niedziela, 16 października 2022

9 - Nie, nie, nie

 

 Rozdział 9

Nie, nie, nie

Mark

 

 

Następnego dnia rano

Przez cały poniedziałek od wczesnego rana w Anglii Mark był w drodze.

Jego konieczna aktywność na trzech lotniskach i ustalanie kolejnych kroków planu działania nie wystarczało do wypełnienia jego myśli, zresztą zajęła mu tylko trzy godziny.

Nienawidził tego.

Był mężczyzną, który był aktywny fizycznie, więc nie lubił być zmuszany do siedzenia przez wiele godzin.

A spędził w wymuszonym bezruchu, zamknięty w dwóch kolejnych samolotach ponad dziesięć godzin, co dało mu dużo, za dużo czasu na myślenie, a w jego myślach królowała jedna.

Lisa.

Coś przyciągało go do Lisy tak, jak nigdy do żadnej kobiety.

Przez ponad pięć lat bronił się przed zaangażowaniem w związek, a przez ponad dziesięć lat nie patrzył w ogóle na swoje klientki jako na kobiety.

Dostał bolesną nauczkę jeszcze w liceum, kiedy po porzuceniu kulturystyki szukał innych zajęć, pracował nie do końca legalnie, bo był wtedy nieletni, jako bramkarz w pobliskim klubie nocnym i poznał suki, które były starsze od niego.

Potem sparzył się jeszcze boleśniej.

Więc Lisa była dla niego poza zasięgiem.

Absolutnie.

On był na Ziemi, a ona w Stratosferze.

Aż do tego pieprzonego spotkania w SLC, kiedy rzuciła się na jego szyję z cholernym powitaniem, nie myślał o niej w ten sposób.

Powitaniem tak dobrym, że aż niedobrym.

Nie powinien był wtedy jechać do niej, ale musiał sprawdzić osobiście dlaczego została ranna, chociaż miała być bezpieczna.

Nie powinno go to obchodzić.

Obchodziło.

I kosztowało go to tydzień załamania.

Kiedy David powiedział mu o jej załamaniu, o tym jak Tom go podszedł i że Mark miał u niej szansę, nie zawahał się.

Zaryzykował.

To był hazard, chociaż z asem w rękawie.

Właśnie wracał do domu z wygraną.

Ale, wspominając ich jedną, jedyną noc, nadal bał się czuć szczęście.

To, co miał z nią, z jego Lady, było tak dobre, że tym razem Mark czuł, że nie załamie się, ale roztrzaska.

Kurwa, samo to, jak wymawiała jego imię, wydychając powietrze w jego szyję lub policzek, było tak podniecające, że prawie dochodził w spodnie.

Jak niedoświadczony gówniarz.

Mark - i wystarczało.

Zrobiła to kilka razy, ale najtrudniejszy do przeżycia dla Marka był ten, kiedy wypchnęła jego imię z wydechem prawie w jego usta na powitanie w klubie.

Po kilku dniach nie widzenia się.

Publicznie.

Ręce zaświerzbiły go wtedy z chęci porwania jej i przyciśnięcia jej ust do jego ust, kutas wyrywał się ze spodni, ale Mark wytrzymał.

Ostatkiem sił, nie zaciągnął jej wtedy do pobliskiej toalety, by tam zerwać z niej spodnie i wypieprzyć ją.

Bo niezwykle podniecające było to, że była jednocześnie taka niewinna i gorąca, jak pamiętał z ich seksu.

Niesamowite było to, jak wiele Mark odkrywał w Lisie sprzeczności.

Sam jej wygląd - raz czysta klasa, dama w eleganckim pieprzonym mundurku, a innym razem na luzie w cholernych dżinsach i koszulce, no i ten ostatni jej wygląd: kolorowa pieprzona hippiska.

A do tego Lisa bywała zdecydowana, lodowata lub wręcz bojowa, kiedy potrafiła mu się cholernie postawić, a innym razem była cicha, delikatna, łagodnie mówiąca do dzieci lub dorosłych, na których jej zależało.

Tak bardzo kobieca, jak potrafiła być tylko prawdziwa kobieta.

Zmienna.

Kiedy w tamtym klubie Lisa zamówiła dla siebie Shirley Temple Mark o mało nie wybuchnął śmiechem.

Jaka pieprzona dorosła zamawia cholerną Shirley Temple w jebanym klubie nocnym, gdzie prawdopodobnie połowa bywalców ćpała, druga połowa wpadała pod stół nawalona wódą lub tequilą, rzygała lub uprawiała nieprzytomny seks w kiblu?

Ale to była ona.

Lisa taka była.

Czysta klasa.

Bez ściemy.

Łączyła w sobie dziecinność i dorosłość, naiwność i doświadczenie, naturę władczą, pewną siebie i szukającą oparcia, wycofaną.

Odkąd nauczył się odczytywać jej emocje, polubił je.

I chciał ich więcej.

Chciał jej więcej.

Najlepiej na zawsze.

A teraz, kiedy tego doświadczył, chciał zawsze słyszeć, jak Lisa wymawiała jego imię z tym zachwyconym wydechem, ale najbardziej wtedy, kiedy dochodziłaby z jego kutasem w sobie.

Kurwa.

Najgorsze dla Marka w ciągu tych kilkunastu pieprzonych godzin podróży było to, że miał cholerny problem z odgonieniem wizji wyrazu jej twarzy i odgłosów, jakie Lisa wydawała, kiedy ujął jej piersi dłońmi, kiedy przyłożył do nich usta, kiedy zrolował jej sutki między kciukiem a palcem wskazującym.

Piersi kobiece, zwłaszcza duże, były Marka fetyszem.

Uwielbiał je.

A Lisa miała cholernie fantastyczne, duże, miękkie piersi z różowymi, dużymi sutkami, a do tego bardzo wrażliwe.

I pamiętał ich dotyk i smak.

Jezu, cudowne!

Mark zaczął mieć cholerną nadzieję, że mógł to mieć na stałe.

Mógł mieć.

Bo Lisa chciała być z nim.

Chciała z nim mieszkać, więc miałby ją na co dzień.

Początkowo Mark nie mógł w cholerę zrozumieć, kiedy mówiła, że nie miała nic, więc mogła przenieść się do Stanów w każdej pieprzonej chwili, ale potem, w miarę jej zwierzeń, zaczęło do niego cholernie docierać z pełną pieprzoną mocą, że to było to, co on mógł jej dać, bo po prostu rzeczy materialne nie miały dla niej znaczenia.

Znaczenie miało coś innego.

Rodzina.

I lubił to.

To mógł jej dać.

Bał się tego uczucia, bo zaczął sądzić, że chciałby dać jej wszystko.

A Mark kiedyś już sądził, że mógł mieć swoją rodzinę i to marzenie zostało mu zabrane, a wręcz zniszczone.

Kiedy Mark wreszcie pożegnał się w Denver ze swoją, już-teraz-byłą-klientką, pojechał na prawie godzinne spotkanie do biura swojego pieprzonego szefa, chociaż nie musiał.

Mógł pojechać do domu i skontaktować się z nim za kilka dni.

Ale chciał mieć to z głowy, rozliczone, a sprawy z kolejnym klientem chciał mieć przyspieszone, żeby przyspieszyć rozwiązanie pieprzonego kontraktu.

Więc rozliczył robotę, która okazała się dla niego prawie przyjemnością i przyniosła kolejną kupę szmalu, a podjął się takiej pieprzonej roboty, której diabelnie nienawidził, zanim jeszcze cholernie się zaczęła.

Chociaż miała mu przynieść jeszcze większą kupę szmalu.

Miał przez dwa jebane tygodnie być pieprzonym ochroniarzem i szefem ochrony czternastoletniego pieprzonego syna szejka, który był na cholernej wymianie uczniowskiej lub innym gównie w liceum w Denver.

Potem Mark dostałby zmianę.

Tatusiek gnojka zapewniał, że synalek był odpowiedzialnym, młodym mężczyzną, który chciał po prostu poznać inny system edukacji.

Jasne, gówno, Mark w to nie wierzył ani przez pieprzoną sekundę.

Syn szejka i odpowiedzialność?

Brak wiary Marka w stateczność takich gówniarzy został spowodowany i potwierdzony bliznami na jego ciele, a nie miał ochoty na dokładanie nowych.

Ale przejście przez to zadanie oznaczało uwolnienie się od kontraktu, jaki Mark podpisał nieostrożnie trzy lata wcześniej.

Wtedy nie zależało mu na własnym życiu.

Ryzykował nie dla kasy, ale dlatego, że nie miał dla kogo żyć.

Teraz miał przed sobą życie z Lisą.

Miał taką pieprzoną nadzieję.

Podpisał więc odpowiednią umowę, zabrał niezbędne dla niego informacje w niezbyt grubej teczce i pojechał do domu, do SLC.

Jego pieprzonego domu.

Do domu, w którym miał urządzoną tylko jedną, główną łazienkę, miał kupione podstawowe sprzęty do kuchni, materac do sypialni i urządzone swoje biuro z komputerem do pracy i nic więcej.

Domu, który co miesiąc kosztował Marka trochę kasy, bo wymagał ogrzewania i ochrony, nawet jak stał pusty, żeby nie kusił włóczęgów do przygarnięcia go jako meliny.

Domu, który stał pusty, bo oczekiwał na panią Taylor i na rodzinę.

Domu, który mógł się wreszcie tego doczekać.

Jak Mark.

Na strzeżonym parkingu przy lotnisku w Denver Mark zostawił wcześniej na te kilka tygodni, kiedy był w Europie, swojego pickupa, Nissana Navarrę, więc teraz go odebrał i pojechał do SLC, nie zawracając sobie głowy wynajmowaniem pokoju w hotelu, by się przespać.

Chociaż z Denver do SLC jechało się jakieś siedem godzin, mógł dojechać do domu bez problemu, skoro w samolocie wymieniał się jeszcze z dwoma ochroniarzami, więc przespał się nawet ze cztery godziny.

Tyle mu wystarczało.

Nie pojechał do domu swoich rodziców, bo najpierw chciał wejść do swojego domu tego, który miał dać Lisie.

Kiedy wjechał na podjazd, pomyślał, że będzie musiał zrobić jakieś zakupy, ale chwilowo chciał tylko sprawdzić swoją pocztę, bo te kilka wiadomości, które mu Lisa zostawiła w poniedziałek, zostawiły mu niedosyt.

Tęsknił.

Kurwa.

Nie powinien był się tak cholernie do tego spieszyć.

Nie było do czego.

Bowiem, kiedy przeczytał jebanego e-maila od Lisy, jego pieprzony świat rozpadł się w cholerę.

Ponownie.

Nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.

Spotkałam kogoś, kto zapewni mi życie na poziomie, jakiego potrzebuję.

Kilka zwykłych słów, a on poczuł to jak cios pięścią w brzuch.

Nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.

Gówno.

Nie jesteś dobry…

*****

Lisa/Caroline

We wtorek rano wstałam o wpół do siódmej w bojowym nastroju, dokładnie tak, jak się położyłam w poniedziałek wieczorem.

Wściekła.

Moja babka Charlotta przed wyjściem w poniedziałkowe popołudnie z mojego domu zrobiła bowiem dość poważny błąd.

Przechodząc obok biurka Sary, odwróciła się do mnie, stojącej dwa kroki od moich drzwi, i powiedziała:

- Oczekuję również, że ta kobieta zostanie zwolniona ze skutkiem natychmiastowym. Jutro rano przyślę kogoś, kto ją zastąpi.

Nic nie powiedziałam, ale poczułam nagły przypływ adrenaliny.

O, nie.

Nie robiła tego.

Mogła mieć mnie uległą po tym szantażu, jaki zastosowała.

Mogłam zrezygnować z Marka, ale nie mogła mi zabrać wszystkiego.

Zablokowałam to.

- Dobrze, babciu - powiedziałam tym samym, jak miałam nadzieję, pustym głosem i starałam się nie spojrzeć na Sarę.

Musiałam być ostrożna.

Babka i jej asystentka wyszły.

Przez dwie sekundy stałyśmy z Sarą w bezruchu i milczeniu.

A potem postanowiłam działać i zaczęłam od spojrzenia Sarze prosto w oczy, żeby wiedziała, że nie zgadzam się z decyzją babki.

- Saro - powiedziałam cicho, ale zdecydowanie, robiąc krok w stronę biurka i odwracając się przodem do mojej asystentki - Musimy się pospieszyć. Odwołaj wszystkie moje umówione spotkania na dziś, wyczyść swój komputer, laptop i tablet. Wyczyścimy również mój i zmienimy wszystkie hasła. Ona może przysłać tu swojego szpiega, ale nie musimy jej ułatwiać pracy.

Zobaczyłam, jak oczy Sary błysnęły zrozumieniem, wyprostowała się, a na jej pobladłą twarz wypłynął cień rumieńca.

Tak.

Dotarło do niej, że moja babka Charlotta czymś zmusiła mnie do tego, bym wykonywała jej polecenia.

Nadal nie wiedziała, w jakim okropnym stopniu babka zamierzała ingerować w moje życie osobiste.

A co gorsze, w życie Marka.

- Nie mamy wiele czasu… - mówiłam mojej przyjaciółce - Babka zmusiła mnie do napisania e-maila do Marka, w którym z nim zerwałam - przyznałam.

Sara otworzyła szeroko oczy z przerażenia i wciągnęła gwałtownie powietrze.

Skinęłam jej głową, patrząc ciągle w jej oczy.

- Potrzebuję, żebyś mnie umówiła na jutro z moim adwokatem w godzinach, kiedy będę miała zajęcia - mówiłam dalej - Urwę się. Ale babka powiedziała, że kontroluje moje e-maile i mój telefon, więc nie możemy nic zrobić stąd, z biura.

Sara stała napięta i było widać, że myślała.

Wiedziałam, że coś wymyśli, bo zawsze wymyślała.

Ale najpierw potrzebowałam, żeby wiedziała wszystko, zanim ktoś wszedłby do mojego gabinetu i nam przerwał.

- Założę ją i zrobię cię prezeską tej fundacji dla dzieci, o której rozmawiałyśmy - powiedziałam - więc tamta może sobie siedzieć tutaj, ale ty będziesz miała swoje biuro i swoje zadania. Adwokat musi mi w tym pomóc. Zostaniesz ze mną?

- Tak. Ale ty… - zaczęła Sara, ale niecierpliwie potrząsnęłam głową.

To nie było ważne, bo ja nie byłam ważna.

Teraz musiałam tylko zrobić coś, żeby Mark nie uwierzył w tego podłego e-maila, którego już wysłałam, a nie mogłam wysłać drugiego z wyjaśnieniami.

Nie chodziło o mnie, ale nie chciałam, żeby poczuł się odrzucony.

Nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.

Musiałam coś zrobić, żeby on o sobie tak nie myślał, a po jego wcześniejszych słowach tego właśnie się bałam.

Nie mogliśmy być razem, ale on nadal mógł być szczęśliwy z inną kobietą, gdyby wiedział, że nie odepchnęłam go, bo nie był mnie wart, jak to napisałam w e-mailu, ale z innych powodów.

- Mam kilka rzeczy do zrobienia. Muszę skontaktować się z Maggie albo z Evą - szepnęłam do siebie, ale nie wiedziałam, czy mogłam to zrobić ze swojego laptopa, ze swojego konta na Messengerze.

Spojrzałam przez okno i myślałam intensywnie.

Bałam się ujawnić babce, jakich przyjaciół miałam w Stanach, by nie narażać ich na jej zemstę.

- Lisa - zaszeptała Sara nagląco i spojrzałam na nią, a jej oczy się zaświeciły tak, jak to się działo, kiedy miała jakiś pomysł - Masz przecież ten telefon, który kupiliśmy w Stanach.

Tak!

Miałam.

Rozmowy przez mój telefon, zarejestrowany w Anglii, na numery ze Stanów były bardzo drogie, więc jeszcze przed wyjazdem do Aspen Mark kupił nam telefony na karty zarejestrowane w Stanach.

Miałam tam zapisane numery moich przyjaciółek, ale również Marka.

Nie wiedziałam, czy on będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać i nie wiedziałam, czy zostały mi tam jeszcze jakieś minuty na rozmowy, a nie mogłam zrobić niezauważalnie doładowania.

Ale musiałam spróbować jakoś przekazać mu wiadomość.

Szeptałyśmy tak, stojąc nad biurkiem Sary jeszcze przez kilkanaście minut, kiedy ustaliłyśmy nasze pierwsze posunięcia, a potem poszłam do swojego apartamentu, zabierając z biurka plik dokumentów, które chciałam schować przed szpiegiem babki.

W garderobie mojego apartamentu miałam bowiem ukryty sejf wbudowany dawno temu, jeszcze na polecenie mojego taty, za przesuwanymi półkami na buty i nikt o nim nie wiedział oprócz Sary.

A i ona od niedawna.

Od kiedy jej zaufałam.

Tego dnia wyszłam jeszcze z domu na krótko, bo miałam jedno umówione ważne spotkanie, na które również Jamie zawiózł mnie z Frankiem i wykorzystałam to wyjście na krótką rozmowę telefoniczną.

Miałam tylko jedną szansę.

Nie chciałam ryzykować utraty pieniędzy na połączenie, gdyby Mark mnie odrzucił albo nie zechciał mnie wysłuchać i mówił zamiast mnie, więc to nie do niego zadzwoniłam.

Wybrałam numer Evy.

Liczyłam na to, że mi pomoże, bo pomagała innym, rozumiała mnie, a te kobiety w ogóle bardzo sobie pomagały we wszystkim.

- Halo, Lisa, to ty? - usłyszałam radosny głos mojej prawie-przyjaciółki, chociaż być może bardziej przyjaciółki niż którakolwiek inna z tych kobiet, jakie poznałam w SLC.

No, może poza Maggie.

- Eva - przywitałam się z ulgą - Nie mam czasu na wyjaśnienia - mówiłam szybko - Moja babka dowiedziała się o Marku i kazała mi wysłać do niego wiadomość, że z nim zrywam. Proszę, porozmawiaj z Davidem, może z kimś jeszcze, przekażcie Markowi, że to nie ja…

- Lisa - Eva mi przerwała - nie tak szybko, bo nic nie rozumiem.

- Eva - mówiłam z narastającą rozpaczą, bo minuty płynęły - Nie mogę ci wytłumaczyć. Nie mam czasu. Proszę, porozmawiajcie z Markiem. David wie jak go znaleźć. Moja babka zablokowała mi konta w telefonie, komputerze i kontroluje mnie.

- Myślę - powiedziała Eva - że wiem, kto może pomóc. Nie martw się. dowiemy się wszystkiego i załatwi…

W tym momencie mój telefon padł.

Nie wiedziałam, czy skończyły mi się pieniądze na koncie, czy przyczyna była inna, ale słyszałam tylko ciszę.

Odjęłam go od ucha i popatrzyłam na ekran z rozpaczą.

Mogłam mieć tylko nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Nie mogłam zrobić nic więcej dla Marka.

Musiałam zająć się swoimi sprawami w Anglii, ratowaniem resztek.

Dlatego wróciłam do domu i nie weszłam do kuchni, chociaż może powinnam porozmawiać z Jane, tylko zamknęłam się w swoim apartamencie, przygotowałam się na noc i na następny dzień, a potem położyłam się do łóżka.

Ale nie spałam.

Wdychałam zapach Marka, którego może już nie było na moich poduszkach, ale ciągle go sobie tam wyobrażałam.

Myślałam o tym, że łatwiej mi było żyć bez niego, kiedy nie wiedziałam, jak wspaniałe mogło być życie z nim.

We wtorek rano wstałam jak zwykle o wpół do siódmej i do razu poszłam pod prysznic, by nałożyć na siebie Królową Lodu.

Umyłam włosy, wysuszyłam i ułożyłam je, umalowałam się i ubrałam się starannie, by pokazać się mojej nowej „asystentce” i przy okazji pokazać jej, gdzie było jej właściwe miejsce.

Weszłam do swojego biura, stanęłam przed biurkiem mojej asystentki i zimno spojrzałam z góry na siedzącą tam kobietę.

Wstała i wyprostowała się, zakładając ręce za plecy.

Mogła mieć jakieś trzydzieści lat.

Była szczupła, ale koścista, ciemnowłosa, ciemnooka, miała żółtawą, niezdrową cerę i zero makijażu.

- Dzień dobry, milady - powiedziała służbowym tonem, nie patrząc jednak na mnie wrogo ani z wyższością - Jestem Eleonora Tobony, pani asystentka osobista. Na biurku milady położyłam do podpisania przygotowaną moją umowę o pracę.

- Dzień dobry - powiedziałam zimno, odwróciłam się i weszłam do mojego gabinetu, zamykając za sobą drzwi.

Weszła za mną bez pukania.

Odwróciłam się do niej sztywno i spojrzałam na nią zimno.

- Nie nauczono cię, że się puka? - spytałam i wskazałam jej brodą drzwi.

Wyszła, zamknęła je za sobą i natychmiast usłyszałam pukanie, które zignorowałam.

Podeszłam do biurka i wzięłam z niego dokument, a następnie wróciłam do stolika na kawę, gdzie miałam jak zwykle naszykowane śniadanie z dwiema filiżankami i dwoma nakryciami.

Natychmiast zadzwoniłam po pokojówkę.

Nalałam sobie herbaty i zaczęłam jeść śniadanie, przeglądając jednocześnie dokument, który miałam podobno podpisać.

Rozległo się pukanie, więc, nie odrywając się od czytania, zawołałam - Wejść - na co weszła Eleonora.

- Dzwoniłam po pokojówkę - poinformowałam ją ciągle tak samo zimno.

- Właśnie przyszła i myślałam… - zaczęła.

- Nie myśl - przerwałam jej.

Skinęła głową z konsternacją, ale odwróciła się i wyszła.

Weszła pokojówka.

- Sary nie ma - powiedziałam jej - Więc drugie nakrycie nie będzie potrzebne. Możesz je zabrać i w przyszłości podasz je dopiero wtedy, jak Sara wróci.

Zajęłam się z powrotem swoim śniadaniem i dokumentem, nie dbając o to, czy Eleonora usłyszała mój rozkaz.

Kiedy pokojówka wyszła, podeszłam do swojego biurka, uruchomiłam komputer, w którym poprzedniego dnia zmieniałam hasło i zwiększyłam poziom zabezpieczeń, a także usunęłam wrażliwe dokumenty.

Przepisałam trzymaną umowę z niezbędnymi zmianami, wydrukowałam ją na drukarce, która stała obok, podpisałam, a potem podniosłam słuchawkę i wcisnęłam przycisk interkomu na swoim telefonie stacjonarnym.

 - Eleonoro, poproszę cię do siebie - powiedziałam, kiedy tamta się odezwała, natychmiast odłożyłam słuchawkę, a jednocześnie puściłam dokument, który mi dała, przez niszczarkę dokumentów pod moim biurkiem.

Eleonora weszła, podałam jej dokument, który wydrukowałam i podpisałam, a potem przeszłam natychmiast do rozkazów.

- Zaraz wychodzę na wykłady - powiedziałam, bo wiedziałam, że Sara usunęła z komputera również mój rozkład dnia - Umów mnie na czwartą po południu do mojej krawcowej. Przed piątkiem muszę mieć manikiur, pedikiur, fryzjera i wizażystkę, co powinnaś wiedzieć, ale to było takie nieodpowiedzialne, zatrudnianie cię tuż przed takim ważnym wydarzeniem, jak zaręczyny.

Mówiłam przez cały czas sucho, by wykazać jej, że musiała mi udowodnić swoje kompetencje.

Nie bawiłam się w podchody.

Babka mogła wiedzieć, że nie lubiłam swojej nowej asystentki, ale musiała myśleć, że poddałam się w sprawie zaręczyn.

A jeśli Eleonora doniosłaby na mnie do babki, byłaby na zawsze stracona nie tylko jako moja pracownica, ale na rynku pracy, bo zamierzałam to szeroko udostępnić.

Pytanie brzmiało, czy zdawała sobie z tego sprawę.

- Tak jest, milady - powiedziała zawodowo, więc może jednak do czegoś się nadawała.

Nie słuchałam.

- Możesz wyjść - powiedziałam do niej, nie podnosząc wzroku znad monitora.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

Wstałam, wyłączając przy tym komputer, zaczęłam pakować moją torebkę i sprawdzać, czy miałam przy sobie laptop i torbę, w której zwykle nosiłam książki i zeszyty, a potem ruszyłam w stronę wyjścia.

W tym czasie wszystkie systemy w komputerze się pozamykały, więc miałam pewność, że moje dane były bezpieczne.

Przechodząc obok niej, skinęłam Eleonorze głową, bo jednak podstawowa grzeczność obowiązywała.

W hallu wyjściowym założyłam moją brązową, skórzaną kurtkę.

Kiedy przeszłam od drzwi wyjściowych w stronę samochodu, przekonałam się, że Frank zostawał w domu, a ze mną jechał inny ochroniarz, którego znałam z widzenia, ale nie z imienia.

Kiedy odwróciłam głowę w stronę domu, siedząc już w samochodzie, Frank stał w oknie od frontu i kiwnął mi głową, jakby chciał dać mi znać, że wszystkim się zajmie.

Zamierzał pilnować dla mnie mojego domu.

Stałam się tego nie okazać, ale odetchnęłam z ulgą.

Pojechaliśmy na uczelnię jak zwykle, bo Jamie znał moje zwyczaje, a Frank najwidoczniej przekazał ochroniarzowi moje wymagania, więc ten stanął w drzwiach limuzyny, kiedy wysiadałam, a potem szedł za mną w dość dużej odległości, by nie krępował moich ruchów.

Przed zajęciami najpierw poszłam do gabinetu profesora, z którym miałam pierwszy wykład.

Zapukałam, usłyszałam zaproszenie i weszłam.

- Dzień dobry, panie profesorze - przywitałam się.

- O, moja ulubiona studentka - przywitał mnie profesor żartobliwie, a słyszałam wcześniej, że tak witał przynajmniej jeszcze dziesięciu studentów z naszej dwudziestoosobowej grupy.

- Tak, oczywiście - odpowiedziałam z roztargnieniem - Mam dzisiaj do pana taką nietypową prośbę.

- Słucham, moja droga - profesor mówił tak do wszystkich, nie tylko studentek i wiedziałam to, więc się nie przejmowałam.

- Czy dzisiaj wyjątkowo mógłby pan wpisać mi obecność… - zaczęłam ostrożnie - ale ja wyszłabym i wróciła dopiero na drugą część wykładu?

- Och - mruknął profesor i dopiero teraz spojrzał na mnie uważniej - to bardzo nietypowa prośba.

- Wiem - szepnęłam i patrzyłam na niego z napięciem.

Od niego zależało tego dnia wszystko.

- Dobrze - powiedział w końcu, a ja się rozluźniłam - Robię to tylko dlatego, że jest pani najpilniejszą z moich studentek.

Poderwałam się z fotela, w którym zdążyłam usiąść, podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek.

Zaskoczyłam go.

On też miał mnie za Królową Lodu.

- Dziękuję - powiedziałam ciepło i podeszłam szybko do drzwi.

Uchyliłam je, zobaczyłam, że ochroniarz stał naprzeciwko i zagapił się do studentki z pierwszego roku, wyszłam szybko i poszłam w stronę toalet.

Nie sprawdzałam, czy poszedł za mną.

W toalecie sprawdziłam wszystkie kabiny, które o tej porze zwykle były puste, zdjęłam swoją skórzaną kurtkę, a z torby na książki wyjęłam starą czarną bluzę dresową z kapturem, którą specjalnie tego dnia tam spakowałam.

Założyłam bluzę, schowałam kurtkę, wyciszony telefon i torbę z laptopem do torby na książki, a potem całość umieściłam w pawlaczu, który wypatrzyłam rok temu nad wejściem do toalety.

Sprzątaczki trzymały tam zapasy papieru toaletowego, mydła i ręczników.

Kiedy wyszłam z toalety w luźnej, czarnej bluzie z kapturem nasuniętym na oczy, mój ochroniarz nie zwrócił na mnie uwagi.

Franka bym tak nie wykołowała, ale Franka nie musiałabym oszukiwać.

Przemknęłam do bocznego wyjścia, na ulicy zatrzymałam taksówkę, wsiadłam do niej i podałam kierowcy adres.

Dziesięć minut później byłam u swojej adwokatki.

Rozmowa między nami była krótka i treściwa.

Musiałam mieć wypisaną umowę na zatrudnienie Sary jako prezesa nowej fundacji, ale najpierw należało założyć tę fundację.

Powiedziałam mojej zaufanej pani adwokat jakie miałam warunki, a ona miała skontaktować się z Sarą i podjąć z nią współpracę.

Napisałam jej upoważnienie dla Sary.

Musiałam mieć także ukryte swoje pieniądze, bo znałam swoją babkę Charlottę i wiedziałam, że prawdopodobnie przygotowała na piątkowe zaręczyny intercyzę, w której byłby zapis o wspólnocie majątkowej lub inna pułapka finansowa, w którą wpadłabym, jeśli nie podporządkowałabym się woli babki i nie wyszłabym ostatecznie za mąż.

Więc moja adwokatka miała mi założyć konto w amerykańskim banku w dolarach na nazwisko Elizabeth Jones, do którego dostęp miałabym po okazaniu mojego prawa jazdy, a potem przelałabym tam większość moich pieniędzy.

Trzecią rzeczą był zapis na rzecz domu zastępczego mateczki Chloe.

Byłam prawie pewna, że babka Charlotta była gotowa skrzywdzić te dzieci, jeśli przekonałaby się, że mi na nich zależało.

Dlatego chciałam im zapisać miesięczną dotację z mojego głównego prywatnego konta, w którą nie mógłby ingerować mój przyszły mąż.

To należało obwarować specjalnymi warunkami prawnymi, a później dałabym dyspozycję do banku, co mogła zrobić Sara jako upoważniona.

Cóż, musiałam pomyśleć o „urwaniu” się następnego dnia i wyjściu do banku, żeby złożyć kilka podpisów.

No i na koniec poprosiłam o dokument dotyczący współwłasności Persefony.

Przemyślałam to wcześniej, więc mogłam nawet w czasie krótkiej rozmowy przekazać konkretne propozycje moich zapisów.

Kiedy tylko skończyłyśmy to ekspresowe spotkanie, pół godziny po moim wejściu do gabinetu adwokatki wyszłam i udałam się na poszukiwanie taksówki, by wrócić na uczelnię.

Dwadzieścia minut później podniosłam głowę znad moich notatek i niewinnie spojrzałam w zagniewane oczy ochroniarza, który nie mógł mnie znaleźć, chociaż ja siedziałam przecież bezpiecznie na sali wykładowej.

Byłam zadowolona ze swojej pracy przez kilka kolejnych godzin.

Nie byłam taka zadowolona, kiedy wróciłam limuzyną do swojego domu i weszłam do swojego apartamentu.

Bowiem moja prywatna sypialnia została wysprzątana.

Pościel została zmieniona, brudne ubrania zabrane do prania, kosz opróżniony ze śmieci.

Niby dobrze, ale… ktoś wchodził do mojej sypialni i to pod moją nieobecność.

Zwykle nie zamykałam jej na klucz.

Może powinnam, ale wszyscy wiedzieli, że tam nie wolno było wchodzić.

Więc nie musiałam.

Nie wezwałam pokojówki, również nie weszłam do kuchni, ani nie porozmawiałam z Eleonorą.

Zamknęłam się w swojej fortecy.

Wewnętrznej fortecy Królowej Lodu.

Poczułam nagle, że moja sypialnia przestała być azylem bezpieczeństwa, nie mówiąc o tym, że straciłam w niej to, co miałam z Markiem.

Byłam znowu sama.

Dlatego właśnie tej nocy położyłam się do łóżka w pokoju gościnnym przylegającym do mojego apartamentu, chociaż znowu nie mogłam zasnąć.

Około północy coś usłyszałam.

Coś, czego nie powinnam słyszeć z miejsca, gdzie nikt nie powinien wchodzić.

Podniosłam się z łóżka, narzuciłam na piżamę mój szlafrok i ostrożnie podeszłam do drzwi salonu, który łączył pokój gościnny z moją sypialnią.

Był tam jakiś człowiek.

Mężczyzna był niezbyt wysoki, niezbyt potężnie zbudowany, ciemnowłosy i zgarbiony, a jego ręce zwisały luźno wzdłuż jego ciała.

Stał cicho i spokojnie, jakby się zastanawiając, co się stało i co miałby zrobić, ale nie wyglądał na zagrażającego mi, więc otworzyłam szerzej drzwi i weszłam do salonu.

- Milady - powiedział półgłosem z zaskoczeniem i odwrócił się przodem do mnie - …skoro udało się pani schować, to czemu mi się pani pokazuje?

Na koniec w jego głosie zabrzmiała prawie złość.

Też coś!

- Chciałam się dowiedzieć kim pan jest - sztywno wyjaśniłam mu oczywistość, kiedy wyprostowałam się i poczułam Królową Lodu wślizgującą się na moją twarz.

- A gdybym był zbójem? - prychnął tamten swoje absurdalne pytanie, bo przecież już było widać, że nie był.

- Po co pan tu przyszedł? - zapytałam go zamiast odpowiedzieć.

Stanął przodem do mnie, podparł się dłońmi o biodra i patrzył na mnie z przekrzywioną na bok głową.

- To ja zrobiłem to zdjęcie w klubie - wyjawił mi, a ja się spięłam i natychmiast potem poczułam falę złości - To był przypadek - dodał, jakby się tłumaczył.

- Co takiego? - zapytałam trochę za głośno.

- Jestem reporterem - przyznał - Robert Flesh, do usług - ukłonił się lekko - Byłem w tamtym klubie prywatnie i po prostu was zobaczyłem. Poznałem panią od razu. Chciałem tylko zarobić. Ale teraz, jak usłyszałem o waszym zerwaniu. I te zaręczyny…

Ojej!

- To już jest w prasie? - spytałam, bo nie znalazłam czasu na przeczytanie nowinek plotkarskich, na co zwykle brakowało mi czasu, bo zostawiałam to na ostateczną wolną chwilę.

Przestraszyłam się, że Mark mógł to przeczytać.

- Tak - spojrzał na mnie z jakąś ciekawością, a ja widziałam, że to głównie dlatego, że w moim głosie nie było zaciekawienia.

Najwyżej strach, że ktoś mógł się dowiedzieć.

- No i co, jest pan z siebie dumny? - spytałam ze złością - Opłaciło się?

Podeszłam do fotela, energicznie owinęłam się ciaśniej szlafrokiem i usiadłam tam, a właściwie upadłam na niego.

- No właśnie… - zabrzmiał, jakby się wstydził - Wyglądaliście naprawdę na szczęśliwych - przyznał.

Złapałam dłońmi za poręcze, skuliłam się z plecami przyciśniętymi do oparcia i opuściłam brodę do szyi.

- Księżniczkom nie wypada - powiedziałam mu bez goryczy w głosie, po prostu stwierdziłam fakt - Nie powinny być szczęśliwe. Powinny zachowywać się właściwie i godnie reprezentować rodzinę.

Tak.

Właśnie wylewał się ze mnie nadmiar żali nagromadzonych w ciągu doby.

Bo mogłam jeszcze wygrać z babką walkę o swoją niezależność, ale prawdopodobnie udało jej się zniszczyć jedyną moją szansę na posiadanie w życiu czegoś naprawdę dobrego.

Mark mi nigdy nie wybaczy tych słów, jakie do niego napisałam.

Chociaż wciąż myślałam, że to akurat było dla niego dobre, że nie będzie mnie w jego życiu.

- Mogę spróbować… - zaczął.

- Co pan może? - spytałam sucho.

- Mam kolegów, którzy potrafią włamywać się do różnych komputerów - zaczął - Ja też, jak pani widzi, włamuję się… Nie działamy legalnie, ale to nie znaczy, że nie możemy czasem zrobić coś dobrego.

Och, nie!

Wyprostowałam się z fotela i spojrzałam na niego inaczej.

- Nie - przerwałam mu łagodnie, bo właśnie dotarło do mnie, że proponował mi nielegalny sposób na pokonanie mojej babki, chociaż mógł tego nie wiedzieć.

Nie mogłam go narażać na jej zemstę, na aresztowanie albo i coś gorszego.

- Dziękuję - powiedziałam mu - Ja sobie jakoś poradzę. Nie chcę, żeby pan miał nieprzyjemności, więc lepiej będzie, jak sprawy same się rozwiążą.

- Pani nie wie, o czym pani mówi, milady - powiedział mi niskim głosem - Można się tu dostać bez żadnych problemów. Nikt się nie zainteresował tym, że złamałem kody. Nie jest pani w żaden sposób chroniona. A pani komputer i telefon są na podsłuchu.

- To wiem - przyznałam.

Chociaż nie wiedziałam tego, że moja ochrona była aż taka słaba.

Prawdopodobnie powinnam porozmawiać o tym z Frankiem.

Nagle zatęskniłam podwójnie za Markiem i jego profesjonalizmem.

Robert spojrzał na mnie uważnie spod oka.

- Pomogę pani, chociaż pani nie chce - stwierdził absurdalnie - Nawet pani nie będzie wiedziała, co i kiedy zrobię. Ale jest pani dobrą, łagodną kobietą, która nie ma nikogo.

Zamarłam.

Nigdy nikt mnie tak nie podsumował.

A mężczyzna odwrócił się, podszedł do drzwi i… zniknął.

Nawet się nie pożegnał.

Nie chciałam wzbudzać alarmu, więc po prostu położyłam się z powrotem do łóżka w pokoju gościnnym.

Ale nie zasnęłam aż do rana.

Jest pani dobrą, łagodną kobietą, która nie ma nikogo.

…która nie ma nikogo.

Tęskniłam za Markiem do bólu.

A następnego dnia rano czekała mnie rozprawa z moją nową asystentką, która przeczytała podpisaną przeze mnie umową o jej zatrudnienie, więc dowiedziała się, że pracowała za połowę stawki, jaką ofiarowała jej moja babka i mogłam ją w każdej chwili zwolnić bez wypowiedzenia.

Ale chyba nie oczekiwała niczego innego, skoro przystała na warunki, jakie proponowała jej babka Charlotta.

Zawsze mogła dostać od niej resztę wynagrodzenia.

Nie skomentowałam tego na głos.

*****

Piątek rano

Wstałam po kolejnej prawie nie przespanej nocy, wzięłam prysznic, umyłam, wysuszyłam, ułożyłam włosy, zrobiłam makijaż i ubrałam się starannie.

Działałam tak, jak w ciągu tych wszystkich lat, kiedy byłam księżniczką.

Rutynowo, pusto, za murem moich tarcz.

Miałam tego dnia od ósmej rano dwugodzinne ćwiczenia na uczelni i, po półgodzinnej przerwie na kawę i śniadanie, równie długi wykład.

Później miałam umówioną wizytę u krawcowej na ostateczną przymiarkę sukni na zaręczyny i masaż twarzy.

Sukienka zaręczynowa była tak bardzo nie moja.

Była zrobiona ze sztywnej organdyny w kolorze gołębio szarym, ze spódnicą do kolan, mocno rozkloszowaną i zaczynającą się na szerokim pasku.

Miała też szeroki, luźny, szalowy kołnierz na dekolcie w łódkę.

A do tego krótkie rękawiczki.

Nienawidziłam tego.

Krawcowa patrzyła na mnie w lustrze w czasie kolejnych przymiarek i widziałam, że nie podobało jej się to, co widziała, ale nie komentowała.

Bardzo mądrze.

Równie nie mój był manikiur i pedikiur, jaki miałam wczoraj wykonany przez kosmetyczki przysłane przez babkę.

Jakby przyjazd moich kosmetyczek był zagrożeniem dla jej planów.

Przede wszystkim jednak było tak dlatego, że babka wybrała dla mnie kompletnie do mnie nie pasujący kolor.

Jasnoróżowy, mdły, nijaki.

Nie obchodził mnie jednak, bo to nie było ważne.

Ważne był to, że babka Charlotta do tej pory, szczęśliwie, nie dowiedziała się o moich nagannych aktywnościach z tego tygodnia, więc Sara już pilnowała założenia fundacji i pobierała z tego tytułu pensję.

Nie niezasłużoną i nie bezczynnie.

Sara miała, oczywiście, wspaniałe pomysły i szerokie kontakty po tych trzech latach pracy u mnie, więc od razu podjęła pierwsze kroki.

Przede wszystkim nawiązała współpracę z żoną pewnego potentata na rynku produkcji sprzętów AGD, a ta podpowiedziała jej kolejne nazwiska, poczynając od właściciela sieci zakładów przetwarzających produkty rolne.

Więc od pierwszych dni istnienia nasza fundacja zaczęła być całkiem duża.

Miałam również swoje pieniądze w dolarach amerykańskich na koncie, do którego prawo jazdy stale miałam przy sobie, a w ciągu kilku następnych dni miałam dostać do niego kartę płatniczą, która miała przyjść na adres Sary.

Sara miała upoważnienie do mojego głównego konta.

W środę bowiem udało mi się pójść niezauważenie do banku, by złożyć kilka podpisów, chociaż tym razem nie zrobiłam tego przez uciekanie przed moim ochroniarzem.

Persefona miała nowego współwłaściciela, o którym jeszcze nie wiedziała, a Chloe miała przyznaną moją miesięczną dotację na swój dom zastępczy.

Również o niej nie wiedziała.

Nie informowałyśmy z Sarą o tym wszystkich zainteresowanych, żeby nie rozprzestrzeniać wiadomości i nie zaalarmować mojej babki.

Spotykałyśmy się z Sarą na mojej uczelni, by porozmawiać.

Niestety, czasem musiało to się dobywać w damskiej toalecie.

Eleonora pilnie pracowała, usilnie starając się zarobić na moją pochwałę, a ja traktowałam ją sucho i zimno, chociaż nie byłam dla niej „suką”.

Byłam zimno uprzejma.

Wyglądało na to, że nie donosiła na mnie, chociaż mogła to robić dyskretnie, a ja po prostu na razie byłam „grzeczna”, więc nie było o co się mnie „czepiać”.

Jednak nie byłam spokojna.

Wcale.

Martwiłam się.

Dręczyło mnie to, że nie miałam żadnych wiadomości ze Stanów.

Bałam się, że Mark przyjął za pewnik nasze zerwanie i nie chciał mnie znać.

Co prawda, rozumiałabym go, bo nie byłam go warta, ale nadal to bolało.

Tak bardzo, bardzo chciałam zasłużyć w jego oczach na miano tej dobrej.

Bardziej martwiło mnie to, że mógł pomyśleć, że uznałam go za niegodnego mnie, jak to określiła babka w dyktowanym liście do niego.

Nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.

To były takie podłe słowa.

Okrutne dla niego, który chciał mi zapewnić dobre życie.

Marzyłam o tym, żeby mu chociaż raz jeszcze powiedzieć, jaki był wspaniały i jak wiele mógłby mi dać, gdybyśmy mieli swoją szansę.

Dlatego byłam tego ranka zamyślona i nieobecna duchem, kiedy wyszłam ze swojego apartamentu ubrana do wyjścia z domu na uczelnię.

Miałam na sobie dżinsy i koszulkę z krótkim rękawkiem, bo wiosna stawała się coraz cieplejsza, a na nogach miałam moje ulubione brązowe botki do kostek.

Ale poranek był chłodny, więc założyłam też swoją brązową, skórzaną kurtkę i szyję owinęłam kolorową indyjską chustą z frędzlami, z którą miałam związane takie piękne wspomnienie tej ostatniej godziny spędzonej z Markiem.

Nie weszłam do swojego biura na śniadanie, bo miałam na to za mało czasu przed ćwiczeniami, a i tak w ostatnich dniach ze zdenerwowania mój apetyt osłabł prawie do zera.

Więc nie zjadłabym tego śniadania, które zapewne stało przygotowane na stoliku w moim gabinecie.

Chociaż chętnie wypiłabym herbatę.

Eleonora również nie miałby mi nic nowego do przekazania, bo wysłała mi wcześniej na telefon rozkład mojego dnia, więc wiedziałam, że ona wiedziała, że się spieszyłam.

Dlatego właśnie przeszłam szybkim krokiem ze swojego apartamentu wprost do drzwi wyjściowych, po drodze skinęłam głową Frankowi, który znowu zostawał w domu i poszłam do samochodu.

Jamie zamknął za mną drzwi limuzyny, kiedy do niej wsiadłam, wsiadł za kierownicę i ruszyliśmy, a na przednim siedzeniu jechał z nami ten sam ochroniarz, któremu uciekłam we wtorek.

Dowiedziałam się już, że miał na imię Jerry.

Dojechaliśmy właśnie na uczelnię, kiedy ochroniarz odebrał telefon i dał znać Jamie’mu, żeby się nie zatrzymywał.

- Co się stało? - spytałam zdziwiona.

- Milady musi pojechać na lotnisko - powiedział do mnie Jerry.

- Dlaczego? - spytałam napiętym tonem, natychmiast zdenerwowana tym, co znowu mogła przygotować dla mnie babka, skoro tego dnia miały być moje zaręczyny.

- Frank tak kazał - wyjaśnił mi Jerry, oczywiście niczego nie wyjaśniając, a potem dodał - I powiedział, żeby pani zostawiła swój telefon w torbie z książkami.

I to mnie trochę uspokoiło.

Frank coś planował i widocznie wcześniej nie miał szansy na to, by mnie uprzedzić, ale mu ufałam.

Już od wtorku stale nosiłam przy sobie w torebce mój paszport dyplomatyczny i amerykańskie prawo jazdy.

Miałam przy sobie laptop z zapisanymi numerami kont, adresami przyjaciółek z SLC i innymi przydatnymi danymi.

Pozamykałam wszystkie najpotrzebniejsze sprawy i wydałam odpowiednie dyspozycje, a moja adwokat była uprzedzona o tym, co się rzeczywiście działo.

Więc, jeśli Frank uznałby, że powinnam się gdzieś schować, że tak byłoby bezpiecznie, że Mark byłby dzięki temu bezpieczny, to mogłabym wyjechać.

Przełożyłam telefon z torebki do torby z książkami, usiadłam wygodnie na tylnej kanapie mojej limuzyny i czekałam na spotkanie z Frankiem.

Dojechaliśmy na Heathrow i Jamie zatrzymał się w strefie VIP przy terminalu międzynarodowym.

Wysiadłam, Jerry wyjął dla mnie torbę z laptopem z tylnego siedzenia, ale tę z książkami miałam zostawić w limuzynie.

I tak nie miałam w niej niczego potrzebnego na wyjazd.

Jerry skierował mnie gestem do hali głównej, w której wejściu zobaczyliśmy Franka czekającego na mnie niecierpliwie z Sarą.

Poszłam szybkim krokiem w ich stronę.

Kiedy weszłam do hali Frank natychmiast pociągnął mnie w stronę odpowiednich stanowisk odprawy lotów, a po drodze mi wyjaśniał.

- Lisa - mówił, kiedy przywitaliśmy się tylko skinieniem głowy - Sara ma dla ciebie bilet na lot czarterowy do Nowego Jorku.

Spojrzałam krótko na swoją przyjaciółkę i skinęłam jej głową.

Tak, coś zaplanowali.

- Mam tu dla ciebie torbę podręczną - Frank podał mi małą walizkę - Przepraszam, że dotykałem twoich rzeczy osobistych, ale musiałem trochę cię spakować…

Ojej, Frank był speszony.

Dotarło do mnie, że prawdopodobnie mówił o mojej bieliźnie i innych ubraniach, więc ja też poczułam zawstydzenie.

Ale musiałam zapytać.

- Jesteście pewni… - zaczęłam, ale zawahałam się - To znaczy, czy to bezpieczne? Wiecie, Mark…

Tak, wiedzieli, ale spojrzałam przy tym na Sarę i w jej twarzy zobaczyłam coś, co mi się nie spodobało.

Przez cały czas prawie biegliśmy, więc dotarliśmy już w pobliże stanowiska odprawy lotu.

Sara zatrzymała nas, podała mi bilet, zabrała z ręki torbę z laptopem, by schować ją do walizki i mówiła nie patrząc mi w oczy.

- Musisz lecieć - jej głos też brzmiał dziwnie - Markowi nic nie będzie.

- Co się…? - nie dokończyłam swojego pytania.

Przerwano mi.

- Na lotnisku Kennedy’ego przejdziesz z jednego terminalu na drugi, ale tam musisz się dowiedzieć na jaki - mówił Frank, kiedy złapał mnie za rękę i potrząsnął nią, żeby zwrócić na siebie moją niepodzielną uwagę - W stanowisku informacyjnym będzie na ciebie czekał bilet do SLC, skoro nie mogliśmy ci go przesłać na telefon. Będzie na nim wszystko napisane. Odbierzesz go po okazaniu swojego amerykańskiego prawa jazdy.

Słuchałam z otwartymi ustami i coraz bardziej przestraszona.

Dlaczego miałam lecieć do SLC?

Tak nagle!

- Między lotami masz godzinę, więc zdążysz się odprawić, jeśli nie będzie opóźnienia - kontynuował Frank - Wcześniej musisz wejść do toalety i zmienić tę kurtkę na bluzę, którą ci włożyłem do walizki. Masz tam również czarne Conversy, na które możesz zmienić te botki, bo rzucają się w oczy. W SLC na lotnisku będzie na ciebie czekał David.

Frank przerwał na sekundę, a ja patrzyłam oszołomiona.

- Poradzisz sobie - zapewnił mnie, więc skinęłam głową.

- Lisa - powiedziała Sara nadal tym dziwnym głosem, więc odwróciłam się w jej stronę - Masz tu twoją kartę do tego konta w dolarach, przyszła szczęśliwie dzisiaj rano. A tu masz trochę gotówki, bo na pewno nic nie jadłaś i nie piłaś. Kup w samolocie kanapkę i herbatę. Zjedz coś, żebyś miała siłę.

Siłę?

Na co?

Automatycznie wzięłam pieniądze i kartę, które mi podawała i wcisnęłam je do kieszeni kurtki.

- Co się stało?! - krzyknęłam, wreszcie porządnie przestraszona.

- Mark został wczoraj postrzelony - powiedział mi Sara, łapiąc moje przedramię i przyciągając mnie do siebie - Jest w szpitalu.

Co?!

Mark został postrzelony?!

Nagle powietrze dookoła stało się rzadkie i pozbawione tlenu.

Zachwiałam się, ale Sara mnie złapała.

Objęła mnie, a ja oparłam się na niej, ale nic nie mówiłam, nie pytałam, nie płakałam, nie wydałam nawet jednego dźwięku.

Również nic nie widziałam.

Mark został postrzelony.

Nie było świata dookoła mnie.

Nie, nie, nie.

Nie przystojny, męski, dobry, delikatny, troskliwy, mądry Mark.

On musiał żyć.

Przecież miał rodzinę, która go kochała.

Przecież miał mieć dobre życie beze mnie.

Taki był plan.

- Lisa! - warknął nagle Frank - Musisz już iść.

- Frank! - warknęła na niego Sara.

- Już dobrze - szepnęłam, oderwałam się od Sary, zabrałam z jej rąk walizkę, bilet i odwróciłam się do stanowiska odprawy, gdzie czekała na mnie niecierpliwie urzędniczka.

Zatrzymałam się, patrząc na nią.

Odwróciłam się nagle z powrotem do Sary i do Franka, podbiegłam dwa kroki, ścisnęłam Sarę, owijając jej plecy jedną ręką, tą z biletem, i kiwnęłam głową do Franka.

- Idź - szepnął Frank po raz ostatni.

Więc odwróciłam się i poszłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz