Rozdział 6
Caroline
/ Lisa
Dwa tygodnie później
Siedziałam
spokojnie, byłam wyprostowana jak struna, schowana za swoją maską i absolutnie obojętna
wobec tego, co działo się przed lustrem mojej toaletki w gotowalni, która była
obok mojej garderoby i mojej prywatnej sypialni, a wokół mnie kręciła się podniecona
swoją pracą wizażystka z asystentką.
Był
już późny wieczór i niedługo powinnam wyjść z tego pokoju, bo powinniśmy jechać
na kolejny bal, który mnie nie obchodził tak, jak nie obchodziły mnie
wcześniejsze.
Frank,
który był teraz szefem mojej prywatnej ochrony, stał ubrany w czarny garnitur, niespokojnie
zaciskając usta w wąską kreskę, w drzwiach pokoju i patrzył znacząco na Sarę,
więc wiedziałam, że powinnam pośpieszyć wizażystki.
I
tak skończyły mnie już ubierać i malować, dobrały i zapięły mi naszyjnik na
szyi, a ostatnia z nich właśnie prysnęła odrobiną perfum na mój kark.
Nie
czułam ich zapachu.
Skinęłam
dłonią, odganiając je, ale w tym geście nie było niecierpliwości, bo mnie nie
było na nią stać.
Nie
miałam na to siły.
Nawet
na to.
Kobiety
były trzy i zaczęły natychmiast pakować swoje przybory, pragnąc jak najszybciej
uciec z tego przybytku lodu i niegościnności.
Wiedziałam
to.
Ale
to nie było ważne.
Nic
nie było.
Wstałam,
pozwoliłam im spojrzeć jeszcze raz na ich dzieło, a potem odwróciłam się do
Sary.
-
Co tu jeszcze robisz, Saro? - spytałam, starając się brzmieć delikatnie, a nie
niecierpliwie, niegrzecznie, a tym bardziej pusto, co, jak wiedziałam,
przytrafiało mi się zbyt często w ciągu ostatnich trzech tygodni, a co ją
martwiło - Powinnaś już jechać do domu. Miałaś pojechać do swojej mamy -
chciałam być wobec Sary łagodna, bo tylko ona o mnie dbała.
-
Nie mogłam pani zostawić, milady - Sara nie mówiła do mnie Lisa przy obcych, co
było mądre, ale mnie denerwowało.
Chociaż
nic nie denerwowało mnie wystarczająco mocno, bym to poczuła.
Sara
podeszła do mnie, obeszła mnie dookoła, oglądając starannie moją suknię balową,
jakby chciała znaleźć jakąkolwiek skazę na pracy, jaką wykonały wizażystki, a
potem stanęła za mną i pochyliła się, by być bliżej mojego ucha.
-
Doskonale - szepnęła tak, żeby jej nie usłyszały - Wyglądasz pięknie.
Spojrzałam
na nią w lustrze uważniej po raz pierwszy od bardzo dawna.
Nie
wiedziałam, dlaczego moja jedyna przyjaciółka właśnie dzisiaj przejęła się tym, że powinnam wyglądać pięknie.
Miałam
na tym balu poznać Piątego kandydata do mojej ręki.
Nie
pamiętałam już ich nazwisk.
Podobnie,
jak pozostali czterej, był mi absolutnie obojętny i byłam tym wszystkim tak
strasznie, strasznie zmęczona, więc
byłam tylko o mały krok od powiedzenia mojej babci, żeby sama wybrała tego, za
kogo miałam wyjść za mąż.
Komu
miałam dać udawaną rodzinę.
Ale
teraz ton głosu Sary sprawił, że zerknęłam w lustrze na siebie samą.
Miałam
na sobie długą, elegancką, jedwabną suknię balową w ciemnym kolorze stonowanej
leśnej zieleni, który jeszcze bardziej podkreślał naturalną bladość mojej skóry
rudzielca.
Jej
stanik, umocowany na specjalnie skonstruowanej bieliźnie, był zrobiony z
licznych szerokich zakładek, które schodziły do dołu skośnie na boki i na
biodra, podkreślając moją talię, a potem łączyły się z tyłu w mały, falbaniasty
tren, chociaż od przodu suknia wydawała się być obcisła aż do połowy ud.
Jej
dekolt nie był mały, bo, chociaż ograniczały go dwa pasma materiału łączące się
na karku, schodził głęboko między moje za duże piersi, gdzie teraz leżał oprawiony
w złoto rubin z dawnej kolekcji mojej mamy, zawieszony na długim, misternie
plecionym, złotym łańcuszku.
Suknia
była długa do kostek, rozszerzała się lekko do dołu, a z tyłu miała ukryte w
trenie rozcięcie, które umożliwiało mi swobodne poruszanie się.
Miałam
jedwabne, dobrane kolorystycznie do niej niby-rękawiczki do łokci, które nie
miały palców, a były zaczepione na środkowym palcu tasiemką.
Ich
celem było ukrycie pozostałości po bliznach po oparzeniu.
Na
stopach miałam, niewidoczne spod sukni, idealnie dobrane kolorystycznie sandałki
z zakrytym czubkiem na wysokim, cienkim obcasie, a znowu czysto rude włosy
miałam zaczesane na czubku głowy w wysoki, okrągły kok, który obejmowała
niewielka tiara.
W
moich uszach wisiały rubiny do kompletu z tym w naszyjniku.
Paznokcie
miałam pomalowane na bardzo czerwono, odcieniem prawie odpowiadającym rubinom.
Od
naszego przyjazdu ze Stanów nie pozwalałam pokrywać żadnymi korektorami mojej
skóry poza twarzą, więc, oprócz włosów, jedno było we mnie prawdziwe, a były to
moje piegi, których miałam tysiące na
ramionach i plecach.
Nienawidziłam
ich.
Wyglądałam
tak, że moja babka nie powinna mieć nadmiernych zastrzeżeń, jeśli o to chodziło
Sarze, chociaż nie podejrzewałam, żeby tym się przejmowała.
Moja
osobista asystentka i jedyna przyjaciółka wyjęła z wbudowanej szafy lekką,
wełnianą pelerynę, zarzuciła mi ją na ramiona, wzięłam ze stolika przy drzwiach
do ręki płaską kopertówkę, która stanowiła komplet do butów, pożegnałam się
krótko ze wszystkimi i wyszłam do limuzyny, stojącej przed głównym wejściem.
Sara
zostawała w domu.
Frank
wsiadł na przednie siedzenie dopiero po tym, jak kierowca zamknął moje drzwi i
pojechaliśmy.
Po
drodze myślałam o minionych tygodniach, chociaż zwykle starałam się o tym nie
myśleć, bo to bolało.
Ból
był jedyną rzeczą, jaką jeszcze czasem czułam.
Kiedy
Mark opuścił mieszkanie Sary i Franka, poszłam do sypialni Sary i siedziałam
tam kilkanaście minut, by zebrać się w garść, a potem wyszłam do gości,
szykowałam z nimi i jadłam kolację, poznawałam mężczyzn tych kobiet, które już
znałam i udawałam, że bawię się z nimi tak, jak bawiłam się przed przyjściem
Marka.
Ale
nic nie czułam.
Ta
szklana kula, którą sama stworzyłam przez lata, by chronić się przed jakimkolwiek
zranieniem, teraz zamknęła się mocniej, uszczelniła się, więc nic do mnie nie docierało.
Słyszałam
jak przez watę.
Nie
czułam smaku ani zapachu.
Nie
widziałam kolorów.
Nie
było mi gorąco ani zimno.
Nie
dotykały mnie uczucia.
Przykleiłam
na usta mój uśmiech, który wyćwiczyłam przez lata chronienia się przed ludźmi,
przytakiwałam, udawałam pogodę i trwałam.
Przetrwałam
to.
Potem
wszyscy wyszli, a ja wreszcie porozmawiałam z Sarą.
Po
latach.
Potem
wyjechaliśmy do Washington i zabolało tylko trochę, zanim to zablokowałam,
kiedy zobaczyłam tam przyjaźnie nastawioną Theresę i naszła mnie fala
niepożądanych wspomnień.
A
potem przylecieliśmy we trójkę do Anglii, do domu i wpadłam w stare, utarte już
tory, którymi moja babka próbowała mnie nakierować na godne reprezentowanie rodziny.
A
ja nie miałam siły, by się bronić.
Nie
miałam również siły na spotkania z „moimi” dziećmi, czyli z tymi dziećmi,
którymi zajmowałam się od strony formalnej, a czasem również odwiedzałam w
jednym z domów dziecka w okolicy, bo wiedziałam w głębi duszy, że przy nich nie
przeszłoby udawane uśmiechanie się.
Więc
postarałam się być bardzo zajęta.
Zaczęłam
rok akademicki od semestru wiosennego, chociaż zwykle nie pozwalali na to
studentom, ale przecież byłam prymuską
i to na dodatek z rodziny królewskiej.
Chodziłam
na wykłady i ćwiczenia, do których zawsze byłam przygotowana, więc zabierałam na
nich głos, odrabiałam wszystkie zadawane prace, wykonywałam projekty.
Wszystko
na czas.
Byle
mieć zajęcie.
Dwa
razy w tygodniu jeździłam konno, spędzając tam dużo czasu, bo zwykle czyściłam
konia sama przed i po jeździe, a teraz nie zaniechałam tego, chociaż nic nie
czułam.
Kiedyś
była to przyjemność gładzenia ciepłej, miękkiej sierści, mój czas spędzany z
moją klaczką, Persefoną, nasza rozmowa bez słów.
Teraz
co najwyżej opierałam się czołem o jej szyję i pozwalałam jej się pocieszać, bo
najwyraźniej czuła otaczające mnie szkło.
Trzy
razy w tygodniu pływałam przez godzinę w krytym uczelnianym basenie, żeby się
zmęczyć.
Miałam
nadzieję na to, że będę mogła spać.
Nie
mogłam.
Zmęczenia
też nie czułam.
Dwa
razy w tygodniu jeździłam do krawcowej, która szyła mi kolejną suknię na
oficjalną kolację lub na bal, ale już nie była tym podekscytowana, nie
próbowała mnie zagadywać na ten temat, bo wiedziała, że jej nie odpowiem.
Musiałam
tam być, więc byłam.
Byłam
według niej Królową Lodu, jaką byłam w rzeczywistości.
Raz
w tygodniu musiałam również mieć manikiur i pedikiur, ale to miałam w swoim
domu, więc tylko znosiłam to bez słowa.
Tak
samo fryzjera, który do mnie przyjeżdżał.
Miałam
ładnie wyglądać.
Byłam
teraz nawet bardziej jak jajko Fabergé niż przedtem, zanim pojechaliśmy do
Stanów.
A
do tego bywałam na kolacjach z młodzieńcami,
których „pragnęła mi przestawić” moja cioteczna babka Charlotta i na balach.
Ten
bal miał być trzeci.
Sara
bardzo mnie wspierała, nawet przez próby połączenia mnie przez Messengera z
kobietami z SLC, ale jak do tej pory uniknęłam tego.
Zamknięta
w mojej szklanej kuli, tylko wtedy, jak zostawałam sama wieczorami i w nocy,
zamiast spać, przytulałam niczym miękkie, pluszowe szmatki strzępki wspomnień i
marzeń, które stamtąd przywiozłam.
Jak
nasze wieczory w salonie w Aspen.
Jak
moją pracę w biurze Opieki Społecznej nad zapewnieniem zaniedbanym dzieciom
domów, w których byłyby kochane.
Jak
mój kurs gotowania, na którym byłam zwykłą
dziewczyną, której mama nie nauczyła nawet obierania ziemniaków, jak wiele
innych dziewczyn, które tam spotkałam.
Jak
nasze gromadne, wśród przyjaciółek, przygotowywanie
zapiekanki ziemniaczanej i tortilli na ostatnią kolację.
Ale
starałam się nie wspominać mojego
pocałunku z Markiem i w ogóle Marka, bo to bolało.
Bardzo.
Masz wszystko, a chcesz więcej, tak, księżniczko?
Masz
wszystko…
To
nie było ważne, co miałam, ile miałam, czego mogłam spróbować, skoro nic nie czułam.
Zamknięta
za szkłem.
Dojechaliśmy
na miejsce, Frank wysiadł jednocześnie z Jamie’m, moim kierowcą, który
następnie otworzył moje drzwi i wyszłam wprost w oślepiające błyski fleszy.
*****
Godzinę później
Stałam
przy bocznych drzwiach do głównej sali balowej i patrzyłam nieobecnym wzrokiem
na grupki osób, które przewijały się tu i ówdzie, rozmawiając, tańcząc,
częstując się szampanem i ponczem.
Babka
Charlotta nie była gospodynią tego balu, ale była gościem honorowym, więc fakt,
że trzymała mnie tak długo przy sobie był bardzo nużący.
Nakazała
mi zatańczyć na rozpoczęcie balu z Piątym, co okazało się totalną porażką, bo
mężczyzna nie umiał tańczyć walca wiedeńskiego, a gospodarze wymyślili sobie
właśnie to na otwarcie.
Potem
musiałam zatańczyć jeszcze z gospodarzem, jego synem, który był zbyt młody, by
doceniać tańce towarzyskie, jednym z dalszych kuzynów i jeszcze kimś, kogo nie
pamiętałam, a potem znowu z Piątym.
Nie
przeszkadzało nikomu to, że nie słyszałam muzyki, bo dałam się bezwolnie
prowadzić w tańcu, a nie zamierzałam dyskutować nad piękną grą kwartetu
smyczkowego, który nam przygrywał.
W
czasie rozmów kiwałam lekko głową i uśmiechałam się pusto, bo nie słyszałam, co
do mnie mówili, ale nikt nie wymagał ode mnie zaangażowania w rozmowę.
Nie
piłam szampana, chociaż trzymałam kieliszek w dłoni, bo zanurzyłam w nim usta i
stwierdziłam, że był bez smaku, jak wszystko od trzech tygodni.
Ktoś
mówił, że było gorąco, więc otwarto okna na tarasy, ale nie czułam ani
wcześniejszego gorąca, ani późniejszego przewiewu.
Byłam
zamknięta w swojej kuli ze szkła i nawet nie myślałam o tym, żeby umknąć do
swojego domu, zamknąć się w pokoju, bo wszystko
było mi obojętne.
W
danej chwili jednak stałam sama przy bocznych drzwiach i zamarłam w bezruchu,
nie oddychając, bo coś zobaczyłam.
Coś,
a raczej kogoś, kto skupił na sobie
całe światło, więc był wszystkim, co mogłam widzieć, był wszystkim, co pragnęłam zauważać, co mogło sprawić,
bym oddychała i czuła.
Mark.
Szedł
przez salę balową w moją stronę, wymijając ludzi, taki pewien swoich ruchów,
wysoki, przystojny, pełen gracji i
siły jednocześnie.
Jego
czarne oczy przyszpiliły mój wzrok i mnie całą w miejscu, w bezruchu.
Nie
był złudzeniem.
Był tam.
Dokładnie
tak, jak śniłam, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznała.
Podszedł
do mnie, zatrzymał się bardzo blisko, więc musiałam nawet w moich szpilkach wysoko
podnieść głowę, żeby patrzeć mu prosto w oczy, kiedy wyciągnął do mnie rękę i
zapytał:
-
Czy mogę panią prosić o ten taniec, milady?
Milady.
Odsunęłam
w bok kieliszek z szampanem, ktoś go ode mnie zabrał, podałam prawą dłoń Markowi
i, wciąż jak we śnie, dałam mu się poprowadzić na parkiet, przez cały czas
patrząc tylko na niego.
*****
Mark
Mark
stał samotnie, lekko skryty za kotarą, przy pieprzonej ścianie cholernej sali
balowej i wspominał minione trzy miesiące.
Miesiące,
które zmieniły całe jego pieprzone życie.
Poczynając
od chwili, kiedy poznał Lisę.
Jego
pierwsze wrażenie nie było pozytywne, chociaż była tak piękna, że zapierało mu
dech w piersi, ale szybko zmieniło się to w fascynację jej ciepłem,
łagodnością, umiejętnością rozszyfrowywania ludzi i miłością do dzieci.
Byłaby
fantastyczną matką.
Wspominał
tę krótką chwilę, kiedy trzymał jej dłoń na pieprzonym podjeździe w Aspen,
kiedy się żegnali.
Musiał,
po prostu musiał ją wtedy pocałować,
więc to zrobił.
Skóra
ust paliła go na to wspomnienie przez cholerne tygodnie.
I
chciał więcej.
Marzył
o jej ustach, o jękach, jakie wydobyłby z niej, kiedy wziąłby w dłonie jej
fantastyczne piersi i o reszcie.
Kiedy
Frank zadzwonił do niego i poinformował go, że Lisa została poparzona, bo
ratowała jakieś cholerne papiery z dokumentacją dzieciaków z rodzin
zastępczych, Mark wściekł się, rzucił wykonywaną wtedy pracę, zlecił jej
kontynuację zastępcy i poleciał do SLC.
Wiedział,
że narażał się na konieczność zapłacenia odszkodowania klientowi, jeśli pod
jego nieobecność coś by się spieprzyło.
Zaryzykował.
Tęsknił
za Lisą i żył tylko wspomnieniami tych kilkunastu dni, które spędzili razem,
chociaż nigdy by tego nie powiedział.
Nie
przyznałby się nawet przed sobą samym.
Kiedy
leciał do SLC, myślał tylko o tym, że miała być bezpieczna.
Załatwił
wszystko tak, żeby była pod dobrą opieką w bezpiecznym miejscu, żeby mogła
odpocząć od tego, od czego musiała odpocząć i zebrać myśli.
Kiedy
spędzali czas w salonie w Aspen, obserwował ją i dowiedział się, że nie była
rozpieszczoną bogaczką, która po prostu miała taką fanaberię, więc wiedział, że
musiało być coś więcej w jej dążeniu do „odpoczynku”.
Kiedy
jeździli nie znanym jej samochodem po zaśnieżonych ulicach, dowiedział się
również, że była zdecydowanym, ale nie nazbyt pewnym siebie kierowcą, więc
wiedział, że mógłby jej zaufać również i w tym.
W
podejmowaniu decyzji.
Po
cholernie męczących trzech tygodniach rozłąki pragnął ją poznać jeszcze głębiej,
dowiedzieć się o niej dużo więcej.
Nadal
myślał tylko o tym, że miała… być… cholernie… bezpieczna.
Kurwa!
Kiedy
wszedł do mieszkania Franka i Sary, gdzie, jak wiedział, była, i zobaczył ją
radosną, rozmawiającą tak swobodnie, śmiejącą się w otoczeniu kobiet, ubraną w
obcisłe dżinsy tak cholernie seksownie podkreślające jej tyłek i równie
seksowną, obcisłą koszulkę, wiedział.
Wiedział,
co czuł.
A
kiedy rzuciła się w jego stronę z taką cholernie błyszczącą z jej oczu
pieprzoną radością, zrozumiał, że chciałby mieć jej więcej.
I
mógłby mieć.
Więc
jej domniemana zdrada go dotknęła o wiele cholernie mocniej, niż sam się do
tego przyznawał przed sobą czy kimkolwiek innym.
Nawet,
jeśli to nie była zdrada, bo nie byli razem.
Więc
teraz wiedział jedno.
Jak
to ujął David, Mark musiał postawić swoje roszczenia.
Powiedzieć
Lisie, co do niej czuł.
Dlatego
właśnie był tam teraz.
Mark
od dwóch tygodni był w ruchu, a zaczęło się od tego, że pojechał do Denver, do
swojego szefa, na spotkanie i przyjął zlecenie.
Zlecenie,
które wcześniej odrzucił.
Miał
przez dwa tygodnie ochraniać pewną znaną kobietę podczas jej tygodniowej
podróży po Europie, w tym po Wielkiej Brytanii.
Nowa
pracodawczyni była nie-taka-młoda i, na szczęście dla Marka, okazała się być
romantyczką, która zachwyciła się jego determinacją w próbie zejścia się z
Lisą, więc zgodziła się na jego plan.
A
plan był prosty.
Mark
osobiście pracował nad ochroną klientki pilnie przez cały czas, przez całą dobę
w ciągu kilku kolejnych dni, koordynując przy tym pracę jeszcze dwóch mężczyzn,
szkoląc ich, a ona w zamian dawała mu wolne na godzinę w czasie tego balu,
kiedy miał go zastąpić Frank.
A
potem by zobaczyli.
Dałaby
mu więcej wolnego, jeśli by tego potrzebował.
W
czasie tego balu Mark miał poprosić Lisę na ubocze, by móc z nią porozmawiać na
osobności lub złapać ją wychodzącą samotnie na taras, lub jakoś inaczej wyciągnąć
ją z jakiegoś towarzystwa.
To
na nic się nie zdało.
Najbardziej
dlatego, że Lisa stała tam z nieprzytomną miną i nie zamierzała nigdzie
wychodzić, a kiedy tylko ktoś się do niej zbliżał, natychmiast zostawała
porwana do następnego tańca.
Nie
protestowała, a chętnych do tańca z nią było wielu.
Była
obojętna i bierna, jak nie ona.
Mark
nie dziwił się temu, że miała tylu wielbicieli, kiedy ją widział, bo wyglądała
wręcz zjawiskowo pięknie, ale to już
wiedział.
Była
piękna.
Zieleń
tej sukni podkreślała świetlistą biel skóry jej odkrytych ramion i pleców, na
której widniało wiele złotych plamek, jak je określała mama Marka, „pocałunków
słońca”.
Zieleń
jej oczu przez nią była wręcz jaśniejąca niczym szmaragdy.
A
czerwień rubinów i paznokci podkreślała czerwień jej ust.
Ust
tak miękkich, że Mark chciałby ich znowu skosztować, tym bardziej, że pamiętał
ich smak.
Więc,
kiedy Mark zobaczył, że następny nadęty dupek wystartował w jej kierunku przy
pierwszych dźwiękach walca angielskiego, ruszył się.
Zobaczył
jej wzrok, skupiony na nim podczas całej jego podróży przez salę balową,
chociaż wyglądała, jakby śniła.
Nie
mrugała.
Nie
odwróciła oczu i nie odeszła, więc schwycił swoją szansę.
-
Czy mogę panią prosić o ten taniec, milady? - zapytał, podając jej dłoń, a ona
podała swoją, wciąż poruszając się sennie, jakby nie czuła, że to była
rzeczywistość.
Marka
uderzył dźwięk jego własnych słów, a właściwie jedno - milady.
My lady.
Moja
Pani.
Była
nią.
Dopiero,
kiedy dotknął znowu jej dłoni, poczuł to i zrozumiał, że była damą, prawdziwą lady.
Na
parkiecie było tylko kilka par, ale Mark był całkowicie świadomy uwagi, jaką
skupili na sobie, chociaż sam skupiał się wyłącznie na pięknej, pełnej gracji kobiecie
w swoich ramionach.
Jej
prawa dłoń, leżąca na jego lewej ręce, wydawała się być lekka jak piórko, a
sama Lisa była jakby nieobecna, odsunięta od niego.
Czuł
się, jakby tańczył z duchem.
-
Wyglądasz pięknie - szepnął jej do ucha, ale jedyną reakcją był lekki uścisk
jej palców w jego dłoni.
Drgnienie.
Widział
bok jej twarzy, ale jej oczy były skierowane w odległy punkt poza nim, więc
nadal nie wiedział, o czym myślała.
Musiał
postarać się bardziej.
-
Tęskniłem - Mark szepnął znowu i to dało mu wyraźniejszą reakcję, bo jej palce zacisnęły
się bardzo mocno, a wdech stał się spazmatyczny.
Zaczął
mieć nadzieję, że kobiety się nie pomyliły, że David go nie zwiódł, że mógł
spróbować wszystko naprawić, bo to on
wszystko zepsuł.
-
Przepraszam, że cię nie wysłuchałem -
Mark powiedział półgłosem, pewien, że nikt ich nie posłucha, a zdeterminowany,
żeby ona go usłyszała.
By
usłyszała i zrozumiała go.
Markowi
zależało bardzo na tym, bo Lisa musiała
się dowiedzieć jak bardzo żałował tego, jakim okazał się dupkiem, jak dał się
wkręcić tamtemu gówniarzowi.
Usłyszała.
I
wtedy Mark poczuł zmianę.
-
Mark - szepnęła, ale to zabrzmiało prawie jak jęk.
Ciało
Lisy stało się ciepłe, giętkie i rzeczywiste.
Przestała
być duchem w jego ramionach, bo to było tak, jakby się do niego przysunęła i tańczyła z nim.
-
Przyjadę do ciebie po balu. Do twojego domu - mówił cicho i szybko bezpośrednio
do jej ucha, korzystając z tego, że go słuchała
- Frank wszystko wie. Wpuści mnie tam. Czekaj na mnie w swoim pokoju.
-
Ale… - Lisa powiedziała to i przerwała, więc wiedział, że czegoś się bała, a Mark
musiał zapewnić jej całkowite
bezpieczeństwo, również jako poczucie
bezpieczeństwa, więc powiedział jej, co zamierzał zrobić.
-
Tam porozmawiamy. Sara i Frank wiedzą
- Mark przyznał Lisie i wreszcie spojrzała na niego z bardzo bliska - To Sara mi uświadomiła, jakim byłem
dupkiem. Powiedziała mi o tym, że Tom kłamał. Właściwie powiedziała Maggie, a
Maggie przekazała to mnie.
Mark
uśmiechnął się tylko w duchu, ale czuł, że wyraz jego twarzy był łagodny,
chociaż starał się panować nad swoimi emocjami i mimiką, żeby nie ujawnić zbyt
wiele tym, którzy ich oglądali.
A
wiedział, że ich obserwowali.
To
musiała być decyzja Lisy, ile chciała
pokazać na temat ich znajomości swojej babce i innym z otaczających ich ludzi.
A
Lisa była oszołomiona i było to widać.
Mark
przyjrzał się jej przez tą godzinę, kiedy tańczyła z kolejnymi cholernymi
palantami i ściskały mu się wnętrzności na to, co widział.
Lisa
była bardzo szczupła, jakby schudła
pięć, może nawet dziesięć kilogramów, blada i smutna, jakby nie spała od kilku nocy, apatyczna i nieobecna
duchem, jakby była złamana.
Był
takim cholernym dupkiem.
To
on skrzywdził ją i miał tylko
cholerną nadzieję, że mógł to naprawić.
Właśnie
wtedy, po jego słowach, Lisa wtuliła się w niego mocniej i tańczyli tak, jakby mieli
tylko siebie, jakby byli sami na tej cholernej sali balowej i na całym świecie.
Czuł
w swoich rękach kobietę.
Jego
dłoń na jej talii paliło ciepło jej skóry,
przesuwającej się pod cienkim jedwabiem, jego biodra i uda spinały się z
pragnienia czucia więcej na dotyk
mięśni jej brzucha i ud.
Czuł
wyraźnie ocierające się co jakiś czas o niego jej piersi, jej dłoń w swojej,
jej zmysłowy, kwiatowy, kobiecy zapach i to było… oszałamiające.
Ich
taniec był rozmową bez słów.
Ruchy
Lisy były giętkie, sprężyste, oddane
i to było tak cholernie podniecające, że Mark musiał się skupić na otoczeniu,
żeby przypomnieć sobie, że nie byli
sami.
Nie
powiedzieli do siebie już ani jednego słowa aż do końca tańca, a po nim Mark ukłonił
się, ujął jej rękę, by wsunąć jej dłoń na swoje ramię, kiedy odprowadził ją na
miejsce, z którego ją porwał i rozstali się.
Mark
wrócił do swojej pracy, przejął od Franka swoje obowiązki i stał do końca balu
za kotarą osłaniającą wyjście na taras, obserwując, jak zarumieniona lekko Lisa
piła poncz, zjadła ciastko, porozmawiała ze swoją babką, a potem z jedną ze
swoich kuzynek i bardzo starała się nie rozglądać po sali.
Nie
zerkać na niego, co widział, bo na nią patrzył.
Ale
musiał czekać.
I
cholernie powstrzymywać swoją zazdrość,
kiedy tańczyła z innymi.
*****
Lisa / Caroline
Pięć godzin później
Siedziałam
na fotelu w salonie, który przylegał do mojej sypialni i byłam maksymalnie
zdenerwowana, bo czekałam.
Kiedy
tańczyłam z Markiem poczułam.
Mark
był dla mnie Olbrzymem, jakiego potrzebowałam.
Bo
to było tak, jakby zjawił się z moim życiu właśnie Olbrzym, który najpierw łagodnie
próbował się dostać do mnie, do wnętrza mojej kuli, ale ostatecznie wziął w
dłonie olbrzymi młot, jakim było słowo Przepraszam
i rozbił tę szklaną kulę, która mnie otaczała.
To
była moja wina, a on czuł się winny i
przepraszał mnie?
Dlatego
zaczęłam czuć.
Najpierw
było to wszystko to, co było nim,
więc czułam ciepło i siłę jego ciała, kiedy tańczyliśmy i przypomniałam sobie wszystko
to, co lubiłam w tańcu towarzyskim.
A
Mark tańczył wspaniale!
Prowadził
mnie pewnie, ale delikatnie, zdecydowanie, ale słuchając reakcji mojego ciała,
naciskając mnie palcami dłoni, którą trzymał moją rękę lub ręką, którą owijał
moją talię z dłonią na plecach.
Czułam.
Czułam
siłę i pewność jego ruchów, kiedy prowadził mnie w tańcu.
Czułam
dłonią gładkość wysokiej jakości wełny jego garnituru.
Czułam
ciepło i gładkość jego policzka, kiedy musnął mój policzek.
A
kiedy mówił mi do ucha, czułam świeży, wodny, owocowy i podniecający zapach jego wody kolońskiej.
Słyszałam
jego niski głos.
To
wszystko mnie tak bardzo podniecało!
Pożądałam
go.
Kiedy
skończyliśmy tańczyć i odprowadził mnie na moje samotne stanowisko przy
drzwiach do drugiej sali, nie przestałam czuć, ale byłam nastawiona na niego, więc przez cały czas precyzyjnie wiedziałam, gdzie stał
ukryty częściowo za kotarą wysokiego okna, które wychodziło na taras.
Czułam
stamtąd chłodne powietrze i martwiłam się, że zmarznie.
Rozmawiałam
z babką, która niespotykanie podeszła do mnie, zbywając ogólnikiem jej wścibskie
pytanie o to, z kim tańczyłam, a potem rozmawiałam z kuzynką Moną, która była
nawet bardziej ciekawska i natrętna niż babka.
Ze
smakiem wypiłam przyniesioną przez
kelnera szklankę ponczu i zjadłam tartinkę z kremem budyniowym.
Przyjęłam
propozycję tańca od kilku mężczyzn, ale tylko po to, by zerkać czasem przez ich
ramiona w stronę, gdzie, jak wiedziałam, stał Mark.
A
tuż po północy, kiedy tylko nie było to bardzo
niegrzeczne, wymówiłam się bólem głowy i opuściłam bal, by pojechać do domu.
W
samochodzie Frank wtajemniczył mnie (i Jamie’go) w plan Marka i Sary, a może
głównie Sary, bo to ona postarała się o to, byśmy się spotkali z Markiem i
porozmawiali ze sobą.
Martwiła
się, że byłam smutna.
Poczułam
również i to.
Kochałam
ją, była moją najlepszą i jedyną
przyjaciółką, a tak bardzo, tak strasznie
jej nie doceniałam i tak długo ją odpychałam od siebie.
Sara
miała już tej nocy opuścić mój dom, by pojechać do swojego, ale wcześniej miała
dać wolne całej służbie, czyli kucharce, odźwiernemu, pokojowej i nakazać im
iść spać.
Miała
powiedzieć im, że możliwe było, że nie wrócę do domu na noc, więc nie musieli
czekać, a że miałam wszystko przygotowane, więc nie potrzebowałabym ich.
Prawda
była taka, że od trzech lat byłam coraz bardziej samodzielna w swoim prywatnym
apartamencie, a zwłaszcza w sypialni, więc nawet tam nikt nie sprzątał, bo
robiłam to sama, na przykład nie wymieniano mi pościeli, nie wyrzucano śmieci,
nie myto mojej prywatnej łazienki.
Sama
się rozbierałam i ubierałam, sama wybierałam sobie ubrania rano na cały dzień i
sama wieczorem zostawiałam pranie w specjalnym worku przy drzwiach do apartamentu,
by je zabrano do pralni.
Myślałam
o tym, kiedy dojechaliśmy na miejsce.
Jamie
otworzył dla mnie drzwi limuzyny, Frank podał mi rękę, wysiadłam, a potem
szybko oboje, ja za nim, przeszliśmy przez uśpiony dom do mojego apartamentu gdzie
wszedł do salonu, by go sprawdzić, a potem go pożegnałam przy drzwiach
znaczącym uściskiem dłoni i serdecznym podziękowaniem.
I
zaczęłam czekać.
Chodziłam
tam zdenerwowana i podniecona.
Zdjęłam
naszyjnik i kolczyki, ale drżały mi ręce, więc zostawiłam resztę.
A
potem usiadłam w fotelu i tak czekałam, zmuszając się do spokoju.
Nie
przebrałam się, więc siedziałam w sukni balowej, nadal uczesana i w butach,
podskakując przy każdym dźwięku, chociaż nie było ich wiele.
Myślałam
o tym, co chciałam zrobić, czego pragnęłam.
A
najbardziej na świecie chciałam czuć.
Właściwie
nie znałam Marka, bo nie rozmawialiśmy o jego życiu.
Nigdy,
nawet w Aspen.
Nie
wiedziałam, czy miał oboje rodziców, bo o tacie wiedziałam, inne rodzeństwo
oprócz siostry, a może inną rodzinę.
Mogłoby
się okazać, że miał dziecko lub dzieci, może nawet kiedyś… żonę.
Ale
z drugiej strony… znałam go.
Wiedziałam,
że był kompetentny, szczery, uczciwy i dobry, bo obserwowałam go, kiedy
mieszkaliśmy razem w Aspen, widziałam w czasie tych dwóch tygodni, odkąd wszedł
w moje życie, jak odnosił się do innych.
Nie
miewał napadów złości, czy agresji.
Nie
oszukałby mnie.
Widziałam,
jak świetnie dogadywał się z Frankiem, któremu przecież ufałam i jak z
wzajemnym szacunkiem uzgadniali szczegóły realizacji moich szalonych pomysłów.
Jak
zaopiekował się Theresą, z którą nie musiał mieć żadnego kontaktu, bo zajmowała
się nią Sara, a Theresa pracowała dla mnie.
Nadal
Mark woził ją wszędzie samochodem i uważnie towarzyszył jej przy zakupach,
koniecznych pracach, wyjściach z domu.
Jak
delikatnie postępował z dziećmi z rodziny Theresy.
Siedząc
w bezruchu, jak miałam opanowane do perfekcji, pozwoliłam moim myślom śmigać
przez wspomnienia.
Mark
wreszcie przyszedł, najwidoczniej wpuszczony przez Franka do domu i dalej
korytarzami, więc usłyszałam, a potem zobaczyłam, jak cicho otworzyły się drzwi
do mojego prywatnego salonu i powoli wstałam z fotela.
Serce
waliło mi tak, jakby miało wyskoczyć mi z piersi.
Mark
zamknął za sobą drzwi i przez krótką chwilę patrzył na mnie gorącym wzrokiem w
przytłumionym świetle jednej jedynej lampy podłogowej, która stała przy stoliku
do kawy.
Resztę
oświetlenia wyłączyłam.
Widziałam,
że nie rozglądał się, ale sama przypomniałam sobie moją przestrzeń, bo nagle
zobaczyłam go w niej i widziałam to
wszystko.
Pasował
tam.
Mój
prywatny salon, podobnie jak mój gabinet był urządzony w ciepłym, miękkim, kobiecym stylu wiktoriańskim, więc
dominowały w nim kolory beżowy i kremowy.
Wszędzie
leżały miękkie, wykończone falbankami poduszki, pledy i koce, meble pokryte
były tkaniną w drobną kratkę, podobnie jak ściany tapetą.
Na
komodach i stoliku do kawy leżały koronkowe serwetki, a w oknach wisiały
długie, tiulowe firany.
Wchodzili
tu czasem zaproszeni przeze mnie ludzie, chociaż niezbyt często, ale nadal
panował tu nienaganny porządek, podobnie jak w przylegającej gotowalni i
garderobie.
Tu pozwalałam czasem
wchodzić pokojowej, by odkurzyła lub wyprała pokrycia mebli, poduszki i pledy.
Mark
stał tam, przy drzwiach, ubrany w ciemny garnitur, z ciemnymi włosami, tak
bardzo męski w mojej kobiecej
przestrzeni, że aż zaparło mi dech w piersi na wspaniałość tego kontrastu.
Był
tam.
Wybaczył
mi.
-
My Lady - powiedział Mark niskim, cichym głosem, a wtedy do mnie dotarło, że
nie mówił tak, jak wszyscy milady.
Mówił
Moja Pani.
-
Mark - szepnęłam z zachwytem w głosie, bo dotarło do mnie, że nadał mi
przezwisko, coś co odtąd miało być tylko jego i moje, pieszczotliwe, a to
znaczyło, że zależało mu na mnie.
Nie
był na mnie zły, nie wściekał się, że go zdradziłam.
A
wcześniej mnie przeprosił.
On - mnie.
Dlatego
właśnie ruszyłam w jego stronę prawie tak, jak biegłam do niego przez salon
Sary i Franka w SLC.
Ale
nie dotarłam do niego przy drzwiach, bo
on również ruszył w moją stronę, pokonując dzielącą nas przestrzeń o wiele
szybciej niż ja swoimi długimi, silnymi nogami.
Zderzyliśmy
się, jego ramiona owinęły się wokół mnie, a ja zarzuciłam swoje na niego i
pocałowaliśmy się, a właściwie on pocałował mnie.
Nareszcie.
Jednym
ramieniem podtrzymując mnie pod żebrami, z dłonią na moich plecach, drugim
ramieniem otoczył górę moich ramion, chwycił palcami mój odsłonięty kark,
przechylił moją głowę i przycisnął
moje usta do swoich.
A
ja rozchyliłam wargi, żeby móc ponownie poczuć tę walkę języków, za którą
tęskniłam, chociaż się do tego nie przyznawałam nawet przed sobą.
I
czułam.
O
rany, jak ja czułam.
Olbrzym.
Pod
jedną ręką czułam jego silne, szerokie barki, twarde kości łopatek i
obojczyków, moc jego rozbudowanego bicepsa, a drugą dłoń wsunęłam w jego miękkie,
krótkie włosy na karku i trzymałam się tam.
Jego
wargi były miękkie, ale męskie, zdecydowane,
stanowczo zgniatające moje i żądające ode mnie poddania się, jego język był
silny w dążeniu do wtargnięcia w moje usta i pyszny.
Na
karku czułam jego szeroką, twardą, ciepłą dłoń, która była jednocześnie tak
delikatna i mocna, żebym nie mogła uciec,
jakbym choćby przez sekundę próbowała.
Na
plecach czułam jego drugą dłoń, która była szeroko rozłożona i przyciskała moje
ciało do niego w tak zaborczy sposób,
jaki spowodował wilgoć między moimi nogami.
I
wtedy zrozumiałam, że do tej pory nigdy nie czułam tak naprawdę mojego ciała, nie wiedziałam, czym był seks.
Może
osiągałam spełnienie na tej samej zasadzie, co osiągałam odprężenie po dobrym
masażu.
Ale
wtedy właściwie nie czułam, bo to było fizyczne.
Teraz,
z dłońmi Marka na moim ciele, jego ustami na moich ustach, wreszcie zobaczyłam
różnicę.
I
poczułam ją.
Całowaliśmy
się tak, jak w SLC na powitanie, a nawet lepiej, bo byliśmy tylko my, nie było
barier między nami, żadnej niepewności.
Ale
po pewnym czasie moje nogi zaczęły się uginać i chciałam więcej.
Chciałam
go całego.
Oderwaliśmy
się od siebie, spojrzałam na niego nieprzytomnie i zobaczyłam jego czarne z
pożądania, gorące oczy.
-
Mark - jąknęłam swoją prośbę.
-
Lisa - stęknął Mark i przesunął dłońmi po moim ciele.
Tak!
Też
tego chciał.
-
Proszę - błagałam go, nie mogąc
wyrazić się lepiej.
-
Powinniśmy porozmawiać - mruknął, ale sekundę później pochylił się do mnie i
ponownie wziął moje usta.
Nie
opierałam się.
Chciałam
tego.
Chciałam
więcej.
Kiedy
oderwał się ode mnie, by znowu spróbować rozmawiać, nie zawahałam się, tylko
chwyciłam jego rękę i pociągnęłam go do mojej sypialni.
Po
drodze włącznikiem przy drzwiach zapaliłam górne światło, chociaż nie
pomyślałabym wcześniej, że się kiedykolwiek na to odważę.
Wprowadziłam
mężczyznę do mojej prywatnej
przestrzeni i zamierzałam kochać się z nim przy zapalonym świetle.
Ale
to był Mark.
Ten
jedyny.
Moja
sypialnia była również urządzona w ciepłym, kobiecym stylu wiktoriańskim.
Ściany
miały ciemny kolor drewna dębowego z elementami z jasnego dębu, kotarami przy
wielkim łóżku pokrytym bordową, aksamitną narzutą.
W
oknach wisiały kotary z takiego samego, bordowego aksamitu.
Ciężkie,
ale miękkie.
I
nie rozglądałam się tam, nie myślałam, nie chciałam rozmawiać.
Porozmawiać
mogliśmy później.
Pragnęłam
go.
Pożądałam.
Chciałam
go zobaczyć, czuć na sobie i w sobie,
czuć jego nagą skórę, jego gorąco, jego całego.
Nie
pozwoliłam mu na reakcję inną, jak tylko to, co musiał zrobić, a wiedziałam
również, że chciał tego, czyli na
rozebranie mnie.
Zaczęłam
od tego, że tuż za progiem mojej sypialni zaczęłam szarpać marynarkę z jego
ramion w dół jego rąk, wciąż całując go i kusząc go w ten sposób, by szedł za
mną w kierunku mojego łóżka.
Zrzuciłam
na boki moje buty, dziękując Bogu za to, że były zaczepione tylko o moje palce
i paskiem o pięty, więc nie musiałam ich rozpinać.
Zrobiłam
przy tym krok do tyłu, a Mark podążył za mną.
Stałam
się nagle mała i okazało się, że moja twarz była na wysokości jego klatki
piersiowej, co dało mi możliwość śledzenia guzików u jego koszuli, które
natychmiast zaczęłam rozpinać.
Wciąż
się powoli cofałam w stronę łóżka.
Mark
w tym czasie skopywał swoje buty z nóg, zdjął mi tiarę i rzucił ją na podłogę i
wysuwał mi szpilki z włosów, chociaż nie wiedziałam, jakim cudem je znalazł i
wiedział, jak je wyjmować.
Nie
myślałam o tym, po prostu poczułam swobodę i włosy luźno opadające mi na plecy,
a potem szum pozostałych szpilek wysypujących się na podłogę, kiedy Mark wsunął
palce w moje włosy i potrząsnął nimi.
Przesunęłam
dłońmi po nagiej skórze na jego klatce piersiowej, a potem wyżej, po ramionach
i plecach, a później zsunęłam je w dół, a razem z nimi zjechała Marka koszula,
którą musiał rozpiąć w mankietach, żeby zdjąć z rąk.
I
miałam możliwość przyłożenia ust do tego cudu, jakim była jego gorąca, gładka
skóra, więc zrobiłam to.
Jego
ręce powędrowały do moich pleców kiedy to robiłam, więc zostałam przez niego
otoczona i przyciśnięta, ale nie narzekałam, bo lubiłam to.
Moje
wargi znalazły kilka pociągłych, krótkich blizn na jego umięśnionej, owłosionej
piersi, więc wysunęłam język i przeciągnęłam nim po jednej z nich.
Mark
warknął i złapał moje włosy na karku, a potem odchylił mi głowę i znowu wpił
się ustami w moje usta.
Wciąż
całował mnie zaborczo i gorąco, kiedy palcami jednej ręki rozpinał mi zamek
sukienki, co czułam jako seksowny zgrzyt wzdłuż kręgosłupa, pieszczotę tylko
nieco mocniejszą niż muśnięcie.
Wygięłam
się w jego stronę i jęknęłam w jego usta.
A
potem Mark znalazł palcami haftki na moim karku i nagle góra mojej sukienki
opadła, a usta Marka znalazły moją szyję i dekolt, kiedy trzymał mnie oburącz i
wyginał moje ciało w swoją stronę.
Boże,
jak ja kochałam to, że był taki
sprawny i tak dobrze wiedział, gdzie mnie całować, żeby mnie rozpalić do
czerwoności.
Jego
dłonie przesunęły się po moich plecach, wślizgnęły się na biodra i zsunęły
sukienkę na sam dół.
Mark
był już bez koszuli i badałam dłońmi jego skórę na plecach, żebrach i bokach, a
na szyi językiem i ustami, ale, kiedy odchylił mnie, wyginając moje plecy mocno
do tyłu i zjechał wargami na mój dekolt i między piersi, odgięłam też głowę i
jęknęłam przeciągle.
Wciąż
kurczowo trzymałam się jego ramion.
Uwielbiałam
pieszczoty dekoltu i piersi, chociaż wstydziłam się tego, że moje piersi były
za duże, więc nigdy nie doświadczałam tego przy zapalonym świetle.
Teraz
Mark podniósł mnie nagłym szarpnięciem pod pośladkami i rzucił plecami na
łóżko, a potem stał przy nim i patrzył na mnie, dysząc, kiedy rozpinał siebie
spodnie i skopnął buty.
Nigdy
nie obserwowałam rozbierającego się mężczyzny, nie miałam ku temu okazji i nie
czułam potrzeby, ale właśnie w tej chwili oparłam się na zgiętych w łokciach
ramionach, podniosłam głowę i patrzyłam.
Był
piękny w groźny, męski, drapieżny sposób, który mnie dodatkowo podniecał.
Jego
nagie ramiona były mocno umięśnione, podobnie jak bicepsy, a dobrze
zdefiniowane mięśnie grały mu pod skórą również na klatce piersiowej przy
każdym jego ruchu.
Seksownie.
Żylaste
przedramiona miał pokryte czarnymi włosami, podobnie jak piersi, a tylko wokół
sutków widniały jaśniejsze kręgi, które były ich pozbawione.
Włosy
na piersiach schodziły się do mostka, tworząc tam podniecającą ścieżkę, która
kończyła się na do połowy zasłoniętym, prawie płaskim pępku, wyznaczając
środkową linię w miejscu, gdzie łączyły się ze sobą wyraźne mięśnie brzucha.
Kaloryfer.
Cudny.
Poniżej
pępka zaczynała się druga ścieżka z czarnych włosów, która schodziła niżej i
ginęła właśnie wtedy w jego slipkach, bo zdążył rozpiąć spodnie i zsunąć je z
bioder.
Kolejnym
co zobaczyłam, były jego równie wspaniale umięśnione plecy, kiedy schylił się,
by czubkami palców u prawej, a potem lewej ręki ściągnąć z pięt skarpetki, a
potem zobaczyłam jego piękne, czarne, gorące oczy, kiedy podniósł głowę i spojrzał
na mnie.
Zadrżałam
z podniecenia i niecierpliwości.
Zaczął
wchodzić kolanami na łóżko między moimi nogami, a ja położyłam się płasko na
plecach na narzucie i dyszałam, czując jego usta, przesuwające się po mojej
prawej nodze, kiedy jedna z jego dłoni robiła to samo z lewą.
Dotarł
do mojego brzucha i, kiedy mogłam, chwyciłam oburącz jego głowę, wsunęłam palce
we włosy i podciągałam go wyżej i wyżej,
jęcząc niecierpliwie.
Wreszcie
położył się wzdłuż mnie i pocałował mnie ponownie.
Przerwał
i patrzył na mnie z wahaniem, ale jego oczy były czarne z pożądania.
-
Lisa, kochanie - mruknął niskim, chrapliwym głosem - Naprawdę musimy
porozmawiać.
-
Okej - jęknęłam - A możemy później?
-
Lisa - mruknął nieszczęśliwym tonem, pochylił
się i pocałował moją szyję, więc odgięłam się, by dać mu jej więcej i
wpiłam palce w jego włosy, by nie przestawał.
-
Też tego chcę - szepnął tam - Ale…
-
Proszę - przerwałam mu błagalnym
tonem.
Potem
pomyślałam, że może waha się, bo nie ma gumki i obawia się mnie skrzywdzić,
więc postanowiłam mu to dać.
-
Mam wszystkie badania aktualne. I biorę pigułki.
Podniósł
głowę, spojrzał na mnie, a jego oczy były jeszcze bardziej czarne, kiedy
wciągnął powietrze, by zaraz je wypuścić z warknięciem - Kurwa.
A
potem już się nie wahał.
-
Ja też mam wszystkie badania - wystękał w moją szyję, kiedy przesuwał prawą
dłoń z mojego ramienia na dekolt i niżej, na pierś - Mój szef wymaga, żebyśmy
robili co pół roku, chociaż zawsze się zabezpieczam.
Przesunął
nosem po mojej szczęce, a potem po szyi, żeby zjechać na mój biust, a ja
wciągnęłam gwałtownie powietrze na to, jak dobre
to było.
Wypchnęłam
piersi w jego stronę, nie zastanawiając się nad tym, chociaż zawsze wstydziłam
się tego, że były takie duże.
Markowi
wydawały się podobać, bo natychmiast wsunął palce w górę stanika, jaki miałam
wciąż na sobie, a potem sprawnie znalazł zapięcie paska, podtrzymującego go na
szyi i rozpiął je.
Do
sukni, którą miałam na balu, stanik zamiast ramiączek musiał mieć pojedynczy
pasek, którym całość trzymała się na mojej szyi pod zapięciem sukni.
Zapinany
był przy jednej z miseczek stanika i nie sądziłam, żeby wielu mężczyzn
wiedziało, jak się to rozpina.
Mark
wiedział.
Lubiłam
to.
Jego
następnym ruchem było delikatne przesunięcie dłoni pod moje plecy i po
sekundzie poczułam, że stanik jest luźny.
Łał.
Mark
rozpiął go dwoma palcami bez patrzenia.
Moje
staniki miały szerokie paski z trzema haftkami.
To
było imponujące, jak Mark sobie z tym
poradził.
Bardziej
imponujące było to, że w następnej sekundzie stanik wylądował na podłodze, a ja
poczułam jego usta na jednej piersi, a palce prawej dłoni na drugiej.
Miałam
nadzwyczajnie wrażliwe piersi, a w danej chwili, kiedy czułam więcej, bo moja
szyba została roztrzaskana, pieszczota warg na jednym sutku, a ruchliwych,
szorstkich palców na drugim, spowodowała, że krzyknęłam z rozkoszy.
Mark
nie dał mi długo czekać i pieszcząc mnie coraz bardziej intensywnie, wyciągając
moje sutki i drażniąc je genialnie,
doprowadził mnie na sam skraj szczytu, a potem przerwał tylko po to, by zdjąć
ze mnie i z siebie resztę bielizny.
A
potem dał mi poczuć wszystko.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń