Rozdział 18
David
Kiedy Filip dał sygnał, że Lisa jedzie w nieznanym kierunku, wyglądając jakby jej coś groziło, wszyscy mężczyźni natychmiast się zmobilizowali.
Czekali na ten sygnał.
Mark był nieosiągalny, bo pojechał na spotkanie z jednym ze swoich dawnych pracodawców, który, po wielu pertraktacjach, wreszcie zgodził się przyjechać na spotkanie do SLC, skoro Mark nie chciał jechać do niego.
Wiedzieli o tym, bo Mark im to przekazał, żeby nie martwili się brakiem kontaktu z nim przez kilka godzin.
Mark był tym, kim był, czyli jego pierwszą myślą było bezpieczeństwo tej, którą chronił, a teraz ochraniał tylko Lisę.
Dlatego zadbał o to, by była tak bezpieczna, jak mogła być.
Lisy pilnował Czołg, facet nie tak wielki jak Big Ben, ale nadal większy od Davida, kumpel Marka z dawnych czasów.
Big Ben rozpoznał go i powiedział o tym wszystkim.
Jak Big Ben był niegdyś gwiazdą wrestlingu, tak tamten był zawodowym bokserem wagi ciężkiej, podobno niezłym, i tak jak on, zrezygnował z kariery z niezbyt jasnych przyczyn.
Cóż, takich mężczyzn się nie pyta.
W rodzinie jest inaczej.
David zawsze rozmawiał ze swoją żoną.
Nie miał przed nią żadnych tajemnic oprócz zawodowych, nawet jak wolałby ją chronić przed złymi wieściami.
Ale jego Maggie była ze stali i mogła przetrwać wszystko.
Dlatego właśnie David powiedział Maggie, że musiał jechać, bo coś się stało Lisie, zostawił ją w domu z ich dziećmi, wsiadł do swojego Grand Cherokee i pojechał na wezwanie.
Wiedział, że później będzie musiał jej to wyjaśnić.
Podejrzewał, że wkrótce będą widziały o tym wszystkie lub prawie wszystkie kobiety z ich grupy, bo tak działały.
Robiły to, by się wspierać, więc David nie miał nic przeciwko temu.
Po drodze dostał od Filipa namiary na miejsce działania, bo ten śledził w swoim tablecie sygnał z Audi Lisy na prośbę Marka, chociaż prośba dotyczyła tylko nagłych przypadków.
Jak ten.
W drodze David skontaktował się z Big Benem i Asem, podał im uściślony kierunek, bo dostał od Cichego nowe namiary, a wiedział, że Filip skontaktował się ze Strzałą i Driverem.
Filip powiedział mu, że Czołg był z nim.
Jechali jego GMC.
Dlatego Filip miał wolne ręce i mógł utrzymywać łączność.
Pieprzone dzięki Chrystusowi.
Kiedy dojechali na miejsce, David rozejrzał się i od razu poczuł to nieprzyjemne mrowienie, które towarzyszyło mu w wielu, zbyt wielu sytuacjach na misjach, a teraz, skoro pracował dla SWAT, nie tylko tam.
Teren był odkryty, płaski i pusty.
Idealne miejsce na pułapkę.
W oddali było kilka magazynów, które wyglądały na opuszczone.
Audi Lisy stało przy jednym z nich, ale Cichy już podawał im dokładne namiary na jej GPS, a te prowadziły do małej, drewnianej pieprzonej szopy, stojącej pośrodku pieprzonego niczego.
David nie zawahał się i podjechał swoim Cherokee za czarnym GMC Czołga bezpośrednio do szopy.
Nie zamierzał biec odsłonięty po tej cholernej odkrytej przestrzeni.
Kiedy wyskakiwał, zobaczył podjeżdżające samochody kumpli.
Toyota Hilux Strzały, Mustang GT Drivera, Navarra Big Bena i Toyota Tacoma Asa.
Cały ich pieprzony oddział.
David, schylony za osłoną samochodów i kurzem wzbitym spod kół, podbiegł do szopy, czując za plecami wsparcie towarzyszy.
Działali już tak niejeden raz.
Driver, Big Ben i As stanęli przy samochodach, kryjąc się za nimi, ustawili się plecami do szopy i rozglądali się czujnie po okolicy, więc stanowili zabezpieczenie.
Wciąż węszyli pułapkę.
David zajrzał ostrożnie do środka przez jedyne okno, którego szyby były tak brudne, że prawie nie przejrzyste i zaklął w duchu.
Może nie widział wiele, ale to było oczywiste.
Nikt się nie poruszał w tym pomieszczeniu, ale pod ścianą naprzeciwko drzwi szalał ogień.
Płomienie było widać doskonale, więc David spostrzegł, że pochłaniały coś na wysokości odpowiadającej stołowi i zaczęły wchodzić na ścianę za nim.
Nie mogli cholernie ot tak po prostu wejść do tej pieprzonej szopy, bo uruchomiliby ognisty podmuch.
Coś, co David znał aż za dobrze, bo przez niego prawie stracili jednego z kumpli kilka lat wcześniej, a Jimmy został wtedy ranny.
- Strzała - mruknął David do kumpla, który był najbliżej - Weź pistolet.
Strzała poruszył delikatnie dłonią, a wtedy David spostrzegł w niej Berettę 9mm, więc było oczywiste, że Strzała też nie lubił tego odkrytego terenu.
Prawdopodobnie pozostali też mieli naszykowaną broń.
David nie lubił broni w domu, więc nie miał żadnej.
- Jak dam ci znać… - mówił David - przestrzelisz to pieprzone okno, celując w sufit. Potem dam ci znać, żebyś wybił tę cholerną szybę.
Strzała skinął głową, przesunął się, a David podbiegł do swojego Cherokee, by z bagażnika wziąć koc gaśniczy, który zawsze tam jeździł, z tylnego siedzenia koszulkę Jima, która tam pozostała obok fotelika jego syna i butelkę wody z kieszeni w tylnych drzwiach.
Rozwinął koc, polał wodą koszulkę syna, resztą wody polał siebie, narzucił koc na plecy i dał znać Strzale.
Rozległy się trzy strzały, po których bez wątpienia ogień dostał tlenu, więc był większy.
Potwierdził to głośny jęk, jaki usłyszeli z szopy.
Jęk bólu Lisy i nikogo więcej.
Kurwa!
Musiał zaryzykować.
David stanął przy pieprzonych drzwiach, nie zauważył żadnych przewodów, więc uznał, że nie było pułapki, naszykował się do sforsowania ich, krzyknął Teraz, usłyszał wybijaną cholerną szybę i wpadł do tej pieprzonej szopy po wyważeniu drzwi ramieniem.
Huk płomieni nie oszołomił go, ani nie zatrzymał nawet na sekundę.
Ogień był czymś, z czym pracował od lat.
W jednej sekundzie ogarnął przestrzeń, więc zauważył, że stało tam tylko krzesło ze związaną kobietą i nic więcej.
Brak innych osób.
Podbiegł do krzesła stojącego na środku szopy, przyciskając mokry materiał do ust i nosa i przytrzymując koc gaśniczy na swoich plecach za taśmy wszyte na jego brzegu.
Ustawił się pomiędzy kobietą a płomieniami, odrzucił na bok tlącą się kurtkę roboczą, którą Lisa z niewiadomego powodu, ale na szczęście, miała przykryte cycki, złapał ją razem z krzesłem i wypierdolił stamtąd w cholerę.
Kiedy byli na zewnątrz, David nie zatrzymał się.
Zdążył zarejestrować fakt, że Driver i As trzymali w rękach gaśnice samochodowe, które uruchomili i wycelowali w płomienie.
Za słabe.
Odbiegł aż do stojących nieco dalej samochodów i dopiero tam, za ich osłoną, postawił krzesło, by rzucić się na kolana na ziemię i obejrzeć Lisę.
Miała zaczerwienioną twarz, zamknięte, spieczone powieki, na których rzęsy były pozwijane od gorąca, podobnie jak jej brwi i włosy na skroniach.
Na ustach miała szmatę, którą David natychmiast zdjął, więc złapała oddech ustami, co odrobinę poprawiło jego nastrój.
Kurwa, dobrze.
Oddychała.
Rozwiązał jej nogi i ręce, badając jej stan, więc dowiedział się, że miała również mocno poparzone kolana, ale raczej nic więcej nie zostało uszkodzone.
- Lisa - powiedział do niej wyraźnie, ale delikatnie - Słonko, wszystko dobrze. Tu David. Nie otwieraj oczu. Już wszystko dobrze. Nie denerwuj się. Zawieziemy cię do szpitala. Jest tu Filip i inni.
Filip przysunął się z boku, więc David zwrócił się do niego.
- Pojedziecie z nią we dwóch - powiedział do niego, po czym skinął głową - Ty, Cichy, i Czołg. Do szpitala uniwersyteckiego, tam mają oddział, na którym zajmują się leczeniem oparzeń.
- Kamerka - szepnęła Lisa, a David zamarł i skupił się na niej.
- Tam? - rzucił Strzała, który stał obok, kiwając głową w stronę szopy.
Lisa przytaknęła słabo, chociaż nie widziała, co wskazywał, ale to wystarczyło Strzale.
Wyrwał Davidowi z ręki mokrą szmatkę, porwał z ziemi porzucony koc gaśniczy, narzucił go na siebie i jak szaleniec wbiegł do płonącej szopy.
- Strzała, kurwa! - wrzasnął David, zrywając się na równe nogi, ale już było za późno, Chris zniknął.
Dwie sekundy później Strzała wybiegł, zatoczył się, zrzucił koc na ziemię, a potem z triumfalnym uśmiechem podniósł rękę z małą kamerką Go Pro.
- Pojebało cię?! - ryknął na niego David, zaciskając pięści.
- Mamy to, to może złapiemy tamtego popierdolca - rzucił luźno Strzała.
Miał rację.
Nadal, czy to było warte, by narażać swoje życie?
Driver złapał koszulkę Jima, która teraz była nic nie wartą szmatką i powiedział do Davida:
- Jim stracił koszulkę.
- Eva z radością kupi mu trzy nowe - mruknął wściekle David, bo nie był w nastroju do pieprzonych żartów i odwrócił się z powrotem do Lisy.
Kamerkę, która był już nieco przypieczona, chwycił od razu Cichy, obejrzał ją i wymamrotał do siebie:
- Może. Hmmm. Tak. Zobaczymy.
- Jedźcie już - warknął David do Cichego.
Przykucnął ponownie przy Lisie, odgarnął delikatnie włosy z jej poparzonej skroni i powiedział:
- Zabiorą cię do szpitala. Jak Mark przyjedzie, to mu powiemy gdzie jesteś.
- Mark - Lisa wciągnęła powietrze w taki bolesny, urwany sposób, który David odczuł do głębi swoich wnętrzności.
- Telefon - kobieta powiedziała do nikogo, podnosząc głowę, jakby szukała kogoś, może Cichego - Przysłał mi zdjęcie z numeru Marka.
- Gdzie? - spytał ją David.
- Mój samochód - szepnęła.
Audi Lisy stało daleko od nich, przy magazynie, który minęli.
Cichy spojrzał tam, a potem zdecydowali, chociaż nie wymienili ani słowa i Czołg schylił się, by wziąć Lisę na ręce, na co David pozwolił, podnosząc się i odsuwając się, a potem patrząc, jak kumpel Marka wsadzał kobietę Marka do swojego samochodu na tylną kanapę, podczas gdy Cichy wsiadał na to samo siedzenie z drugiej strony.
David i pozostali nie ruszyli się.
GMC odjechało w stronę Audi.
Stało się oczywiste, że Mark stracił w jakiś sposób swój telefon, więc to była jeszcze jedna sprawa do załatwienia.
- Big Ben - rozkazał David niskim, warczącym głosem - Jedź do domu Taylora. As do mieszkania Cichego. Mark będzie szukał Lisy.
W oddali rozległo się wycie syren wozu strażackiego.
Rozeszli się do swoich zadań.
*****
Filip
Filip stał przy ścianie w pobliżu łóżka zabiegowego w szpitalu uniwersyteckim i patrzył, jak pielęgniarka informuje lekarza o przywiezionej przez nich Lisie.
Jadąc tu, zatrzymali się przy Audi Lisy, by Filip zabrał z niego telefon kobiety kumpla, a potem przyjechali wprost do szpitala, kiedy Lisa siedziała na tylnym siedzeniu, Filip obok niej, a Czołg za kierownicą.
Po drodze Lisa podała mu sposób odblokowania swojego telefonu, więc Filip zobaczył to zdjęcie, które doprowadziło Lisę do oddania się w ręce popaprańca.
Cóż, Filipa też to popieprzyło.
Mark, facet, którego zdążyli poznać i polubić, leżący w kałuży krwi.
Nadal, Filip znał się na tym na tyle, że po powiększeniu niektórych fragmentów, zauważył, że zdjęcie było obrabiane w Photoshopie.
Ale zakochana kobieta nie powiększała, nie szukała fałszerstwa, tylko bez chwili wahania pojechała na ratunek swojego mężczyzny.
Filip zostawił ten telefon w swojej kieszeni, decydując, że później da go Ani, by przekazała go Lisie, kiedy ta będzie mogła go używać.
Kiedy lekarz podchodził do łóżka Lisy, Filip miał już wyjęty swój telefon i wybierał numer swojej kobiety, by poinformować ją, gdzie był i dlaczego.
Chciałaby wiedzieć.
- Cichy - odebrała.
- Skarbie - przywitał się - Możesz rozmawiać?
- Już mogę - powiedziała i usłyszał, że wyszła do innego pomieszczenia, bo ucichły głosy z tła.
- Jestem w twoim szpitalu - poinformował ją i usłyszał, że jej oddech się zmienił, czekała - Przywieźliśmy Lisę. Jest poparzona.
Nie czekała na nic więcej.
- Jesteście na izbie przyjęć? - spytała tylko rzeczowo, a Filip usłyszał, że się poruszała.
- Tak - potwierdził.
- Zaraz będę - jego Ania była gotowa pomóc jemu i pomóc przyjaciółce.
Zawsze i bez wahania.
- Kim ona jest? - Filip usłyszał pytanie pielęgniarki, skierowane do Czołga.
- Elizabeth Jones - powiedział Filip, zanim tamten zdążył się odezwać.
- Pan jest partnerem? - pielęgniarka zapytała Filipa.
- Nie - odparł - przywieźliśmy ją. Jej partner wkrótce dojedzie.
- Jak tu dotrze - mówiła pielęgniarka - niech się do mnie zgłosi. Musimy wypełnić papiery. Potrzebny będzie jej numer ubezpieczenia.
Kurwa, nie pomyśleli o tym.
Skinął głową, intensywnie rozmyślając, jak można by to ominąć.
Wydawało się, że jedynym rozwiązaniem była opieka prywatna.
Nie odezwał się, bo nie miał nic do powiedzenia, skoro postanowił, by zostawić to Markowi, który wkrótce powinien do nich dołączyć.
Czekał.
- Hej, Cichy - Filip usłyszał z boku głos swojej Ani.
Jego kobieta wiedziała, że nie lubił swojego imienia i nazwiska i dlaczego tego nie lubił, więc nazywała go jego ksywką z wojska, jak jego kumple.
- Hej, Skarbie - przywitał się, kiedy do niego dotarła.
Uśmiechnęła się do niego, oparła się o jego pierś dłońmi i podała mu do pocałunku usta, których nie zawahał się wziąć.
Kiedy się odsunęli, z boku usłyszeli ciche, rozbawione chrząknięcie.
- Cześć, Aniu - odezwała się pielęgniarka - rozumiem, że nie przyszłaś tu do żadnego dziecka.
- Cześć, Beatris - odparła Ania - Nie. To mój narzeczony, Filip - przedstawiła go tak, skoro za niecałe dwa miesiące miał być ich ślub, więc skinął głową pielęgniarce, nadal trzymając rękę owiniętą wokół talii Ani - A tamta kobieta to moja przyjaciółka - Ania skinęła głową w stronę sali zabiegowej, gdzie za zasłoną lekarz badał Lisę.
- Och - powiedziała pielęgniarka, nagle poważniejąc - więc chodźmy.
Odwróciła się, Ania wysunęła się z ramienia Filipa i obie zgodnie weszły za zasłonę, by towarzyszyć Lisie podczas badania.
Filip chciał wypierdalać stamtąd, bo tamta cholerna kamerka tkwiąca w kieszeni jego spodni dosłownie go paliła.
Z jakiegoś powodu tamten pojeb zostawił ją, chociaż musiał wiedzieć, że nie odzyskałby z niej karty pamięci.
Coś mówiło Filipowi, że to nie była zwykła Go Pro.
Czułby się cholernie lepiej, gdyby podłączył ją pod swoje komputery, a najlepiej, gdyby ją rozebrał na pieprzone części pierwsze.
Parę minut później lekarz i Ania wyszli zza zasłony, stanęli blisko Filipa i rozmawiali.
- Zostanie tu na obserwację - lekarz powiedział do Ani - podamy jej leki na sen, wymusimy śpiączkę farmakologiczną, by przetrwała pierwszą dobę, bo to na pewno ją bardzo boli. Za dwadzieścia cztery godziny wybudzimy ją i ponownie zbadamy.
- Saturacja jest w granicach normy - odezwała się Ania - ale oczy…
- Tak - westchnął lekarz.
Obejrzał się na niewidoczną za zasłoną Lisę.
- Przewieziemy ją na oddział Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń - powiedział znowu do Ani - Tam ją zbadają, zdecydują co dalej, a potem poddadzą śpiączce farmakologicznej.
Skinął głową Ani, potem Filipowi, spojrzał nieco zdziwiony na Czołga, wciąż tkwiącego nieruchomo pod ścianą, rzucił krótkie pożegnanie i odszedł.
- Aniu - powiedział cicho Filip - muszę jechać do mieszkania. Mam coś ważnego. Czołg… - skinął głową w stronę faceta, który ich obserwował - jest kumplem Marka. Ma jego numer, chociaż wydaje się, że teraz jest on nieaktualny. Skontaktujemy się, żebyś powiedziała, w której sali jest Lisa.
- Skarbie - dodał po sekundzie przerwy - Potrzebuję twój samochód, bo przyjechałem z nim.
- Dobrze, Cichy - powiedziała cicho Ania, zbliżyła się, pocałowała go w policzek, wyjęła z tylnej kieszeni dżinsowych szortów, które miała na sobie pod fartuchem, kluczyki do jej Audi, podała mu je i odeszła do przyjaciółki.
Filip kiwnął brodą na Czołga, a tamten kiwnął z powrotem, więc Filip wiedział, że usłyszał i zrozumiał.
- Zabieram jej samochód - powiedział Filip do faceta, który był mrukiem, ale był dobrym przyjacielem Marka, skoro przyjechał do SLC bez wahania, kiedy kumpel go wezwał - Możesz ją później odwieźć do domu?
Czołg skinął głową.
A potem Filip, nie zwlekając dłużej, odwrócił się i zbiegł na parking dla pracowników, by znaleźć SUV-a swojej kobiety.
Pojechał, by zająć się tym, co umiał robić najlepiej.
*****
Mark
Po pieprzonym spotkaniu, które przebiegło tylko częściowo tak, jak chciał, Mark podszedł do swojej Navarry tylko po to, żeby przekonać się, że cholerna tylna opona była przebita.
Zajął się wymianą uszkodzonej na zapas, a przy oglądaniu uszkodzenia zauważył, że pieprzony gwóźdź, który w niej tkwił nie mógł dostać się tam sam.
Był wbity pod taki kątem, że ktoś musiał zrobić to specjalnie na tym cholernym parkingu, na stojącym pojeździe, więc Mark rozejrzał się i sprawdził, że parking miał monitorig.
Przed spotkaniem, zgodnie z umową, Mark zostawił swojego pickupa na parkingu przy Walmarcie, a dalej pojechał na ostateczne miejsce samochodem podstawionym przez tamtych.
Byli to ludzie, którzy bardzo dbali o zachowanie tajemnicy, a Mark już od kilku lat nie był jednym z nich.
Chociaż pewnych przysług i zasług się nie zapomina.
Jednak to oznaczało, że dojazd na miejsce spotkania zajął Markowi niewiele mniej czasu niż samo spotkanie.
Teraz miał coś, co musiał omówić z ekipą facetów, z którą zajmował się bezpieczeństwem Lisy.
Po wymianie koła wsiadł za kierownicę, wychylił się w stronę siedzenia pasażera, otworzył schowek, w którym zostawił swój telefon i zamarł.
Telefonu nie było.
Kurwa, niemożliwe.
Jego samochód był dobrze zabezpieczony przed włamaniem, ale każde zabezpieczenie da się obejść.
Pytanie brzmiało: kto, do kurwy nędzy, potrzebował jego telefonu aż tak desperacko, żeby włamywać się do tak zabezpieczonego auta tylko po niego.
Jedyna odpowiedź, jak Markowi się nasunęła była Chcieli zdobyć Lisę.
Kurwa mać!
Mark nie zawahał się, ryknął silnikiem i wyjechał z pieprzonego parkingu, nie przejmując się przekleństwami, jakie rzucali za nim inni kierowcy, ani ograniczeniami prędkości.
Musiał szybko dojechać do domu.
Czuł, że jego krew zamarzała ze strachu.
W jego głowie narastało wycie i powtarzane Kurwa, no kurwa mać!
Kiedy dojechał na podjazd ich domu, wyskoczył ze swojego pickupa, ale nie podbiegł do pieprzonych drzwi wejściowych.
Bowiem na jego podjeździe stała Toyota Tacoma Asa.
Na jego widok As wysiadł ze swojego pickupa i czekał na jego zaparkowanie z ponurą miną.
- Co jest? - warknął Mark, czując, że skóra mu ścierpła, a żołądek skręcał się ze strachu.
- Pierdolec zwabił Lisę w pułapkę - As potwierdził jego najgorsze obawy.
- Kurwa mać! - Mark złapał dłońmi za głowę i przeczesał włosy.
Spojrzał na Asa, bo ten nie skończył mówić.
- Czołg jechał za nią, potem Cichy ją namierzał - wyjaśnił - Mamy ją. Jest w szpitalu, poparzona, ale będzie dobrze.
- Który szpital? - warknął Mark, już odwracając się do drzwi swojego domu po drugi telefon, który miał w szufladzie biurka.
- Uniwersytecki - rzucił As.
Mark podniósł palec wskazujący, nakazując mu poczekać minutę, wszedł do domu, przełączając pieprzony alarm, co nagle wydało mu się cholernie upierdliwe, poszedł do swojego biura, wyjął telefon z szuflady biurka i wrócił do Asa na podjazd, ponownie przełączając alarm.
- Masz mój nowy numer - powiedział do Asa i podyktował mu numer - Prześlij innym. Musimy się spotkać. Mam coś nowego. Teraz jadę do szpitala.
- Okej - mruknął As wpisując jego numer do swojej komórki - Cichy tam jest z Czołgiem. Powiedzą ci która sala.
Mark odetchnął z ulgą.
Chociaż takie dobre wieści.
Jego kumple zajęli się jego kobietą, kiedy go nie było.
- Dzięki - rzucił za siebie, wsiadając do swojej Navarry.
*****
Godzinę później
- …a najgorsze jest to, że ma poparzoną twarz - mówiła do Marka kobieta Cichego - miała osłonięte szmatą usta, więc tam nie jest źle, oddycha, saturacja nie była niska, więc nie zaczadziła się, ale nos i oczy… - przerwała, spojrzała na salę, obok której stali, a w której za szybą była widoczna leżąca na łóżku szpitalnym jego Lady.
- Będzie widziała? - spytał Mark o coś, co go dręczyło odkąd zobaczył opatrunek na oczach Lisy.
- Prawdopodobnie - Ania skinęła głową, ale Mark usłyszał w jej głosie jakąś niepewność - Dowiemy się za dobę, jak ją wybudzą ze śpiączki farmakologicznej i zbadają - wyjaśniła łagodnie.
- Mogę z nią posiedzieć? - spytał Mark, ale już wiedział, że to było bez sensu, bo Lisa nie spała ot tak po prostu.
Uśpili ją lekami i mieli utrzymywać ją w tym stanie przez kolejne dwadzieścia trzy godziny, bo zasnęła, zanim dotarł do szpitala.
- Możesz - łagodnie powiedziała Ania - …ale, wiesz, nie obudzisz jej. Lepiej dla niej, że śpi. Nie boli jej.
Kurwa mać!
Mark zacisnął zęby z całą mocą na myśl, że jego Lady cierpiała choćby przez chwilę, a może trochę dłużej.
- Cichy ma dla ciebie jakieś informacje - powiedziała mu Ania - David też chciał pogadać. Może później przyjedziesz?
- Dobrze - mruknął Mark.
- Dobrze, że pana widzę - odezwała się zza nich pielęgniarka - Jest pan partnerem pani Elizabeth? - Mark przytaknął - Potrzebuję informacji do ubezpieczenia. Gdyby mógł pan wypełnić te dokumenty - podała mu podkładkę z arkuszami papieru - Może pan to zrobić w domu i dostarczyć.
- Chcieliśmy skorzystać z opieki prywatnej - powiedział jej Mark bez chwili zawahania, bo wiedział, że to była jedyna możliwość, żeby informacja o Lisie nie dotarła do niepowołanych osób.
- Rozumiem - pielęgniarka przytaknęła, odwróciła kartkę i wskazała rubryki - W takim razie proszę o wypełnienie tego.
Mark wziął dokumenty, a potem zamierzał pożegnać się i wyjść, ale Ania zatrzymała go, łapiąc dłonią jego przedramię.
- Mark - powiedziała łagodnie - ona coś bardzo przeżywała. Powtarzała mi wielokrotnie, żebyś przeczytał list. Nie wiem, o jaki list jej chodziło, ale to było dla niej bardzo ważne.
Mark skinął głową i pomyślał, że odpowiedź na to znajdzie w ich domu.
- Dzięki, Aniu - rzucił do kobiety kumpla - Na razie - pożegnał się.
- Tak, Mark - szepnęła Ania - Na razie.
Mark wiedział, że skończyła swój dyżur i czekała w szpitalu wyłącznie na niego, bo na parkingu przed szpitalem spotkał Czołga, który mu trochę powiedział.
Zbiegł na parking, podszedł do Czołga, powiedział mu o konieczności spotkania się facetów i pożegnał się, bo jego kumpel miał odwieźć kobietę Cichego do jej domu.
*****
Godzinę później
Mark siedział na kanapie w ich salonie, w ich domu i pił piwo z butelki, czytając po raz drugi cholerny list.
Nie rozumiał, czemu Lisa tak to przeżywała.
Wydawało się, że było tam samo dobro.
Jej mama ją kochała.
Jej tata kochał ją, chociaż na koniec spieprzył sprawę.
To, że jej babka jej nie lubiła, już było wiadomo.
Mark uznał, że czegoś nie zauważał, albo Lisa skupiła się na czymś, co dla niego nie było ważne.
Musieli porozmawiać.
Później.
Westchnął, odłożył list i wziął do ręki swój telefon.
Był wieczór.
Jeszcze wczesny, ale jego przyjaciele mieli kobiety lub całe rodziny, więc nie chciał im przeszkadzać w spędzaniu wieczoru z nimi.
Nadal, Mark musiał im przekazać pewne informacje, a Cichy miał dla niego coś nowego, więc musieli się spotkać.
Dlatego, idąc z opróżnioną butelką po piwie w stronę kuchni, która była tak cholernie zimna i pusta bez Lisy, Mark wybrał numer Cichego, a potem słuchał sygnału.
Zadzwoniło trzy razy i - Yo - odezwał się głos Cichego.
- Tu Mark - przedstawił się, skoro dzwonił z nowego telefonu, nawet jak sądził, że Filip miał już jego numer - musimy się spotkać.
- Zgadzam się - potwierdził Cichy - Moje mieszkanie za dziesięć?
- Tak - rzucił Mark, wysłuchał Nara na pożegnanie, rzucił to samo i rozłączył się, by zadzwonić do Czołga.
Wiedział, że Filip dzwonił w tym czasie do Davida, a potem dalej przekazywali informację do kolejnych facetów.
Więc po prostu wyszedł z ciemnego, pustego, cichego domu, który jego Lisa zmieniała coraz bardziej w prawdziwy dom, a który bez niej był nagle opuszczony i samotny, jak Mark.
*****
Czterdzieści minut później
- Więc, podsumujmy… - powiedział David, kiedy siedzieli w sześciu na kanapie narożnej w mieszkaniu Filipa, które stanowiło jego miejsce do pracy - Jak będziesz miał coś cholernie poważnego, mogą nawet księżnej zablokować pieprzone konta.
Mark przytaknął.
- Czy opłacenie zbira, który miał zabić jej cioteczną wnuczkę, jest wystarczająco poważne? - zapytał Driver, a ton jego głosu świadczył o tym, co czuł każdy z nich.
Jeśli pieprzona księżna Charlotta znalazłaby się w ich pobliżu, musiałaby mieć bardzo dobrą ochronę, bo, kobieta czy nie, byłaby zagrożona agresją słowną, a może i fizyczną.
Krótko mówiąc, dostałaby wpierdol.
- Jest - przytaknął Mark - o ile mamy dowody.
- Mamy - powiedział cicho Cichy, który nie odzywał się od początku spotkania, ale siedział tam z dziwnie zadowoloną miną.
Wszyscy wyprostowali się i odwrócili w jego stronę.
- Kurwa, Cichy, nie baw się w zagadki - warknął niecierpliwie As.
- Ta kamerka - powiedział Filip - nie nagrywała filmów. Strumieniowała sygnał bezpośrednio do serwera.
- Że co? - spytał Big Ben o coś, o co chcieli zapytać chyba wszyscy.
- No… - zawahał się Filip - nadawała cały film od razu do komputera w domu, który namierzyłem.
- No i tak mi mów - warknął Czołg.
- Mam nazwisko, więc potrzebujemy pomyśleć - mówił dalej Cichy - Jak wejdziemy tam my, facet będzie nas miał za napaść. Musimy podać to FBI albo glinom.
Cóż, Mark wiedział, że ani Cichy, ani Driver czy Strzała, którego nie było, bo musiał być w swojej restauracji, nie lubili nadmiernie współpracować z FBI ani z glinami.
- Zadzwonię do Eddiego i zapytam, co radzi - mruknął David i wyjął telefon.
Mark nie był w temacie, więc, kiedy David odszedł do komputerów, by spokojnie porozmawiać, Cichy wprowadził go w to, kim był Eddie, kim była Alice i jakie miał prawdopodobieństwo, by poznać ich, skoro jego kobieta była wciągnięta w grupkę przyjaciółek Maggie i Ani.
Tak, Mark po raz kolejny docenił to, jakie cholerne szczęście miała jego kobieta, że spotkała te kobiety.
On też.
- Zhakowałem jego komputer - powiedział w zapadłej później ciszy Filip - Mam jego historię przeglądania, konta, pocztę elektroniczną.
O, kurwa!
Mark nawet nie przypuszczał, że Filip był w stanie zrobić takie rzeczy, chociaż słyszał od Davida, że był dobry.
- Co nam to da? - zapytał konkretnie Driver.
- Chyba wiem, kto był jego pracodawcą - wyjaśnił Filip - Bo facet był za cienki Bolek, żeby samemu obmyśleć cały plan. Zarówno za pierwszym razem, jak i teraz. To facet od tamtego konta, na które księżna przelewała pieniądze.
Wiedzieli, o co chodziło.
Trzeba było pewnego pierwiastka geniuszu, żeby zgrać w czasie pożary w tylu miejscach w całym SLC, co zadziało się te parę miesięcy temu, a księżna najwyraźniej wiedziała, kto stał za tym wszystkim.
Wrócił David i przekazał im rady Eddiego.
Przekazali mu ostatnie rewelacje Cichego.
Mark zadecydował się na przekazanie tych informacji swoim byłym pracodawcom.
Niech się na coś przydadzą.
Teraz usiedli, żeby ustalić pieprzony plan działania.
Wreszcie.
*****
Dwie godziny później
Mark wszedł do szpitala, chociaż było już tak późno, że wszystkie odwiedziny zakończyły się i wypraszano osoby spoza personelu.
Miał swój sposób na to, żeby wejść tam, gdzie chciał.
Umówił się z Czołgiem, że spotkają się przed jego domem za trzy godziny, bo kumpel postanowił odwiedzić jakiś bar.
Mark zaproponował mu nocleg w łóżku w pokoju gościnnym, co nie przyszło mu do głowy, kiedy Lady bywała w domu sama.
Czołg zawahał się, bo nie lubił spać w domowym zaciszu, ale zgodził się, bo Mark miał w domu klimatyzację.
Majowe noce bywały gorące.
Teraz jednak Mark chciał zobaczyć swoją słodką Lisę.
Podszedł cicho do okna jej sali i stanął tam, by patrzeć na swoją Śpiącą Królewnę, której rude włosy były rozrzucone na poduszce.
Taka piękna.
Była okryta cienką kołdrą, poniesioną w jednym miejscu na specjalnym rusztowaniu, bo, jak dowiedział się Mark, miała poparzone kolana.
Jej oczy były zasłonięte opatrunkiem, jej nos posmarowany grubo jakąś maścią, jej policzki były zaczerwienione, a w ustach tkwiła rurka.
Miał ją chronić.
Zapewnić bezpieczeństwo.
Zawiódł ją.
- Co pan tu robi? - Mark usłyszał pytanie zza swoich pleców.
- Macie tu bardzo słabą ochronę - powiedział, nie odwracając się do pielęgniarki, która stała za nim, a którą widział w odbiciu w szybie.
- Jest już późno - powiedziała pielęgniarka, jakby nie się odezwał - Musi pan wyjść. Ona i tak śpi.
- Dobrze - powiedział, ale nie drgnął.
Dopiero kilka sekund później odwrócił się od okna, skinął głową pielęgniarce i ruszył w stronę schodów.
Ale po drodze wybrał numer, który znał na pamięć, więc nawet nie musiał go mieć zapisanego w kontaktach.
- Yo - usłyszał głos kogoś, kto pomógłby mu zawsze.
- Yo, tato - rzucił - Tu Mark. Straciłem telefon, więc wykasuj tamten numer.
Nie musiał tego dodawać, a nadal wiedział, że jego tata natychmiast przekaże to jego mamie i siostrze.
- Okej - powiedział tylko Daniel Taylor - Mów.
- Lisa jest w szpitalu - powiedział Mark coś, czego cholernie nie chciał mówić - Jest poparzona.
Usłyszał, że jego tata wciągnął gwałtownie powietrze.
Tak, jego rodzice polubili jego Lady i polubili to, jak była z nim.
- Ten szpital ma bardzo słabą ochronę - dodał.
Tego też nie musiał wyjaśniać.
Mark znał swojego tatę, a jego tata znał Marka.
Mark nie mówiłby by tego, jeśli nie sądziłby, że Lisa potrzebowała ochrony, a tata Marka natychmiast zaczął myśleć o tym, jak taką ochronę mógłby do szpitala wprowadzić.
Żaden z facetów, którzy pomagali Markowi, nie mógłby zostać na noc na straży pod salą Lisy, ale SWAT mógł to zrobić lub inni kumple taty Marka.
Nawet pod przykrywką.
Więc nie rozmawiali długo, bo ustalili tylko, że Mark sam poinformuje mamę za dzień lub dwa, jak będzie wiedział, jaki był stan Lisy.
A potem Mark mógł pojechać do domu.
Do swojej cholernie pustej sypialni, która była sypialnią jego i jego kobiety, ale teraz zbyt dużą dla niego jednego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz