę z suszarką, więc nie będziesz nawet czekał na czyste. Chyba umiesz włączyć pranie?

- Okej - mruknął Tom i odwrócił się, by przejść wgłąb mieszkania - Umiem.

Doszliśmy do kuchni, gdzie zostawił torbę z jedzeniem, a ja wskazałam mu pomieszczenie, czy też może raczej kącik gospodarczy.

- Jak twoja ręka? - mało oryginalnie spytał przy tym Tom, wołając do mnie z pomieszczenia - Nie boli?

- Trochę boli - przyznałam niechętnie - Ale dostałam tabletki przeciwbólowe, które mam wziąć na noc.

- Czemu nie weźmiesz teraz? - zaciekawił się Tom, wychylając się z wejścia do pomieszczenia.

- Nie lubię truć się nadmiarem leków - wyjaśniłam.

Tom zacisnął usta, spojrzał na mnie twardo, ale nie odezwał się, tylko zajął się uruchamianiem pralki.

W myślach znowu porównałam go z Markiem, który bez wątpienia by to skomentował, mówiąc mi, że robię głupio.

Ale Marka tu nie było, a Tom był.

Nagle poczułam, że ta szyba/tarcza, którą budowałam wokół siebie przez wszystkie lata była słaba i cienka, gotowa w każdej chwili pęknąć, bym dopuściła do siebie uczucia.

A w danej chwili dominującym uczuciem była samotność, której bardzo nie lubiłam, chociaż doskonale ją znałam.

Wiedziałam to, że byłam gotowa poddać się.

Tom kończył wstawiać pranie, a ja kończyłam wyjmować pojemniki z jedzeniem z torby i talerze z szafki.

Przełożyłam właśnie większość jedzenia na talerze, kiedy Tom dołączył do mnie w kuchni.

- Co robisz? - spytał wyraźnie zaskoczonym tonem.

Spojrzałam na niego ze zdziwieniem i popatrzyłam z powrotem na talerze, nagle niepewna, czy dobrze robiłam.

- Wyjmuję naszą kolację? - odezwałam się z wahaniem.

Może nie po to ją przyniósł, a ja powinnam najpierw zapytać, czy to jedzenie dla nas, czy też może chciał to zabrać ze sobą.

- Wiesz - zaczął się śmiać, a ja zmarszczyłam ponownie brwi - Zwykle jadam to prosto z pudełek i myślałem, że wszyscy tak robią.

- Och - szepnęłam i popatrzyłam na naszykowane przeze mnie jedzenie.

- Ale tak jest lepiej - miękko wyjaśnił Tom, a kiedy podniosłam na niego wzrok, zobaczyłam, że jego wyraz twarzy jest równie łagodny, jak jego głos.

Zawstydzona tym, czego nie spodziewałam się poczuć, dokończyłam, wyrzuciłam opakowania, wzięłam oba talerze i skierowałam się do stołu, kiedy Tom zabrał je z moich rąk.

Więc odwróciłam się do szuflady i wyjęłam sztućce, a potem zapytałam z wahaniem, bo nie byłam pewna, co powinnam zaproponować.

- Czy chcesz coś do picia?

- Jeśli masz to poproszę piwo - odparł Tom, siadając już za stołem.

Dotarłam właśnie do niego i podałam mu sztućce.

- Obawiam się, że nie posiadam żadnego - przyznałam - Może być najwyżej sok pomarańczowy, woda lub czerwone wino.

- Okej - powiedział Tom i uśmiechnął się do mnie - Więc wino. Ale ja naleję - dodał i podniósł się z krzesła, by pójść do kuchni.

- W lodówce jest otwarte - zawołałam za nim - A kieliszki do wina są w szafce nad lodówką.

Usiadłam za stołem, rozłożyłam sobie serwetkę na kolanach i czekałam, żeby nalał wino do kieliszków i przyszedł z nimi do stołu.

Lub, lepiej, by przyszedł do stołu z kieliszkami i butelką, a potem nalał do nich wino.

Wreszcie Tom stanął przy mnie, popatrzył z góry z dziwną miną, a potem postawił napełnione kieliszki przy naszych nakryciach i usiadł.

*****

Dwie godziny później

Zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino, rozmawialiśmy, a potem przenieśliśmy się na kanapę, gdzie zaproponowałam Tomowi kawę i film, bo nie chciałam, żeby wychodził.

Nie chciałam dłużej czuć się samotna.

Spędziliśmy dwie bardzo miłe godziny na oglądaniu jakiejś nieistotnej komedii i lekkiej rozmowie, w czasie której nie czułam się sztywno ani niezręcznie.

Poruszaliśmy lekkie tematy i nie czułam przymusu rozmowy.

Po pewnym czasie jednak wydarzenia dnia dały mi się we znaki, więc poczułam senność i głowa zaczęła mi ciążyć.

Tom to zauważył i zabrał obie nasze filiżanki, by je odnieść do kuchni.

- Będę szedł - powiedział delikatnie, kiedy wrócił do mnie i usiadł blisko, żeby patrzeć mi w oczy - musisz się wyspać.

Zagryzłam wargę, bo zawahałam się.

Nie powinnam pozwolić mu zostać.

Nie chciałam jednak zostać sama, więc nie chciałam, żeby odszedł, ale nie wiedziałam, jak mu to wszystko powiedzieć.

Więc spięłam się i zawahałam przez chwilę, zaciskając wargi, a on ponownie zauważył to, co się ze mną działo.

 - Jak chcesz... jeśli się boisz… - szepnął, wyciągając dłoń, by delikatnie dotknąć mojej ręki - mogę tu zostać na noc.

Chciałam tego, ale nie chciałam mu robić nadziei na nic więcej.

Spojrzałam w bok, na oparcie kanapy.

- Mogę spać na kanapie - Tom nadal mówił bardzo cicho i delikatnie - Ty będziesz w swojej sypialni, ale nie będziesz całkiem sama.

Popatrzyłam na niego, skinęłam głową i poczułam, że na moją twarz wypłynęła łagodność, chociaż nie uśmiech.

Tak, to było pewne.

Był dobrym człowiekiem, który umiał wyczuć, co czułam i starał się sprawić, bym czuła się dobrze.

- Tak - przyznałam - Chcę, żebyś został.

- Okej - mruknął Tom i wstał, wyciągając do mnie obie ręce - Więc idź przyszykować się do snu, a ja naszykuję sobie tutaj spanie - skinął głową w stronę kanapy, z której mnie właśnie podniósł.

Skinęłam głową.

- Dziękuję - szepnęłam i ruszyłam w stronę drzwi do swojej sypialni.

Kiedy już byłam przebrana w zieloną, bawełnianą piżamę z długimi spodniami i długimi rękawami zapinanej na guziki bluzy, jedną z tych, które kupiłam sobie na pobyt w Aspen, weszłam do salonu z poduszką i kocem dla Toma i zobaczyłam go w spodniach dresowych i T-shircie, leżącego na plecach na kanapie z nogami skrzyżowanymi w kostkach i wbijającego coś kciukiem w telefon.

- Przepraszam - speszyłam się - Przyniosłam ci poduszkę i koc - dodałam półgłosem i podałam mu pościel, a on zerwał się na równe nogi i złapał to ode mnie, mrucząc swoje podziękowanie.

Położył to na kanapie, a ja zaczęłam się odwracać w stronę sypialni, starając się nie okazywać ciekawości co do tego, kogo informował o tym, że miał spędzić u mnie noc.

- Powiadomiłem brata, że nie wrócę na noc - powiedział, ponownie zgadując powód mojego wahania - Mieszkamy we dwóch, więc nie chciałem, żeby się denerwował.

Brata.

Nie mamy, dziewczyny, siostry…

Nie kogoś innego.

I mieszkali we dwóch?

Nie miałam prawa pytać, więc tylko skinęłam głową, uśmiechnęłam się nieśmiało i znowu zaczęłam odwracać w stronę sypialni.

Nie wiedziałam, dlaczego tak się zachowywałam i tak dziwnie się czułam w jego obecności.

- Nie powinnaś wziąć leku? - spytał nagle Tom.

- Co? - zdziwiłam się i spojrzałam na niego.

- No, tabletki na twój ból - wyjaśnił Tom, kiwając brodą w stronę mojej opatrzonej ręki.

- Och, tak - powiedziałam i prawie puknęłam dłonią w swoje czoło.

Jaka je byłam głupia.

Gdybym nie wzięła tabletki w tym momencie, prawdopodobnie musiałabym wstać za pół godziny i przeszkadzałabym mu w spaniu, idąc przez salon do kuchni.

Więc natychmiast poszłam do kuchni i sięgnęłam do szuflady, w której trzymałam buteleczkę z lekami, jakie dał mi ratownik, by wyjąć jedną tabletkę i połknąć ją, popijając szklanką wody.

 Potem schowałam buteleczkę, zamknęłam szufladę, a szklankę po wodzie zostawiłam w zlewie, by odwrócić się i zobaczyć Toma przypatrującego się temu, co robiłam, kiedy stał nieruchomo obok kanapy.

Przeszłam obok niego w drodze do sypialni i, mijając go, powiedziałam cicho - Dobranoc.

- Dobranoc, Lisa - powiedział Tom, a potem usłyszałam, jak sadowił się z powrotem na kanapie.

Poszłam do sypialni, zamknęłam cicho za sobą drzwi, położyłam się do łóżka, zgasiłam lampkę nocną, która stała obok niego na szafce nocnej, przykryłam się kołdrą i leżałam tak przez dłuższy czas, kiedy stwierdziłam, że obrazy z minionego dnia były zbyt natrętne, by je odgonić zwykłymi metodami.

Jak tylko zamykałam oczy, widziałam płomienie i znowu czułam ten strach, że nie dam rady wyjść na dwór.

Więc nie mogłam spać.

Dlatego, nie zapalając światła, odrzuciłam kołdrę, wstałam po cichu i podeszłam do drzwi.

Uchyliłam je w ciemnościach, spojrzałam przez powstałą szparę i ponownie zawahałam się, bo w całym mieszkaniu panowała ciemność i cisza.

Nie powinnam tego robić.

Tom był po ciężkiej i stresującej pracy, potrzebował wypocząć, a ja nie powinnam mu w tym przeszkadzać.

Westchnęłam cicho i zaczęłam się odwracać, by wrócić do łóżka.

- Co się stało? - nagle usłyszałam od strony kanapy całkowicie rozbudzony głos Toma.

Nie odezwałam się, ale zamarłam w bezruchu, więc zaraz usłyszałam, że wstał, a właściwie zerwał się i podszedł do mnie.

- Nie możesz spać? - zaniepokojony Tom podszedł tak blisko, że musiałam podnieść wysoko głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

- Tak - szepnęłam, jakbym bała się go obudzić - Przepraszam.

- Nie przepraszaj - mruknął Tom i lekko się uśmiechnął, a jego twarz znowu przybrała ten łagodny wyraz, który sprawiał, że był jeszcze przystojniejszy.

- Chodź - mruknął i wziął mnie za rękę - Położysz się, a ja tu posiedzę, dopóki nie zaśniesz.

Byłam tak zaskoczona, że nie stawiałam oporu.

Wciągnął mnie do sypialni, pomógł wejść na łóżko, a potem usiadł na jego brzegu i przykrył mnie kołdrą tak, jak opatula się małe dzieci, kiedy mówi się im dobranoc.

Od siódmego roku życia, a może trochę wcześniej nikt mnie nie opatulał, a od ponad trzech lat nikomu nie pozwalałam nawet wejść do mojej sypialni.

Nie powiedziałam mu tego, bo to tak naprawdę nie była moja sypialnia tylko wynajęte miejsce, jak łóżko w hotelu.

Zamiast tego poleżałam przez chwilę na wznak, z rękoma skrzyżowanymi na brzuchu na kołdrze, a potem zapytałam nieśmiało:

- Czy możesz się ze mną położyć?

Tom zamarł na sekundę, a potem pochylił się nade mną i popatrzył na mnie poważnie poprzez otaczające nas cienie.

- Jesteś tego pewna? - zapytał.

- Tak - odpowiedziałam cicho, kiwając lekko głową - Tylko na chwilę. Po prostu ze mną poleż.

Tom nic więcej nie powiedział, tylko wsunął nogi na łóżko i położył się wzdłuż mnie.

Uznałam, że to było głupie, więc odwróciłam się do niego tyłem i, leżąc na boku, szepnęłam - Wejdź pod kołdrę.

Tym razem się nie zawahał i nie pytał mnie, czy byłam pewna.

Położył się za mną i poczułam jego ciepło na plecach.

Dwie sekundy później spałam.

*****

Szesnaście godzin później

Była pora lunchu i miałam gości w swoim mieszkaniu.

Zastanawiałam się, jak do tego doszło.

Rano obudziłam się i od razu poczułam, że Tom obudził się wcześniej, ale leżał nieruchomo, czekając na mnie, bo leżał jakby sztywno, więc wiedziałam, że starał się nie poruszać.

W ogóle nie był zrelaksowany.

Żaden człowiek podczas snu nie trzymałby swojego ciała tak sztywno.

Jego lewe ramię było wyprostowane na poduszce nad moją głową, ale prawą dłoń trzymał napiętą na moim brzuchu, pod moją lewą, oparzoną ręką.

Obejmował mnie najwidoczniej przez sen i tak zostało.

A jego nos był wtulony w moje włosy, brzuch przyciśnięty do moich pleców i nie wiedziałam, jak się z tym czułam.

Nigdy z nikim nie spałam.

Pomyślałam, że było to również dziwnie dobre, bo skutecznie odpędzało moją samotność.

Chciałam tego.

Kiedy tak leżałam, Tom poruszył się delikatnie, przechylił głowę mocniej do mnie, więc poczułam jego usta na karku, ale potem podniósł się i oparł głowę na dłoni zgiętej ręki, by spojrzeć na moją twarz.

- Wyspałaś się? - zapytał delikatnie.

To było takie słodkie.

Skinęłam lekko głową, uśmiechnęłam się i przetarłam oczy ręką.

Pomyślałam, że dawno nikt mnie nie widział takiej: potarganej od snu i bez makijażu.

Nie przeszkadzało mi to, że Tom mnie taką zobaczył.

Ale też nie zależało mi jakoś specjalnie, by mu się to podobało.

Żebym ja mu się podobała.

Chociaż wydawało się, że tak było.

Tom nie zrobił nawet gestu, że chciałby mnie pocałować, nie robił mi wyrzutów, że nie dążyłam do seksu; po prostu tam byliśmy.

Normalnie.

A to było jeszcze lepsze.

- Hej - szepnęłam zaspanym głosem - Wstajemy?

- Tak - mruknął, popatrzył na mnie jeszcze przez sekundę, a potem zaczął się podnosić z łóżka.

Więc wyglądało na to, że po prostu się mną zaopiekował, kiedy potrzebowałam czyjejś obecności i dlatego zatrzymałam go na chwilę, przyciągając go za rękę.

- Dziękuję, że jesteś taki wyrozumiały - powiedziałam.

- Nie ma za co - odpowiedział, nachylił się nade mną i pocałował delikatnie moje usta.

Nie poczułam niczego.

Żadnego przyciągania, mrowienia, dreszczu.

Zastanowiłam się, czy to było normalne, ale z drugiej strony, te osławione motyle w brzuchu może były tylko mitem, a ja powinnam raczej szukać stabilizacji i spokoju.

Nie wiedziałam.

Potem wstaliśmy, wzięliśmy oddzielnie prysznic, najpierw Tom, kiedy ja szykowałam jeszcze swoje rzeczy na ten dzień, a później Tom zrobił nam na śniadanie jajka sadzone na tostach i kawę, kiedy ja suszyłam włosy, a ja nie powiedziałam mu, że nie pijam rano kawy tylko herbatę.

A potem Tom musiał pojechać do swojego domu.

Pożegnał się ze mną delikatnym, czułym pocałunkiem w usta, na który się zgodziłam, przechylając dla niego do tyłu głowę.

I znowu nie poczułam nic specjalnego, chociaż to było miłe z jego strony.

Poczułam się z tym dobrze.

Po prostu.

Kiedy wyszedł, zadzwoniłam do Sary i umówiłam się z nią, bo godzinę później miałam być w u lekarza na zmianę opatrunku, a Sara powiedziałam mi, że załatwiła mi wizytę w prywatnym gabinecie.

Oczywiście.

Sara zawsze, nieustannie dbała o mnie, moją prywatność, dyskrecję i najlepsze leczenie, jakie mogłam dostać.

Sama, nie czekając na nich, posprzątałam całe swoje mieszkanie, przebrałam się i byłam gotowa do wyjścia, kiedy Sara z Frankiem przyszli po mnie, by zawieźć mnie do lekarza.

Podczas naszej podróży samochodem, powiedziałam im o wizycie Toma, przepraszając, że nie zadzwoniłam wieczorem, kiedy przyszedł.

Popatrzyli na mnie dziwnie, co zrozumiałam, skoro wiedzieli, że nie przebywałam nigdy z nikim sama w mieszkaniu, a zwłaszcza z nikim obcym.

A poza tym wiedziałam, jak to zabrzmiało.

Obcy mężczyzna ze mną samą w moim mieszkaniu.

Cóż.

Nie tłumaczyłam się im.

Nie powiedziałam jednak również tego, że został na noc.

Że zaprosiłam go do tego.

Wróciliśmy do kompleksu niedawno, po pierwszej i miałam ochotę na odpoczynek, ale nie było mi to dane.

Ledwie weszliśmy do mojego mieszkania, kiedy rozległ się dzwonek i, kiedy Frank otworzył drzwi, usłyszałam głosy przynajmniej trzech kobiet, domagających się poznania mnie.

Goście.

Nie wiedziałam, jak przekonały Franka, by je wpuścił.

Ale to zrobił.

Jako pierwsza weszła do mojego salonu kobieta, która była nieco starsza ode mnie, szczupła, energiczna i rudowłosa.

Właściwie jej włosy nie były rude, a przynajmniej nie tak jak moje, tylko płomienne, jakby nadała im różne odcienie pomarańczowego do miedzianego, a one do tego falowały, jakby żyły swoim życiem.

- Witaj - podeszła do mnie z wyciągniętą ręką - Jestem Eva, żona Jimmy’ego, którego poznałaś podczas pożaru biura Opieki Społecznej.

Uścisnęłam jej dłoń i puściłam ją, patrząc wprost w jej oczy.

Były piwne, szczere, ciepłe i zaciekawione, a ona sama była bardzo energiczna i radosna.

- Dzień dobry - odpowiedziałam - Jestem Lisa. Miło cię poznać.

- Och! - zawołała Eva - Faktycznie, jesteś rodowitą Angielką, jak mówił Jimmy. Ja pochodzę z Polski.

- Tak, poznałam twój akcent - przyznałam jej i skinęłam lekko głową - Słyszałam o tobie od Aleka i Sama.

- Znasz Aleka i Sama? - Eva się zdziwiła, a ja zobaczyłam kątem oka jeszcze dwie kobiety, które weszły do salonu, a za nimi wszedł Frank z bardzo dziwną miną - Jakim cudem jeszcze się nie poznałyśmy?

- Nie miałam za dużo wolnego czasu - odparłam - Ale jedliśmy kiedyś lunch u nich w mieszkaniu. My troje - skinęłam głową w stronę Sary i Franka - Sam zrobił chowder.

- O, tak! - Eva klasnęła w dłonie - Jadłam chowder Sama. Jest pyszny.

- A wystrój ich mieszkania wam się podobał? - spytała druga z kobiet, z czarnymi, falującymi włosami, ciemnymi oczami i oliwkową cerą - A tak przy okazji, jestem  Sophie, żona Alexa - wyciągnęła do  mnie dłoń i, kiedy ją chwyciłam, uścisnęła moją mocno i krótko, po męsku.

Sophie była w bardzo zaawansowanej ciąży, ale nadal podskakiwała i gestykulowała, jakby nadmiar energii nie pozwolił jej zachować ciała w bezruchu.

Kiedy spojrzałam na jej brzuch, położyła na nim dłoń i powiedziała:

- To nie koniec ciąży. To trojaczki - i zabrzmiała przy tym tak dumnie, jakby zdobyła właśnie jakiś medal za osiągnięcia.

Zobaczyłam jak Eva i trzecia z nich spojrzały na siebie i przewróciły oczami, ale Sophie już zmieniła temat i nie dała im dojść do słowa.

Pochyliła się do mnie i oczy jej błysnęły.

- Mieszkanie chłopaków urządzał Alek - powiedziała takim tonem, jakby zdradzała mi tajemnicę państwową, a potem wyprostowała się i machnęła ręką po otoczeniu - A to mieszkanie, ja malowałam. Kiedyś tu mieszkałam. A potem mieszkała tu Ania.

Na to imię trochę się spięłam, bo strażacy też o niej wspomnieli, więc wiedziałam, że chodziło o tą kobietę, która chciała zaadoptować Johnny’ego.

Nie powinnam jej poznawać, jeśli nie miałam zostać oskarżona kiedykolwiek o stronniczość we wpisywanych danych, chociaż byłam tylko stażystką.

Nie chciałam im zaszkodzić.

- Hej - o wiele spokojnie i delikatniej powiedziała trzecia, niska, blondynka o bardzo drobnej twarzy, na której duże, niebieskie oczy, w połączeniu z bladą cerą nadawały jej wyraz kruchości - Jestem Maggie, żona Davida.

Na to imię poczułam ciepło rozchodzące się mi od serca i nie mogłam się nie uśmiechnąć nieomalże z wdzięcznością.

- David mnie uratował. Wyprowadził mnie z pożaru - powiedziałam jej cichym głosem, który zdradzał tą wdzięczność - Był moim Aniołem Stróżem.

Na twarzy Maggie pojawił się czuły, delikatny wyraz, który mówił „miłość”, ale taka Miłość, przez duże M.

- Tak - szepnęła - David taki jest. Mnie też uratował.

- Alexa też - szepnęła z bliska Sophie.

- Nam też pomógł - dodała cicho Eva.

I wtedy zobaczyłam, w jaki sposób popatrzyły na siebie, a było to wyznanie przyjaźni, jakiego nie widziałam nigdy u nikogo.

Kochały się i wspierały, znając swoje najlepsze i najgorsze momenty w życiu, więc wiedziały, co było dla każdej z nich ważne w życiu.

Dla Maggie był to David i to jak wspaniale pomagał innym ludziom, jaki był dobry.

Znając Davida i widząc Maggie powinnam poczuć zdziwienie, bo on był ciemny, duży, solidny i twardy, a ona jasna, mała i krucha, ale nie byłam zaskoczona, bo jakoś do siebie pasowali.

Liczyło się zresztą tylko to, że się kochali.

Maggie przerwała te moje myśli, kiedy wyciągnęła w moją stronę blachę, na której pod folią spożywczą zobaczyłam jakieś bułki lub ciastka.

- Ślimaki cynamonowe - oznajmiła - Sama zrobiłam. Do kawy.

- Och - powiedziałam - Dziękuję.

W tej chwili z boku podeszła do nas Sara.

- Ja to wezmę - powiedziała do Maggie - Twoja ręka - powiedziała do mnie.

I zabrała blachę.

- Jestem niegrzeczna - oznajmiłam głośniej - Proszę, poznajcie moich przyjaciół. To Sara - wskazałam dłonią w stronę Sary, która rozjaśniła się w uśmiechu - A to Frank, jej brat - odwróciłam się do Franka - Są z Anglii, więc zamieszkaliśmy blisko, żeby być razem.

- O, to fajnie - powiedziała Eva - bo my właśnie przyszłyśmy ci powiedzieć, że nie jesteś sama. Widzę, że naprawdę nie jesteś.

- Tak - przyznałam jej rację, ale bez przekonania - Nie jestem sama - i uśmiechnęłam się swoim „zawodowym” uśmiechem.

Zajęłyśmy się wyjmowaniem talerzyków, filiżanek, sztućców, robieniem kawy w kubkach i herbaty w imbryku (okazało się, że Eva woli herbatę, jak ja), a potem usiedliśmy wszyscy w salonie na kanapie i fotelach.

W czasie tego wszystkiego było trochę zamieszania, ale bardzo wesołego, pogodnego, a ja dowiedziałam się, że Maggie też jest w ciąży, z ich trzecim dzieckiem, w czwartym miesiącu.

Opowiedziałam im o moim kursie gotowania, kiedy zapytałam Maggie:

- Te ślimaki są drożdżowe czy z proszkiem do pieczenia?

- Z proszkiem… - odparła - nie miałam czasu na drożdżowe, bo muszą urosnąć, a umówiłyśmy się do ciebie.

- Jeszcze nigdy nie robiłam ciasta drożdżowego - przyznałam i nawet Sara spojrzała na mnie ze dziwieniem, bo nie rozmawiałam zwykle o gotowaniu, ale przecież do tej pory nie miałam z kim.

- Uczęszczam na taki kurs - przyznałam się - …to gotowanie od podstaw. Nie mamy programu, ale wymieniamy się przepisami i pokazujemy sobie wzajemnie różne triki do zastosowania w kuchni.

- Oooo, fajnie - powiedziała cicho Eva z uśmiechem, a ja jakoś wiedziałam, że nie śmieje się z mojego braku umiejętności gotowania, ale wspiera moją chęć uczenia się.

- Nie lubię gotowania - mruknęła pod nosem Sophie i zajęła się przekładaniem kolejnego ślimaka na swój talerz.

Wyglądało na to, że nie lubiła gotowania, ale lubiła jedzenie.

- A ja bardzo lubię - powiedziała rześko Maggie - Eva mnie uczyła podstaw - powiedziała do mnie i popatrzyła porozumiewawczo.

Odwróciłam się do Evy, która nie patrzyła na nas, ale nalewała sobie kolejną filiżankę herbaty z imbryka, uśmiechając się lekko pod nosem.

Taka rozmowa toczyła się dalej bez przymusu i lubiłam to.

Potem poznałam imiona dzieci Evy i Jimmy’ego i dowiedziałam się, że ich starsza dwójka, Maria i Matt, była adoptowana, ale Matt był spokrewniony z Jimmy’m, bo był jego wnukiem.

Dowiedziałam się, że do ich grupy należy jeszcze Alice, która mieszkała nieco dalej, więc tego dnia nie mogła przyjechać, zresztą nie miała z kim zostawić dzieci, bo miała co prawda dużą rodzinę ze strony męża, Eddiego, ale jej szwagierka również niedawno urodziła.

Powiedziałam im, że poznaliśmy z Sarą i Frankiem Soniję i opowiedziałyśmy im z Sarą jak to się stało, a one zachwyciły się tym, że Dominik nazwał mieszkańców kompleksu „rodziną”.

Nie rozmawialiśmy o moim życiu prywatnym, nie wypytywały mnie o pracę ani znajomych, więc czułam się swobodnie i lekko.

Podczas tej rozmowy uderzyło mnie jedno, ale nie uderzyło mnie to nagle, bo już wcześniej to czułam, ale odpychałam to od siebie.

Uświadomiłam to sobie.

Ich życie było pełne, to było prawdziwe życie, a moje było puste.

Byłam jak jajko Fabergé, piękne, bogato udekorowane, ze złoceniami, kamieniami szlachetnymi, ale jałowe i puste w środku.

Ot, ładny drobiazg do oglądania, ale kompletnie nieprzydatny.

Więc słuchałam, czasem mówiłam, uśmiechałam się i przytakiwałam, nie starając się czuć i myśleć zbyt dużo, by zachować spokój.

Do czasu, kiedy przyszedł Tom.

Stało się to ponad godzinę po przyjściu kobiet i to Frank mu otworzył, więc najpierw słyszałam cichą rozmowę w korytarzyku wejściowym, kiedy Tom się najwyraźniej przedstawił, a później do salonu wszedł Tom z torbą sportową, a za nim Frank wpatrzony we mnie z bardzo dziwną miną.

Tom rzucił swoją torbę przy drzwiach do sypialni, zanim podszedł do nas.

Wszyscy w salonie milczeli.

- Hej - Tom przywitał się ogólnie, skinął wszystkim głową, a potem podszedł do fotela, na którym siedziałam, usiadł na podłokietniku i pochylił się, żeby mnie pocałować w policzek.

- Cześć, kochanie - powiedział przy tym, więc się speszyłam.

Zebrałam się w sobie w sekundę, wykorzystując wyćwiczone odruchy.

- Tom - powitałam go, a potem odwróciłam się do kobiet - Znasz…

- Tak - przerwał mi Tom - Hej Eva, Sophie, Maggie - skinął głową w stronę każdej z nich, a one odpowiadały Hej lub, jak Sophie - Yo.

- A to jest Sara, moja przyjaciółka z Anglii - dokonałam prezentacji i nie dodałam nic więcej, wskazując mu jednocześnie, że opowiedziałam o nim Sarze i nie musiałam go przedstawiać.

Przynajmniej miałam taką nadzieję.

Tom podniósł się lekko, by ująć dłoń Sary, która wyciągnęła swoją i usiadł z powrotem na oparciu mojego fotela.

- Franka poznałeś? - spytałam go po tym wszystkim.

- Tak - Tom rzucił to bardzo suchym głosem, więc chyba powitanie w korytarzyku nie było przyjazne.

Musiałam porozmawiać z Frankiem.

Później.

W salonie zapadła całkowita cisza, ale była krótka.

Przerwałam ją, gdy zapytałam Toma - Napijesz się kawy?

A on odparł - Poproszę.

Wstałam więc z fotela i przeszłam do kuchni, by zrobić kawę dla Toma, a Sara poszła za mną, ale nie odezwała się ani słowem na temat tej sytuacji.

Ona też porozmawiałaby ze mną później.

Usłyszałam, że kobiety, zebrane w moim salonie, zaczęły rozmawiać o jakiejś imprezie lub meczu, który niedługo miał rozpocząć sezon.

Potem wróciłyśmy i usiadłyśmy na tych samych co wcześniej miejscach, a ja poczułam się tylko trochę niekomfortowo z tym, że Tom nadal siedział na oparciu mojego fotela i nie zamierzał się przenieść gdzie indziej.

Opierał się o niego bokiem, więc czułam się przez niego prawie przytulana.

Rozmawialiśmy wszyscy ogólnie potem jeszcze przez chwilę o różnych nieistotnych sprawach jak pogoda, panująca zwykle o tej porze roku w SLC, a później kobiety musiały wracać do swoich domów.

Najpierw odjechała Maggie, po którą przyjechał David.

David nie wszedł do nas na górę, ale Frank odprowadził Maggie na parking, zabierając po drodze blachę po ślimakach.

Następne odjechały Eva i Sophie, każda swoim samochodem, chociaż wyszły razem z mojego mieszkania.

Pożegnania z kolejnymi kobietami były krótkie i serdeczne.

- Tak - powiedziała do mnie cichym głosem Eva przy naszym pożegnaniu - Nie jesteś sama.

Odnosiła się do swoich wcześniejszych słów o tym, że chciały mnie zapewnić o tym, że mam je wszystkie.

Przygarniały mnie do grona przyjaciółek, chociaż nie chciałam tego.

Tak, nie byłam sama.

Tom został w moim mieszkaniu. Tak samo jak Sara i Frank.

3 komentarze:

  1. Dziękuję za rozdział :) Coś mi ten Tom nie pasuje jakiś taki śliski.
    i poprawka Frank wpatrzony we mnie z bardzo dziwną mną" nie mną tylko miną :)

    OdpowiedzUsuń