sobota, 8 października 2022

1 - Wakacje

 

Rozdział 1

Wakacje

 

 

Aspen, dwa dni później

Weszliśmy właśnie po raz pierwszy do małego domku, w którym Sara wynajęła pięć sypialni, gabinet, jadalnię i salon, co stanowiło jego połowę z oddzielnym wejściem i kuchnią do dyspozycji z drugą grupą lokatorów z drugiej połowy domku.

Po pożegnaniu się w domu rodziny zastępczej Theresy i naszym powrocie do hotelu, zaprosiłam ją na krótką rozmowę, której efektem był jej tygodniowy urlop od pracy w hotelu, bo poprosiłam ją, by pojechała z nami do Aspen jako moja pokojówka, a ona się zgodziła.

Sara załatwiła wszystko z Terry’m Blackiem, więc miałyśmy pewność, że Theresa będzie miała pracę, kiedy wróci z Aspen do Washington.

Na moją prośbę kapitan Mark Taylor, ponownie wielce z tego niezadowolony, załatwił dla mnie amerykańskie prawo jazdy, które byłam prawie pewna, że było fałszywe, na nazwisko Elizabeth Caroline Jones.

Powiedziałam mu, że potrzebuję mieć możliwość podróżowania po Stanach incognito, a do tego muszę mieć jakiś dokument tożsamości, a przecież nazwisko na prawie jazdy było moje.

Nie wiedziałam dlaczego, ale ten mężczyzna nadal mnie irytował.

Robiłam się w jego obecności bardziej spięta niż to bywało normalnie i strasznie bałam się jakiejś wpadki, gapiostwa, albo tego, że powiem jakieś głupstwo.

Jednocześnie zauważyłam, że sprawiało mi dziwną przyjemność wywoływanie na jego twarzy tego ciepłego wyrazu, jakby był zadowolony i podobało mu się to, co zrobiłam.

Na początku, kiedy zaczęłam zwracać się do niego po imieniu, czułam się bardzo nieswojo.

Nie wiedziałam dlaczego tak się działo, ale nadal nie przyzwyczaiłam się do tego i za każdym razem musiałam zebrać wszystkie siły, żeby je wypowiedzieć w miarę normalnym głosem.

Mark.

Cóż, pomógł mi trochę fakt, że kapitan zachował się jak na prawdziwego macho-faceta przystało i przede wszystkim przy każdej okazji wypominał mi błędy, jakie popełniałam w jego mniemaniu.

Ale to już wiedziałam o wiele, wiele wcześniej: chłopcy zawsze pierwsi powiedzą mi, że kiedy się będę myliła, a przynajmniej myliła według nich.

Bo wszyscy chłopcy, a zwłaszcza ci przystojni, zawsze sądzili, że księżniczki nic nie umieją i należy im powiedzieć, co trzeba zrobić.

A potem i tak mnie zdradzą.

To było coś, co zrozumiałam, kiedy kilka lat temu mój tata powiedział mi, że Księżniczki nie płaczą, bo to nie jest ładne, eleganckie.

Dokładnie pamiętałam całą tę historię.

Każdą jej minutę.

„Chodziłam” wtedy w pierwszej klasie liceum z pewnym chłopcem, który był starszy ode mnie, był bardzo władczy, ale miał ładne oczy, był przystojny i był bardzo miły i czuły.

A przynajmniej tak długo, aż zgodziłam się i straciłam z nim dziewictwo.

Miałam wtedy piętnaście lat.

Niewiele, wiem.

Ale to się zdarza, prawda?

Najgorsze było to, że od razu następnego dnia przeczytałam o tym w prasie brukowej pod tytułami „Księżniczka Caroline jest już kobietą”, „Księżniczka Caroline zakochana na zabój” ze szczegółowym… hmmm… opisem i z nazwiskiem chłopca, więc to on był tym, który sprzedał tę historię prasie.

To było moje, intymne i bardzo inwazyjne, więc dlatego byłam bardzo zraniona przez jego zdradę i płakałam, a mój tata stwierdził tylko, że była to moja wina, bo chłopcy zawsze będą chcieli ode mnie tylko sławy, może pieniędzy, będą próbowali mną rządzić, a potem mnie porzucą.

Więc to nie mój tata to powiedział, ale sama wywnioskowałam to, co chciał mi wtedy przekazać:

Nie marnuj swojego cennego czasu na chłopców o ładnych oczach

A kapitan Mark Taylor był przystojny i miał piękne, ciemnobrązowe oczy.

Prawie czarne.

I był bardzo władczy.

A właśnie tamto wydarzenie i słowa mojego taty wraz z przekonaniem, że nigdy nikt mnie nie pokocha dla mnie, a co najwyżej dlatego, że byłam księżniczką, uczyniło mnie taką, jaką byłam właśnie teraz, w wieku dwudziestu jeden lat.

Co nie zmieniało faktu, że bardzo potrzebowałam wakacji.

Takich prawdziwych.

*****

Aspen, sześć dni później

Siedzieliśmy w cztery osoby przy niedużym stole w części jadalnej naszego wynajętego domku i jedliśmy lunch, na który Theresa przygotowała dla nas dziwne, pyszne pancakesy z czekoladowymi kropkami.

Wydawało się, że były dziwne tylko dla mnie.

Nigdy tego nie jadłam, ale zdecydowałam, że mogły być moimi ulubionymi, co nie było śmieszne, skoro to był czwarty mój ulubiony posiłek na lunch w Stanach.

Byliśmy w Aspen piąty dzień.

To było oficjalne.

Theresa była świetną kucharką.

Kiedy następnego dnia po przyjeździe tutaj zorientowaliśmy się, że mieliśmy ograniczony wybór, czyli tylko albo mogliśmy chodzić do restauracji lub w inne miejsca publiczne, albo jadać posiłki, które mielibyśmy przygotowane w domu, najpierw usiadłyśmy we dwie z Sarą, przedyskutowałyśmy nasze opcje i wyciągnęłyśmy wnioski.

Potem porozmawiałyśmy z Theresą i zapytałyśmy ją, czy podjęłaby się obowiązków gotowania dla nas wszystkich za dodatkową opłatą.

Zgodziła się prawie natychmiast i wydawała się być wręcz szczęśliwa z tego powodu, a ja widziałam dwie przyczyny tego faktu.

Pierwszą było wynagrodzenie, czego chyba nie muszę tłumaczyć.

Theresa pochodziła, skąd pochodziła, więc było oczywiste, że potrzebowała pieniędzy.

Drugą było to, że Theresa się chyba trochę nudziła, a zauważyłam, że była dziewczyną lubiącą mieć zajęcie.

Nie mogłam powiedzieć, co z dwojga podobało mi się bardziej, czy to, że lubiła mieć zajęcie, czy to, że świetnie gotowała.

W ogóle bardzo ją polubiłam.

Ich wszystkich.

Od razu pierwszego dnia po przyjeździe do Aspen zrobiłam mini zebranie załogi i przekazałam im pewne moje przemyślenia.

- Chciałam poprosić, żeby wszyscy mówili do mnie Lisa, albo pani Lisa, jeśli to pierwsze by komuś nie odpowiadało - powiedziałam - Taki skrót od imienia Elizabeth, jakie mam wpisane jako pierwsze w moim amerykańskim prawie jazdy, więc powinno to wyglądać naturalnie.

- Jak to Lisa? - spytał zdziwiony Frank i zobaczyłam, że spoglądał nieufnie w stronę Sary.

No oczywiście, przez trzy lata nie wyszłam ani z jednym, ani z drugim z nich poza formalne milady na wszystkich naszych wyjazdach, a niektóre były w naprawdę egzotyczne miejsca.

- Wolałbym nie… - mamrocząc pod nosem, usiłował się z tego wykręcić Mark, a Theresa spojrzała na mnie niepewnie przygryzając wargę, więc wiedziałam, że też tego nie chciała.

Musiałam ich przekonać.

- To ze względów bezpieczeństwa - powiedziałam do nich wszystkich stanowczym głosem - bo nazwanie mnie przez was milady w obecności kogokolwiek w mieście, mogłoby wiązać się z dekonspiracją mojego incognito.

Sara i Frank natychmiast rozluźnili się, bo nie podważali mojego zdania i wiedziałam, że nie wynikało to wyłącznie z tego, że im płaciłam.

Szanowaliśmy się wzajemnie, a ja to czułam już od dawna, więc wiedziałam, że zrozumieli moją rację i poczuli, że tego potrzebowałam.

- Ale sądzę, że powinniście tak do mnie mówić nawet w domu, kiedy jesteśmy sami… - kontynuowałam - bo pomyślałam, że wszyscy musimy się przyzwyczajać do używania tego imienia, by nie „zaliczyć wpadki” publicznie.

Chociaż im tego nie powiedziałam, również ja musiałam się do tego przyzwyczaić i wiedziałam to lepiej niż ktokolwiek inny.

Nawet lepiej niż Sara i Frank.

Przez te wszystkie lata budowania wokół siebie zimnego, obronnego muru konwenansów, nie potrafiłam być nieco bardziej swobodna nawet wobec tych kilkorga ludzi, z którymi przecież mieszkałam, przebywałam przez całą dobę.

To nie było łatwe.

O, nie.

Ale udało się nam i później, w kolejnych dniach, już nigdy Sara, Frank i Mark nie mieli problemów z mówieniem do mnie Lisa.

A ja reagowałam normalnie.

Chyba.

Theresa wolała mówić pani Lisa.

Ale mogliśmy mówić o tym, że była naszą gosposią.

Jeśli ktokolwiek kiedyś by zapytał.

Prawda była taka, że nazywanie mnie tym imieniem, było pierwszym krokiem do zmian, jakie chciałam wprowadzić w moim życiu w związku z wakacjami, jakie naprawdę sobie wymarzyłam.

Nie był to tydzień w Aspen, chociaż na początku był.

Pobyt w Aspen był jednak za krótki, bym nabrała dystansu do swojego życia, codzienności i otaczających mnie w Anglii ludzi.

Na szczęście samo Aspen, a właściwie wioska Snowmass, w której Sara wynajęła dla nas domek, było wypełnione bogatymi ludźmi z całych Stanów, w większości snobami, którzy nie dziwili się ochroniarzom, gosposiom czy osobistym asystentkom, kręcącym się wokół kogokolwiek.

Nadal była to naprawdę wioska, więc większość mieszkańców się znała lub bywała tu na tyle często, bo rozpoznawać z twarzy większość przybywających.

I, jak powiedziałam, wielu było snobami, którzy chcieli się pochwalić znajomościami.

A było możliwe, że trafiali się tu także dziennikarze.

A przynajmniej reporterzy.

Więc zwykle unikałam ludzi, by uniknąć rozpoznania i kupiłam sobie w tutejszym sklepie stroje, które pomagały mi się wtopić w tłum.

Może i nie były to „zwyczajne” stroje, ale nadal nieco bardziej „amerykańskie” niż moje.

Na spacery była to puchowa kurtka w kolorze pastelowym groszkowym, szydełkowa, biała czapka, takie same rękawiczki i śmieszne, białe, zimowe, wysokie za kostki buty, które wyglądały trochę jak dwie poduszki, zawiązane na moich nogach.

Kupiłam sobie również kilka par dżinsów i swobodniejsze swetry niż te stroje, które nosiłam do tej pory.

Nigdy nie miałam na sobie takich ubrań i stwierdziłam, że są bardzo wygodne.

Mój biały z jaskrawozielonymi wykończeniami kombinezon narciarski, w którym jeździłam po stokach w Europie tutaj nadawał się doskonale, podobnie jak kask i gogle, więc dobrze, że Sara dopilnowała spakowanie ich wraz z całym pozostałym moim sprzętem narciarskim.

Zabraliśmy to, jadąc tutaj, prosto z przechowalni na lotnisku w Washington, bo było w oddzielnym bagażu i w ten sam sposób miało wracać, więc jeszcze raz doceniłam to, jak dobrze Sara mnie znała i jak wspaniale robiła wszystko, żebym dobrze się czuła.

A czułam się to bardzo dobrze i naprawdę doceniałam to, co robiła dla mnie Sara i inni.

Wszyscy robili dla mnie bardzo dużo.

Chodziłam z Markiem, z Sarą lub z Frankiem, a czasem z całą trójką po okolicy na spacery, na narty, lub po prostu by posiedzieć w ogólnodostępnych punktach widokowych i odpoczywałam.

Jada na nartach była tu trudniejsza, niż w Alpach, głównie dlatego, że śnieg był suchy i nie lepił się, bo przez to zjazdy były inne, ale dawałam radę.

Nauczyłam się jeździć na nartach w wieku siedmiu lat, bo była to jedna z umiejętności cenionych przez mojego tatę dla księżniczek.

Absolutnie nie mogłam nawet spróbować jazdy na desce.

Nawet jeszcze wtedy, kiedy tego chciałam, bo teraz już mi przeszło.

Jeździłam dość często aż do pewnego paskudnego wypadku, który unieruchomił moją towarzyszkę, dziewczynę o dwa lata starszą ode mnie, na dwa miesiące, a wtedy mój tata zaczął ograniczać moje wyjazdy w Alpy.

Jakby się o mnie bał.

Nadal, umiałam jeździć na nartach, a nawet to lubiłam, jeśli wiązało się ze zmęczeniem fizycznym, po którym szybciej zasypiałam.

Dlatego z przyjemnością spędzałam czas na jeździe ze stoków Aspen.

Wybierałam raczej średnio trudne trasy, a Frank już ze mną jeździł w Alpach, więc znał  moje możliwości.

Mark musiał się dopiero nauczyć zaufania do moich umiejętności, ale zrobił to zadziwiająco szybko jak na niego, bo już po jednym dniu wspólnego zjeżdżania i wspinania się z powrotem.

Nawet nie marudził, że jest to dla mnie niebezpieczne, albo że znowu sprawiam im problemy, chociaż nadal był nieco spięty.

Ale on zawsze przy mnie był spięty.

I irytujący.

Zwykle korzystałam z wyciągu orczykowego, żeby nie jechać w tłumie na krzesełkach lub gondoli, a czasem podchodziłam na nartach, jeśli decydowaliśmy się na krótszy stok, ale moja kondycja była na tyle dobra, że pod koniec tygodnia dawałam radę codziennie spędzić nawet kilka godzin na nartach.

Dla odpoczynku od tego spacerowałam po ulicach lub szlakach znajdujących się w najbliższej okolicy, jeśli wiedzieliśmy, że nie byłoby tam ludzi.

Wtedy wychodziła ze mną Sara, bo ona nie lubiła nart, ale chciała spędzać czas na świeżym powietrzu.

Ze mną?

To właśnie poczułam już następnego dnia po moim mini-zebraniu załogi.

Rozmawiałam z Sarą, kiedy siedziałyśmy we dwie w salonie, ja - odpoczywając po nartach, a Sara po prostu czytając książkę.

- Sara - powiedziałam do niej całkiem szczerze - Mam wyrzuty sumienia, że zatrzymuję was w Stanach, że nie możesz wracać do swoich zajęć.

- Lisa - odparła Sara, odkładając książkę - zafundowałaś mi płatne wakacje, wspaniały urlop, więc niech ci nie będzie przykro.

- Och - westchnęłam, bo nie widziałam tego w ten sposób.

- A poza tym… - Sara mówiła jakimś takim ciepłym, łagodnym głosem, jakiego nigdy od niej nie słyszałam - lubię spędzać z tobą czas, gdybyś tego dotąd nie zauważyła.

Nie, nie zauważyłam.

Przez lata wmawiania mi, że ktokolwiek ze mną jest, robi to dla pieniędzy lub sławy, nie widziałam tego, że ktoś mógłby lubić mnie.

Ale uwierzyłam jej.

Bo Sara naprawdę wydawała się być inna niż pozostali.

Nadal jeszcze jej nie ufałam w pełni, ale częściej przebywałam w jej towarzystwie, również w czasie spacerów, co wiązało się bardzo często z rozmowami, więc poznawałam ją i odprężałam się.

Oczywiście na spacery chodzili z nami jeden z panów.

Nie pozwalali mi wychodzić z domku bez ochrony, chociaż nauczyli się chodzić z nami a nie za nami, jak chodzili jako ochrona.

Theresa zwykle z nami nie chodziła, ale wiedziałam, że wychodziła, a wtedy opiekował się nią Frank lub Mark, a ja w tym czasie nie opuszczałam naszego domku, żeby jej też umożliwić wypoczynek.

Tak, jak Frank i Mark, nie chciałam, żeby chodziła sama po obcym miejscu.

Chociaż wiedziałam, że chodziła czasem nie na spacery, ale na zadaszone targowisko i do sklepu, żeby nas zaopatrzyć, bo widywałam później facetów, niosących torby wyładowane zakupami, kiedy wracali razem do domu.

Nigdy tego nie robiłam, ale wydawało się, że Theresa to lubiła.

Zakupy.

Siadywałam wówczas z książką w swoim pokoju, a czasem na niedużym tarasie z tyłu, który mieliśmy do dyspozycji i oddychałam świeżym powietrzem.

Śnieg był tu puszysty, śnieżnobiały, skrzący się i suchy, a powietrze krystalicznie czyste, górskie, chociaż mroźne.

Widoki były wprost wspaniałe.

Na ogół panował tu spokój, więc było to dla mnie idealne miejsce do sportu na świeżym powietrzu, rozrywki i prawdziwego wypoczynku.

Zwłaszcza, że wydawało się, że nie wytropili nas reporterzy, co niewątpliwie było zasługą Marka, bo to on wynajął dla nas w Denver dwa samochody i zaplanował skomplikowaną podróż tutaj z przesiadką jeszcze w Washington, czyli DC, z limuzyny, którą wyruszyliśmy z hotelu, na jakimś zadaszonym parkingu do innych samochodów, którymi dojechaliśmy na lotnisko, gdzie czekał na nas prywatny samolot i Frank z częścią bagaży.

Więc tak, Mark był dobry w swojej pracy, sumienny, pomysłowy i dbający o szczegóły, dobry w konspirowaniu.

Co nie zmieniało faktu, że był bardzo niezadowolony z tych wakacji i okazywał to.

Jakbym ogłosiła, że jadę, by skakać z klifu.

Co innego Theresa.

Ona była zadowolona.

Theresa okazała się bardzo dobrą gospodynią i dbała, żebyśmy codziennie zjedli coś innego, wyszukanego, zdrowego, jakby była naszą dietetyczką, a ponieważ również dbała o czystość całego domku i nasze pranie, więc mogłam powiedzieć, że była dla nas jak mama.

Jak dla mnie nawet bardziej, bo nie pamiętałam mojej mamy.

Pobyt w Aspen coś we mnie zmienił, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, że uwolnił te zmiany, które czekały pod powierzchnią już wcześniej.

Podczas bankietu z okazji moich dwudziestych pierwszych urodzin, moja babcia przekazała mi, że oczekuje, że w ciągu najbliższych dwóch lat zaręczę się, wyjdę za mąż i zajdę w ciążę.

Dokładnie w tej kolejności.

Nawet nie interesowało jej to, czy bym się zakochała, a na pewno nie interesowało jej to, że bałam się jakiegokolwiek związku z mężczyzną czy kobietą.

Nie nadawałam się na narzeczoną, żonę, przyjaciółkę, a na pewno byłabym beznadziejną mamą.

Miałam się zaręczyć i już.

Po tamtej naszej rozmowie, a raczej jej monologu, nabrałam uzasadnionych obaw co do tego, że wybrała dla mnie już kilku kandydatów na przyszłego męża i wkrótce zaczęłaby mnie swatać.

Może nawet wybrała już za mnie jednego jedynego.

Może zadziałoby się to jeszcze w ciągu nadchodzącego lata.

Nie powiedziałam o tym nikomu.

To skłoniło mnie do refleksji nad własnym życiem.

Życiem, którego tak właściwie nie miałam.

Bo oto miałam dwadzieścia jeden lat, a czułam się jak sześćdziesięciolatka, to znaczy byłam zmęczona, wyczerpana, znużona codziennością i jednocześnie tak całkowicie pusta w środku.

Zawsze dbałam tylko o to, co sądzili o mnie inni, zawsze liczyło się zdanie tych, którzy mnie otaczali lub to, co mogli o mnie przeczytać.

Miałam dobrze wyglądać i zachowywać się właściwie.

Jak księżniczka.

I to było wszystko.

Moje życie nie miało celu.

Żadnego sensu.

Życie księżniczki.

Nic nie osiągnęłam, do niczego nie dążyłam, a nawet popadłam w rutynę.

Mogłam powiedzieć, że tak naprawdę nie żyłam.

Egzystowałam.

Tutaj zobaczyłam, jak mogło być.

Stała obecność tych kilku osób, które dbały o siebie nawzajem, z którymi mogłam swobodnie porozmawiać, chociaż nadal nie zwierzaliśmy się sobie, spowodowała, że to poczułam.

Namiastkę życia.

Poznałam ich nieco lepiej przez rozmowy w salonie przy kawie lub po kolacji, kiedy było zbyt wcześnie, by iść spać, a które zostały wymuszone naszą stałą obecnością ze sobą, bo w tym domku nie było gdzie przed sobą uciec, a wieczory szybko stawały się ciemne.

Nigdy do tej pory nie chciałam nikogo poznać, bo nikt nigdy nie chciał poznać mnie.

Nie w Aspen.

Tu było inaczej.

Zaczęłam się nimi interesować.

Dowiedziałam się więcej na temat życia rodzinnego Franka.

Na przykład tego, że miał od trzech lat żonę, którą bardzo kochał i właśnie spodziewali się ich pierwszego dziecka.

Nawet nie wiedziałam, kiedy wzięli ślub, a opowiadał o swojej żonie, o ich poznaniu się tak dowcipnie i z żarem, że słuchałam z pełnym skupieniem.

Nawet śmiałam się, a nawet trochę mu tego zazdrościłam.

Tego żaru.

Dowiedziałam się również trochę na temat Sary, bo do tej pory nie rozmawialiśmy na prywatne tematy, więc przez te trzy lata nie dowiedziałam się niczego o jej rodzinie, ani nie poznałam mamy Sary, która podobno chorowała.

I to chorowała obłożnie od dwóch lat.

Tak bardzo żałowałam, że nie pomyślałam wcześniej o zrobieniu czegoś dla niej, o jakiejś formy pomocy.

Miała tyle problemów, a zajmowała się głównie ułatwieniem mi życia.

Lubiłam ich.

Wszystkich, nawet sztywnego przy mnie Marka.

Cieszyłam się z tego, że odpoczywali tu ze mną.

Mark pewnego dnia dał mi się poznać od nieco innej, bardziej prywatnej strony, chociaż nie zrobił tego świadomie.

Po prostu byliśmy akurat w domku we dwójkę, bo Sara i Frank towarzyszyli Theresie w zakupach lub spacerze, a ja czytałam książkę w swojej sypialni.

Wyszłam z niej, by pójść po coś do kuchni akurat w chwili, kiedy Mark rozmawiał przez telefon, więc usłyszałam fragment tego, co mówił.

Natychmiast zapomniałam po co szłam i dokąd.

Najpierw usłyszałam jedno imię, ale później o wiele bardziej  niż wypowiadane przez niego słowa poruszył mnie ton jego głosu.

- Chloe - mówił, a to właśnie skupiło moją uwagę, bo pomyślałam natychmiast o mojej Chloe - Obiecuję, że was odwiedzę. Ale na razie pracuję.

Przystanęłam wtedy w korytarzu, więc można powiedzieć, że podsłuchiwałam tę rozmowę, ale ton jego głosu był tak łagodny i czuły, że dosłownie zabrakło mi przez to tchu.

- Dobrze siostrzyczko - powiedział Mark, a ja odetchnęłam z ulgą, chociaż nie wiedziałam, że właśnie tym się przejmowałam - Jak skończę kontrakt przyjadę do was nawet na cały tydzień. Jeszcze będziesz miała mnie dość.

Stałam bez ruchu i starałam się nie oddychać, nie zastanawiając się dlaczego to, że Marka Chloe była jego siostrą, a nie dziewczyną lub kochanką, sprawiło mi taką ulgę.

Nie powinno mnie to obchodzić.

Mark zaśmiał się cicho do telefonu, a ja odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju, żeby mu nie przeszkadzać.

Wręcz poczułam się intruzem w tej chwili intymności.

Więc tak, wiedziałam, że był dobry w tym, co robił, że był inteligentny i szybko reagował na różne sytuacje, że miał niesamowity refleks i umiejętność rozpoznawania charakterów ludzi.

A właśnie dowiedziałam się, że potrafił być czuły i delikatny.

Nie wiedziałam, czy to było do końca świadome, ale zamarzyłam, żeby to do mnie powiedział coś takim tonem.

Żeby wypowiedział tak moje imię.

I dlatego Marka trochę lubiłam, chociaż bardzo lubiłam Sarę i Franka, a przekonałam się wcześniej, że lubiłam również Theresę.

Tego dnia jednak miałam zamiar ich zestresować.

Albo „wkurzyć” - w przypadku Marka.

Ale on ciągle się o coś na mnie denerwował, więc… cokolwiek.

Pozostał nam jeden, ostatni dzień wypoczynku i wiedziałam, że Sara już planowała nasz powrót do „cywilizacji”, a ja nie chciałam wracać.

Potrzebowałam trochę więcej czasu.

Chciałam sobie zrobić nieco dłuższe wakacje od mojego nudnego i pustego życia księżniczki i zamierzałam to zrobić w Stanach, tu gdzieś niedaleko, ale jeszcze nie wiedziałam gdzie.

Ale nauczyłam się ufać Sarze i Frankowi, szanowałam ich mądrość i lojalność, a nawet zaufałabym Markowi, gdyby nie próbował mną rządzić.

Przyjęłabym jednak jego radę, bo czułam, że, mimo wszystko, on również chciał mojego dobra.

Więc właśnie dlatego tego dnia, kiedy wstaliśmy po lunchu, zanim wszyscy rozeszli do swoich pokoi na wypoczynek, przeprosiłam ich na chwilę i poprosiłam o rozmowę.

- Czy możecie zostać jeszcze na chwilę w salonie? - zapytałam - Mam do was prośbę i pytanie.

Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, jakie zwykle zajmowali, kiedy siadywaliśmy w salonie, by poczytać, obejrzeć film w telewizorze, który tu stał, albo porozmawiać, bo tu zdarzało nam się rozmawiać o różnych sprawach, ja zajęłam miejsce w fotelu, który najpierw odwróciłam lekko bardziej przodem do kanapy, żebym była w nim zwrócona twarzą do nich.

Mark siedział w drugim fotelu czujnie napięty, a zaalarmowani Sara i Frank zajęli kanapę, za którą stanęła zaciekawiona Theresa, którą również poprosiłam, by przyszła do nas z kuchni.

Spięłam się, wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na nich po kolei.

A potem patrzyłam tylko na Sarę.

- Zostaję w Stanach na następny miesiąc - oznajmiłam bez owijania w bawełnę i zobaczyłam, jak jej oczy stają się duże i wręcz przerażone - …albo dwa - dodałam po przerwie.

- Co? - zadudnił Mark.

Nie spojrzałam na niego.

- Chcę sobie zrobić dłuższe wakacje - wyjaśniłam, patrząc wciąż na Sarę - Nie widzę sensu w ciągłym gnaniu do szkoły, pracy, na kolejne spotkania, rauty, kolacje i bale. Muszę odpocząć od tego wszystkiego.

- Lisa - szepnęła Sara, ale jakby się zająknęła, zabrzmiało to tak, jakby nie była pewna, czy jestem jeszcze Lisa, czy z powrotem milady.

Bardzo mi zależało na przekonaniu jej, na tym, bo ona mnie zrozumiała.

Pozostałym mogłam nakazać, by się podporządkowali, chociaż lubiłabym, żeby Frank też mnie wspierał.

Ale Sara… Sara to było coś innego.

- Sara, proszę cię - szepnęłam do niej - Zrozum mnie. Jesteś jedyną osobą, która może mnie zrozumieć. W ogóle, nie tylko tu. Ty wiesz. Nie mam przyjaciółki ani rodziny, więc jesteś mi najbliższa spośród wszystkich ludzi i po tych trzech latach, kiedy pracujesz dla mnie, wiesz to.

Zamknęła usta.

Wiedziała.

- Mogłam uciec - głośniej oznajmiłam im, patrząc na Franka i Marka - Zniknąć. Nic wam nie mówić i wymknąć się w nocy. Mogłam. Ty, Frank, to wiesz. Ale to byłoby niesprawiedliwe wobec was, bo należy wam się wiedza, czemu to robię. I byłoby to nieodpowiedzialne, a wy i tak macie możliwości, by mnie znaleźć i sprowadzić z powrotem.

Mark zacisnął usta, a Frank prawie się uśmiechnął.

Wiedział, że wiedziałam.

Doceniałam jego umiejętności, ale on też doceniał moją inteligencję.

- Dlatego proszę was o radę - kontynuowałam - chodzi mi o to, że Theresa musi pojutrze wrócić do Washington, bo ma tam pracę. Mark kończy swoją pracę ze mną i również musi nas opuścić. Was dwojga nie chcę zatrzymywać tu, w Stanach, zwłaszcza, że Frank będzie miał niedługo pierwsze dziecko, a ty, Sara, powinnaś odwiedzić chorą mamę. Więc, proszę, zastanówcie się, pytam was o to, gdzie mogłabym się ukryć i zamieszkać przez jeden miesiąc, żebym tam mogła pracować, a żebym była bezpieczna. Żebyście nie musieli się o mnie martwić.

Wszyscy zamilkliśmy, a ja stopniowo pogrążyłam się w desperacji.

Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam ufając im.

Od piętnastego roku życia nie ufałam nikomu.

Guwernantkom i służbie w domu nie ufałam od czasu, kiedy kolejna guwernantka rozmawiając z pokojówką wyśmiewała się ze mnie, nazywała mnie „rozwydrzonym bachorem” i, sądząc, że ich nie słyszałam, mówiła o tym, jakim „łatwym celem” i „smacznym kąskiem” byłby mój owdowiały tata, jeśli tylko mogłaby go namówić na odesłanie mnie i szkoły z internatem.

Miałam zaledwie siedem lat.

Nie wiedziałam o czym mówiła, ale dotknęło mnie to, jak bardzo była fałszywa, skoro do mnie mówiła Słodka Dziewczynko, Słoneczko i Mądralko, a za plecami mówiła, że byłam głupia i niezdarna.

A pokojówka jej przytakiwała ze śmiechem.

Jeszcze wtedy płakałam.

Nie wiedziałam, że to było nieładne.

Pobiegłam do swojego pokoju, zakopałam się w poduszki i beczałam tak długo, aż guwernantka znalazła mnie, wyciągnęła z pokoju i zganiła, bo nie chciałam jej powiedzieć, czemu płakałam.

Dowiedziałam się, że mój pokój nie był oazą bezpieczeństwa.

Nigdy późnej nie zwierzyłam się nikomu ze służby.

Ucząc się w domu nie miałam nawet koleżanek, a co dopiero przyjaciółek.

Mój tata nie widział potrzeby, żebym przebywała z dziećmi w moim wieku.

Potem dowiedziałam się, a może raczej domyśliłam się, wydedukowałam, że chciał mnie chronić przed zranieniem.

W renomowanym liceum, do którego chodziłam na żądanie babci, miałam ten niemiły incydent z chłopakiem, po którym jeszcze bardziej się odizolowałam i nauczyłam się ukrywać za maską chłodu i etykiety.

I ćwiczyłam moje zdolności ukrywania się przed ludźmi.

Do perfekcji.

Dlatego mogłam uciec przed nimi.

Mogłabym spróbować uciec nawet teraz, kiedy po moim przyznaniu się byliby bardziej czujni i pilnowaliby mnie w dzień i w nocy.

Ale nie chciałam tego robić.

Bo przez ten jeden tydzień w Aspen poczułam się prawie tak, jakbym miała grono prawdziwych przyjaciół.

Dlatego ich milczenie mnie dotknęło.

Zamknęłam powoli oczy i poczułam coś, czego nie czułam nawet przez te wszystkie lata, kiedy kolejne guwernantki i nauczycielki traktowały mnie jak swój nielubiany obowiązek.

Samotność.

- Myślę, że będę mógł ci pomóc, jeśli wybierzesz Salt Lake City - powiedział nagle Mark.

To było tak, jakby ktoś otworzył mi drzwi.

Poderwałam głowę i otworzyłam oczy, by na niego spojrzeć w tym samym momencie, kiedy odezwali się pozostali.

- Nie muszę jeszcze wracać do Europy - oświadczyła Sara cicho, ale zdecydowanie.

Przeniosłam na nią wzrok.

Zamrugałam z zaskoczenia.

- Nie mogę cię prosić… - zaczęłam.

- Nie prosiłaś - przerwała mi.

Sara… mi… przerwała!

Prawie lekko rozchyliłam usta, patrzyłam na nią oniemiała i poczułam cudowne ciepło, rozchodzące mi się od serca po klatce piersiowej.

- Moja córka ma się urodzić dopiero za miesiąc - powiedział w tym czasie Frank - Więc jeśli chodzi o miesiąc, to mogę zostać.

Spojrzałam na niego równie zaskoczona.

No więc dobrze, to było oficjalne.

Miałam przyjaciół.

I nie wiedziałam, jak się czułam, bo to było dla mnie całkowicie nowe doświadczenie, więc nie wiedziałam również, jak zareagować.

Ale mój organizm wiedział.

Po raz pierwszy od tamtego incydentu sprzed niecałej dekady poczułam łzy szczypiące mnie w oczy, więc zamknęłam je, odwróciłam się lekko i zaczęłam oddychać płytko, wręcz spazmatycznie, żeby się opanować.

- Lisa - mruknęła Sara delikatnie, a potem poczułam, że podeszła do mnie i ukucnęła blisko moich kolan - Nie wiem dlaczego do tej pory mi nie ufałaś.

Spojrzałam na nią, ale nie mogłam się odezwać.

Kolejny wdech wciągnięty przeze mnie nie pomógł.

- Ale naprawdę jestem twoją przyjaciółką - ciągnęła dalej, a mnie łzy popłynęły po policzkach.

Ciche, niepowstrzymane łzy.

Jak nigdy.

Podniosła się i objęła mnie, a ja zesztywniałam na sekundę, zanim rozluźniłam się w jej objęciach.

- Już dobrze - szepnęła mi do ucha - Możesz płakać.

- Księżniczki nie płaczą - próbowałam powiedzieć, ale zabrzmiało to jak chlipanie, bardzo nieelegancko.

Musiałam się opanować.

- Przepraszam - mruknęłam, chrząknęłam i podniosłam się, by pójść do swojej sypialni, ale w progu odwróciłam się do nich i powiedziałam szeptem - Zaraz wrócę.

*****

Mark

Kiedy Lisa wyszła, Mark nie odzywał się do innych, którzy przez chwilę trwali w bezruchu, popatrzył na nich, a potem po prostu poszedł do gabinetu, bo musiał zadzwonić.

Nie odezwał się, bo nie było nic do powiedzenia.

To był czas, by działać.

Cholernie nie lubił tego, że od następnego tygodnia zaczynał kolejną pracę i to z dala od domu.

Mark czuł, że był jedynym z tego grona, który mógł coś zrobić.

W chwili, kiedy powoli i cicho zamykał za sobą drzwi do gabinetu, zobaczył, że pozostali wciąż siedzieli w salonie i nawet Theresa przykucnęła bokiem na oparciu kanapy, kiedy zbili się w ciaśniejszą grupkę, najwidoczniej bardzo przejęci tym, co się właśnie wydarzyło, jakby chcieli o tym pogadać.

- Powinna zmienić kolor włosów - mruknęła Theresa.

- Nie zgodzi się - powiedział półgłosem Frank.

- Może już teraz się zgodzi - dodała Sara.

Planowali zapewnienie jej bezpieczeństwa.

To Mark rozumiał.

Po tych kilku dniach zauważył, że się o nią martwili.

Ale Lisa…

Mark tego nie rozumiał.

Nie do końca.

Lisa miała wszystko.

Dom, dobre wychowanie, wykształcenie, pieniądze.

Była opanowana, spokojna, zdecydowana w swoich działaniach.

Więc dlaczego powiedziała Nie mam przyjaciółki, dlaczego Sara, z którą utrzymywała sztywne stosunki służbowe, była jej najbliższa i skąd tyle wiedziała o Franku i innych, a nie wspomniała słowem o swojej rodzinie.

Wiedział, że jej rodzice nie żyli i że nie miała rodzeństwa, ale przecież to była rodzina królewska.

Duża.

Nie rozumiał.

Jak można być samotnym w dużej rodzinie?

Mark nie miał licznego rodzeństwa, ale wielu jego kumpli miało duże rodziny i widział, jak wszyscy w tych rodzinach się wspierali.

- Mark - usłyszał po drugiej stronie znajomy głos, kiedy uzyskał połączenie - Co słychać synu?

- Hej, tato - odpowiedział - Myślę, że potrzebuję twojej pomocy.

Przez kilka sekund nic nie słyszał.

Czekał.

Tak, sytuacja była nietypowa.

Odkąd Mark skończył szesnaście lat, nigdy nie poprosił swojego taty o pomoc, chociaż zawsze wiedział, że by ją otrzymał.

Wszystko w swoim życiu chciał osiągnąć sam.

Był ich jedynym synem, ale nie rozpieszczali go.

Jednak jego oboje rodzice zawsze go wspierali, cokolwiek w życiu chciał zrobić, jakąkolwiek drogę obierał.

Nawet jeśli nie do końca to popierali lub bali się o niego.

Mark to wiedział.

- Mów - powiedział mu do ucha major Daniel Taylor, jego tata.

Więc Mark powiedział.

Opowiedział swojemu tacie wszystko, co wiedział o swojej obecnej młodej klientce, która była bardzo ważna i mogła łatwo stać się celem szaleńca, ale pragnęła odpoczynku.

Nawet jeśli Mark cholernie naprawdę nie umiał określić tego, od czego miałby to być pieprzony odpoczynek.

Od kolacji i bali?

Tata Marka był w SLC policjantem ze służb specjalnych, SWAT, więc znał różne sytuacje i miał rozwiązanie dla wielu problemów.

A poza tym miał rozległe znajomości, a od dawna mieszkał z mamą Marka w Salt Lake City, więc niedaleko od Aspen.

Skoro Lisa tak desperacko pragnęła wakacji, to będzie je miała.

Taka kobieta powinna mieć wszystko, czego potrzebowała.

W ciągu tych kilkunastu dni Mark dowiedział się czegoś o sobie, bo dowiedział się czegoś o Lisie.

Zrobiłby wszystko, żeby ta młoda kobieta poczuła się dobrze, jeśli nawet nie wiedział, dlaczego tak się nie czuła.

Głównie dlatego, że nie była Królową Lodu, za jaką ją uważał na początku.

Pewnego dnia bowiem, kiedy byli w domku sami, bo pozostali wyszli na spacer, Mark usłyszał, jak Lisa rozmawiała przez Internet z kimś sobie bardzo bliskim.

Dało się to wyczuć w ciepłym tonie jej głosu.

- Dobrze, kochanie - powiedziała łagodnym, czułym głosem, co Mark odczuł w głębi swoich trzewi, kiedy podszedł do jej drzwi, bo chciał sprawdzić, czy czegoś nie potrzebowała, więc zatrzymał się w miejscu - Cieszę się, że miałaś taki wspaniały dzień. A teraz, czy możesz poprosić mateczkę Chloe do laptopa? Chciałam zamienić z nią kilka słów.

- Dobrze, ciociu Caro - Mark usłyszał z głośnika radosny głosik dziewczynki, który brzmiał, jakby rozmówczyni Lisy nie miała więcej niż kilka lat.

- Caro! - z głośnika rozległ się radosny głos dorosłej, a Mark bezwstydnie podsłuchiwał, bo koniecznie chciał się dowiedzieć, kto z rodziny królewskiej zasługiwał na taką miłość, jaką dało się słyszeć w głosie Lisy.

- Witaj Chloe - powiedziała Lisa cichym, ciepłym głosem.

- Gdzie jesteś? - zapytała tamta - Martwiliśmy się. Dzieci dopytają mnie kiedy nas odwiedzisz. Przecież wiesz, jak lubią twoje wieczory z książkami.

- Obiecuję, że się odezwę, ale na razie jeszcze jestem w Stanach - wyznała Lisa swojej rozmówczyni.

- Och - westchnęła tamta - Czytaliśmy o tobie i dzieci widziały zdjęcia z tamtymi dziećmi z parku. Trochę im zazdrościły, ale przecież i tak mają cię więcej i częściej, niż tamte.

- Ojej - zmartwiła się Lisa - Nie pomyślałam o tym, że mogli mi zrobić zdjęcia. Nie chciałam sprawiać przykrości moim dzieciom.

- Tak im powiedziałam - zaśmiała się Chloe - Że powinni zawsze pamiętać, że są twoimi dziećmi. Tak dużo dla nas robisz.

- Och - żachnęła się Lisa - to same głupstwa. Drobiazgi. Lepiej opowiedz, czy udało się załatwić tamtą sprawę.

Zaczęły rozmawiać o jakiejś procedurze, po której Mark wreszcie dowiedział się, że Chloe była matką zastępczą, a dzieci „Lisy” były pod jej opieką.

Więc Mark dowiedział się, że Lisa nawet podczas swojego odpoczynku, myślała o pracy, jaką zostawiła w Anglii.

Widocznie miała serce bardziej ciepłe, niż miałaby jako Królowa Lodu.

Więc Mark chciał jej pomóc i zorganizować jej odpoczynek.

*****

Lisa / Caroline

Kiedy się trochę opanowałam i wróciłam do salonu, wydawało się, że Sara, Frank i Theresa już wszystko wymyślili i uzgodnili.

Marka tam nie było.

Siedzieli we trójkę obok siebie na kanapie i dyskutowali zawzięcie, a kiedy weszłam do salonu, popatrzyli na mnie i na każdej twarzy widziałam troskę przemieszaną z jakimś podnieceniem.

Nie zdążyłam się odezwać, kiedy zaczęli.

- Theresa ma świetny pomysł - oznajmiła mi Sara.

- Tak? - spytałam ostrożnie, niezbyt pewna, czy chciałam to usłyszeć, ale drugiej strony, przecież po to ich pytałam.

Chciałam, żeby mieli pomysły.

- Koniecznie powinnaś przefarbować włosy - powiedziała Sara zdecydowanym tonem - Te są zbyt łatwe do rozpoznania.

Zatrzymałam się w pół kroku i podniosłam rękę do moich rozpuszczonych rudych loków, a potem zagryzłam dolną wargę, czego nigdy dotąd nie robiłam.

Chyba całkiem przestawałam panować nad swoimi odruchami.

- Nie farbą - gorąco zapewniła Theresa - Szamponem koloryzującym. Po miesiącu zejdzie, zmyje się.

Ojej, chyba faktycznie rozmawiali o tym i przewidzieli moje obawy.

- Ale, ja… - zawahałam się.

- To byłoby dla twojego bezpieczeństwa - powiedział cicho Frank.

Tak, rozumiałam to, ale nie chciałam iść z tym do zakładu fryzjerskiego, a nie umiałam tego zrobić sama.

Nie zdążyłam nic powiedzieć.

- Pomogę ci - dodała Sara cichym głosem, udowadniając, że zna mnie i rozumie moje rozterki - Zrobimy to tutaj, w łazience.

Stałam tam i patrzyłam na nich, kiedy Sara wstała i podeszła do mnie.

- Potrzebujesz się oderwać od tamtego życia - powiedziała - Nabrać dystansu i poznać siebie. Znaleźć swój cel.

- Tak, wiem - szepnęłam, bo właśnie do mnie dotarło, że dokładnie tego potrzebowałam.

Musiałam poznać siebie, zanim babcia zwiąże mnie z jakimś mężczyzną, który nie pasowałby do mnie, a ja bałabym się później z nim rozwieść.

Więc najpierw musiałam wiedzieć, czego ja chciałam.

- Więc my ci w tym pomożemy - mówiła dalej Sara - Frank i ja zamieszkamy niedaleko ciebie i możemy udawać rodzeństwo. Sprawimy, że będziesz miała swoje życie, a jednocześnie będziesz bezpieczna.

Skinęłam tylko głową, bo nagle zostałam pozbawiona zdolności mówienia, bojąc się, że znowu się rozkleję.

Wdzięczna.

Byłam im bardzo wdzięczna za lojalność, za przyjaźń.

- Zamieszkasz w Salt Lake City - usłyszałam stanowczy głos macho-Marka, co może było dobrym rozwiązaniem, bo to miasto było niezbyt daleko, ale ten władczy ton mnie zdenerwował.

Mark był zawsze tak strasznie apodyktyczny.

Wyprostowałam się, napinając plecy, poczułam, że kark mi zesztywniał, zmarszczyłam brwi i odwróciłam w jego stronę.

Pohamowałam z trudem swój temperament, ale irytacja spowodowana jego apodyktycznością przynajmniej pomogła mi opanować łzy.

Kiedy wspomniał o tym wcześniej, niczego nie wyjaśnił, więc nie wiedziałam, czemu nalegał akurat na to miasto, które był tak samo dobrym wyborem, jak wszystkie inne.

Napięta jak struna czekałam na jego słowa.

- Mieszkają tam moi rodzice - częściowo wyjaśnił, wciąż mówiąc do mnie tym samym despotycznym, apodyktycznym tonem, a ja prawie otworzyłam usta z szoku.

Jak to?

Chciał mnie umieścić u swoich rodziców?

Ubezwłasnowolnić jak małe dziecko?

Poczułam, że moje zdenerwowanie wzrasta w zastraszającym tempie, więc zacisnęłam usta, policzki mi się rozgrzały i oddychałam szybciej przez nos, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, kiedy kontynuował.

- Mój tata jest tam szefem w policji, więc zna wielu ludzi i może nam pomóc. Znajdzie dla was bezpieczne, niezależne lokum i będzie miał oko.

- Nie - powiedziałam krótko, ale ponownie Sara zaczęła mówić, zanim dodałam coś więcej.

Cokolwiek.

Nie wiedziałam, że Sara potrafiła być taka zdecydowana i mieć tak dużą siłę przebicia się ze swoimi pomysłami.

Nie znałam jej od tej strony.

- To mogłoby nam naprawdę pomóc - powiedziała do Marka - Lisa - zwróciła się do mnie sugestywnym tonem - Będziemy mieli mieszkania, ty swoje, a my swoje jako rodzeństwo, więc nikt nie musi wiedzieć, że jesteśmy razem. Ot, Anglicy, którzy trzymają się blisko, żeby im było raźniej. I Mark pomoże ci znaleźć pracę - na ten pomysł znowu zacisnęłam usta, chociaż tym razem nie ze złości, ale dlatego, że to Mark miał nam pomagać.

Nie wiedziałam dlaczego, ale naprawdę nie chciałam tego, żeby on nam pomagał.

Z jakiegoś nieracjonalnego powodu chciałam być niezależna od niego, pokazać mu, że dam sobie radę, że nie jestem niezaradna.

A potem pomyślałam przez chwilę i doszłam do wniosku, że to miało sens.

- Dobrze - powiedziałam, nadal bardziej do Sary, ale później zwróciłam się sztywno do Marka - Dziękuję.

- Nie ma za co - powiedział do mnie równie oficjalnie - Mój tata szuka ci teraz mieszkania. Zabiorę Theresę i pojedziemy na samolot do Denver jednym autem, a Frank weźmie drugie i pojedziecie razem. Myślę, że powinnaś sobie w SLC wynająć samochód dla siebie na ten miesiąc zaraz, jak tam dotrzecie.

- Tak - szepnęła Sara, a potem powiedziała nieco głośniej - …to świetny pomysł… - zwróciła się do mnie - lepszy niż kupno, bo do tego wystarczy prawo jazdy.

Skinęłam głowa, bo to było jedyne logiczne rozwiązanie, jeśli chciałam być w miarę niezależna.

- Tylko że ja nigdy nie prowadziłam w takim śniegu - wyraziłam na głos swoją obawę - zwłaszcza w górach.

Mark spojrzał na mnie poważnie, jakby się nad czymś zastanawiał.

- To może wsiądziesz za kierownicę ze mną jako pasażerem - zaproponował - najlepiej od razu. Poćwiczysz dopóki masz odwagę.

Znowu poczułam irytację i wyprostowałam się.

Sądził, że się bałam.

Też coś.

- Okej - powiedziałam cicho, używając słówka, które właśnie ćwiczyłam, bo pomyślałam, że bardziej pasuje w Stanach niż moje dawne „oczywiście”, a potem wstałam - ubiorę się - powiedziałam i skierowałam się do swojej sypialni.

- Myślę, że powinnam pójść do sklepu - powiedziała Theresa i również się podniosła, a ja się zatrzymałam na sekundę.

Natychmiast po nas podniósł się Frank.

Wiedziałam, że mogłam na niego liczyć.

Zebrał się, żeby towarzyszyć Theresie.

Spojrzałam na Sarę i wreszcie lekko się uśmiechnęłam.

Uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi.

To było oficjalne.

Ta część wakacji się skończyła.

A ja miałam przyjaciół.

1 komentarz: