Mark
Następnego dnia rano
Przez
cały poniedziałek od wczesnego rana w Anglii Mark był w drodze.
Jego
konieczna aktywność na trzech lotniskach i ustalanie kolejnych kroków planu
działania nie wystarczało do wypełnienia jego myśli, zresztą zajęła mu tylko
trzy godziny.
Nienawidził
tego.
Był
mężczyzną, który był aktywny fizycznie, więc nie lubił być zmuszany do
siedzenia przez wiele godzin.
A
spędził w wymuszonym bezruchu, zamknięty w dwóch kolejnych samolotach ponad dziesięć godzin, co dało mu dużo, za dużo czasu na myślenie, a w jego
myślach królowała jedna.
Lisa.
Coś
przyciągało go do Lisy tak, jak nigdy do żadnej kobiety.
Przez
ponad pięć lat bronił się przed zaangażowaniem w związek, a przez ponad
dziesięć lat nie patrzył w ogóle na swoje klientki jako na kobiety.
Dostał
bolesną nauczkę jeszcze w liceum, kiedy po porzuceniu kulturystyki szukał
innych zajęć, pracował nie do końca legalnie, bo był wtedy nieletni, jako
bramkarz w pobliskim klubie nocnym i poznał suki, które były starsze od niego.
Potem
sparzył się jeszcze boleśniej.
Więc
Lisa była dla niego poza zasięgiem.
Absolutnie.
On
był na Ziemi, a ona w Stratosferze.
Aż
do tego pieprzonego spotkania w SLC, kiedy rzuciła się na jego szyję z
cholernym powitaniem, nie myślał o niej w ten sposób.
Powitaniem
tak dobrym, że aż niedobrym.
Nie
powinien był wtedy jechać do niej, ale musiał sprawdzić osobiście dlaczego
została ranna, chociaż miała być bezpieczna.
Nie
powinno go to obchodzić.
Obchodziło.
I
kosztowało go to tydzień załamania.
Kiedy
David powiedział mu o jej załamaniu,
o tym jak Tom go podszedł i że Mark miał
u niej szansę, nie zawahał się.
Zaryzykował.
To
był hazard, chociaż z asem w rękawie.
Właśnie
wracał do domu z wygraną.
Ale,
wspominając ich jedną, jedyną noc, nadal bał się czuć szczęście.
To,
co miał z nią, z jego Lady, było tak dobre, że tym razem Mark czuł, że nie
załamie się, ale roztrzaska.
Kurwa,
samo to, jak wymawiała jego imię, wydychając powietrze w jego szyję lub
policzek, było tak podniecające, że
prawie dochodził w spodnie.
Jak
niedoświadczony gówniarz.
Mark
- i wystarczało.
Zrobiła
to kilka razy, ale najtrudniejszy do przeżycia dla Marka był ten, kiedy
wypchnęła jego imię z wydechem prawie w jego usta na powitanie w klubie.
Po
kilku dniach nie widzenia się.
Publicznie.
Ręce
zaświerzbiły go wtedy z chęci porwania jej i przyciśnięcia jej ust do jego ust,
kutas wyrywał się ze spodni, ale Mark wytrzymał.
Ostatkiem
sił, nie zaciągnął jej wtedy do pobliskiej toalety, by tam zerwać z niej spodnie
i wypieprzyć ją.
Bo
niezwykle podniecające było to, że była jednocześnie taka niewinna i gorąca,
jak pamiętał z ich seksu.
Niesamowite
było to, jak wiele Mark odkrywał w Lisie sprzeczności.
Sam
jej wygląd - raz czysta klasa, dama w eleganckim pieprzonym mundurku, a innym
razem na luzie w cholernych dżinsach i koszulce, no i ten ostatni jej wygląd:
kolorowa pieprzona hippiska.
A
do tego Lisa bywała zdecydowana, lodowata lub wręcz bojowa, kiedy potrafiła mu
się cholernie postawić, a innym razem
była cicha, delikatna, łagodnie mówiąca do dzieci lub dorosłych, na których jej
zależało.
Tak
bardzo kobieca, jak potrafiła być tylko prawdziwa
kobieta.
Zmienna.
Kiedy
w tamtym klubie Lisa zamówiła dla siebie Shirley
Temple Mark o mało nie wybuchnął śmiechem.
Jaka
pieprzona dorosła zamawia cholerną Shirley Temple w jebanym klubie nocnym, gdzie prawdopodobnie
połowa bywalców ćpała, druga połowa wpadała pod stół nawalona wódą lub tequilą,
rzygała lub uprawiała nieprzytomny seks w kiblu?
Ale
to była ona.
Lisa
taka była.
Czysta
klasa.
Bez
ściemy.
Łączyła
w sobie dziecinność i dorosłość, naiwność i doświadczenie, naturę władczą,
pewną siebie i szukającą oparcia, wycofaną.
Odkąd
nauczył się odczytywać jej emocje, polubił je.
I
chciał ich więcej.
Chciał
jej więcej.
Najlepiej
na zawsze.
A
teraz, kiedy tego doświadczył, chciał zawsze
słyszeć, jak Lisa wymawiała jego imię z tym zachwyconym wydechem, ale
najbardziej wtedy, kiedy dochodziłaby z jego kutasem w sobie.
Kurwa.
Najgorsze
dla Marka w ciągu tych kilkunastu pieprzonych godzin podróży było to, że miał cholerny
problem z odgonieniem wizji wyrazu jej twarzy i odgłosów, jakie Lisa wydawała,
kiedy ujął jej piersi dłońmi, kiedy przyłożył do nich usta, kiedy zrolował jej
sutki między kciukiem a palcem wskazującym.
Piersi
kobiece, zwłaszcza duże, były Marka fetyszem.
Uwielbiał
je.
A
Lisa miała cholernie fantastyczne, duże, miękkie piersi z różowymi, dużymi
sutkami, a do tego bardzo wrażliwe.
I
pamiętał ich dotyk i smak.
Jezu, cudowne!
Mark
zaczął mieć cholerną nadzieję, że mógł to mieć na stałe.
Mógł
ją mieć.
Bo
Lisa chciała być z nim.
Chciała
z nim mieszkać, więc miałby ją na co dzień.
Początkowo
Mark nie mógł w cholerę zrozumieć, kiedy mówiła, że nie miała nic, więc mogła przenieść się do Stanów w
każdej pieprzonej chwili, ale potem, w miarę jej zwierzeń, zaczęło do niego cholernie
docierać z pełną pieprzoną mocą, że to było to, co on mógł jej dać, bo po
prostu rzeczy materialne nie miały dla niej znaczenia.
Znaczenie
miało coś innego.
Rodzina.
I
lubił to.
To
mógł jej dać.
Bał
się tego uczucia, bo zaczął sądzić, że chciałby dać jej wszystko.
A
Mark kiedyś już sądził, że mógł mieć swoją rodzinę i to marzenie zostało mu
zabrane, a wręcz zniszczone.
Kiedy
Mark wreszcie pożegnał się w Denver ze swoją, już-teraz-byłą-klientką, pojechał
na prawie godzinne spotkanie do biura swojego pieprzonego szefa, chociaż nie
musiał.
Mógł
pojechać do domu i skontaktować się z nim za kilka dni.
Ale
chciał mieć to z głowy, rozliczone, a sprawy z kolejnym klientem chciał mieć przyspieszone,
żeby przyspieszyć rozwiązanie pieprzonego kontraktu.
Więc
rozliczył robotę, która okazała się dla niego prawie przyjemnością i przyniosła
kolejną kupę szmalu, a podjął się takiej pieprzonej roboty, której diabelnie nienawidził,
zanim jeszcze cholernie się zaczęła.
Chociaż
miała mu przynieść jeszcze większą kupę szmalu.
Miał
przez dwa jebane tygodnie być pieprzonym ochroniarzem i szefem ochrony czternastoletniego
pieprzonego syna szejka, który był na cholernej wymianie uczniowskiej lub innym
gównie w liceum w Denver.
Potem
Mark dostałby zmianę.
Tatusiek
gnojka zapewniał, że synalek był odpowiedzialnym, młodym mężczyzną, który
chciał po prostu poznać inny system edukacji.
Jasne,
gówno, Mark w to nie wierzył ani
przez pieprzoną sekundę.
Syn
szejka i odpowiedzialność?
Brak
wiary Marka w stateczność takich gówniarzy został spowodowany i potwierdzony
bliznami na jego ciele, a nie miał ochoty na dokładanie nowych.
Ale
przejście przez to zadanie oznaczało uwolnienie się od kontraktu, jaki Mark
podpisał nieostrożnie trzy lata wcześniej.
Wtedy
nie zależało mu na własnym życiu.
Ryzykował
nie dla kasy, ale dlatego, że nie miał dla kogo żyć.
Teraz
miał przed sobą życie z Lisą.
Miał
taką pieprzoną nadzieję.
Podpisał
więc odpowiednią umowę, zabrał niezbędne dla niego informacje w niezbyt grubej
teczce i pojechał do domu, do SLC.
Jego
pieprzonego domu.
Do
domu, w którym miał urządzoną tylko jedną, główną łazienkę, miał kupione podstawowe
sprzęty do kuchni, materac do sypialni i urządzone swoje biuro z komputerem do
pracy i nic więcej.
Domu,
który co miesiąc kosztował Marka trochę kasy, bo wymagał ogrzewania i ochrony,
nawet jak stał pusty, żeby nie kusił włóczęgów do przygarnięcia go jako meliny.
Domu,
który stał pusty, bo oczekiwał na panią
Taylor i na rodzinę.
Domu,
który mógł się wreszcie tego
doczekać.
Jak
Mark.
Na
strzeżonym parkingu przy lotnisku w Denver Mark zostawił wcześniej na te kilka
tygodni, kiedy był w Europie, swojego pickupa, Nissana Navarrę, więc teraz go
odebrał i pojechał do SLC, nie zawracając sobie głowy wynajmowaniem pokoju w
hotelu, by się przespać.
Chociaż
z Denver do SLC jechało się jakieś siedem godzin, mógł dojechać do domu bez
problemu, skoro w samolocie wymieniał się jeszcze z dwoma ochroniarzami, więc
przespał się nawet ze cztery godziny.
Tyle
mu wystarczało.
Nie
pojechał do domu swoich rodziców, bo najpierw chciał wejść do swojego domu tego, który miał dać Lisie.
Kiedy
wjechał na podjazd, pomyślał, że będzie musiał zrobić jakieś zakupy, ale
chwilowo chciał tylko sprawdzić swoją pocztę, bo te kilka wiadomości, które mu
Lisa zostawiła w poniedziałek, zostawiły mu niedosyt.
Tęsknił.
Kurwa.
Nie
powinien był się tak cholernie do tego spieszyć.
Nie
było do czego.
Bowiem,
kiedy przeczytał jebanego e-maila od Lisy, jego pieprzony świat rozpadł się w
cholerę.
Ponownie.
Nie jesteś dla mnie wystarczająco
dobry.
Spotkałam kogoś, kto zapewni mi życie
na poziomie, jakiego potrzebuję.
Kilka
zwykłych słów, a on poczuł to jak cios pięścią w brzuch.
Nie jesteś dla mnie wystarczająco
dobry.
Gówno.
Nie jesteś dobry…
*****
Lisa/Caroline
We
wtorek rano wstałam o wpół do siódmej w bojowym nastroju, dokładnie tak, jak
się położyłam w poniedziałek wieczorem.
Wściekła.
Moja
babka Charlotta przed wyjściem w poniedziałkowe popołudnie z mojego domu
zrobiła bowiem dość poważny błąd.
Przechodząc
obok biurka Sary, odwróciła się do mnie, stojącej dwa kroki od moich drzwi, i
powiedziała:
-
Oczekuję również, że ta kobieta
zostanie zwolniona ze skutkiem natychmiastowym. Jutro rano przyślę kogoś, kto
ją zastąpi.
Nic
nie powiedziałam, ale poczułam nagły przypływ adrenaliny.
O,
nie.
Nie
robiła tego.
Mogła
mieć mnie uległą po tym szantażu, jaki zastosowała.
Mogłam
zrezygnować z Marka, ale nie mogła mi zabrać wszystkiego.
Zablokowałam
to.
-
Dobrze, babciu - powiedziałam tym samym, jak miałam nadzieję, pustym głosem i
starałam się nie spojrzeć na Sarę.
Musiałam
być ostrożna.
Babka
i jej asystentka wyszły.
Przez
dwie sekundy stałyśmy z Sarą w bezruchu i milczeniu.
A
potem postanowiłam działać i zaczęłam od spojrzenia Sarze prosto w oczy, żeby
wiedziała, że nie zgadzam się z decyzją babki.
-
Saro - powiedziałam cicho, ale zdecydowanie, robiąc krok w stronę biurka i odwracając
się przodem do mojej asystentki - Musimy się pospieszyć. Odwołaj wszystkie moje umówione spotkania na
dziś, wyczyść swój komputer, laptop i tablet. Wyczyścimy również mój i zmienimy
wszystkie hasła. Ona może przysłać tu swojego szpiega, ale nie musimy jej
ułatwiać pracy.
Zobaczyłam,
jak oczy Sary błysnęły zrozumieniem, wyprostowała się, a na jej pobladłą twarz
wypłynął cień rumieńca.
Tak.
Dotarło
do niej, że moja babka Charlotta czymś zmusiła mnie do tego, bym wykonywała jej
polecenia.
Nadal
nie wiedziała, w jakim okropnym
stopniu babka zamierzała ingerować w moje życie osobiste.
A
co gorsze, w życie Marka.
-
Nie mamy wiele czasu… - mówiłam mojej przyjaciółce - Babka zmusiła mnie do
napisania e-maila do Marka, w którym z nim zerwałam - przyznałam.
Sara
otworzyła szeroko oczy z przerażenia i wciągnęła gwałtownie powietrze.
Skinęłam
jej głową, patrząc ciągle w jej oczy.
-
Potrzebuję, żebyś mnie umówiła na jutro z moim adwokatem w godzinach, kiedy
będę miała zajęcia - mówiłam dalej - Urwę się. Ale babka powiedziała, że
kontroluje moje e-maile i mój telefon, więc nie możemy nic zrobić stąd, z
biura.
Sara
stała napięta i było widać, że myślała.
Wiedziałam,
że coś wymyśli, bo zawsze wymyślała.
Ale
najpierw potrzebowałam, żeby wiedziała wszystko, zanim ktoś wszedłby do mojego
gabinetu i nam przerwał.
-
Założę ją i zrobię cię prezeską tej fundacji dla dzieci, o której rozmawiałyśmy
- powiedziałam - więc tamta może sobie siedzieć tutaj, ale ty będziesz miała
swoje biuro i swoje zadania. Adwokat musi mi w tym pomóc. Zostaniesz ze mną?
-
Tak. Ale ty… - zaczęła Sara, ale niecierpliwie potrząsnęłam głową.
To
nie było ważne, bo ja nie byłam
ważna.
Teraz
musiałam tylko zrobić coś, żeby Mark nie uwierzył w tego podłego e-maila,
którego już wysłałam, a nie mogłam wysłać drugiego z wyjaśnieniami.
Nie
chodziło o mnie, ale nie chciałam, żeby poczuł się odrzucony.
Nie jesteś dla mnie wystarczająco
dobry.
Musiałam
coś zrobić, żeby on o sobie tak nie
myślał, a po jego wcześniejszych słowach tego właśnie się bałam.
Nie
mogliśmy być razem, ale on nadal mógł być szczęśliwy z inną kobietą, gdyby
wiedział, że nie odepchnęłam go, bo nie był mnie wart, jak to napisałam w
e-mailu, ale z innych powodów.
-
Mam kilka rzeczy do zrobienia. Muszę skontaktować się z Maggie albo z Evą - szepnęłam
do siebie, ale nie wiedziałam, czy mogłam to zrobić ze swojego laptopa, ze
swojego konta na Messengerze.
Spojrzałam
przez okno i myślałam intensywnie.
Bałam
się ujawnić babce, jakich przyjaciół miałam w Stanach, by nie narażać ich na
jej zemstę.
-
Lisa - zaszeptała Sara nagląco i
spojrzałam na nią, a jej oczy się zaświeciły tak, jak to się działo, kiedy
miała jakiś pomysł - Masz przecież ten telefon, który kupiliśmy w Stanach.
Tak!
Miałam.
Rozmowy
przez mój telefon, zarejestrowany w Anglii, na numery ze Stanów były bardzo
drogie, więc jeszcze przed wyjazdem do Aspen Mark kupił nam telefony na karty zarejestrowane
w Stanach.
Miałam
tam zapisane numery moich przyjaciółek, ale również Marka.
Nie
wiedziałam, czy on będzie chciał ze
mną w ogóle rozmawiać i nie wiedziałam, czy zostały mi tam jeszcze jakieś
minuty na rozmowy, a nie mogłam zrobić niezauważalnie doładowania.
Ale
musiałam spróbować jakoś przekazać mu wiadomość.
Szeptałyśmy
tak, stojąc nad biurkiem Sary jeszcze przez kilkanaście minut, kiedy
ustaliłyśmy nasze pierwsze posunięcia, a potem poszłam do swojego apartamentu,
zabierając z biurka plik dokumentów, które chciałam schować przed szpiegiem
babki.
W
garderobie mojego apartamentu miałam bowiem ukryty sejf wbudowany dawno temu,
jeszcze na polecenie mojego taty, za przesuwanymi półkami na buty i nikt o nim
nie wiedział oprócz Sary.
A
i ona od niedawna.
Od
kiedy jej zaufałam.
Tego
dnia wyszłam jeszcze z domu na krótko, bo miałam jedno umówione ważne spotkanie,
na które również Jamie zawiózł mnie z Frankiem i wykorzystałam to wyjście na
krótką rozmowę telefoniczną.
Miałam
tylko jedną szansę.
Nie
chciałam ryzykować utraty pieniędzy na połączenie, gdyby Mark mnie odrzucił albo
nie zechciał mnie wysłuchać i mówił zamiast mnie, więc to nie do niego
zadzwoniłam.
Wybrałam
numer Evy.
Liczyłam
na to, że mi pomoże, bo pomagała innym, rozumiała mnie, a te kobiety w ogóle
bardzo sobie pomagały we wszystkim.
-
Halo, Lisa, to ty? - usłyszałam radosny
głos mojej prawie-przyjaciółki, chociaż być może bardziej przyjaciółki niż którakolwiek
inna z tych kobiet, jakie poznałam w SLC.
No,
może poza Maggie.
-
Eva - przywitałam się z ulgą - Nie mam czasu na wyjaśnienia - mówiłam szybko -
Moja babka dowiedziała się o Marku i kazała mi wysłać do niego wiadomość, że z
nim zrywam. Proszę, porozmawiaj z Davidem, może z kimś jeszcze, przekażcie
Markowi, że to nie ja…
-
Lisa - Eva mi przerwała - nie tak szybko, bo nic nie rozumiem.
-
Eva - mówiłam z narastającą rozpaczą,
bo minuty płynęły - Nie mogę ci wytłumaczyć. Nie mam czasu. Proszę, porozmawiajcie z Markiem. David wie jak go znaleźć.
Moja babka zablokowała mi konta w telefonie, komputerze i kontroluje mnie.
-
Myślę - powiedziała Eva - że wiem, kto może pomóc. Nie martw się. dowiemy się
wszystkiego i załatwi…
W
tym momencie mój telefon padł.
Nie
wiedziałam, czy skończyły mi się pieniądze na koncie, czy przyczyna była inna,
ale słyszałam tylko ciszę.
Odjęłam
go od ucha i popatrzyłam na ekran z rozpaczą.
Mogłam
mieć tylko nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Nie
mogłam zrobić nic więcej dla Marka.
Musiałam
zająć się swoimi sprawami w Anglii, ratowaniem resztek.
Dlatego
wróciłam do domu i nie weszłam do kuchni, chociaż może powinnam porozmawiać z
Jane, tylko zamknęłam się w swoim apartamencie, przygotowałam się na noc i na
następny dzień, a potem położyłam się do łóżka.
Ale
nie spałam.
Wdychałam
zapach Marka, którego może już nie było na moich poduszkach, ale ciągle go
sobie tam wyobrażałam.
Myślałam
o tym, że łatwiej mi było żyć bez niego, kiedy nie wiedziałam, jak wspaniałe
mogło być życie z nim.
We
wtorek rano wstałam jak zwykle o wpół do siódmej i do razu poszłam pod prysznic,
by nałożyć na siebie Królową Lodu.
Umyłam
włosy, wysuszyłam i ułożyłam je, umalowałam się i ubrałam się starannie, by
pokazać się mojej nowej „asystentce” i przy okazji pokazać jej, gdzie było jej właściwe miejsce.
Weszłam
do swojego biura, stanęłam przed biurkiem mojej asystentki i zimno spojrzałam z
góry na siedzącą tam kobietę.
Wstała
i wyprostowała się, zakładając ręce za plecy.
Mogła
mieć jakieś trzydzieści lat.
Była
szczupła, ale koścista, ciemnowłosa, ciemnooka, miała żółtawą, niezdrową cerę i
zero makijażu.
-
Dzień dobry, milady - powiedziała służbowym tonem, nie patrząc jednak na mnie
wrogo ani z wyższością - Jestem Eleonora Tobony, pani asystentka osobista. Na
biurku milady położyłam do podpisania przygotowaną moją umowę o pracę.
-
Dzień dobry - powiedziałam zimno, odwróciłam się i weszłam do mojego gabinetu,
zamykając za sobą drzwi.
Weszła
za mną bez pukania.
Odwróciłam
się do niej sztywno i spojrzałam na nią zimno.
-
Nie nauczono cię, że się puka? - spytałam i wskazałam jej brodą drzwi.
Wyszła,
zamknęła je za sobą i natychmiast usłyszałam pukanie, które zignorowałam.
Podeszłam
do biurka i wzięłam z niego dokument, a następnie wróciłam do stolika na kawę,
gdzie miałam jak zwykle naszykowane śniadanie z dwiema filiżankami i dwoma
nakryciami.
Natychmiast
zadzwoniłam po pokojówkę.
Nalałam
sobie herbaty i zaczęłam jeść śniadanie, przeglądając jednocześnie dokument,
który miałam podobno podpisać.
Rozległo
się pukanie, więc, nie odrywając się od czytania, zawołałam - Wejść - na co
weszła Eleonora.
-
Dzwoniłam po pokojówkę - poinformowałam ją ciągle tak samo zimno.
-
Właśnie przyszła i myślałam… - zaczęła.
-
Nie myśl - przerwałam jej.
Skinęła
głową z konsternacją, ale odwróciła się i wyszła.
Weszła
pokojówka.
-
Sary nie ma - powiedziałam jej - Więc drugie nakrycie nie będzie potrzebne.
Możesz je zabrać i w przyszłości podasz je dopiero wtedy, jak Sara wróci.
Zajęłam
się z powrotem swoim śniadaniem i dokumentem, nie dbając o to, czy Eleonora
usłyszała mój rozkaz.
Kiedy
pokojówka wyszła, podeszłam do swojego biurka, uruchomiłam komputer, w którym
poprzedniego dnia zmieniałam hasło i zwiększyłam poziom zabezpieczeń, a także
usunęłam wrażliwe dokumenty.
Przepisałam
trzymaną umowę z niezbędnymi zmianami, wydrukowałam ją na drukarce, która stała
obok, podpisałam, a potem podniosłam słuchawkę i wcisnęłam przycisk interkomu
na swoim telefonie stacjonarnym.
- Eleonoro, poproszę cię do siebie -
powiedziałam, kiedy tamta się odezwała, natychmiast odłożyłam słuchawkę, a
jednocześnie puściłam dokument, który mi dała, przez niszczarkę dokumentów pod
moim biurkiem.
Eleonora
weszła, podałam jej dokument, który wydrukowałam i podpisałam, a potem
przeszłam natychmiast do rozkazów.
-
Zaraz wychodzę na wykłady - powiedziałam, bo wiedziałam, że Sara usunęła z
komputera również mój rozkład dnia - Umów mnie na czwartą po południu do mojej
krawcowej. Przed piątkiem muszę mieć manikiur, pedikiur, fryzjera i wizażystkę,
co powinnaś wiedzieć, ale to było takie
nieodpowiedzialne, zatrudnianie cię tuż
przed takim ważnym wydarzeniem, jak zaręczyny.
Mówiłam
przez cały czas sucho, by wykazać jej, że musiała mi udowodnić swoje
kompetencje.
Nie
bawiłam się w podchody.
Babka
mogła wiedzieć, że nie lubiłam swojej nowej asystentki, ale musiała myśleć, że
poddałam się w sprawie zaręczyn.
A
jeśli Eleonora doniosłaby na mnie do babki, byłaby na zawsze stracona nie tylko
jako moja pracownica, ale na rynku pracy, bo zamierzałam to szeroko udostępnić.
Pytanie
brzmiało, czy zdawała sobie z tego sprawę.
-
Tak jest, milady - powiedziała zawodowo, więc może jednak do czegoś się
nadawała.
Nie
słuchałam.
-
Możesz wyjść - powiedziałam do niej, nie podnosząc wzroku znad monitora.
Wyszła
i zamknęła za sobą drzwi.
Wstałam,
wyłączając przy tym komputer, zaczęłam pakować moją torebkę i sprawdzać, czy
miałam przy sobie laptop i torbę, w której zwykle nosiłam książki i zeszyty, a
potem ruszyłam w stronę wyjścia.
W
tym czasie wszystkie systemy w komputerze się pozamykały, więc miałam pewność,
że moje dane były bezpieczne.
Przechodząc
obok niej, skinęłam Eleonorze głową, bo jednak podstawowa grzeczność
obowiązywała.
W
hallu wyjściowym założyłam moją brązową, skórzaną kurtkę.
Kiedy
przeszłam od drzwi wyjściowych w stronę samochodu, przekonałam się, że Frank
zostawał w domu, a ze mną jechał inny ochroniarz, którego znałam z widzenia,
ale nie z imienia.
Kiedy
odwróciłam głowę w stronę domu, siedząc już w samochodzie, Frank stał w oknie
od frontu i kiwnął mi głową, jakby chciał dać mi znać, że wszystkim się zajmie.
Zamierzał
pilnować dla mnie mojego domu.
Stałam
się tego nie okazać, ale odetchnęłam z ulgą.
Pojechaliśmy
na uczelnię jak zwykle, bo Jamie znał moje zwyczaje, a Frank najwidoczniej
przekazał ochroniarzowi moje wymagania, więc ten stanął w drzwiach limuzyny,
kiedy wysiadałam, a potem szedł za mną w dość dużej odległości, by nie krępował
moich ruchów.
Przed
zajęciami najpierw poszłam do gabinetu profesora, z którym miałam pierwszy
wykład.
Zapukałam,
usłyszałam zaproszenie i weszłam.
-
Dzień dobry, panie profesorze - przywitałam się.
-
O, moja ulubiona studentka - przywitał mnie profesor żartobliwie, a słyszałam
wcześniej, że tak witał przynajmniej jeszcze dziesięciu studentów z naszej
dwudziestoosobowej grupy.
-
Tak, oczywiście - odpowiedziałam z roztargnieniem - Mam dzisiaj do pana taką
nietypową prośbę.
-
Słucham, moja droga - profesor mówił tak do wszystkich, nie tylko studentek i
wiedziałam to, więc się nie przejmowałam.
-
Czy dzisiaj wyjątkowo mógłby pan wpisać mi obecność… - zaczęłam ostrożnie - ale
ja wyszłabym i wróciła dopiero na drugą część wykładu?
-
Och - mruknął profesor i dopiero teraz spojrzał na mnie uważniej - to bardzo nietypowa prośba.
-
Wiem - szepnęłam i patrzyłam na niego z napięciem.
Od
niego zależało tego dnia wszystko.
-
Dobrze - powiedział w końcu, a ja się rozluźniłam - Robię to tylko dlatego, że jest pani
najpilniejszą z moich studentek.
Poderwałam
się z fotela, w którym zdążyłam usiąść, podeszłam do niego i pocałowałam go w
policzek.
Zaskoczyłam
go.
On
też miał mnie za Królową Lodu.
-
Dziękuję - powiedziałam ciepło i podeszłam szybko do drzwi.
Uchyliłam
je, zobaczyłam, że ochroniarz stał naprzeciwko i zagapił się do studentki z
pierwszego roku, wyszłam szybko i poszłam w stronę toalet.
Nie
sprawdzałam, czy poszedł za mną.
W
toalecie sprawdziłam wszystkie kabiny, które o tej porze zwykle były puste,
zdjęłam swoją skórzaną kurtkę, a z torby na książki wyjęłam starą czarną bluzę
dresową z kapturem, którą specjalnie tego dnia tam spakowałam.
Założyłam
bluzę, schowałam kurtkę, wyciszony telefon i torbę z laptopem do torby na
książki, a potem całość umieściłam w pawlaczu, który wypatrzyłam rok temu nad
wejściem do toalety.
Sprzątaczki
trzymały tam zapasy papieru toaletowego, mydła i ręczników.
Kiedy
wyszłam z toalety w luźnej, czarnej bluzie z kapturem nasuniętym na oczy, mój
ochroniarz nie zwrócił na mnie uwagi.
Franka
bym tak nie wykołowała, ale Franka nie musiałabym oszukiwać.
Przemknęłam
do bocznego wyjścia, na ulicy zatrzymałam taksówkę, wsiadłam do niej i podałam kierowcy
adres.
Dziesięć
minut później byłam u swojej adwokatki.
Rozmowa
między nami była krótka i treściwa.
Musiałam
mieć wypisaną umowę na zatrudnienie Sary jako prezesa nowej fundacji, ale
najpierw należało założyć tę
fundację.
Powiedziałam
mojej zaufanej pani adwokat jakie miałam warunki, a ona miała skontaktować się
z Sarą i podjąć z nią współpracę.
Napisałam
jej upoważnienie dla Sary.
Musiałam
mieć także ukryte swoje pieniądze, bo znałam swoją babkę Charlottę i
wiedziałam, że prawdopodobnie przygotowała na piątkowe zaręczyny intercyzę, w
której byłby zapis o wspólnocie majątkowej lub inna pułapka finansowa, w którą
wpadłabym, jeśli nie podporządkowałabym się woli babki i nie wyszłabym
ostatecznie za mąż.
Więc
moja adwokatka miała mi założyć konto w amerykańskim banku w dolarach na
nazwisko Elizabeth Jones, do którego dostęp miałabym po okazaniu mojego prawa
jazdy, a potem przelałabym tam większość moich pieniędzy.
Trzecią
rzeczą był zapis na rzecz domu zastępczego mateczki Chloe.
Byłam
prawie pewna, że babka Charlotta była gotowa skrzywdzić te dzieci, jeśli
przekonałaby się, że mi na nich zależało.
Dlatego
chciałam im zapisać miesięczną dotację z mojego głównego prywatnego konta, w
którą nie mógłby ingerować mój przyszły mąż.
To
należało obwarować specjalnymi warunkami prawnymi, a później dałabym dyspozycję
do banku, co mogła zrobić Sara jako upoważniona.
Cóż,
musiałam pomyśleć o „urwaniu” się następnego dnia i wyjściu do banku, żeby
złożyć kilka podpisów.
No
i na koniec poprosiłam o dokument dotyczący współwłasności Persefony.
Przemyślałam
to wcześniej, więc mogłam nawet w czasie krótkiej rozmowy przekazać konkretne
propozycje moich zapisów.
Kiedy
tylko skończyłyśmy to ekspresowe spotkanie, pół godziny po moim wejściu do
gabinetu adwokatki wyszłam i udałam się na poszukiwanie taksówki, by wrócić na
uczelnię.
Dwadzieścia
minut później podniosłam głowę znad moich notatek i niewinnie spojrzałam w
zagniewane oczy ochroniarza, który nie mógł mnie znaleźć, chociaż ja siedziałam
przecież bezpiecznie na sali wykładowej.
Byłam
zadowolona ze swojej pracy przez kilka kolejnych godzin.
Nie
byłam taka zadowolona, kiedy wróciłam limuzyną do swojego domu i weszłam do
swojego apartamentu.
Bowiem
moja prywatna sypialnia została wysprzątana.
Pościel
została zmieniona, brudne ubrania zabrane do prania, kosz opróżniony ze śmieci.
Niby
dobrze, ale… ktoś wchodził do mojej sypialni i to pod moją
nieobecność.
Zwykle
nie zamykałam jej na klucz.
Może
powinnam, ale wszyscy wiedzieli, że tam nie
wolno było wchodzić.
Więc
nie musiałam.
Nie
wezwałam pokojówki, również nie weszłam do kuchni, ani nie porozmawiałam z
Eleonorą.
Zamknęłam
się w swojej fortecy.
Wewnętrznej
fortecy Królowej Lodu.
Poczułam
nagle, że moja sypialnia przestała być azylem bezpieczeństwa, nie mówiąc o tym,
że straciłam w niej to, co miałam z Markiem.
Byłam
znowu sama.
Dlatego
właśnie tej nocy położyłam się do łóżka w pokoju gościnnym przylegającym do
mojego apartamentu, chociaż znowu nie mogłam zasnąć.
Około
północy coś usłyszałam.
Coś,
czego nie powinnam słyszeć z miejsca, gdzie nikt nie powinien wchodzić.
Podniosłam
się z łóżka, narzuciłam na piżamę mój szlafrok i ostrożnie podeszłam do drzwi
salonu, który łączył pokój gościnny z moją sypialnią.
Był
tam jakiś człowiek.
Mężczyzna
był niezbyt wysoki, niezbyt potężnie zbudowany, ciemnowłosy i zgarbiony, a jego
ręce zwisały luźno wzdłuż jego ciała.
Stał
cicho i spokojnie, jakby się zastanawiając, co się stało i co miałby zrobić,
ale nie wyglądał na zagrażającego mi,
więc otworzyłam szerzej drzwi i weszłam do salonu.
-
Milady - powiedział półgłosem z zaskoczeniem i odwrócił się przodem do mnie - …skoro
udało się pani schować, to czemu mi się pani pokazuje?
Na
koniec w jego głosie zabrzmiała prawie złość.
Też coś!
-
Chciałam się dowiedzieć kim pan jest - sztywno wyjaśniłam mu oczywistość, kiedy
wyprostowałam się i poczułam Królową Lodu wślizgującą się na moją twarz.
-
A gdybym był zbójem? - prychnął tamten swoje absurdalne pytanie, bo przecież
już było widać, że nie był.
-
Po co pan tu przyszedł? - zapytałam go zamiast odpowiedzieć.
Stanął
przodem do mnie, podparł się dłońmi o biodra i patrzył na mnie z przekrzywioną
na bok głową.
-
To ja zrobiłem to zdjęcie w klubie - wyjawił mi, a ja się spięłam i natychmiast
potem poczułam falę złości - To był przypadek
- dodał, jakby się tłumaczył.
-
Co takiego? - zapytałam trochę za
głośno.
-
Jestem reporterem - przyznał - Robert Flesh, do usług - ukłonił się lekko - Byłem
w tamtym klubie prywatnie i po prostu was zobaczyłem. Poznałem panią od razu. Chciałem
tylko zarobić. Ale teraz, jak usłyszałem o waszym zerwaniu. I te zaręczyny…
Ojej!
-
To już jest w prasie? - spytałam, bo nie znalazłam czasu na przeczytanie
nowinek plotkarskich, na co zwykle brakowało mi czasu, bo zostawiałam to na ostateczną wolną chwilę.
Przestraszyłam
się, że Mark mógł to przeczytać.
-
Tak - spojrzał na mnie z jakąś ciekawością, a ja widziałam, że to głównie
dlatego, że w moim głosie nie było
zaciekawienia.
Najwyżej
strach, że ktoś mógł się dowiedzieć.
-
No i co, jest pan z siebie dumny? - spytałam ze złością - Opłaciło się?
Podeszłam
do fotela, energicznie owinęłam się ciaśniej szlafrokiem i usiadłam tam, a
właściwie upadłam na niego.
-
No właśnie… - zabrzmiał, jakby się wstydził - Wyglądaliście naprawdę na
szczęśliwych - przyznał.
Złapałam
dłońmi za poręcze, skuliłam się z plecami przyciśniętymi do oparcia i opuściłam
brodę do szyi.
-
Księżniczkom nie wypada - powiedziałam mu bez goryczy w głosie, po prostu
stwierdziłam fakt - Nie powinny być szczęśliwe. Powinny zachowywać się właściwie i godnie reprezentować rodzinę.
Tak.
Właśnie
wylewał się ze mnie nadmiar żali nagromadzonych w ciągu doby.
Bo
mogłam jeszcze wygrać z babką walkę o swoją niezależność, ale prawdopodobnie
udało jej się zniszczyć jedyną moją szansę na posiadanie w życiu czegoś
naprawdę dobrego.
Mark
mi nigdy nie wybaczy tych słów, jakie
do niego napisałam.
Chociaż
wciąż myślałam, że to akurat było dla niego dobre, że nie będzie mnie w jego życiu.
-
Mogę spróbować… - zaczął.
-
Co pan może? - spytałam sucho.
-
Mam kolegów, którzy potrafią włamywać się do różnych komputerów - zaczął - Ja
też, jak pani widzi, włamuję się… Nie działamy legalnie, ale to nie znaczy, że
nie możemy czasem zrobić coś dobrego.
Och,
nie!
Wyprostowałam
się z fotela i spojrzałam na niego inaczej.
-
Nie - przerwałam mu łagodnie, bo właśnie dotarło do mnie, że proponował mi
nielegalny sposób na pokonanie mojej babki, chociaż mógł tego nie wiedzieć.
Nie
mogłam go narażać na jej zemstę, na aresztowanie albo i coś gorszego.
-
Dziękuję - powiedziałam mu - Ja sobie jakoś poradzę. Nie chcę, żeby pan miał nieprzyjemności, więc lepiej będzie, jak
sprawy same się rozwiążą.
-
Pani nie wie, o czym pani mówi, milady - powiedział mi niskim głosem - Można
się tu dostać bez żadnych problemów. Nikt
się nie zainteresował tym, że złamałem kody. Nie jest pani w żaden
sposób chroniona. A pani komputer i telefon są na podsłuchu.
-
To wiem - przyznałam.
Chociaż
nie wiedziałam tego, że moja ochrona była aż taka słaba.
Prawdopodobnie
powinnam porozmawiać o tym z Frankiem.
Nagle
zatęskniłam podwójnie za Markiem i jego profesjonalizmem.
Robert
spojrzał na mnie uważnie spod oka.
-
Pomogę pani, chociaż pani nie chce - stwierdził absurdalnie - Nawet pani nie
będzie wiedziała, co i kiedy zrobię. Ale jest pani dobrą, łagodną kobietą, która
nie ma nikogo.
Zamarłam.
Nigdy
nikt mnie tak nie podsumował.
A
mężczyzna odwrócił się, podszedł do drzwi i… zniknął.
Nawet
się nie pożegnał.
Nie
chciałam wzbudzać alarmu, więc po prostu położyłam się z powrotem do łóżka w
pokoju gościnnym.
Ale
nie zasnęłam aż do rana.
Jest pani dobrą, łagodną kobietą,
która nie ma nikogo.
…która nie ma nikogo.
Tęskniłam
za Markiem do bólu.
A
następnego dnia rano czekała mnie rozprawa z moją nową asystentką, która
przeczytała podpisaną przeze mnie umową o jej zatrudnienie, więc dowiedziała
się, że pracowała za połowę stawki, jaką ofiarowała jej moja babka i mogłam ją
w każdej chwili zwolnić bez wypowiedzenia.
Ale
chyba nie oczekiwała niczego innego, skoro przystała na warunki, jakie
proponowała jej babka Charlotta.
Zawsze
mogła dostać od niej resztę wynagrodzenia.
Nie
skomentowałam tego na głos.
*****
Piątek rano
Wstałam
po kolejnej prawie nie przespanej nocy, wzięłam prysznic, umyłam, wysuszyłam,
ułożyłam włosy, zrobiłam makijaż i ubrałam się starannie.
Działałam
tak, jak w ciągu tych wszystkich lat, kiedy byłam księżniczką.
Rutynowo,
pusto, za murem moich tarcz.
Miałam
tego dnia od ósmej rano dwugodzinne ćwiczenia na uczelni i, po półgodzinnej przerwie
na kawę i śniadanie, równie długi wykład.
Później
miałam umówioną wizytę u krawcowej na ostateczną przymiarkę sukni na zaręczyny
i masaż twarzy.
Sukienka
zaręczynowa była tak bardzo nie moja.
Była
zrobiona ze sztywnej organdyny w kolorze gołębio szarym, ze spódnicą do kolan, mocno
rozkloszowaną i zaczynającą się na szerokim pasku.
Miała
też szeroki, luźny, szalowy kołnierz na dekolcie w łódkę.
A
do tego krótkie rękawiczki.
Nienawidziłam
tego.
Krawcowa
patrzyła na mnie w lustrze w czasie kolejnych przymiarek i widziałam, że nie
podobało jej się to, co widziała, ale nie komentowała.
Bardzo
mądrze.
Równie
nie mój był manikiur i pedikiur, jaki
miałam wczoraj wykonany przez kosmetyczki przysłane przez babkę.
Jakby
przyjazd moich kosmetyczek był
zagrożeniem dla jej planów.
Przede
wszystkim jednak było tak dlatego, że babka wybrała dla mnie kompletnie do mnie
nie pasujący kolor.
Jasnoróżowy,
mdły, nijaki.
Nie
obchodził mnie jednak, bo to nie było ważne.
Ważne
był to, że babka Charlotta do tej pory, szczęśliwie, nie dowiedziała się o
moich nagannych aktywnościach z tego tygodnia, więc Sara już pilnowała
założenia fundacji i pobierała z tego tytułu pensję.
Nie
niezasłużoną i nie bezczynnie.
Sara
miała, oczywiście, wspaniałe pomysły i szerokie kontakty po tych trzech latach
pracy u mnie, więc od razu podjęła pierwsze kroki.
Przede
wszystkim nawiązała współpracę z żoną pewnego potentata na rynku produkcji
sprzętów AGD, a ta podpowiedziała jej kolejne nazwiska, poczynając od
właściciela sieci zakładów przetwarzających produkty rolne.
Więc
od pierwszych dni istnienia nasza fundacja zaczęła być całkiem duża.
Miałam
również swoje pieniądze w dolarach amerykańskich na koncie, do którego prawo
jazdy stale miałam przy sobie, a w ciągu kilku następnych dni miałam dostać do
niego kartę płatniczą, która miała przyjść na adres Sary.
Sara
miała upoważnienie do mojego głównego konta.
W
środę bowiem udało mi się pójść niezauważenie do banku, by złożyć kilka
podpisów, chociaż tym razem nie zrobiłam tego przez uciekanie przed moim
ochroniarzem.
Persefona
miała nowego współwłaściciela, o którym jeszcze nie wiedziała, a Chloe miała
przyznaną moją miesięczną dotację na swój dom zastępczy.
Również
o niej nie wiedziała.
Nie
informowałyśmy z Sarą o tym wszystkich zainteresowanych, żeby nie
rozprzestrzeniać wiadomości i nie zaalarmować mojej babki.
Spotykałyśmy
się z Sarą na mojej uczelni, by porozmawiać.
Niestety,
czasem musiało to się dobywać w damskiej toalecie.
Eleonora
pilnie pracowała, usilnie starając się zarobić na moją pochwałę, a ja
traktowałam ją sucho i zimno, chociaż nie byłam dla niej „suką”.
Byłam
zimno uprzejma.
Wyglądało
na to, że nie donosiła na mnie, chociaż mogła to robić dyskretnie, a ja po
prostu na razie byłam „grzeczna”, więc nie było o co się mnie „czepiać”.
Jednak
nie byłam spokojna.
Wcale.
Martwiłam
się.
Dręczyło
mnie to, że nie miałam żadnych
wiadomości ze Stanów.
Bałam
się, że Mark przyjął za pewnik nasze zerwanie i nie chciał mnie znać.
Co
prawda, rozumiałabym go, bo nie byłam go warta, ale nadal to bolało.
Tak
bardzo, bardzo chciałam zasłużyć w
jego oczach na miano tej dobrej.
Bardziej
martwiło mnie to, że mógł pomyśleć, że uznałam go za niegodnego mnie, jak to
określiła babka w dyktowanym liście do niego.
Nie jesteś dla mnie wystarczająco
dobry.
To
były takie podłe słowa.
Okrutne
dla niego, który chciał mi zapewnić dobre życie.
Marzyłam
o tym, żeby mu chociaż raz jeszcze powiedzieć, jaki był wspaniały i jak wiele
mógłby mi dać, gdybyśmy mieli swoją szansę.
Dlatego
byłam tego ranka zamyślona i nieobecna duchem, kiedy wyszłam ze swojego
apartamentu ubrana do wyjścia z domu na uczelnię.
Miałam
na sobie dżinsy i koszulkę z krótkim rękawkiem, bo wiosna stawała się coraz
cieplejsza, a na nogach miałam moje ulubione brązowe botki do kostek.
Ale
poranek był chłodny, więc założyłam też swoją brązową, skórzaną kurtkę i szyję
owinęłam kolorową indyjską chustą z frędzlami, z którą miałam związane takie
piękne wspomnienie tej ostatniej godziny spędzonej z Markiem.
Nie
weszłam do swojego biura na śniadanie, bo miałam na to za mało czasu przed
ćwiczeniami, a i tak w ostatnich dniach ze zdenerwowania mój apetyt osłabł
prawie do zera.
Więc
nie zjadłabym tego śniadania, które zapewne stało przygotowane na stoliku w
moim gabinecie.
Chociaż
chętnie wypiłabym herbatę.
Eleonora
również nie miałby mi nic nowego do przekazania, bo wysłała mi wcześniej na
telefon rozkład mojego dnia, więc wiedziałam, że ona wiedziała, że się
spieszyłam.
Dlatego
właśnie przeszłam szybkim krokiem ze swojego apartamentu wprost do drzwi
wyjściowych, po drodze skinęłam głową Frankowi, który znowu zostawał w domu i
poszłam do samochodu.
Jamie
zamknął za mną drzwi limuzyny, kiedy do niej wsiadłam, wsiadł za kierownicę i
ruszyliśmy, a na przednim siedzeniu jechał z nami ten sam ochroniarz, któremu
uciekłam we wtorek.
Dowiedziałam
się już, że miał na imię Jerry.
Dojechaliśmy
właśnie na uczelnię, kiedy ochroniarz odebrał telefon i dał znać Jamie’mu, żeby
się nie zatrzymywał.
-
Co się stało? - spytałam zdziwiona.
-
Milady musi pojechać na lotnisko - powiedział do mnie Jerry.
-
Dlaczego? - spytałam napiętym tonem, natychmiast zdenerwowana tym, co znowu
mogła przygotować dla mnie babka, skoro tego dnia miały być moje zaręczyny.
-
Frank tak kazał - wyjaśnił mi Jerry, oczywiście niczego nie wyjaśniając, a
potem dodał - I powiedział, żeby pani zostawiła swój telefon w torbie z
książkami.
I
to mnie trochę uspokoiło.
Frank
coś planował i widocznie wcześniej nie miał szansy na to, by mnie uprzedzić,
ale mu ufałam.
Już
od wtorku stale nosiłam przy sobie w torebce mój paszport dyplomatyczny i
amerykańskie prawo jazdy.
Miałam
przy sobie laptop z zapisanymi numerami kont, adresami przyjaciółek z SLC i
innymi przydatnymi danymi.
Pozamykałam
wszystkie najpotrzebniejsze sprawy i wydałam odpowiednie dyspozycje, a moja
adwokat była uprzedzona o tym, co się rzeczywiście
działo.
Więc,
jeśli Frank uznałby, że powinnam się gdzieś schować, że tak byłoby bezpiecznie,
że Mark byłby dzięki temu bezpieczny,
to mogłabym wyjechać.
Przełożyłam
telefon z torebki do torby z książkami, usiadłam wygodnie na tylnej kanapie
mojej limuzyny i czekałam na spotkanie z Frankiem.
Dojechaliśmy
na Heathrow i Jamie zatrzymał się w strefie VIP przy terminalu międzynarodowym.
Wysiadłam,
Jerry wyjął dla mnie torbę z laptopem z tylnego siedzenia, ale tę z książkami
miałam zostawić w limuzynie.
I
tak nie miałam w niej niczego potrzebnego na wyjazd.
Jerry
skierował mnie gestem do hali głównej, w której wejściu zobaczyliśmy Franka
czekającego na mnie niecierpliwie z Sarą.
Poszłam
szybkim krokiem w ich stronę.
Kiedy
weszłam do hali Frank natychmiast pociągnął mnie w stronę odpowiednich stanowisk
odprawy lotów, a po drodze mi wyjaśniał.
-
Lisa - mówił, kiedy przywitaliśmy się tylko skinieniem głowy - Sara ma dla
ciebie bilet na lot czarterowy do Nowego Jorku.
Spojrzałam
krótko na swoją przyjaciółkę i skinęłam jej głową.
Tak,
coś zaplanowali.
-
Mam tu dla ciebie torbę podręczną - Frank podał mi małą walizkę - Przepraszam,
że dotykałem twoich rzeczy osobistych, ale musiałem trochę cię spakować…
Ojej,
Frank był speszony.
Dotarło
do mnie, że prawdopodobnie mówił o mojej bieliźnie i innych ubraniach, więc ja
też poczułam zawstydzenie.
Ale
musiałam zapytać.
-
Jesteście pewni… - zaczęłam, ale zawahałam się - To znaczy, czy to bezpieczne?
Wiecie, Mark…
Tak,
wiedzieli, ale spojrzałam przy tym na Sarę i w jej twarzy zobaczyłam coś, co mi
się nie spodobało.
Przez
cały czas prawie biegliśmy, więc dotarliśmy już w pobliże stanowiska odprawy
lotu.
Sara
zatrzymała nas, podała mi bilet, zabrała z ręki torbę z laptopem, by schować ją
do walizki i mówiła nie patrząc mi w oczy.
-
Musisz lecieć - jej głos też brzmiał
dziwnie - Markowi nic nie będzie.
-
Co się…? - nie dokończyłam swojego pytania.
Przerwano
mi.
-
Na lotnisku Kennedy’ego przejdziesz z jednego terminalu na drugi, ale tam
musisz się dowiedzieć na jaki - mówił Frank, kiedy złapał mnie za rękę i
potrząsnął nią, żeby zwrócić na siebie moją niepodzielną uwagę - W stanowisku
informacyjnym będzie na ciebie czekał bilet do SLC, skoro nie mogliśmy ci go
przesłać na telefon. Będzie na nim wszystko napisane. Odbierzesz go po okazaniu
swojego amerykańskiego prawa jazdy.
Słuchałam
z otwartymi ustami i coraz bardziej przestraszona.
Dlaczego
miałam lecieć do SLC?
Tak
nagle!
-
Między lotami masz godzinę, więc zdążysz się odprawić, jeśli nie będzie opóźnienia
- kontynuował Frank - Wcześniej musisz wejść do toalety i zmienić tę kurtkę na
bluzę, którą ci włożyłem do walizki. Masz tam również czarne Conversy, na które
możesz zmienić te botki, bo rzucają się w oczy. W SLC na lotnisku będzie na
ciebie czekał David.
Frank
przerwał na sekundę, a ja patrzyłam oszołomiona.
-
Poradzisz sobie - zapewnił mnie, więc skinęłam głową.
-
Lisa - powiedziała Sara nadal tym dziwnym głosem, więc odwróciłam się w jej
stronę - Masz tu twoją kartę do tego konta w dolarach, przyszła szczęśliwie
dzisiaj rano. A tu masz trochę gotówki, bo na pewno nic nie jadłaś i nie piłaś.
Kup w samolocie kanapkę i herbatę. Zjedz coś, żebyś miała siłę.
Siłę?
Na co?
Automatycznie
wzięłam pieniądze i kartę, które mi podawała i wcisnęłam je do kieszeni kurtki.
-
Co się stało?! - krzyknęłam, wreszcie
porządnie przestraszona.
-
Mark został wczoraj postrzelony - powiedział mi Sara, łapiąc moje przedramię i
przyciągając mnie do siebie - Jest w
szpitalu.
Co?!
Mark został postrzelony?!
Nagle
powietrze dookoła stało się rzadkie i pozbawione tlenu.
Zachwiałam
się, ale Sara mnie złapała.
Objęła
mnie, a ja oparłam się na niej, ale nic nie mówiłam, nie pytałam, nie płakałam,
nie wydałam nawet jednego dźwięku.
Również
nic nie widziałam.
Mark został postrzelony.
Nie
było świata dookoła mnie.
Nie,
nie, nie.
Nie
przystojny, męski, dobry, delikatny, troskliwy, mądry Mark.
On
musiał żyć.
Przecież
miał rodzinę, która go kochała.
Przecież
miał mieć dobre życie beze mnie.
Taki
był plan.
-
Lisa! - warknął nagle Frank - Musisz
już iść.
-
Frank! - warknęła na niego Sara.
-
Już dobrze - szepnęłam, oderwałam się od Sary, zabrałam z jej rąk walizkę,
bilet i odwróciłam się do stanowiska odprawy, gdzie czekała na mnie niecierpliwie
urzędniczka.
Zatrzymałam
się, patrząc na nią.
Odwróciłam
się nagle z powrotem do Sary i do Franka, podbiegłam dwa kroki, ścisnęłam Sarę,
owijając jej plecy jedną ręką, tą z biletem, i kiwnęłam głową do Franka.
-
Idź - szepnął Frank po raz ostatni.
Więc
odwróciłam się i poszłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz