piątek, 7 października 2022

PROLOG cz.2

 C.D.

Baltimore, dwa dni później

Byliśmy w parku na spotkaniu charytatywnym na rzecz niepełnosprawnych dzieci i właśnie się rozpadało.

Organizatorzy w panice biegali i starali się zabezpieczyć dorosłych uczestników przed ulewą, którą powinni byli przewidzieć, skoro nawet ja wiedziałam, że mogła się przytrafić, a ja patrzyłam na dzieci.

Sara stała tuż za mną z wielką parasolką rozłożoną nad naszymi głowami, Frank i Mark stali po naszych dwóch stronach i czekali na moją decyzję, a ja rozglądałam się niespiesznie za miejscem, w którym moglibyśmy się podziać z dziećmi, bo nie zamierzałam ich tutaj zostawiać.

Nikt o nich nie myślał.

Zebrano je do tego parku, bo miały być na pokaz, dla celów propagandowych, a w chwili paniki i próby schowania VIP’ów w zadaszone miejsce, zapomniano o nich.

Podszedł do mnie jeden z wyższych urzędników miejskich, młody, zdenerwowany mężczyzna, i skłonił się, stając tu przede mną.

-  Milady - powiedział - Zapraszamy do pawilonu na końcu alei. Tam będziemy kontynuowali przemówienia i bankiet.

Skinęłam lekko głową, odwróciłam się do Sary i spojrzałam porozumiewawczo, przechylając głowę w stronę dzieci, do których nadal nikt nie podszedł.

Wiedziała o co mi chodziło.

Młody urzędnik zszedł nam z drogi na skraj ścieżki i patrzył zdezorientowany na nasze poczynania.

Sara podała mi dużą parasolkę, a z torby, którą miała przewieszoną przez ramię wyjęła drugą, mniejszą, rozłożyła ją i ruszyła w stronę dzieci.

Zrobiłam dwa kroki w tym samym kierunku.

- Hej - Sara zagadnęła cicho ciemnowłosą dziewczynkę, która wyglądała na najodważniejszą i opiekującą się kilkorgiem młodszych - …pójdziesz z tamtą miłą panią - odwróciła się i wskazała mnie wzrokiem, a ja postarałam się uśmiechnąć zachęcająco - …a ja zabiorę tamtych. Okej?

Dziewczynka spojrzała poważnie w moją stronę, kiedy przysunęłam się bliżej do niej i zachęcająco skinęłam do niej wolną ręką.

Opuściła głowę, zmarszczyła brwi, zagryzła wargę, ale zgarnęła trójkę dzieciaków i przysunęła się do mnie, pod parasolkę.

Widziałam, że nie podeszłaby, jeśli miałaby wybór.

Troszczyła się jednak o mniejsze dzieci i zrobiła to dla nich.

Poczułam ruch za moimi plecami i wiedziałam, że to Frank i Mark przegrupowują się, by pójść za nami, z czego się cieszyłam.

Frank prawdopodobnie wiedział, co chciałam zrobić i wspierałby mnie, pomógłby Sarze z pozostałymi dzieciakami, ale Mark był dziką kartą.

Nie znałam go, więc tylko mogłam mieć nadzieję, że zrobi dobrze.

Przeszliśmy dużą grupą do pawilonu, gdzie postarałam się o miejsce dla dzieciaków, możliwość ich wysuszenia i podania im ciepłego napoju, a potem zostałam w ich okolicy i rozmawialiśmy cichutko, kiedy ważni ludzie mówili o tym, jak wiele zrobili dla dobra pokrzywdzonych przez los dzieci.

Śmialiśmy się nawet całkiem głośno, kiedy przemówienia wreszcie dobiegły do końca i rozpoczął się bankiet.

Szczęśliwie, nikt nie wymagał ode mnie występowania i mówienia.

Miałam tylko dobrze wyglądać, a przecież wszystko im się rozsypało.

Prawdę mówiąc, podziwiałam to, w jaki sposób Mark ogarnął wszystko i sprawnie zorganizował podjazd dla samochodu, nasze stanowiska, oddzielając ludzi, którzy mogli do nas podchodzić od tych, którzy nie mogli.

Frank bywał w takich sytuacjach nieco zbyt pobłażliwy i niestaranny.

Więc tak.

Mogłabym zaufać kapitanowi Markowi Taylorowi.

*****

Kilka godzin później

Zamknęłam się w swojej sypialni i kipiałam ze złości.

Kiedy wracaliśmy godzinę temu do hotelu, byłam zadowolona z mojego dnia i naprawdę bardzo wdzięczna całej mojej ekipie, że pomogli mi zająć się dziećmi.

Więc, jak tylko weszliśmy do apartamentu, zaczęłam zdejmować prochowiec, jaki miałam założony na wełniany kostium do botków na niskim obcasie i Sara zaraz zabrała go do rozwieszenia, by wysechł.

Odwróciłam się do obu panów z lekkim uśmiechem i naszykowanymi słowami podziękowania, ale Mark mnie uprzedził.

- Milady całkiem zwariowała? - zapytał retorycznie wściekłym głosem.

Natychmiast poczułam, że mój kręgosłup zamienił się w stalowy pręt, a oczy w sople lodu.

- Zająć się gówniarzami mógł ktoś inny - warczał mój amerykański ochroniarz, udowadniając mi po raz kolejny, że nie obchodziło go moje zdanie - …a milady tylko utrudniała nam pracę. To nie było bardzo mądre.

Nie zamierzałam na to odpowiadać.

Podniosłam brodę i obdarzyłam go lodowatym spojrzeniem, a potem odwróciłam od niego wzrok.

- Dziękuję Frank - powiedziałam o wiele bardziej sztywno, niż zamierzałam, a potem, nie czekając na powrót Sary z pomieszczenia, w którym rozwieszała nasze okrycia wierzchnie, przeszłam wprost do sypialni i tam zostałam.

A teraz nie mogłam zająć się moimi sprawami, ani odpocząć, bo kipiałam ze złości, myśląc bez przerwy o mężczyźnie, z którym musiałam, niestety, spędzić jeszcze kilka dni.

*****

Alexandria, dwa dni później

Siedziałam w starym, ale bardzo wygodnym fotelu w dużym domu, który kiedyś był domem zastępczym Theresy.

Podczas rozmów z nią, kiedy rano podawała nam śniadanie, albo kiedy razem z nią głośno zastanawiałam się, jaka będzie pogoda, żeby wybrać odpowiedni strój na wizytę na przykład w parku, stopniowo, dyskretnie wypytywana przeze mnie, opowiedziała mi o swojej rodzinie, którą straciła w wieku jedenastu lat i późniejszej rodzinie zastępczej, w której żyła do osiemnastego roku życia.

Sara zauważyła moje zainteresowanie, a znała mnie już na tyle, że bez pytania, czy polecenia z mojej strony, sama postarała się o zmianę decyzji ambasadora i wybranie rodziny Theresy w Alexandrii, zamiast jakiejś, jaką pewnie mieli modelową i chcieli mi pokazać.

Theresa pojechała z nami.

Była zachwycona.

I okazywała to.

Dzięki temu jej zastępcza mama powitała nam bez tej nieufności, jaką zawsze czułam podczas takich wizyt, przez którą zmieniały się one w wizytacje.

Tata rodziny był w swojej pracy, w biurze, a większość dzieci była w szkole i miały dotrzeć do nas w ciągu najbliższej godziny, chociaż nie nalegałam na tak długą wizytę.

- Nie chcemy przeszkadzać - powiedziałam, kiedy mama Theresy zaczęła nas zapraszać na poczęstunek - Zapewne musi pani przygotować obiad, dzieci będą zmęczone po szkole, więc pozwolimy pani się tym zająć. Pragnę tylko zadać kilka pytań, ponieważ przygotowuję pewien projekt, dotyczący opieki nad dziećmi w Anglii.

- Och - zatroskała się zauważalnie mama Theresy - proszę mówić do mnie Jill, jak wszyscy, milady.

- Dziękuję Jill - odparłam z uśmiechem, ale, niestety, nie mogłam zrewanżować jej się tym samym.

Niedopuszczalnym było zezwalanie na to, żeby ktokolwiek spoza „sfery” zwracał się do rodziny królewskiej po imieniu, nawet, jeśli bardzo tego chciałam.

Nie oficjalnie.

- Mam na myśli - wyjaśniła swoje zmartwienie Jill - …nie wiem zbyt wiele o całym tym cyrku.

- Myślę, że wiesz o tym więcej niż ci w biurach - wyjaśniłam swoje zainteresowanie tym „cyrkiem” - Nie chcę wiedzieć więcej o dokumentach, kruczkach prawnych, jak to powinno wyglądać i tym podobnych. Chcę wiedzieć, jak to działa naprawdę. Bez ubarwiania.

Zauważyłam, że westchnęła i spojrzała bokiem na Theresę.

Martwiła się, że mogłam na nią sprowadzić kłopoty, jeśli okazałoby się, że się skarżyła i ja to doskonale rozumiałam.

- Zapewniam cię, Jill - powiedziałam cicho - że nikt się nie dowie, co mi teraz powiesz. Nie będę o tym rozmawiała z nikim z waszych władz ani z biurem opieki społecznej, jeśli tego nie zechcesz.

Wyprostowała się lekko, popatrzyła na wszystkich nas otaczających i zagryzła wargę.

- Mark - powiedziałam cicho, odchylając głowę w bok, by spojrzeć na kapitana Taylora - Czy możesz poczekać w korytarzu?

Tego dnia przyjechaliśmy do Alexandrii dwoma dużymi samochodami osobowymi z przyciemnionymi szybami, które podstawił nam Mark.

Mimo, że uważałam go za apodyktycznego palanta, zauważałam jego profesjonalizm i doceniałam sprawność, z jaką wykonywał swoje obowiązki, nawet jeśli go zaskakiwałam.

Jednym z samochodów kierował wynajęty przez niego kierowca i na przednim siedzeniu jechała nim Theresa, która była zauważalnie tym podniecona, a Sara siedziała w nim z tyłu i pracowała na laptopie.

Naszym kierował Mark, a Frank siedział z przodu.

Ja siedziałam z tyłu, mój laptop leżał obok, ale nie pracowałam, tylko rozglądałam się ciekawie przez całą drogę, myślami będąc już w Aspen.

Teraz Frank był na werandzie, kierowca przy samochodach, a Mark z nami w salonie i miał minę, która wyraźnie mówiła o tym jak bardzo nie podobał mu się mój rozkaz.

Tym niemniej wyszedł za drzwi.

Wiedziałam, że później powie mi, co o tym sądził, bo zwykle mówił wprost, jeśli według niego robiłam coś źle.

Kiedy tu jechaliśmy, w samochodzie, dowiedziałam się, że byłam niemądra (chociaż on tak tego nie nazwał, nie na głos), skoro nie wysłałam Sary z Theresą na zakupy prezentów dla dzieci, tylko sama poszłam do sklepu, a wcześniej, że nie powinnam zmieniać planów i jechać do innego domu niż miałam to zaplanowane, że absolutnie nie powinnam jechać do Aspen i jeszcze tysiąc innych, drobniejszych „nie powinnam”.

Był niespotykanie bezpośredni.

Teraz jednak zostałyśmy w salonie we cztery i mama Theresy zaczęła niepewnie mówić.

Zadawałam pytania, trochę opowiadała od siebie, aż po upływie nieco ponad pół godziny wyczerpałyśmy najważniejsze tematy, a ja miałam masę materiału do przemyślenia, jeśli chciałam wykorzystać w swoim projekcie rozwiązania opieki nad dziećmi, stosowane w Stanach.

Potem przyjechały dzieci.

Siedziałam w salonie i czekałam, udając cierpliwość, aż Theresa, jej mama i mężczyźni je przygotują, aż się doczekałam.

Najpierw wszedł Mark, który stanął przy drzwiach.

Dzieci wchodziły cichutko i grzecznie jedno za drugim.

Siedmioro.

Była to mieszanina: Latynosi, jak Theresa, Włosi, Mulaci, jak Jill, Afroamerykanie.

Cechowało je wszystkie jedno: byli bardzo grzeczni, nadzwyczajnie cisi i niezdrowo nieśmiali.

Jill przedstawiała ich, nie podchodzili do mnie, tylko dygali z daleka, a potem mówili krótko o sobie, odpowiadając ściśle na moje pytania.

Nie spodziewałam się niczego innego, więc nie byłam rozczarowana.

Dzieci były bardzo onieśmielone faktem, że niespodziewanie w ich domu pojawiła się prawdziwa księżniczka, ale przecież każdy by był.

Spotkałam się już kiedyś z podobną sytuacją.

Pytałam ich o zainteresowania, szkołę, aż rozmowa prawie stawała się nudna, standardowa, ale dzieci na to nie pozwoliły.

To było coś, co zawsze kochałam.

Zaczęło się od najmłodszej, która powoli przysuwała się z niskim stołkiem coraz bliżej mnie, aż w końcu oparła się łokciami o swoje kolanka i, patrząc na moje włosy westchnęła cicho.

- Jesteś bardzo ładną księżniczką - powiedziała.

- Dziękuję - odparłam z trudem powstrzymując śmiech.

- Masz bardzo ładne włosy - dodała - Ale nie masz korony.

Tego dnia, w przeciwieństwie do mojego zwyczaju, zostawiłam włosy rozpuszczone, tylko spięłam na czubku głowy dwa pasma wywinięte zza uszu, żeby nie spadały mi na twarz.

Chciałam, żeby dzieci miały co wspominać, więc, jak na prawdziwą księżniczkę przystało, ubrałam się starannie w jasnozieloną, bufiastą bluzkę do brązowej, ołówkowej spódnicy i ciemnozielonych czółenek.

Nic nie odpowiedziałam, bo bałam się, że wybuchnę śmiechem.

Mała odważyła się, wstała, podeszła do mojego fotela, wyciągnęła rączkę i delikatnie złapała jednym paluszkiem mój rudy lok.

- Podoba mi się ten kolor - kontynuowała.

- Cała moja rodzina ma takie - wyjaśniłam łagodnym głosem.

- Niektóre panie specjalnie się tak farbują - rzucił naburmuszony Ed, Latynos, który siedział na najniższym z podnóżków.

- Księżniczkom nie wolno farbować włosów - odpowiedziałam mu delikatnie.

- Myślałam, że księżniczki wszystko mogą - prawie krzyknęła Esmi, jedna ze starszych dziewcząt.

- O, nie - powiedziałam do niej poważnie - Księżniczki mają bardzo dużo zakazów.

- Jak co? - zawołał ze zdziwieniem w głosie Tymoteusz, o urodzie rodowitego Włocha i widocznym takim temperamencie, bo przez cały czas podskakiwał, jakby nie mógł usiedzieć na miejscu.

- Na przykład księżniczkom nie wolno się garbić - powiedziałam i znowu popatrzyłam ze skrywanym uśmiechem, jak wszystkie obecne dziewczynki nagle się wyprostowały.

- I co jeszcze? - zawołał Tym.

- Księżniczkom nie wolno biegać, krzyczeć, złościć się, obgryzać paznokci - dodałam konspiracyjnym szeptem do Alice, która szybko schowała rączki za plecami, bo jej paznokcie były ewidentnie obgryzione.

- Ale za to księżniczki nie muszą robić niektórych rzeczy - mruknął wciąż nadąsany Ed.

- Tak, masz rację - przyznałam - Na przykład nie muszę sprzątać - uśmiechnęłam się, widząc westchnienia zazdrości niektórych z nich - Tutaj to robi dla mnie Theresa.

Dzieci zrobiły wielkie oczy i spojrzały z podziwem na swoją starszą siostrę w niedoli, która, z tego co się już dowiedziałam, odwiedzała ich raz lub dwa w miesiącu, bo kochała swoją zastępczą mamę, więc wszystkie ją znały.

Rozmawialiśmy tak jeszcze przez chwilkę, ale nie mogłam im przecież długo przeszkadzać, więc zaczęłam się podnosić, a dzieci zaczęły mnie zatrzymywać.

A potem naszedł czas na pożegnanie się, przed czym osobiście przekazałam dzieciom drobne prezenty, jakie im kupiłyśmy tego dnia z Theresą, kiedy zatrzymałyśmy się w supermarkecie przy drodze i pozwoliłam dzieciom przytulać się do mnie.

Wystarczy powiedzieć, że Mark nie był zadowolony.

Sara i Frank już zdążyli przyzwyczaić się do moich takich wybryków.

*****

Mark

Mark wspominał, jak ponad tydzień wcześniej stał naprzeciwko biurka swojego przełożonego i skóra mu cierpła.

Nienawidził tego gówna.

- Hrabina Caroline Elizabeth Stephanie Luisa Anna Jones, księżna Yorku, dwadzieścia jeden lat, dziesiąta w kolejce do sukcesji tronu UK - powiedział komandor White i rzucił na jego stronę biurka cienką teczkę, otwartą na zdjęciu młodej kobiety.

Pięknej młodej kobiety.

Mark to wszystko już wiedział, dowiedział się wszystkiego, co zdołał zdobyć, zanim nawet zdecydował się, że podejmie się jej ochrony, bo tak działał.

Jego nowa praca zaczynała się parę dni później, ale Mark od pewnego czasu pracował wyłącznie jako ochrona VIP’ów i znał takie suki.

Dziwka była piękna, młoda, cholernie bogata, z pieprzoną władzą, więc kurewsko rozwydrzona.

Nie miał dobrych pieprzonych doświadczeń z takimi cholernymi panienkami z „dobrych” domów.

Jego pierwsze wrażenie było jeszcze gorsze.

Zimna suka.

Jej włosy były jednym… wielkim… pieprzonym… fałszem.

Rudowłosa, zielonooka, ze spiętą dupą, wystrojona w pieprzony garniturek, zaczesana.

Była ładna, a nawet piękna, ale sztywna i lodowata.

Jakby ktoś jej wsadził kij w tyłek.

Nikt nie wkracza w moją przestrzeń osobistą.

Kurwa!

Królowa pieprzonego Lodu!

Mark jednak nigdy nie był zbytnim fanem określania ludzi po pierwszym wrażeniu, dlatego milczał, obserwował i czekał na jej następny ruch.

To, jak postąpiła z pokojówką, która oczywiście potrzebowała pieniędzy i chciała je zarobić, a  nie dostać jako jałmużnę, było genialne.

Suka zyskała lojalną pracownicę, a jednocześnie pomogła dziewczynie.

A potem okazało się, że potrafiła być ciepła i łagodna, kiedy dotyczyło to starszych dzieci, a zwłaszcza tych zaniedbanych, skrzywdzonych przez los i wymagających wsparcia.

Więc może nie-taka-suka.

Chociaż jego trzymała na dystans zimnym, wręcz lodowatym spojrzeniem i suchym tonem ucinając każdą rozmowę.

Nie, żeby Mark był rozmowny.

Widział jednak, że zarówno jej pieprzona asystentka osobista jak i ten cholerny angielski ochroniarz byli wobec niej bardziej lojalni, niż wynikałoby to z opłacania ich nawet pieprzoną kupą szmalu.

Musieli widzieć w niej coś, czego Mark jeszcze nie dostrzegał.

Może powinien poznać ją lepiej.

Nie mógł określić jej temperamentu, ale, szczęśliwie, trzymała go na wodzy i nie szalała, nie narażała się na niebezpieczeństwo.

To, jak go potraktowała po jego reakcji na jej wyskok w parku… cóż, zasłużył na to.

Był dla niej kutasem.

Zaopiekowała się dziećmi, o których wszyscy zapomnieli, zabrała je do pawilonu, wysuszyła, przebrała, jeśli było trzeba, zapewniła im ciepłe jedzenie i picie, ale nie zostawiła ich, tylko została z nimi, by rozmawiać, a nawet śmiać się.

Dzieci czuły się zlekceważone, pogardzone przez dorosłych, a Mark to widział, ale jego cholerną pracą była ochrona jej, a nie zapewnianie dobrego samopoczucia pieprzonym obcym dzieciakom.

Więc jej to cholernie wygarnął.

Nie była łaskawa nawet odpowiedzieć, ale poczuł, jak zesztywniała, a potem bijący od niej powiew zimna.

Dokładnie tak samo jak po jego późniejszej niezbyt zawoalowanej pieprzonej sugestii, że niezbyt cholernie mądrze postąpiła, kupując osobiście pieprzone prezenty dla dzieciaków w cholernym supermarkecie przy pieprzonej drodze, zamiast wysłać tam po nie swoją pieprzoną asystentkę.

Jakby uparła się w cholerę, żeby utrudniać mu jego pieprzone życie.

Ale teraz sobie, kurwa, wymyśliła pieprzone wakacje w Aspen.

Marka wkurwiało jak cholera to, że go nie słuchała, nigdy by go nie posłuchała, jak to nie raz zauważył po drobnym grymasie wokół jej ust, kiedy mówił, bo zwykle tak robił, bez ogródek, co robiła źle, co mogłoby być niebezpieczne i z czym będą mieli największe problemy.

Westchnął w duchu.

Powinien się cieszyć, że nie należała do tych, co uciekali, robili nocne popijawy, chodzili do klubów, ale i tak go cholernie wkurwiała.

Pieprzona Królowa pieprzonego Lodu.

Nigdy nie widział u niej żadnych pieprzonych emocji pod tą maską lodowatego zimna i pustki, jaką nosiła na twarzy, chociaż na samym początku zobaczył, jak przemknęło przez nią zaskoczenie.

To było wtedy, jak nie zapanował nad własną twarzą i pozwolił sobie na złagodzenie rysów po obserwowaniu jej postępowania z pokojówką.

Więcej tego nie zrobił i nauczył się odczytywać jej emocje po drobnym napięciu ciała lub drgnieniu warg.

Ale teraz miał cholerną ochotę przerzucić ją przez kolano i sprać jej tyłek.

Wakacje.

Też coś.

Mogła mieć wakacje w każdym możliwym zakątku świata z kupą ochroniarzy na najwyższym poziomie, a ta wymyśliła sobie pieprzone Aspen w samotności.

Jak on, do kurwy nędzy, niby miał ją tam pieprzenie chronić, tego Mark za cholerę nie wiedział.

Ale musiał, do kurwy nędzy, coś wymyśleć.

I to cholernie szybko.

2 komentarze: