C.D.
Baltimore, dwa dni później
Byliśmy
w parku na spotkaniu charytatywnym na rzecz niepełnosprawnych dzieci i właśnie
się rozpadało.
Organizatorzy
w panice biegali i starali się zabezpieczyć dorosłych uczestników przed ulewą,
którą powinni byli przewidzieć, skoro nawet ja wiedziałam, że mogła się
przytrafić, a ja patrzyłam na dzieci.
Sara
stała tuż za mną z wielką parasolką rozłożoną nad naszymi głowami, Frank i Mark
stali po naszych dwóch stronach i czekali na moją decyzję, a ja rozglądałam się
niespiesznie za miejscem, w którym moglibyśmy się podziać z dziećmi, bo nie
zamierzałam ich tutaj zostawiać.
Nikt
o nich nie myślał.
Zebrano
je do tego parku, bo miały być na pokaz, dla celów propagandowych, a w chwili
paniki i próby schowania VIP’ów w zadaszone miejsce, zapomniano o nich.
Podszedł
do mnie jeden z wyższych urzędników miejskich, młody, zdenerwowany mężczyzna, i
skłonił się, stając tu przede mną.
- Milady - powiedział - Zapraszamy do pawilonu
na końcu alei. Tam będziemy kontynuowali przemówienia i bankiet.
Skinęłam
lekko głową, odwróciłam się do Sary i spojrzałam porozumiewawczo, przechylając
głowę w stronę dzieci, do których nadal nikt nie podszedł.
Wiedziała
o co mi chodziło.
Młody
urzędnik zszedł nam z drogi na skraj ścieżki i patrzył zdezorientowany na nasze
poczynania.
Sara
podała mi dużą parasolkę, a z torby, którą miała przewieszoną przez ramię
wyjęła drugą, mniejszą, rozłożyła ją i ruszyła w stronę dzieci.
Zrobiłam
dwa kroki w tym samym kierunku.
-
Hej - Sara zagadnęła cicho ciemnowłosą dziewczynkę, która wyglądała na
najodważniejszą i opiekującą się kilkorgiem młodszych - …pójdziesz z tamtą miłą
panią - odwróciła się i wskazała mnie wzrokiem, a ja postarałam się uśmiechnąć
zachęcająco - …a ja zabiorę tamtych. Okej?
Dziewczynka
spojrzała poważnie w moją stronę, kiedy przysunęłam się bliżej do niej i
zachęcająco skinęłam do niej wolną ręką.
Opuściła
głowę, zmarszczyła brwi, zagryzła wargę, ale zgarnęła trójkę dzieciaków i
przysunęła się do mnie, pod parasolkę.
Widziałam,
że nie podeszłaby, jeśli miałaby wybór.
Troszczyła
się jednak o mniejsze dzieci i zrobiła to dla nich.
Poczułam
ruch za moimi plecami i wiedziałam, że to Frank i Mark przegrupowują się, by
pójść za nami, z czego się cieszyłam.
Frank
prawdopodobnie wiedział, co chciałam zrobić i wspierałby mnie, pomógłby Sarze z
pozostałymi dzieciakami, ale Mark był dziką kartą.
Nie
znałam go, więc tylko mogłam mieć nadzieję, że zrobi dobrze.
Przeszliśmy
dużą grupą do pawilonu, gdzie postarałam się o miejsce dla dzieciaków,
możliwość ich wysuszenia i podania im ciepłego napoju, a potem zostałam w ich
okolicy i rozmawialiśmy cichutko, kiedy ważni ludzie mówili o tym, jak wiele
zrobili dla dobra pokrzywdzonych przez los dzieci.
Śmialiśmy
się nawet całkiem głośno, kiedy przemówienia wreszcie dobiegły do końca i
rozpoczął się bankiet.
Szczęśliwie,
nikt nie wymagał ode mnie występowania i mówienia.
Miałam
tylko dobrze wyglądać, a przecież wszystko im się rozsypało.
Prawdę
mówiąc, podziwiałam to, w jaki sposób Mark ogarnął wszystko i sprawnie
zorganizował podjazd dla samochodu, nasze stanowiska, oddzielając ludzi, którzy
mogli do nas podchodzić od tych, którzy nie mogli.
Frank
bywał w takich sytuacjach nieco zbyt pobłażliwy i niestaranny.
Więc
tak.
Mogłabym
zaufać kapitanowi Markowi Taylorowi.
*****
Kilka godzin później
Zamknęłam
się w swojej sypialni i kipiałam ze złości.
Kiedy
wracaliśmy godzinę temu do hotelu, byłam zadowolona z mojego dnia i naprawdę
bardzo wdzięczna całej mojej ekipie, że pomogli mi zająć się dziećmi.
Więc,
jak tylko weszliśmy do apartamentu, zaczęłam zdejmować prochowiec, jaki miałam
założony na wełniany kostium do botków na niskim obcasie i Sara zaraz zabrała
go do rozwieszenia, by wysechł.
Odwróciłam
się do obu panów z lekkim uśmiechem i naszykowanymi słowami podziękowania, ale
Mark mnie uprzedził.
-
Milady całkiem zwariowała? - zapytał retorycznie
wściekłym głosem.
Natychmiast
poczułam, że mój kręgosłup zamienił się w stalowy pręt, a oczy w sople lodu.
-
Zająć się gówniarzami mógł ktoś inny - warczał mój amerykański ochroniarz,
udowadniając mi po raz kolejny, że nie obchodziło go moje zdanie - …a milady
tylko utrudniała nam pracę. To nie było bardzo mądre.
Nie
zamierzałam na to odpowiadać.
Podniosłam
brodę i obdarzyłam go lodowatym spojrzeniem, a potem odwróciłam od niego wzrok.
-
Dziękuję Frank - powiedziałam o wiele bardziej sztywno, niż zamierzałam, a
potem, nie czekając na powrót Sary z pomieszczenia, w którym rozwieszała nasze
okrycia wierzchnie, przeszłam wprost do sypialni i tam zostałam.
A
teraz nie mogłam zająć się moimi sprawami, ani odpocząć, bo kipiałam ze złości,
myśląc bez przerwy o mężczyźnie, z którym musiałam, niestety, spędzić jeszcze
kilka dni.
*****
Alexandria, dwa dni później
Siedziałam
w starym, ale bardzo wygodnym fotelu w dużym domu, który kiedyś był domem
zastępczym Theresy.
Podczas
rozmów z nią, kiedy rano podawała nam śniadanie, albo kiedy razem z nią głośno zastanawiałam
się, jaka będzie pogoda, żeby wybrać odpowiedni strój na wizytę na przykład w
parku, stopniowo, dyskretnie wypytywana przeze mnie, opowiedziała mi o swojej
rodzinie, którą straciła w wieku jedenastu lat i późniejszej rodzinie
zastępczej, w której żyła do osiemnastego roku życia.
Sara
zauważyła moje zainteresowanie, a znała mnie już na tyle, że bez pytania, czy polecenia
z mojej strony, sama postarała się o zmianę decyzji ambasadora i wybranie
rodziny Theresy w Alexandrii, zamiast jakiejś, jaką pewnie mieli modelową i
chcieli mi pokazać.
Theresa
pojechała z nami.
Była
zachwycona.
I
okazywała to.
Dzięki
temu jej zastępcza mama powitała nam bez tej nieufności, jaką zawsze czułam
podczas takich wizyt, przez którą zmieniały się one w wizytacje.
Tata
rodziny był w swojej pracy, w biurze, a większość dzieci była w szkole i miały
dotrzeć do nas w ciągu najbliższej godziny, chociaż nie nalegałam na tak długą
wizytę.
-
Nie chcemy przeszkadzać - powiedziałam, kiedy mama Theresy zaczęła nas
zapraszać na poczęstunek - Zapewne musi pani przygotować obiad, dzieci będą
zmęczone po szkole, więc pozwolimy pani się tym zająć. Pragnę tylko zadać kilka
pytań, ponieważ przygotowuję pewien projekt, dotyczący opieki nad dziećmi w
Anglii.
-
Och - zatroskała się zauważalnie mama Theresy - proszę mówić do mnie Jill, jak
wszyscy, milady.
-
Dziękuję Jill - odparłam z uśmiechem, ale, niestety, nie mogłam zrewanżować jej
się tym samym.
Niedopuszczalnym
było zezwalanie na to, żeby ktokolwiek spoza „sfery” zwracał się do rodziny
królewskiej po imieniu, nawet, jeśli bardzo tego chciałam.
Nie
oficjalnie.
-
Mam na myśli - wyjaśniła swoje zmartwienie Jill - …nie wiem zbyt wiele o całym
tym cyrku.
-
Myślę, że wiesz o tym więcej niż ci w biurach - wyjaśniłam swoje
zainteresowanie tym „cyrkiem” - Nie chcę wiedzieć więcej o dokumentach,
kruczkach prawnych, jak to powinno
wyglądać i tym podobnych. Chcę wiedzieć, jak to działa naprawdę. Bez
ubarwiania.
Zauważyłam,
że westchnęła i spojrzała bokiem na Theresę.
Martwiła
się, że mogłam na nią sprowadzić kłopoty, jeśli okazałoby się, że się skarżyła
i ja to doskonale rozumiałam.
-
Zapewniam cię, Jill - powiedziałam cicho - że nikt się nie dowie, co mi teraz powiesz. Nie będę o tym rozmawiała
z nikim z waszych władz ani z biurem opieki społecznej, jeśli tego nie
zechcesz.
Wyprostowała
się lekko, popatrzyła na wszystkich nas otaczających i zagryzła wargę.
-
Mark - powiedziałam cicho, odchylając głowę w bok, by spojrzeć na kapitana
Taylora - Czy możesz poczekać w korytarzu?
Tego
dnia przyjechaliśmy do Alexandrii dwoma dużymi samochodami osobowymi z
przyciemnionymi szybami, które podstawił nam Mark.
Mimo,
że uważałam go za apodyktycznego palanta, zauważałam jego profesjonalizm i
doceniałam sprawność, z jaką wykonywał swoje obowiązki, nawet jeśli go
zaskakiwałam.
Jednym
z samochodów kierował wynajęty przez niego kierowca i na przednim siedzeniu jechała
nim Theresa, która była zauważalnie tym podniecona, a Sara siedziała w nim z
tyłu i pracowała na laptopie.
Naszym
kierował Mark, a Frank siedział z przodu.
Ja
siedziałam z tyłu, mój laptop leżał obok, ale nie pracowałam, tylko rozglądałam
się ciekawie przez całą drogę, myślami będąc już w Aspen.
Teraz
Frank był na werandzie, kierowca przy samochodach, a Mark z nami w salonie i
miał minę, która wyraźnie mówiła o tym jak bardzo nie podobał mu się mój
rozkaz.
Tym
niemniej wyszedł za drzwi.
Wiedziałam,
że później powie mi, co o tym sądził, bo zwykle mówił wprost, jeśli według
niego robiłam coś źle.
Kiedy
tu jechaliśmy, w samochodzie, dowiedziałam się, że byłam niemądra (chociaż on
tak tego nie nazwał, nie na głos), skoro nie wysłałam Sary z Theresą na zakupy
prezentów dla dzieci, tylko sama poszłam do sklepu, a wcześniej, że nie
powinnam zmieniać planów i jechać do innego domu niż miałam to zaplanowane, że
absolutnie nie powinnam jechać do Aspen i jeszcze tysiąc innych, drobniejszych
„nie powinnam”.
Był
niespotykanie bezpośredni.
Teraz
jednak zostałyśmy w salonie we cztery i mama Theresy zaczęła niepewnie mówić.
Zadawałam
pytania, trochę opowiadała od siebie, aż po upływie nieco ponad pół godziny
wyczerpałyśmy najważniejsze tematy, a ja miałam masę materiału do przemyślenia,
jeśli chciałam wykorzystać w swoim projekcie rozwiązania opieki nad dziećmi,
stosowane w Stanach.
Potem
przyjechały dzieci.
Siedziałam
w salonie i czekałam, udając cierpliwość, aż Theresa, jej mama i mężczyźni je
przygotują, aż się doczekałam.
Najpierw
wszedł Mark, który stanął przy drzwiach.
Dzieci
wchodziły cichutko i grzecznie jedno za drugim.
Siedmioro.
Była
to mieszanina: Latynosi, jak Theresa, Włosi, Mulaci, jak Jill, Afroamerykanie.
Cechowało
je wszystkie jedno: byli bardzo grzeczni, nadzwyczajnie cisi i niezdrowo nieśmiali.
Jill
przedstawiała ich, nie podchodzili do mnie, tylko dygali z daleka, a potem
mówili krótko o sobie, odpowiadając ściśle na moje pytania.
Nie
spodziewałam się niczego innego, więc nie byłam rozczarowana.
Dzieci
były bardzo onieśmielone faktem, że niespodziewanie w ich domu pojawiła się
prawdziwa księżniczka, ale przecież każdy by był.
Spotkałam
się już kiedyś z podobną sytuacją.
Pytałam
ich o zainteresowania, szkołę, aż rozmowa prawie
stawała się nudna, standardowa, ale dzieci na to nie pozwoliły.
To
było coś, co zawsze kochałam.
Zaczęło
się od najmłodszej, która powoli przysuwała się z niskim stołkiem coraz bliżej
mnie, aż w końcu oparła się łokciami o swoje kolanka i, patrząc na moje włosy
westchnęła cicho.
-
Jesteś bardzo ładną księżniczką - powiedziała.
-
Dziękuję - odparłam z trudem powstrzymując śmiech.
-
Masz bardzo ładne włosy - dodała - Ale nie masz korony.
Tego
dnia, w przeciwieństwie do mojego zwyczaju, zostawiłam włosy rozpuszczone,
tylko spięłam na czubku głowy dwa pasma wywinięte zza uszu, żeby nie spadały mi
na twarz.
Chciałam,
żeby dzieci miały co wspominać, więc, jak na prawdziwą księżniczkę przystało,
ubrałam się starannie w jasnozieloną, bufiastą bluzkę do brązowej, ołówkowej
spódnicy i ciemnozielonych czółenek.
Nic
nie odpowiedziałam, bo bałam się, że wybuchnę śmiechem.
Mała
odważyła się, wstała, podeszła do mojego fotela, wyciągnęła rączkę i delikatnie
złapała jednym paluszkiem mój rudy lok.
-
Podoba mi się ten kolor - kontynuowała.
-
Cała moja rodzina ma takie - wyjaśniłam łagodnym głosem.
-
Niektóre panie specjalnie się tak farbują - rzucił naburmuszony Ed, Latynos,
który siedział na najniższym z podnóżków.
-
Księżniczkom nie wolno farbować włosów - odpowiedziałam mu delikatnie.
-
Myślałam, że księżniczki wszystko
mogą - prawie krzyknęła Esmi, jedna ze starszych dziewcząt.
-
O, nie - powiedziałam do niej poważnie - Księżniczki mają bardzo dużo zakazów.
-
Jak co? - zawołał ze zdziwieniem w
głosie Tymoteusz, o urodzie rodowitego Włocha i widocznym takim temperamencie,
bo przez cały czas podskakiwał, jakby nie mógł usiedzieć na miejscu.
-
Na przykład księżniczkom nie wolno się garbić - powiedziałam i znowu popatrzyłam
ze skrywanym uśmiechem, jak wszystkie obecne dziewczynki nagle się
wyprostowały.
-
I co jeszcze? - zawołał Tym.
-
Księżniczkom nie wolno biegać, krzyczeć, złościć się, obgryzać paznokci - dodałam konspiracyjnym szeptem do Alice, która
szybko schowała rączki za plecami, bo jej paznokcie były ewidentnie obgryzione.
-
Ale za to księżniczki nie muszą robić niektórych rzeczy - mruknął wciąż nadąsany
Ed.
-
Tak, masz rację - przyznałam - Na przykład nie muszę sprzątać - uśmiechnęłam
się, widząc westchnienia zazdrości niektórych z nich - Tutaj to robi dla mnie
Theresa.
Dzieci
zrobiły wielkie oczy i spojrzały z podziwem na swoją starszą siostrę w niedoli,
która, z tego co się już dowiedziałam, odwiedzała ich raz lub dwa w miesiącu,
bo kochała swoją zastępczą mamę, więc wszystkie ją znały.
Rozmawialiśmy
tak jeszcze przez chwilkę, ale nie mogłam im przecież długo przeszkadzać, więc
zaczęłam się podnosić, a dzieci zaczęły mnie zatrzymywać.
A
potem naszedł czas na pożegnanie się, przed czym osobiście przekazałam dzieciom
drobne prezenty, jakie im kupiłyśmy tego dnia z Theresą, kiedy zatrzymałyśmy
się w supermarkecie przy drodze i pozwoliłam dzieciom przytulać się do mnie.
Wystarczy
powiedzieć, że Mark nie był zadowolony.
Sara
i Frank już zdążyli przyzwyczaić się do moich takich wybryków.
*****
Mark
Mark
wspominał, jak ponad tydzień wcześniej stał naprzeciwko biurka swojego
przełożonego i skóra mu cierpła.
Nienawidził
tego gówna.
-
Hrabina Caroline Elizabeth Stephanie Luisa Anna Jones, księżna Yorku, dwadzieścia
jeden lat, dziesiąta w kolejce do sukcesji tronu UK - powiedział komandor White
i rzucił na jego stronę biurka cienką teczkę, otwartą na zdjęciu młodej kobiety.
Pięknej
młodej kobiety.
Mark
to wszystko już wiedział, dowiedział się wszystkiego, co zdołał zdobyć, zanim
nawet zdecydował się, że podejmie się jej ochrony, bo tak działał.
Jego
nowa praca zaczynała się parę dni później, ale Mark od pewnego czasu pracował
wyłącznie jako ochrona VIP’ów i znał takie suki.
Dziwka
była piękna, młoda, cholernie bogata, z pieprzoną władzą, więc kurewsko rozwydrzona.
Nie
miał dobrych pieprzonych doświadczeń z takimi cholernymi panienkami z „dobrych”
domów.
Jego
pierwsze wrażenie było jeszcze gorsze.
Zimna
suka.
Jej
włosy były jednym… wielkim… pieprzonym… fałszem.
Rudowłosa,
zielonooka, ze spiętą dupą, wystrojona w pieprzony garniturek, zaczesana.
Była
ładna, a nawet piękna, ale sztywna i lodowata.
Jakby
ktoś jej wsadził kij w tyłek.
Nikt nie wkracza w moją przestrzeń
osobistą.
Kurwa!
Królowa
pieprzonego Lodu!
Mark
jednak nigdy nie był zbytnim fanem określania ludzi po pierwszym wrażeniu,
dlatego milczał, obserwował i czekał na jej następny ruch.
To,
jak postąpiła z pokojówką, która oczywiście potrzebowała pieniędzy i chciała je
zarobić, a nie dostać jako jałmużnę,
było genialne.
Suka
zyskała lojalną pracownicę, a jednocześnie pomogła dziewczynie.
A
potem okazało się, że potrafiła być ciepła i łagodna, kiedy dotyczyło to
starszych dzieci, a zwłaszcza tych zaniedbanych, skrzywdzonych przez los i
wymagających wsparcia.
Więc
może nie-taka-suka.
Chociaż
jego trzymała na dystans zimnym,
wręcz lodowatym spojrzeniem i suchym tonem ucinając każdą rozmowę.
Nie,
żeby Mark był rozmowny.
Widział
jednak, że zarówno jej pieprzona asystentka osobista jak i ten cholerny angielski
ochroniarz byli wobec niej bardziej lojalni, niż wynikałoby to z opłacania ich
nawet pieprzoną kupą szmalu.
Musieli
widzieć w niej coś, czego Mark jeszcze nie dostrzegał.
Może
powinien poznać ją lepiej.
Nie
mógł określić jej temperamentu, ale, szczęśliwie, trzymała go na wodzy i nie
szalała, nie narażała się na niebezpieczeństwo.
To,
jak go potraktowała po jego reakcji na jej wyskok w parku… cóż, zasłużył na to.
Był
dla niej kutasem.
Zaopiekowała
się dziećmi, o których wszyscy zapomnieli, zabrała je do pawilonu, wysuszyła,
przebrała, jeśli było trzeba, zapewniła im ciepłe jedzenie i picie, ale nie
zostawiła ich, tylko została z nimi, by rozmawiać, a nawet śmiać się.
Dzieci
czuły się zlekceważone, pogardzone przez dorosłych, a Mark to widział, ale jego
cholerną pracą była ochrona jej, a nie zapewnianie dobrego samopoczucia pieprzonym
obcym dzieciakom.
Więc
jej to cholernie wygarnął.
Nie
była łaskawa nawet odpowiedzieć, ale poczuł, jak zesztywniała, a potem bijący
od niej powiew zimna.
Dokładnie
tak samo jak po jego późniejszej niezbyt zawoalowanej pieprzonej sugestii, że
niezbyt cholernie mądrze postąpiła, kupując osobiście pieprzone prezenty dla
dzieciaków w cholernym supermarkecie przy pieprzonej drodze, zamiast wysłać tam
po nie swoją pieprzoną asystentkę.
Jakby
uparła się w cholerę, żeby utrudniać mu jego pieprzone życie.
Ale
teraz sobie, kurwa, wymyśliła pieprzone wakacje
w Aspen.
Marka
wkurwiało jak cholera to, że go nie słuchała, nigdy by go nie posłuchała, jak
to nie raz zauważył po drobnym grymasie wokół jej ust, kiedy mówił, bo zwykle tak
robił, bez ogródek, co robiła źle, co mogłoby być niebezpieczne i z czym będą
mieli największe problemy.
Westchnął
w duchu.
Powinien
się cieszyć, że nie należała do tych, co uciekali, robili nocne popijawy,
chodzili do klubów, ale i tak go cholernie wkurwiała.
Pieprzona
Królowa pieprzonego Lodu.
Nigdy
nie widział u niej żadnych pieprzonych emocji pod tą maską lodowatego zimna i pustki,
jaką nosiła na twarzy, chociaż na samym początku zobaczył, jak przemknęło przez
nią zaskoczenie.
To
było wtedy, jak nie zapanował nad własną
twarzą i pozwolił sobie na złagodzenie rysów po obserwowaniu jej postępowania z
pokojówką.
Więcej
tego nie zrobił i nauczył się odczytywać jej
emocje po drobnym napięciu ciała lub drgnieniu warg.
Ale
teraz miał cholerną ochotę przerzucić ją przez kolano i sprać jej tyłek.
Wakacje.
Też
coś.
Mogła
mieć wakacje w każdym możliwym zakątku świata z kupą ochroniarzy na najwyższym
poziomie, a ta wymyśliła sobie pieprzone Aspen w samotności.
Jak
on, do kurwy nędzy, niby miał ją tam pieprzenie chronić, tego Mark za cholerę nie wiedział.
Ale
musiał, do kurwy nędzy, coś wymyśleć.
I
to cholernie szybko.
Dziękuję za rozdział :) Zapowiada się super historia.
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń