Lisa
Przyjechaliśmy
z Markiem na siedzeniu pasażera do domu Evy i Jimmy’ego prowadzeni GPS’em
samochodowym w Nissanie Navarra Marka.
Dowiedziałam,
jak nazywał się jego samochód z napisu na jego tyle, kiedy weszliśmy do
garażu i zobaczyłam go po raz pierwszy.
Nie
znałam się na samochodach.
A
potem udawałam, że wszystko było dobrze, ale nie było.
Kiedy
wsiadłam za kierownicę tego olbrzyma, spanikowałam.
Martwiłam
się tym, jak ja miałam to-to wyprowadzić z garażu, prowadzić między innymi
samochodami, zaparkować gdziekolwiek, wymanewrować z powrotem na ulicę, w ogóle
jechać nim.
Wyregulowałam
sobie fotel i lusterka pod czujnym okiem Marka, ale wiedziałam, że mi ufał, bo
siedział swobodny i nie odzywał się.
Po
prostu chciał mi pomóc w razie czego.
Powiedział
pierwsze słowo, kiedy zabierałam się do uruchomienia zapłonu, a było to zwykłe
wskazanie, gdzie się to robi.
Byłam
naprawdę zadowolona, że mi ufał i bardzo chciałam go nie zawieść, więc byłam
jeszcze bardziej zdenerwowana.
Martwiłam
się, że mogłabym go zawieść.
Ale
udało mi się bez większych problemów, chociaż pomalutku, wyjechać z garażu, przerzucić
samochód, który był automatem na bieg parkuj,
zamknąć garaż pilotem, a potem dojechać do salonu sprzedaży samochodów Audi,
kiedy Mark wskazywał mi drogę.
Najbardziej
cieszyłam się z wszelkich czujników i z kamerek, które mi podpowiadały, jak
daleko byłam od innych aut i od przeszkód.
Czułam
się bezpieczniej.
W
salonie samochodowym dowiedziałam się, że Mark wcześniej przemyślał sprawę
samochodu dla mnie, bo od razu zapytał dealera o kilka modeli i polecił mi je
obejrzeć.
W
nieskończoność wsiadałam do kolejnych samochodów, „przymierzałam” je, oglądałam
różne urządzenia na deskach rozdzielczych i słuchałam objaśnień sprzedawcy,
udając, że coś rozumiałam.
Dowiedziałam
się przy okazji, że to były same SUV-y, że tak
wyglądały SUV-y, ale większość z nich była dla mnie za duża.
Potem
dowiedziałam się, co Mark mi powiedział z niezrozumiałym rozbawieniem w głosie,
że jego samochód był pickupem.
Że
niby pickup ma taki otwarty bagażnik na tyle.
Nie
wiedziałam, co było w tym śmiesznego, że tego nie wiedziałam.
Ostatecznie
wybraliśmy, a może raczej ja wybrałam
srebrne Audi Q4 Sportback, które było piękne również w środku, nie tylko na
zewnątrz, a jedocześnie wydawało się być na tyle bezpieczne, że Mark to
aprobował.
Zwrócił
mi uwagę, że miał napęd na cztery koła i inne takie.
Nigdy
nie pomyślałabym o tym sama, a chodziło o jazdę zimą.
Lubiłam
to, że Mark planował mój pobyt tam zimą.
Mieli
nam dostarczyć ten samochód do domu następnego dnia rano, bo, przez ramię Marka,
nie mogliśmy go odebrać od razu.
Mark
zapłacił.
Mark
apodyktycznie nakazał im, żeby to
było rano, czyli między ósmą a
dziewiątą i nie później.
Ojej!
Następnie
pojechaliśmy do salonu z telefonami, o czym sama myślałam już od poprzedniego
dnia, gdzie kupiliśmy dla mnie czerwony Smartfon Xiaomi Redmi Note 10 z
abonamentem na rozmowy i Internet.
Podobno
miał super wytrzymałą baterię, więc nie musiałbym go co chwilę ładować.
Mark
znowu zapłacił.
Niedaleko
tego salonu zauważyłam sklep sportowy i zapytałam Marka, czy moglibyśmy tam
wejść.
Zrobił
dziwną minę, ale się zgodził.
Nie
chciałam kupować żadnych sprzętów sportowych.
Potrzebowałam
ubrań.
Po
kilku minutach chodzenia po tym niewielkim sklepie, znalazłam to, czego
potrzebowałam i zabrałam to do przymierzalni.
Wtedy
dowiedziałam się, dlaczego Mark zrobił taką dziwną minę, kiedy powiedziałam, że
chciałam tam wejść.
Cóż,
był męskim mężczyzną, a to oznaczało,
że nie lubił zakupów, które wymagały wybierania i przymierzania.
I
powiedział mi to.
Lubiłam,
jak mówił mi wprost, co myślał.
Uśmiechnęłam
się do siebie na myśl, że kiedyś mnie to irytowało.
Pomyślałam
jednak, że na przyszłość powinnam znaleźć sobie jakieś koleżanki, a może Eva
lub Maggie zgodziłyby się na pójście ze mną na zakupy.
Ostatecznie
kupiłam sobie tam wygodne spodnie do jogi, by mieć w czym chodzić w domu i
koszulkę oraz sandałki sportowe, które miałam ochotę od razu założyć, ale nie
chciałam przedłużać wizyty w tym sklepie.
Mogłam
je zmienić później.
Przy
okazji tych zakupów odzieżowych mieliśmy krótkie spięcie, bo wyjęłam z torebki
swoją kartę płatniczą, kiedy staliśmy przy kasie, a Mark popatrzył na to srogo
i pokręcił na mnie głową.
Co?
Nie
pozwolił mi zapłacić nawet za moje własne
ubrania.
Uch.
To
wszystko zajęło nam prawie cztery godziny, więc nadeszła pora, by pojechać do
Evy.
Mark
stwierdził, że powinniśmy coś zjeść i proponował, żebyśmy wstąpili na
pancakesy, ale ja nie chciałam, chociaż pomyślałam, że był głodny.
-
Mark, kochanie, uwierz mi. Znam ją - mówiłam mu, kiedy jechaliśmy w stronę gór Uinta
Wasatch, bo tam był dom Evy i Jimmy’ego, prowadzeni ponownie przez nawigację
samochodową - Eva będzie miała naszykowanego tyle jedzenia, że nie dasz rady go
w sobie zmieścić, a ona gotowa się obrazić, jeśli nie zjesz wystarczająco dużo.
-
Przypomina mi to moją mamę - wymamrotał Mark, a ja bokiem zerknęłam na niego,
już pogodzonego z tym i zrelaksowanego na siedzeniu pasażera.
Lubiłam
to.
Zarówno
to, że był zrelaksowany, jak i to, że miał taką mamę.
Uśmiechnęłam
się do niego, a potem spojrzałam z powrotem na drogę, kiedy poczułam, że złapał
moją rękę i podniósł ją.
Kiedy
zerknęłam na niego po raz drugi, był skręcony na swoim siedzeniu w moją stronę,
żeby dosięgnąć mnie prawą dłonią, i przykładał moje palce do ust.
-
Cieszę się, że je poznałaś - powiedział i puścił moją rękę, by usiąść wygodniej
na swoim siedzeniu - Masz przyjaciółki.
A
ja cieszyłam się, że on miał przyjaciół.
Kiedy
dojechaliśmy na miejsce, a czułam już się pewniej za kierownicą tego olbrzyma,
więc jechałam szybciej, i wjeżdżałam na podjazd, było dopiero pięć minut do
dwunastej.
Jednak
kiedy wyłączyłam silnik, drzwi domu się otworzyły i wyszedł przez nie Jimmy,
którego widziałam tylko raz - wtedy, kiedy go poznałam, ale rozpoznałam go
natychmiast.
Był
to jeden z tych niezwykle przystojnych strażaków, których naprawdę trudno było
zapomnieć.
W
ciągu dnia temperatura wzrosła już do dwudziestu stopni Celsjusza, ale rano nie
miałam innych butów, więc musiałam założyć swoje botki do dżinsów i koszulki, w
co byłam ubrana od rana.
Początkowo
wzięłam też ze sobą kurtkę, ale teraz leżała zbędna na tylnym siedzeniu, obok
mojej torebki i laptopa, którego Mark kazał mi zabrać z domu, bo ktoś miał go
obejrzeć.
Wysiedliśmy
na podjeździe, przywitałam się z Jimmym i przedstawiłam mu Marka, a wtedy
dowiedzieliśmy się, że David trochę o nim wspomniał swojemu przyjacielowi.
Wzięłam
torebkę i torbę z butami, weszliśmy do domu, a tam w progu powitała nas Eva,
której również przedstawiłam Marka.
Popatrzyła
na jego ramię, ale nie skomentowała tego.
Od
razu dowiedzieliśmy się, że Maria i Matt byli w szkole, a Davie pierwszy raz,
na kilka godzin, w przedszkolu.
Mark
miał okazję przekonać się, że oni przez cały czas myśleli o dzieciach, jak
każda normalna rodzina.
Cóż,
Mark to znał, a ja nie.
Poczułam
wcześniej, że mi było za ciepło w nogi, więc zabrałam do domu Evy i Jimmy’ego
swoje nowe sandałki, przeprosiłam i poprosiłam, bym mogła je zmienić.
Po
zdjęciu botków odetchnęłam z ulgą.
Kiedy
schowałam je do samochodu Marka i wróciłam do domu, dołączyłam do nich wszystkich,
którzy byli już w kuchni.
Uznałam
to za dziwny obyczaj, ale już poprzednio Eva biegała między kuchnią a salonem,
w którym siedzieliśmy z Sarą i Frankiem, więc powinnam wiedzieć, że taka była.
Lubiła
gotować dla swoich gości.
Mężczyźni
siedzieli przy wyspie, która stanowiła stół kuchenny, a Eva stała przy blacie i
wyjmowała z szafek różne sprzęty.
Weszłam
do kuchni, prowadzona ciepłym wzrokiem Marka, uśmiechnęłam się do niego i
zostawiłam torebkę na końcu blatu.
Podeszłam
do Evy i obejrzałam to, co wyjęła.
-
Co robisz? - spytałam z ciekawością, bo wyglądało na to, że dopiero zaczynała przygotowywać
lunch.
-
Pancakesy - odparła.
-
Mogę pomóc? - spytałam i odwróciła do mnie głowę z łagodnym uśmiechem, a potem
skinęła głową.
Musiała
pamiętać, jak jej opowiadałam, że próbowałam nauczyć się gotować, kiedy byliśmy
w SLC kilka tygodni temu.
-
Pewnie - powiedziała, a zaraz potem dodała - Wyjmij z lodówki cztery jajka i
mleko.
Poszłam
w stronę lodówki, zauważając po drodze, że Mark przyglądał się temu z lekkim
uśmiechem i łagodnym uśmiechem na twarzy.
Wyjęłam
jajka i butelkę z mlekiem, a potem podeszłam do zlewu, żeby umyć jajka, co Eva
przyjęła ze skinieniem głową i uśmiechem.
Wsypywałyśmy
po kolei produkty do dużej miski.
Mężczyźni
nie siedzieli z nami długo, bo niedługo potem przyjechali Maggie i David bez
dzieci, które zostały u Alice, więc Maggie została z nami, by szykować lunch, a
oni we trzech przeszli do bawialni, gdzie jak podejrzewałam, włączyli jakiś
mecz w telewizji.
Nie
mogłam być tego pewna, bo nie widziałam, żeby Mark oglądał jakiś sport w
telewizji, ale tak było, kiedy poprzednio odwiedzałam Evę i Jimmy’ego.
Pracowałyśmy
we trzy, a ja obserwowałam, jak mijały się, doskonale wiedząc, co było
potrzebne i jak obie sprzątały i wycierały blaty natychmiast po ich zwolnieniu.
Wkrótce później dołączyła do nas Sophie, a
właściwie wtoczyła się do kuchni, bo jej brzuch stał się olbrzymi, chociaż nadal była bardzo ruchliwa, więc wiedziałam, że
do mężczyzn dołączył Alex.
Uzyskałam
pewność, kiedy przyszedł do nas, żeby się przywitać, a wtedy zauważyłam, że
odnosił się do Evy jak do mamy, chociaż nie znałam jego mamy.
Sophie,
oczywiście, nie pomagała nam w gotowaniu, tylko skubała już pancakes’a z
pierwszej partii, jaką zdjęłyśmy z Evą z patelni.
Potem
Alex nas opuścił i rozmawiałyśmy w czasie pracy, a ja opowiadałam im trochę o
moich problemach, jakie zostawiłam w domu, ale niewiele.
Nie
było czego wspominać.
To
była przeszłość.
Kobiety
mówiły również o tym, jak wymieniały się opieką nad dziećmi, więc dowiedziałam
się, że Maggie czasem opiekowała się dziećmi Alice.
To
była wspaniale zgrana grupa przyjaciółek.
Lubiłam
to.
-
Wprowadzam się do Marka - wypaliłam trochę bezmyślnie, kiedy o tym myślałam, a
wtedy usłyszałam, że zachichotały.
-
Myślałam, że już mieszkacie razem - stwierdziła Sophie bez ogródek.
-
No, tak - przyznałam - Ale jego dom jest pusty.
-
Co takiego? - Maggie zamarła na chwilę, a i Eva spojrzała na mnie ze
zmarszczonymi brwiami.
Nie
zamierzałam im tego tłumaczyć, bo musiałabym opowiadać to, czego dowiedziałam
się o Marku bez jego wiedzy.
Nie
chciałam tego robić.
Ale
potrzebowałam pomocy przyjaciółek, a wiedziałam, że te kobiety mogły mi to dać.
-
Sophie - powróciłam się do pękatej Włoszki, która objadała się za naszymi
plecami - Eva mówiła, że możesz nam pomóc w remoncie domu.
-
Tak, mogę - powiedziała, po przełknięciu kęsa - Już trochę zaczęliśmy prace na
nowych budowach, ale mogę ci podesłać dwóch chłopaków do malowania, czy jakie
tam gówno potrzebujesz. Zrobią co trzeba.
Byłam
pewna, że nie potrzebowałam gówna, ale skupiłam się na pierwszej części jej
wypowiedzi.
-
Ojej - powiedziałam zmartwiona - nie chcę ci zabierać pracowników…
Przerwała
mi stanowczo, machając nad talerzem ręką z widelcem.
-
Zatrudniłam kilku nowych, więc mam kim robić - to też zabrzmiało dla mnie
dziwnie, ale tego również nie skomentowałam, skoro ona wiedziała, co robiła i co mówiła - Umówimy się na jutro rano,
powiedzmy na siódmą trzydzieści, żeby Sammy podjechał tam i obejrzał co jest
najpilniejsze.
-
Dobrze - szepnęłam i skinęłam głową, chociaż trochę mnie zaskoczyło tempo,
jakie narzuciła.
Nie
wiedziałam również kim był Sammy.
-
Masz jakąś wizję? - spytała mnie dziwnie.
-
Co mam? - spytałam w odpowiedzi, bo nie zrozumiałam pytania.
-
Czy wyobrażałaś sobie, jak powinien wyglądać twój dom? - zapytała mnie Eva
łagodnym tonem - Będziesz tam mieszkała, więc musisz tam się czuć dobrze.
-
Och, tak - powiedziałam.
A
potem, niespodziewanie dla mnie samej, zwierzyłam im się absurdalnie szczerze,
bo zwykle tego nie robiłam.
-
Mark powiedział, żebym sama wybrała. Żebym zrobiła to tak, jak chcę.
Zobaczyłam,
jak na ich twarze wypływał ten sam wyraz łagodności i czułości, jaki widziałam,
kiedy rozmawiałyśmy o tym, że David mnie uratował.
Były
szczęśliwe z tego powodu, że oboje z Markiem to znaleźliśmy.
Cieszyło
je nasze szczęście.
Lubiłam
to.
Naprawdę!
-
Okej - szepnęła Sophie z uznaniem.
-
Więc, jak to widzisz? - spytała Maggie, zwracając moją uwagę na siebie - Bo
wiesz, Sophie buduje nam dom - wyznała wtedy, a ja zmartwiłam się, bo nie
chciałam zabierać pracowników od niej
- Nasz dom urządzamy na wzór domu, w którym mieszkamy, ale zrobił się za mały -
i położyła dłoń na swoim wyraźnym już ciężarnym brzuszku - Chcemy mieć podobny.
-
Hmmm - zamruczałam, nagle niepewna, czy dobrze zrobiłam, prosząc Sophie o
pomoc.
Miała
tyle zobowiązań wobec swoich przyjaciółek.
-
Lisa - powiedziała zza moich pleców Eva, więc odwróciłam się w jej stronę, żeby
zobaczyć, jak zdejmowała następną porcję pancakes’ów z patelni - Mówiłam ci, że
pomagamy sobie wzajemnie. Jak rozmawiałyśmy od razu powiedziałam ci, że musisz poprosić Sophie. I od razu
powiem, bo możesz tego nie rozumieć. Nie zapłacisz.
-
No, wiesz! - nagle oburzonym głosem
odezwała się Sophie, więc odwróciłam się w jej stronę, żeby zobaczyć, że nie
jadła, tylko wyprostowała się, a na jej twarzy dominował wyraz urazy - Chyba
nie chciałaś z tym gównem iść do kogoś
innego? I nie zamierzam wziąć
pieniędzy za takie gówno od przyjaciółki. Przecież nie będziemy budować domu.
Zawstydziłam
się swoich myśli.
-
N-nie - wymamrotałam - Po prostu nie chcę sprawiać problemów…
-
Nie sprawiasz - powiedziała cicho Maggie.
Spojrzałam
z powrotem w jej ciepłe oczy i poczułam, że moje własne zaczęły szczypać
dokładnie tak, jak w salonie w Aspen.
Miałam
przyjaciółki.
Lubiłam
to.
-
No, to, co z twoją wizją? - zapytała rzeczowo Sophie, wytrącając mnie z tej
myśli i pomagając mi się opanować.
-
Ja, hmmm, lubię styl wiktoriański - przyznałam - Urządziłam sobie tak salon,
biuro i sypialnię w Anglii.
-
Sama urządziłaś? - zapytała Maggie z podziwem w głosie.
Spojrzałam
na nią zdziwiona, bo niedawno przyznała, że umiała określić Sophie w jakim
stylu miał być ich dom.
-
No, cóż, ja to tylko opisałam i wybrałam meble - wyjaśniłam - Tu potrzebuję
parkietu, boazerii, malowania…
-
Super - zawołała Sophie - Lubię, jak klientka wie czego chce.
Rozjaśniłam
się.
To
było dobre, więc odetchnęłam z ulgą.
Resztę
ustaleń mieliśmy zrobić z tym Sammy’m, który miał przyjechać do nas następnego
dnia bardzo wcześnie rano.
-
Potrzebuję też mebli do bawialni, salonu, jadalni… - wymieniałam wciągnięta w
urządzanie naszego domu.
-
A masz tam pomalowane ściany? - zapytała rzeczowo Eva.
-
Nie - przyznałam niechętnie.
-
Więc zostaw to na później - powiedziała mi - Zajmij się tym, co najważniejsze.
-
Nie mam też kuchni - powiedziałam im coś, co mnie dręczyło - …ani kominka -
dodałam po namyśle, bo to nie wydawało mi się najważniejsze.
-
Więc kuchnia? - zapytała Sophie.
-
Sypialnia - odparłam natychmiast, bo to wydało mi się nagle bardzo potrzebne.
Sophie
na to uśmiechnęła się tak jakoś wszechwiedząco, co mnie z niewiadomych powodów
zawstydziło.
-
Ale kuchnia też pewno nie pomalowana - mruknęła do siebie Eva, zajmując się
pancakes’ami.
-
Pomalowana… chyba - przyznałam, chociaż nie byłam pewna, bo do tej pory zajęłam
się szafkami i ich wyposażeniem, a nie ścianami.
Sophie
usłyszała głównie moją niepewność.
-
Zobaczy się jutro - mruknęła do siebie.
-
W sprawie mebli koniecznie musisz
zadzwonić do Soniji - stwierdziła stanowczo Eva, ucinając tamten temat.
-
Wiem - powiedziałam jej - Już kiedyś mi pomogła - przypomniałam im - Ale nie
mam swojego telefonu, więc nie mam jej numeru.
Sophie
natychmiast sięgnęła do tylnej kieszeni swoich dżinsów, wyjęła swój telefon i
zaczęła go przewijać.
Eva
podeszła do lodówki i zdjęła z niej notesik, przyczepiony tam na magnes z
ołówkiem, po czym wrócił do mnie i mi go podała.
Zapisałam
numer do Soniji na kartce, którą później wsunęłam do torebki, którą postawiłam
na końcu blatu kuchennego.
Podziękowałam,
a one wyglądały, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem,
niewarta wzmianki.
Może
była, nie wiedziałam.
A
potem, wciąż rozmawiając, pracując na dwóch patelniach, dokończyłyśmy robić ogromną stertę pancakes’ów.
Potem
wszystkie przeszłyśmy z półmiskami wypełnionymi nimi oraz z syropem klonowym, kawą,
herbatą i sokami do jadalni.
Dołączyli
do nas mężczyźni, usiedliśmy i zjedliśmy.
Mark
siedział koło mnie, więc mogłam mu dokładać, bo martwiłam się wcześniej, że był
głodny, a to spotkało się z ciepłym uśmiechem Evy i dziwnie zadowolonym wyrazem
twarzy Davida.
Potem
wszyscy przeszliśmy do bawialni, gdzie ogólna rozmowa toczyła się wokół domów,
dzieci, miejsc wypoczynku i tym podobnych spraw i nie była ani przez chwilę
nudna.
Podczas
pożegnania, bo Mark umówił się z kimś jeszcze, dowiedziałam się, że Sophie
znała kogoś, kto mógł nam zrobić zabudowę w garderobie i kogoś, kto mógł nam
zrobić kominek w salonie.
Mark
wydawał się bardzo zadowolony, że o tym rozmawialiśmy.
O
domu.
A
ja to lubiłam.
Ale,
żegnając się przy drzwiach z Evą umówiłam się z nią na następny dzień na zakupy
do butiku Aleka i Sama bez Marka.
Eva
to rozumiała, więc nie była to wyłącznie jego cecha.
Mówiłam,
męski mężczyzna.
*****
Naszym
następnym przystankiem tego dnia było mieszkanie Filipa.
Nie
poznałam go wcześniej i trochę byłam go ciekawa, bo był tym dobrym mężczyzną,
który chciał zaopiekować się Johnny’m i stworzyć dla niego dom.
Mark
go znał.
Kiedy
jechaliśmy, w samochodzie, Mark opowiedział mi, że Filip pomagał Davidowi, że oni
dwaj pracowali razem i że to Filip namierzał tego hakera, którego zatrudniła
moja cioteczna babka Charlotta.
Nagle
przeszłość się o mnie upomniała.
Nie
chciałam tego, nie lubiłam tego, ale musiałam przez to przejść.
Wjechaliśmy
na parking podziemny, zaparkowałam na miejscu wskazanym mi przez Marka, wysiedliśmy,
zabrałam z tylnego siedzenia swoją torebkę, a Mark mojego laptopa.
Zamknęłam
pickupa i poszliśmy do windy.
Kiedy
weszliśmy do mieszkania, przeżyłam dwa zaskoczenia.
Pierwszym
był wygląd Filipa.
W
swoich wyobrażeniach byłam zafiksowana na tych wszystkich mężczyznach, których
poznałam w SLC.
Natomiast
Filip był raczej niskim mężczyzną, prawie mojego wzrostu, o wyglądzie nieco
chłopięcym, bo był bardzo szczupły, wręcz chudy.
Miał
brązowe, długie, lekko falujące włosy, które były związane w kucyk oraz piwne
oczu, którymi patrzył badawczo, jakby oceniająco, a przy tym trochę ironicznie.
Ubrany
był całkowicie na czarno: w czarny t-shirt, dżinsy i buty.
Jego
postawa na pierwszy rzut okiem przypomniała mi Roberta Flesh’a, bo był tak samo
przygarbiony.
Drugie
zaskoczenie dotyczyło jego mieszkania, bo miało ono co prawda wydzielony kącik
z kanapą narożną i stolikiem, ale główną przestrzeń zajmował sprzęt, jaki
widziałam kiedyś tylko w pewnym pokoju ochrony w dużym hotelu.
Na
licznych biurkach i stolikach były rozstawione duże monitory, pod nimi stało kilka
komputerów, a na jednej ze ścian wisiał wielki ekran z wydzielonymi sekcjami,
na których było widać obraz z kilku kamer.
To
musiało kosztować majątek.
Zaczęliśmy
od tego, że Mark mnie przedstawił, na co Filip posłał mi ciepłe spojrzenie,
jakby mnie znał.
Nie
wiedziałam, ile o mnie wiedział, ale wiedziałam, że był przyjacielem Davida,
więc zapewne rozmawiali o mnie i troszczyli się o Marka.
Lubiłam
to, że Mark miał przyjaciół, którzy się o niego troszczyli.
Mark
zabrał z samochodu również mój nowy telefon, więc Filip od razu zaczął go
składać i włożył do niego kartę.
Posadził
mnie w tym czasie przy jednym z komputerów i nakazał założenie konta na
Messengerze na imię Lisa J bez
zdjęcia.
Filip
powiedział mi, że Sara wiedziała, że miałam mieć takie konto, więc miałyśmy
właśnie na nim nawiązać rozmowę.
Mark
w tym czasie usiadł za mną i słuchał uważnie, nie wtrącając się, więc
pomyślałam, że szanował pracę Filipa, więc i ja powinnam ją docenić.
Mark
znał się na takich rzeczach.
Kiedy
mój smartfon był złożony i uruchomiony, okazało się, że trzeba był go
podładować, ale Filip, nawet po podłączeniu go do zasilacza, natychmiast zaczął
wpisywać do niego kontakty.
Poczynając
od Marka, Davida i siebie.
Dopiero
później poprosiłam jeszcze o numery Maggie, Evę i Sophie.
Wtedy
przypomniałam sobie kartkę z numerem telefonu do Soniji, którą miałam w
torebce, ale postanowiłam zadzwonić do niej później i wpisać przy tym jej numer
do listy kontaktów.
Zresztą,
wydawało się, że lista moich kontaktów szybko się rozszerzy, bo następnego dnia
miałam poznać kilka nowych osób.
Do
tego czasu miałam założone nowe konto na Messengerze i napisałam do Sary z
prośbą o dołączenie mnie tam do jej kontaktów.
Filip
powiedział, że to było bezpieczne.
Filip
w drugiej kolejności zajął się moim laptopem, pytając mnie przed włączeniem go,
jakie aplikacje uruchomią się od razu.
Powiedziałam,
a on nie włączył go tak, jak ja to robiłam, ale przez dziwne okno, o którym
nawet nie wiedziałam, że tam było.
Więc
tak, znał się na tym.
Kiedy
czekaliśmy na połączenie z Sarą, rozmawialiśmy o różnych rzeczach, a wtedy, przy
innym temacie, powiedziałam im o wizycie Roberta Flesh’a i o jego ocenie moich
zabezpieczeń.
Na
warknięte żądanie Marka opowiedziałam im tą krótką wizytę ze szczegółami, więc
i to, że moja sypialnia została wysprzątana bez mojej wiedzy.
Mark
natychmiast się spiął tak bardzo, że prawie tego pożałowałam.
Nie
powinnam była mu nic mówić.
Chociaż
to oznaczało, że Robert Flesh nie miał racji.
Miałam
kogoś.
-
Jakiś obcy facet wszedł do twojego apartamentu? - zawarczał Mark z wściekłością
w głosie - I nie wzbudził alarmu?
Nie
miałam wyjścia, musiałam potwierdzić.
-
A Frank nie zareagował? - Mark nadal warczał, a Filip zrobił przy tym dość
ponurą minę, więc wiedziałam, że się z nim zgadzał - Ani nikt inny?
-
Nie złość się - szepnęłam i pochyliłam się w stronę Marka całym ciałem na
kanapie, na której usiedliśmy, żeby poczekać na odezwanie się Sary.
-
Zabiję go - warknął Mark swoją groźbę, a ja się wystraszyłam, bo mu uwierzyłam.
Mark
umiał wszystko, więc na pewno umiałby też zabić w razie potrzeby.
-
Mark - nadal szeptałam - Nie ma lepszego ochroniarza od ciebie. A ciebie nie
mogłam tam mieć.
Mark
nagle przestał być wściekły i zapatrzył się na mnie prawie zdziwiony.
Nie
wiedziałam, o co mu chodziło.
Przecież
musiał wiedzieć, że był najlepszy.
-
Nigdy nie miałam tak dobrego ochroniarza jak ty - powiedziałam mu prawdę -
Frank bywa nieuważny, niestaranny, więc przegapia różne rzeczy. Jest ze mną, bo
mogę mu ufać, ale jakbym miała wybierać, to wolałabym kogoś takiego jak ty.
Niestety,
nie mogłam mu tego dokładniej powiedzieć, bo odezwał się sygnał przychodzącego
połączenia z Messengera.
Rzuciliśmy
się wszyscy do komputera, Filip natychmiast zaczął coś przełączać na innym, a
ja wcisnęłam bez zastanowienia przycisk z kamerką.
Mark
stał obok mnie, a Filip siedział przy sąsiednim biurku, więc zobaczyłam na
ekranie najpierw tylko siebie, a potem Sarę.
Moja
przyjaciółka była uśmiechnięta od ucha do ucha.
-
Lisa! - krzyknęła - Udało się!
-
Tak - odpowiedziałam - Witaj, Saro.
-
Tak się cieszę - powiedziała mi Sara coś, co zdążyłam zauważyć.
-
Ja też - odparłam z uśmiechem.
-
Przepraszam, że cię nastraszyliśmy - powiedziała Sara poważniejąc.
-
Wszystko dobrze się skończyło - powiedziałam jej - Mieszkam z Markiem, David mu
wszystko wyjaśnił, spotkaliśmy się z Evą, Maggie i Sophie, układam sobie tutaj
życie.
-
Jestem naprawdę szczęśliwa - szepnęła Sara z uczuciem, a ja wiedziałam, że tak
było.
-
No, opowiedz mi o burzy, jaka tam przeszła, jak uciekłam - rozkazałam jej
łagodnym głosem.
-
Twoja babka jest wściekła -
powiedziała Sara to, czego się spodziewałam - Tym bardziej, że Frank jej nie
wpuścił do twojego domu. Zjawiła się tam prosto po tej kolacji, na której miały
być twoje zaręczyny, więc wiemy, że nikt jej wcześniej nie powiedział, że
poleciałaś do Stanów.
Spojrzałam
na Marka, żeby zobaczyć, że, zadowolony, patrzył na Filipa, więc podążyłam za
jego wzrokiem.
Filip
uśmiechał się do siebie pod nosem, wciąż patrząc w monitor swojego komputera i
nagle, z tym łobuzerskim uśmieszkiem, stał się bardzo przystojny.
Wciągnęłam
zaskoczony, krótki wdech, bo wyglądało na to, że to on stał za tym, że do mojej
babki nie docierały wszystkie informacje, ale potem wróciłam do rozmowy z
przyjaciółką.
-
Nie wiemy, co ona jeszcze kombinuje - wyznała Sara i usłyszałam zaniepokojenie
w jej głosie - Tym bardziej, że twoja adwokatka poprosiła mnie, żebyś się z nią
pilnie skontaktowała.
Zacisnęłam
wargi i tym razem, kiedy spojrzałam na Marka, zobaczyłam, że patrzył na mnie ze
zmarszczonymi brwiami.
Też
się martwił.
-
Nie wiesz, o co jej chodzi? - zapytałam, ale wiedziałam, że Sara nie wiedziała,
bo powiedziałaby mi to od razu.
-
Nie - wyznała niechętnie Sara, a ja przypomniałam sobie, jak bardzo lubiła
wszystko wiedzieć, żebym była dobrze poinformowana.
-
Nic nie szkodzi - powiedziałam jej, żeby ją uspokoić - Postaram się do niej
zadzwonić.
Wiedziałam,
że będę musiała znowu zdać się na Filipa, bo telefonowanie do niej bezpośrednio
ze Stanów nie było mądre.
Jeszcze
musiałam być ostrożna.
Jeszcze
trochę.
Spojrzałam
na Marka i uśmiechnęłam się zapewniająco.
-
Jest tam Mark? - zapytała Sara, a on pochylił się nade mną i pokazał Sarze.
-
Hej - mruknął przy tym.
-
Cześć, Mark - zawołała Sara radośnie, ale on już wrócił na swoje stanowisko
obserwacyjne przy moim boku.
Poczułam
przenikające mnie od środka ciepło i szczęśliwość, ale musiałam skupić się na
rozmowie.
-
Sara - poprosiłam - Czy moglibyście jakoś z Frankiem zorganizować transport
tutaj paru moich rzeczy? Przemycić je jakoś z mojego domu.
-
Tak? - spytała Sara, chociaż zmarszczyła brwi - Jak co?
Pomyślałam,
że już szukała sposobu, żeby wypełnić
moją prośbę.
Mogłam
na nią liczyć, nawet jeśli już nie pracowała jako moja asystentka, ale ja sama
nie zastanowiłam się nad tą moją prośbą, nie przemyślałam tego.
-
No, wiesz, jakieś letnie ubrania, bielizna, trochę zdjęć, starych dokumentów… -
wymieniłam na chybił trafił - Wolałabym, żebyś ty to wybrała.
Może
tutaj, w dużym mieście, dało się
wszystko kupić, ale nadal miałam w domu kilka rzeczy, które bardzo lubiłam, a
Sara je znała.
-
Zobaczę, co da się zrobić - powiedziała Sara po zastanowieniu - Myślę, że
możemy coś stamtąd wynieść niezauważenie. A!
- zawołała jakby coś sobie przypomniała - …tak à propos, Eleonora okazała się
być twoim lojalnym pracownikiem.
Zamarłam.
-
Słucham? - spytałam.
Byłam
całkowicie zaskoczona.
-
Okazało się, że twoja babka ją wyrzuciła na bruk - powiedziała Sara, ale to niczego nie wyjaśniało - Eleonora
skontaktowała się ze mną, żeby mi przekazać, że nie będzie już przychodziła do
pacy. Przycisnęłam ją. Księżna Charlotta zatrudniła ją wyłącznie dlatego, że dziewczyna była z domu dziecka i twoja babka
miała nadzieję, że będzie ci jej żal, i że się przed nią wygadasz. Jej plan się
nie powiódł. Również dlatego, że Eleonora chciała się wykazać przed tobą i odmówiła jej dostarczenia
informacji dotyczących twojej poczty i w ogóle jakichkolwiek.
To
było coś nowego.
Zrobiło
mi się niemiło, że byłam dla niej nieuprzejma, chociaż nadal nie do końca jej
ufałam.
Filip
dał mi znać ze swojego stanowiska, że powinnyśmy kończyć, więc tylko chciałam przesłać
jej pozdrowienia, ale na koniec miałam do Sary jeszcze jedną prośbę.
-
Muszę kończyć - powiedziałam pospiesznie do niej - Niech Eleonora pracuje. Obserwuj
ją, zajmuj się nią i wypłacaj jej pensję. Może się czegoś nauczy. Może ty ją czegoś nauczysz. Do zobaczenia.
Zobaczyłam,
że twarz mojej przyjaciółki złagodniała.
-
Do zobaczenia Lisa - powiedziała i wiedziałam, że lubiła to, że kazałam jej otoczyć
Eleonorę opieką, bo dokładnie tego dotyczyła moja prośba.
Rozumiałyśmy
się w pół słowa.
Rozłączyłyśmy
się, a ja patrzyłam w pusty ekran jeszcze przez kilka sekund, zanim zostałam
odwrócona z fotelem do Marka i widziałam tylko jego ciepłe, zatroskane oczy.
Uśmiechnęłam
się do nich.
*****
Dwie godziny później
Kiedy
wreszcie wróciliśmy do domu, byliśmy
tak zmęczeni, że oboje położyliśmy się na materacu w sypialni i od razu
zasnęliśmy.
Lubiłam
to, że nie musiałam kłaść się sama, że miałam, o kim pomyśleć, że ktoś myślał o
mnie.
Obudziłam
się, kiedy Mark zaczął poruszać się pode mną, więc dowiedziałam się, że znowu
spałam na nim, chociaż położyłam się obok niego.
Przespaliśmy
całą godzinę, ale dobrze, że mnie obudził, bo musiałam wstać, żebym mogła o
niego zadbać, bo był dużym mężczyzną, rekonwalescentem i potrzebował dużo siły.
Musiałam
go nakarmić.
Wstaliśmy
i poszliśmy do kuchni, gdzie zaczęłam przygotowywać dla nas na kolację danie,
które było proste i zapamiętałam przepis na nie w czasie mojego kursu,
wykorzystując to, że pożyczyłam od Evy naczynie żaroodporne.
Mark
poszedł do swojego biura.
A
ja kroiłam i mieszałam.
Robiłam
zapiekankę makaronową z grzybami, mięsem mielonym i serem.
Po
raz pierwszy w życiu, więc byłam bardzo skupiona.
Wstawiłam
ją do piekarnika, ustawiłam odpowiednio grzanie, oglądając przy okazji ten
sprzęt i poznając go.
Rozejrzałam
się też po samej kuchni i stwierdziłam, że nadawała
się do użytku, chociaż ja urządziłabym ją inaczej.
Zwłaszcza
po tym, jak obejrzałam kuchnię Evy.
A
potem poszłam do torebki po swój nowy telefon, by zadzwonić do Soniji.
Powinna
o tej porze być już w domu.
Mark
był wciąż w swoim biurze i robił coś przy komputerze.
Postanowiłam
nie przeszkadzać mu w pracy i po prostu umówić się z Soniją na następny dzień w
jej sklepie.
Od
Evy wiedziałam, że Sonija pracowała od rana do wieczora, bo klienci ją lubili,
a ona zarabiała najwięcej na dywidendach ze sprzedaży mebli.
Kiedy
się do niej dodzwoniłam, okazało się, że właśnie dojechała do domu i rozmawiała
ze mną na parkingu.
Ojej!
Była
już prawie szósta wieczorem.
Umówiłyśmy
się na popołudnie następnego dnia, a kiedy skończyłam z nią rozmawiać, do
kuchni wszedł Mark, pchając przed sobą swój fotel na kółkach.
-
Z kim rozmawiałaś? - zapytał z autentyczną ciekawością w głosie, kiedy go
zostawił przy wyspie i podszedł bliżej do mnie, więc wiedziałam, że się
naprawdę tym interesował.
-
Z Soniją - odparłam, zaglądając przez szybę do piekarnika do zapiekanki,
chociaż wiedziałam, że potrzebowała jeszcze około dziesięciu minut.
-
Umówiłam się z nią na jutro w jej sklepie - wyznałam mu, prostując się i
patrząc w jego oczy, bo stał bardzo
blisko - Umówiłam się również z Evą w butiku Aleka i Sama, by kupić sobie
trochę ubrań.
Jego
mina wskazywała, że się nie cieszył.
Rozumiałam
to.
-
Nie musisz jechać ze mną - powiedziałam, podchodząc bliżej niego i podnosząc
ręce, by oprzeć je na jego piersi, a on objął mnie w pasie prawą ręką.
-
Wolałbym tam nie jechać - wyznał mi - ale lubię
spędzać z tobą czas.
-
Ja też to lubię - wyznałam mu - Ale muszę coś sobie kupić, na pewno będę dużo przymierzała,
a ty tego nie lubisz.
Mark
westchnął ciężko i nie odezwał się.
Rozumiałam,
że najbardziej obawiał się o moje bezpieczeństwo, bo zawsze się o to martwił.
To
był impas.
W
tej właśnie chwili, jak na zamówienie, żeby nas z niego wyrwać, zadzwonił telefon
Marka z tylnej kieszeni jego dżinsów.
Mark
wyjął go, spojrzał na wyświetlacz i wymamrotał - Przepraszam - po czy odebrał mówiąc do niego - Taylor - i odwracając się z powrotem w stronę swojego biura.
Zostałam
w kuchni i zabrałam się za szykowanie dla nas talerzy, sztućców i szklanek, a
potem wyłączyłam piekarnik i czekałam, żeby Mark wrócił.
Rozglądając
się po kuchni, robiłam mentalną listę urządzeń, jakie chciałabym mieć w swojej
kuchni.
Kiedy
kilka minut później zobaczyłam w drzwiach Marka, wracającego z telefonem w
dłoni i wyłączającego go po drodze, schyliłam się do piekarnika i zaczęłam
wyjmować zapiekankę.
Postawiłam
ją na desce na blacie i otworzyłam naczynie, a wtedy w nozdrza uderzył mnie
wspaniały, kuszący zapach.
Aż
poleciała mi ślinka.
Udało
mi się.
Uśmiechnęłam
się do siebie z zadowoleniem, wzięłam łyżkę i talerz, a potem zaczęłam nakładać
jedzenie dla Marka.
Przez
ten czas podszedł do mnie, stanął za moimi plecami i wciągnął powietrze przez
nos.
-
Jezu, kobieto - powiedział z podziwem w głosie - nie wiedziałem, że tak
fantastycznie gotujesz.
-
Zaczekaj, aż spróbujesz - powiedziałam zachowawczo - Może zapach jest lepszy
niż smak.
-
Niemożliwe - mruknął Mark i zabrał napełniony talerz z moich rąk.
Odstawił
go niedaleko mnie i wyjął widelec z szuflady.
Zaczęłam
zauważać, więc zobaczyłam, że kuchnia miała całkiem porządnie wykończone szafki,
z płynnie i cicho otwierającymi się szufladami.
Jeszcze
nakładałam sobie na talerz, kiedy Mark spróbował zapiekanki, wciąż stojąc za moimi
plecami, i nagle zamruczał głębokim głosem z takim zachwytem, że poczułam
ciepło z zadowolenia.
Ucieszyłam
się.
Dobrze.
Było
dobre.
-
Pyszne, kochanie - powiedział Mark i podszedł do mnie, chwycił łyżkę i zaczął
dokładać sobie kopiec zapiekanki na
talerz, który postawił obok naczynia - Więc moja Lady potrafi również gotować -
mówił przy tym.
Również?
Patrzyłam
na to, co robił z otwartymi szeroko oczami, bo nie sądziłam, żeby mógł tyle
zjeść, a jednocześnie z zaskoczenia jego słowami, ale on przerwał nakładanie,
odwrócił się do wyspy i podszedł do fotela na kółkach, który tam wcześniej przyprowadził.
Usiadłam
na krześle i jadłam, jednocześnie patrząc z zadowoleniem, jak jadł, wyraźnie
delektując się smakiem.
Lubiłam
to.
Naprawdę
miło było gotować dla kogoś, kto to
doceniał.
Prawie
żałowałam, że nie odkryłam tego wcześniej, ale też nie żałowałam, bo to było coś, co mieliśmy my, we dwoje.
-
Zadzwonił do mnie dawny klient - powiedział niespodziewanie Mark, wybijając
mnie z moich myśli.
-
Tak? - spytałam ostrożnie, bo nie byłam pewna, czy to było dobre.
-
Usłyszał, że zamknąłem kontrakt ze Śliskim - Mark powiedział niezrozumiale, ale
domyśliłam się, że chodziło o jego ostatniego szefa - I że miałem wypadek. Ma
dla mnie propozycję pracy.
-
Jaką? - zapytałam bardzo zainteresowana i wręcz podekscytowana, bo to
oznaczało, że Mark był poszukiwany
jako ochroniarz, a to utwierdzało mnie we wcześniejszym przekonaniu.
Był
najlepszy.
Chcieli
go zatrudnić nawet wtedy, kiedy nie
był w pełni sprawny.
-
Mam wyszkolić ekipę do ochrony jego córki - powiedział mi Mark coś, co to dodatkowo
potwierdzało - przez tydzień musiałbym nimi kierować, a potem tylko nadzorować
z daleka.
-
To znaczy? - zapytałam ostrożniej, bo nagle wystraszyłam się, że to oznaczało,
że wyjechałby i zostawił mnie tu samą.
-
To w Aspen - powiedział Mark i oboje uśmiechnęliśmy się do naszych wspólnych
wspomnień - Mógłbym tam jeździć codziennie i wracać tutaj.
-
Ale jak… - zaczęłam, bo zmartwiło mnie słowo jeździć.
-
Przysłaliby po mnie samochód - Mark wyjaśnił moje wątpliwości, zanim je
wyraziłam na głos.
Zapatrzyłam
się na niego, a potem wyprostowałam się i uśmiechnęłam.
To
byłoby dla niego dobre.
Nawet
bardzo dobre.
Mimo,
że bardzo chciałam go mieć przy sobie przez cały czas, przez cały dzień, to on powinien przyjąć tę pracę.
Wiedziałam
to.
Nie
dla pieniędzy, ale po to, żeby poczuć się dobrze.
Mark
patrzył na mój uśmiech bez słowa z zamkniętą twarzą.
-
Jedź - powiedziałam, a on poderwał głowę i zmarszczył brwi.
Musiałam
mu to wyjaśnić.
-
Przez ten tydzień tutaj, w naszym domu, stale
będę miała kogoś, dwóch, może czterech mężczyzn, bo będą nam remontowali
sypialnię i urządzali garderobę, a może nawet zaczną kominek - powiedziałam - A
poza tym muszę pojeździć z kobietami po sklepach. Więc, jeśli będziesz do mnie
wracał, może lepiej byłoby, żebyś nie siedział tutaj sam, czekając na mnie i żebyś
się nie denerwował. Noce i tak spędzalibyśmy razem.
-
Tak myślisz? - Mark nadal nie był przekonany.
-
Nawiążesz kontakty, zobaczą, że pracujesz bez szefa, nie będziesz tkwił w
miejscu - mówiłam do niego i wstałam z krzesła, by się do niego przysunąć -
Doceniają twoją pracę tak bardzo, że cię
szukali - dodałam ciszej.
-
Lisa - Mark patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a potem przycisnął mnie
do siebie prawą ręką i wyjaśnił mi, co o tym myślał - Mają tylu świetnych
ochroniarzy. To nie muszę być ja. Nie
chcę stąd wyjeżdżać.
-
Przecież nie wyjedziesz - przypomniałam mu - Będą cię codziennie zabierali i
odwozili samochodem. A to musisz być
ty, bo jesteś najlepszy.
Skrzywił
się i zamierzał schować twarz w moim biuście, ale mu nie pozwoliłam, odchylając
się tak, że brodę przysnęłam do swojej piersi, ale utrzymałam jego wzrok.
Bo tego nie lubiłam.
-
Czemu tego nie widzisz? - zapytałam retorycznie i od razu podałam mu argumenty
na to, że powinien to widzieć - Myślisz,
że ja po tylu latach współpracy z
różnymi ochroniarzami nie umiem tego rozpoznać? Jesteś najlepszy. Jesteś bystry, inteligentny, działasz bardzo
szybko, sprawnie, myślisz o wszystkim i przewidujesz nawet kilka kroków
naprzód, a do tego jesteś delikatny i troskliwy. I umiesz powiedzieć wprost, co
myślisz.
-
Myślałem, że nie lubiłaś, jak tobą rządziłem - powiedział mi Mark z
zakłopotaniem, a ja pomyślałam, że zauważał więcej, niż mi się wydawało.
-
Tak, wtedy nie lubiłam - przyznałam mu rację - Bo byłam zadufaną w sobie
małolatą.
Mark
zamarł na sekundę, a potem przycisnął mnie bliżej, odchylił głowę i wybuchnął
śmiechem.
No,
dobra.
Jego
śmiech w ogóle był czymś fantastycznym, ale odczuwany z takiej bliskości, kiedy
przenikał mnie do głębi przez drgania w brzuchu, był czymś genialnym.
Lubiłam
to.
Nie,
kochałam to.
I
chciałam to czuć zawsze.
Dziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńkorekta - "się nazywał się " za dużo się :)
Ok, znalezione, poprawione. Dzięki
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń