Rozdział 1
Aspen, dwa dni później
Weszliśmy
właśnie po raz pierwszy do małego domku, w którym Sara wynajęła pięć sypialni,
gabinet, jadalnię i salon, co stanowiło jego połowę z oddzielnym wejściem i
kuchnią do dyspozycji z drugą grupą lokatorów z drugiej połowy domku.
Po
pożegnaniu się w domu rodziny zastępczej Theresy i naszym powrocie do hotelu,
zaprosiłam ją na krótką rozmowę, której efektem był jej tygodniowy urlop od
pracy w hotelu, bo poprosiłam ją, by pojechała z nami do Aspen jako moja
pokojówka, a ona się zgodziła.
Sara
załatwiła wszystko z Terry’m Blackiem, więc miałyśmy pewność, że Theresa będzie
miała pracę, kiedy wróci z Aspen do Washington.
Na
moją prośbę kapitan Mark Taylor, ponownie wielce z tego niezadowolony, załatwił
dla mnie amerykańskie prawo jazdy, które byłam prawie pewna, że było fałszywe,
na nazwisko Elizabeth Caroline Jones.
Powiedziałam
mu, że potrzebuję mieć możliwość podróżowania po Stanach incognito, a do tego
muszę mieć jakiś dokument tożsamości, a przecież nazwisko na prawie jazdy było moje.
Nie
wiedziałam dlaczego, ale ten mężczyzna nadal mnie irytował.
Robiłam
się w jego obecności bardziej spięta niż to bywało normalnie i strasznie bałam
się jakiejś wpadki, gapiostwa, albo tego, że powiem jakieś głupstwo.
Jednocześnie
zauważyłam, że sprawiało mi dziwną przyjemność wywoływanie na jego twarzy tego
ciepłego wyrazu, jakby był zadowolony i podobało mu się to, co zrobiłam.
Na
początku, kiedy zaczęłam zwracać się do niego po imieniu, czułam się bardzo nieswojo.
Nie
wiedziałam dlaczego tak się działo, ale nadal nie przyzwyczaiłam się do tego i
za każdym razem musiałam zebrać wszystkie siły, żeby je wypowiedzieć w miarę
normalnym głosem.
Mark.
Cóż,
pomógł mi trochę fakt, że kapitan zachował się jak na prawdziwego macho-faceta
przystało i przede wszystkim przy każdej okazji wypominał mi błędy, jakie
popełniałam w jego mniemaniu.
Ale
to już wiedziałam o wiele, wiele wcześniej: chłopcy
zawsze pierwsi powiedzą mi, że kiedy się będę myliła, a przynajmniej myliła
według nich.
Bo
wszyscy chłopcy, a zwłaszcza ci przystojni, zawsze sądzili, że księżniczki nic
nie umieją i należy im powiedzieć, co trzeba zrobić.
A
potem i tak mnie zdradzą.
To
było coś, co zrozumiałam, kiedy kilka lat temu mój tata powiedział mi, że Księżniczki nie płaczą, bo to nie jest
ładne, eleganckie.
Dokładnie
pamiętałam całą tę historię.
Każdą
jej minutę.
„Chodziłam”
wtedy w pierwszej klasie liceum z pewnym chłopcem, który był starszy ode mnie,
był bardzo władczy, ale miał ładne oczy, był przystojny i był bardzo miły i
czuły.
A
przynajmniej tak długo, aż zgodziłam się i straciłam z nim dziewictwo.
Miałam
wtedy piętnaście lat.
Niewiele,
wiem.
Ale
to się zdarza, prawda?
Najgorsze
było to, że od razu następnego dnia przeczytałam o tym w prasie brukowej pod
tytułami „Księżniczka Caroline jest już
kobietą”, „Księżniczka Caroline
zakochana na zabój” ze szczegółowym… hmmm… opisem i z nazwiskiem chłopca, więc to on był tym, który sprzedał
tę historię prasie.
To
było moje, intymne i bardzo inwazyjne, więc dlatego byłam bardzo zraniona przez
jego zdradę i płakałam, a mój tata stwierdził tylko, że była to moja wina, bo
chłopcy zawsze będą chcieli ode mnie tylko sławy, może pieniędzy, będą
próbowali mną rządzić, a potem mnie porzucą.
Więc
to nie mój tata to powiedział, ale sama wywnioskowałam to, co chciał mi wtedy
przekazać:
Nie marnuj swojego cennego czasu na
chłopców o ładnych oczach
A
kapitan Mark Taylor był przystojny i miał piękne, ciemnobrązowe oczy.
Prawie
czarne.
I
był bardzo władczy.
A
właśnie tamto wydarzenie i słowa mojego taty wraz z
przekonaniem, że nigdy nikt mnie nie pokocha dla mnie, a co najwyżej
dlatego, że byłam księżniczką, uczyniło mnie taką, jaką byłam właśnie teraz, w
wieku dwudziestu jeden lat.
Co
nie zmieniało faktu, że bardzo potrzebowałam wakacji.
Takich
prawdziwych.
*****
Aspen, sześć dni
później
Siedzieliśmy
w cztery osoby przy niedużym stole w części jadalnej naszego wynajętego domku i
jedliśmy lunch, na który Theresa przygotowała dla nas dziwne, pyszne pancakesy
z czekoladowymi kropkami.
Wydawało
się, że były dziwne tylko dla mnie.
Nigdy
tego nie jadłam, ale zdecydowałam, że mogły być moimi ulubionymi, co nie było
śmieszne, skoro to był czwarty mój
ulubiony posiłek na lunch w Stanach.
Byliśmy
w Aspen piąty dzień.
To
było oficjalne.
Theresa
była świetną kucharką.
Kiedy
następnego dnia po przyjeździe tutaj zorientowaliśmy się, że mieliśmy
ograniczony wybór, czyli tylko albo mogliśmy chodzić do restauracji lub w inne
miejsca publiczne, albo jadać posiłki, które mielibyśmy przygotowane w domu, najpierw
usiadłyśmy we dwie z Sarą, przedyskutowałyśmy nasze opcje i wyciągnęłyśmy
wnioski.
Potem
porozmawiałyśmy z Theresą i zapytałyśmy ją, czy podjęłaby się obowiązków
gotowania dla nas wszystkich za dodatkową opłatą.
Zgodziła
się prawie natychmiast i wydawała się być wręcz szczęśliwa z tego powodu, a ja
widziałam dwie przyczyny tego faktu.
Pierwszą
było wynagrodzenie, czego chyba nie muszę tłumaczyć.
Theresa
pochodziła, skąd pochodziła, więc było oczywiste, że potrzebowała pieniędzy.
Drugą
było to, że Theresa się chyba trochę nudziła, a zauważyłam, że była dziewczyną
lubiącą mieć zajęcie.
Nie
mogłam powiedzieć, co z dwojga podobało mi się bardziej, czy to, że lubiła mieć
zajęcie, czy to, że świetnie gotowała.
W
ogóle bardzo ją polubiłam.
Ich
wszystkich.
Od
razu pierwszego dnia po przyjeździe do Aspen zrobiłam mini zebranie załogi i przekazałam
im pewne moje przemyślenia.
-
Chciałam poprosić, żeby wszyscy mówili do mnie Lisa, albo pani Lisa,
jeśli to pierwsze by komuś nie odpowiadało - powiedziałam - Taki skrót od
imienia Elizabeth, jakie mam wpisane jako pierwsze w moim amerykańskim prawie
jazdy, więc powinno to wyglądać naturalnie.
-
Jak to Lisa? - spytał zdziwiony Frank
i zobaczyłam, że spoglądał nieufnie w stronę Sary.
No
oczywiście, przez trzy lata nie wyszłam ani z jednym, ani z drugim z nich poza
formalne milady na wszystkich naszych
wyjazdach, a niektóre były w naprawdę egzotyczne miejsca.
-
Wolałbym nie… - mamrocząc pod nosem, usiłował się z tego wykręcić Mark, a
Theresa spojrzała na mnie niepewnie przygryzając wargę, więc wiedziałam, że też
tego nie chciała.
Musiałam
ich przekonać.
-
To ze względów bezpieczeństwa - powiedziałam do nich wszystkich stanowczym
głosem - bo nazwanie mnie przez was milady
w obecności kogokolwiek w mieście, mogłoby wiązać się z dekonspiracją mojego
incognito.
Sara
i Frank natychmiast rozluźnili się, bo nie podważali mojego zdania i
wiedziałam, że nie wynikało to wyłącznie z tego, że im płaciłam.
Szanowaliśmy
się wzajemnie, a ja to czułam już od dawna, więc wiedziałam, że zrozumieli moją
rację i poczuli, że tego potrzebowałam.
-
Ale sądzę, że powinniście tak do mnie mówić nawet w domu, kiedy jesteśmy sami…
- kontynuowałam - bo pomyślałam, że wszyscy musimy się przyzwyczajać do
używania tego imienia, by nie „zaliczyć wpadki” publicznie.
Chociaż
im tego nie powiedziałam, również ja musiałam
się do tego przyzwyczaić i wiedziałam to lepiej niż ktokolwiek inny.
Nawet
lepiej niż Sara i Frank.
Przez
te wszystkie lata budowania wokół siebie zimnego, obronnego muru konwenansów,
nie potrafiłam być nieco bardziej swobodna nawet wobec tych kilkorga ludzi, z
którymi przecież mieszkałam, przebywałam przez całą dobę.
To
nie było łatwe.
O,
nie.
Ale
udało się nam i później, w kolejnych dniach, już nigdy Sara, Frank i Mark nie
mieli problemów z mówieniem do mnie Lisa.
A
ja reagowałam normalnie.
Chyba.
Theresa
wolała mówić pani Lisa.
Ale
mogliśmy mówić o tym, że była naszą
gosposią.
Jeśli
ktokolwiek kiedyś by zapytał.
Prawda
była taka, że nazywanie mnie tym imieniem, było pierwszym krokiem do zmian,
jakie chciałam wprowadzić w moim życiu w związku z wakacjami, jakie naprawdę sobie wymarzyłam.
Nie
był to tydzień w Aspen, chociaż na początku był.
Pobyt
w Aspen był jednak za krótki, bym nabrała dystansu do swojego życia,
codzienności i otaczających mnie w Anglii ludzi.
Na
szczęście samo Aspen, a właściwie wioska Snowmass, w której Sara wynajęła dla
nas domek, było wypełnione bogatymi ludźmi z całych Stanów, w większości
snobami, którzy nie dziwili się ochroniarzom, gosposiom czy osobistym
asystentkom, kręcącym się wokół kogokolwiek.
Nadal
była to naprawdę wioska, więc
większość mieszkańców się znała lub bywała tu na tyle często, bo rozpoznawać z
twarzy większość przybywających.
I,
jak powiedziałam, wielu było snobami, którzy chcieli się pochwalić
znajomościami.
A
było możliwe, że trafiali się tu także dziennikarze.
A
przynajmniej reporterzy.
Więc
zwykle unikałam ludzi, by uniknąć rozpoznania i kupiłam sobie w tutejszym
sklepie stroje, które pomagały mi się wtopić w tłum.
Może
i nie były to „zwyczajne” stroje, ale nadal nieco bardziej „amerykańskie” niż
moje.
Na
spacery była to puchowa kurtka w kolorze pastelowym groszkowym, szydełkowa,
biała czapka, takie same rękawiczki i śmieszne, białe, zimowe, wysokie za
kostki buty, które wyglądały trochę jak dwie poduszki, zawiązane na moich
nogach.
Kupiłam
sobie również kilka par dżinsów i swobodniejsze swetry niż te stroje, które nosiłam
do tej pory.
Nigdy
nie miałam na sobie takich ubrań i stwierdziłam, że są bardzo wygodne.
Mój
biały z jaskrawozielonymi wykończeniami kombinezon narciarski, w którym
jeździłam po stokach w Europie tutaj nadawał się doskonale, podobnie jak kask i
gogle, więc dobrze, że Sara dopilnowała spakowanie ich wraz z całym pozostałym
moim sprzętem narciarskim.
Zabraliśmy
to, jadąc tutaj, prosto z przechowalni na lotnisku w Washington, bo było w
oddzielnym bagażu i w ten sam sposób miało wracać, więc jeszcze raz doceniłam
to, jak dobrze Sara mnie znała i jak wspaniale robiła wszystko, żebym dobrze
się czuła.
A
czułam się to bardzo dobrze i naprawdę doceniałam to, co robiła dla
mnie Sara i inni.
Wszyscy
robili dla mnie bardzo dużo.
Chodziłam
z Markiem, z Sarą lub z Frankiem, a czasem z całą trójką po okolicy na spacery,
na narty, lub po prostu by posiedzieć w ogólnodostępnych punktach widokowych i odpoczywałam.
Jada
na nartach była tu trudniejsza, niż w Alpach, głównie dlatego, że śnieg był
suchy i nie lepił się, bo przez to zjazdy były inne, ale dawałam radę.
Nauczyłam
się jeździć na nartach w wieku siedmiu lat, bo była to jedna z umiejętności
cenionych przez mojego tatę dla księżniczek.
Absolutnie
nie mogłam nawet spróbować jazdy na desce.
Nawet
jeszcze wtedy, kiedy tego chciałam, bo teraz już mi przeszło.
Jeździłam
dość często aż do pewnego paskudnego wypadku, który unieruchomił moją
towarzyszkę, dziewczynę o dwa lata starszą ode mnie, na dwa miesiące, a wtedy
mój tata zaczął ograniczać moje wyjazdy w Alpy.
Jakby
się o mnie bał.
Nadal,
umiałam jeździć na nartach, a nawet
to lubiłam, jeśli wiązało się ze zmęczeniem fizycznym, po którym szybciej
zasypiałam.
Dlatego
z przyjemnością spędzałam czas na jeździe ze stoków Aspen.
Wybierałam
raczej średnio trudne trasy, a Frank już ze mną jeździł w Alpach, więc
znał moje możliwości.
Mark
musiał się dopiero nauczyć zaufania do moich umiejętności, ale zrobił to
zadziwiająco szybko jak na niego, bo już po jednym dniu wspólnego zjeżdżania i
wspinania się z powrotem.
Nawet
nie marudził, że jest to dla mnie niebezpieczne, albo że znowu sprawiam im
problemy, chociaż nadal był nieco spięty.
Ale
on zawsze przy mnie był spięty.
I
irytujący.
Zwykle
korzystałam z wyciągu orczykowego, żeby nie jechać w tłumie na krzesełkach lub
gondoli, a czasem podchodziłam na nartach, jeśli decydowaliśmy się na krótszy
stok, ale moja kondycja była na tyle dobra, że pod koniec tygodnia dawałam radę
codziennie spędzić nawet kilka godzin na nartach.
Dla
odpoczynku od tego spacerowałam po
ulicach lub szlakach znajdujących się w najbliższej okolicy, jeśli
wiedzieliśmy, że nie byłoby tam ludzi.
Wtedy
wychodziła ze mną Sara, bo ona nie lubiła nart, ale chciała spędzać czas na świeżym powietrzu.
Ze
mną?
To
właśnie poczułam już następnego dnia po moim mini-zebraniu załogi.
Rozmawiałam
z Sarą, kiedy siedziałyśmy we dwie w salonie, ja - odpoczywając po nartach, a
Sara po prostu czytając książkę.
-
Sara - powiedziałam do niej całkiem szczerze - Mam wyrzuty sumienia, że
zatrzymuję was w Stanach, że nie możesz wracać do swoich zajęć.
-
Lisa - odparła Sara, odkładając książkę - zafundowałaś mi płatne wakacje, wspaniały
urlop, więc niech ci nie będzie
przykro.
-
Och - westchnęłam, bo nie widziałam tego w ten sposób.
-
A poza tym… - Sara mówiła jakimś takim ciepłym, łagodnym głosem, jakiego nigdy
od niej nie słyszałam - lubię spędzać z tobą czas, gdybyś tego dotąd nie
zauważyła.
Nie,
nie zauważyłam.
Przez
lata wmawiania mi, że ktokolwiek ze mną jest, robi to dla pieniędzy lub sławy,
nie widziałam tego, że ktoś mógłby lubić mnie.
Ale
uwierzyłam jej.
Bo
Sara naprawdę wydawała się być inna niż pozostali.
Nadal
jeszcze jej nie ufałam w pełni, ale
częściej przebywałam w jej towarzystwie, również w czasie spacerów, co wiązało
się bardzo często z rozmowami, więc poznawałam ją i odprężałam się.
Oczywiście
na spacery chodzili z nami jeden z panów.
Nie
pozwalali mi wychodzić z domku bez ochrony, chociaż nauczyli się chodzić z nami a nie za nami, jak chodzili jako ochrona.
Theresa
zwykle z nami nie chodziła, ale wiedziałam, że wychodziła, a wtedy opiekował
się nią Frank lub Mark, a ja w tym czasie nie opuszczałam naszego domku, żeby jej też umożliwić wypoczynek.
Tak,
jak Frank i Mark, nie chciałam, żeby chodziła sama po obcym miejscu.
Chociaż
wiedziałam, że chodziła czasem nie na spacery,
ale na zadaszone targowisko i do sklepu, żeby nas zaopatrzyć, bo widywałam
później facetów, niosących torby wyładowane zakupami, kiedy wracali razem do
domu.
Nigdy
tego nie robiłam, ale wydawało się, że Theresa to lubiła.
Zakupy.
Siadywałam
wówczas z książką w swoim pokoju, a czasem na niedużym tarasie z tyłu, który
mieliśmy do dyspozycji i oddychałam świeżym powietrzem.
Śnieg
był tu puszysty, śnieżnobiały,
skrzący się i suchy, a powietrze krystalicznie czyste, górskie, chociaż mroźne.
Widoki
były wprost wspaniałe.
Na
ogół panował tu spokój, więc było to dla mnie idealne miejsce do sportu na
świeżym powietrzu, rozrywki i prawdziwego wypoczynku.
Zwłaszcza,
że wydawało się, że nie wytropili nas reporterzy, co niewątpliwie było zasługą
Marka, bo to on wynajął dla nas w Denver dwa samochody i zaplanował skomplikowaną
podróż tutaj z przesiadką jeszcze w Washington, czyli DC, z limuzyny, którą
wyruszyliśmy z hotelu, na jakimś zadaszonym parkingu do innych samochodów,
którymi dojechaliśmy na lotnisko, gdzie czekał na nas prywatny samolot i Frank
z częścią bagaży.
Więc
tak, Mark był dobry w swojej pracy, sumienny, pomysłowy i dbający o szczegóły,
dobry w konspirowaniu.
Co
nie zmieniało faktu, że był bardzo niezadowolony z tych wakacji i okazywał to.
Jakbym
ogłosiła, że jadę, by skakać z klifu.
Co
innego Theresa.
Ona
była zadowolona.
Theresa
okazała się bardzo dobrą gospodynią i dbała, żebyśmy codziennie zjedli coś
innego, wyszukanego, zdrowego, jakby była naszą dietetyczką, a ponieważ również
dbała o czystość całego domku i nasze pranie, więc mogłam powiedzieć, że była
dla nas jak mama.
Jak
dla mnie nawet bardziej, bo nie pamiętałam mojej mamy.
Pobyt
w Aspen coś we mnie zmienił, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, że uwolnił
te zmiany, które czekały pod powierzchnią już wcześniej.
Podczas
bankietu z okazji moich dwudziestych pierwszych urodzin, moja babcia przekazała
mi, że oczekuje, że w ciągu najbliższych dwóch lat zaręczę się, wyjdę za mąż i
zajdę w ciążę.
Dokładnie
w tej kolejności.
Nawet
nie interesowało jej to, czy bym się zakochała, a na pewno nie interesowało jej
to, że bałam się jakiegokolwiek
związku z mężczyzną czy kobietą.
Nie
nadawałam się na narzeczoną, żonę, przyjaciółkę, a na pewno byłabym
beznadziejną mamą.
Miałam
się zaręczyć i już.
Po
tamtej naszej rozmowie, a raczej jej monologu, nabrałam uzasadnionych obaw co
do tego, że wybrała dla mnie już kilku kandydatów na przyszłego męża i wkrótce
zaczęłaby mnie swatać.
Może
nawet wybrała już za mnie jednego jedynego.
Może
zadziałoby się to jeszcze w ciągu nadchodzącego lata.
Nie
powiedziałam o tym nikomu.
To
skłoniło mnie do refleksji nad własnym życiem.
Życiem,
którego tak właściwie nie miałam.
Bo
oto miałam dwadzieścia jeden lat, a czułam się jak sześćdziesięciolatka, to
znaczy byłam zmęczona, wyczerpana, znużona codziennością i jednocześnie tak
całkowicie pusta w środku.
Zawsze
dbałam tylko o to, co sądzili o mnie inni, zawsze liczyło się zdanie tych, którzy
mnie otaczali lub to, co mogli o mnie przeczytać.
Miałam
dobrze wyglądać i zachowywać się właściwie.
Jak
księżniczka.
I
to było wszystko.
Moje
życie nie miało celu.
Żadnego
sensu.
Życie
księżniczki.
Nic
nie osiągnęłam, do niczego nie dążyłam, a nawet popadłam w rutynę.
Mogłam
powiedzieć, że tak naprawdę nie żyłam.
Egzystowałam.
Tutaj
zobaczyłam, jak mogło być.
Stała
obecność tych kilku osób, które dbały o siebie nawzajem, z którymi mogłam
swobodnie porozmawiać, chociaż nadal nie zwierzaliśmy się sobie, spowodowała,
że to poczułam.
Namiastkę
życia.
Poznałam
ich nieco lepiej przez rozmowy w salonie przy kawie lub po kolacji, kiedy było
zbyt wcześnie, by iść spać, a które zostały wymuszone naszą stałą obecnością ze
sobą, bo w tym domku nie było gdzie przed sobą uciec, a wieczory szybko stawały
się ciemne.
Nigdy
do tej pory nie chciałam nikogo poznać, bo nikt nigdy nie chciał poznać mnie.
Nie
w Aspen.
Tu
było inaczej.
Zaczęłam
się nimi interesować.
Dowiedziałam
się więcej na temat życia rodzinnego Franka.
Na
przykład tego, że miał od trzech lat żonę, którą bardzo kochał i właśnie
spodziewali się ich pierwszego dziecka.
Nawet
nie wiedziałam, kiedy wzięli ślub, a opowiadał o swojej żonie, o ich poznaniu
się tak dowcipnie i z żarem, że słuchałam z pełnym skupieniem.
Nawet
śmiałam się, a nawet trochę mu tego zazdrościłam.
Tego
żaru.
Dowiedziałam
się również trochę na temat Sary, bo do tej pory nie rozmawialiśmy na prywatne
tematy, więc przez te trzy lata nie dowiedziałam się niczego o jej rodzinie,
ani nie poznałam mamy Sary, która podobno chorowała.
I
to chorowała obłożnie od dwóch lat.
Tak
bardzo żałowałam, że nie pomyślałam wcześniej o zrobieniu czegoś dla niej, o
jakiejś formy pomocy.
Miała
tyle problemów, a zajmowała się głównie ułatwieniem mi życia.
Lubiłam
ich.
Wszystkich,
nawet sztywnego przy mnie Marka.
Cieszyłam
się z tego, że odpoczywali tu ze mną.
Mark
pewnego dnia dał mi się poznać od nieco innej, bardziej prywatnej strony,
chociaż nie zrobił tego świadomie.
Po
prostu byliśmy akurat w domku we dwójkę, bo Sara i Frank towarzyszyli Theresie
w zakupach lub spacerze, a ja czytałam książkę w swojej sypialni.
Wyszłam
z niej, by pójść po coś do kuchni akurat w chwili, kiedy Mark rozmawiał przez
telefon, więc usłyszałam fragment tego, co mówił.
Natychmiast
zapomniałam po co szłam i dokąd.
Najpierw
usłyszałam jedno imię, ale później o wiele bardziej niż wypowiadane przez niego słowa poruszył
mnie ton jego głosu.
-
Chloe - mówił, a to właśnie skupiło moją uwagę, bo pomyślałam natychmiast o mojej Chloe - Obiecuję, że was odwiedzę.
Ale na razie pracuję.
Przystanęłam
wtedy w korytarzu, więc można powiedzieć, że podsłuchiwałam tę rozmowę, ale ton
jego głosu był tak łagodny i czuły,
że dosłownie zabrakło mi przez to tchu.
-
Dobrze siostrzyczko - powiedział Mark, a ja odetchnęłam z ulgą, chociaż nie
wiedziałam, że właśnie tym się
przejmowałam - Jak skończę kontrakt przyjadę do was nawet na cały tydzień.
Jeszcze będziesz miała mnie dość.
Stałam
bez ruchu i starałam się nie oddychać, nie zastanawiając się dlaczego to, że Marka
Chloe była jego siostrą, a nie dziewczyną lub kochanką, sprawiło mi taką ulgę.
Nie
powinno mnie to obchodzić.
Mark
zaśmiał się cicho do telefonu, a ja odwróciłam się i poszłam do swojego pokoju,
żeby mu nie przeszkadzać.
Wręcz
poczułam się intruzem w tej chwili
intymności.
Więc
tak, wiedziałam, że był dobry w tym, co robił, że był inteligentny i szybko
reagował na różne sytuacje, że miał
niesamowity refleks i umiejętność rozpoznawania charakterów ludzi.
A
właśnie dowiedziałam się, że potrafił być czuły i delikatny.
Nie
wiedziałam, czy to było do końca świadome, ale zamarzyłam, żeby to do mnie powiedział coś takim tonem.
Żeby
wypowiedział tak moje imię.
I
dlatego Marka trochę lubiłam, chociaż
bardzo lubiłam Sarę i Franka, a
przekonałam się wcześniej, że lubiłam również Theresę.
Tego
dnia jednak miałam zamiar ich zestresować.
Albo
„wkurzyć” - w przypadku Marka.
Ale
on ciągle się o coś na mnie denerwował, więc… cokolwiek.
Pozostał
nam jeden, ostatni dzień wypoczynku i wiedziałam, że Sara już planowała nasz
powrót do „cywilizacji”, a ja nie chciałam wracać.
Potrzebowałam
trochę więcej czasu.
Chciałam
sobie zrobić nieco dłuższe wakacje od mojego nudnego i pustego życia
księżniczki i zamierzałam to zrobić w Stanach, tu gdzieś niedaleko, ale jeszcze
nie wiedziałam gdzie.
Ale
nauczyłam się ufać Sarze i Frankowi, szanowałam ich mądrość i lojalność, a
nawet zaufałabym Markowi, gdyby nie próbował mną rządzić.
Przyjęłabym
jednak jego radę, bo czułam, że, mimo wszystko, on również chciał mojego dobra.
Więc
właśnie dlatego tego dnia, kiedy wstaliśmy po lunchu, zanim wszyscy rozeszli do
swoich pokoi na wypoczynek, przeprosiłam ich na chwilę i poprosiłam o rozmowę.
-
Czy możecie zostać jeszcze na chwilę w salonie? - zapytałam - Mam do was prośbę
i pytanie.
Kiedy
wszyscy zajęli swoje miejsca, jakie zwykle zajmowali, kiedy siadywaliśmy w
salonie, by poczytać, obejrzeć film w telewizorze, który tu stał, albo
porozmawiać, bo tu zdarzało nam się rozmawiać o różnych sprawach, ja zajęłam
miejsce w fotelu, który najpierw odwróciłam lekko bardziej przodem do kanapy,
żebym była w nim zwrócona twarzą do nich.
Mark
siedział w drugim fotelu czujnie napięty, a zaalarmowani Sara i Frank zajęli
kanapę, za którą stanęła zaciekawiona Theresa, którą również poprosiłam, by
przyszła do nas z kuchni.
Spięłam
się, wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na nich po kolei.
A
potem patrzyłam tylko na Sarę.
-
Zostaję w Stanach na następny miesiąc - oznajmiłam bez owijania w bawełnę i
zobaczyłam, jak jej oczy stają się duże i wręcz przerażone - …albo dwa -
dodałam po przerwie.
-
Co? - zadudnił Mark.
Nie
spojrzałam na niego.
-
Chcę sobie zrobić dłuższe wakacje - wyjaśniłam, patrząc wciąż na Sarę - Nie
widzę sensu w ciągłym gnaniu do szkoły, pracy, na kolejne spotkania, rauty, kolacje
i bale. Muszę odpocząć od tego wszystkiego.
-
Lisa - szepnęła Sara, ale jakby się zająknęła, zabrzmiało to tak, jakby nie
była pewna, czy jestem jeszcze Lisa,
czy z powrotem milady.
Bardzo
mi zależało na przekonaniu jej, na tym, bo ona
mnie zrozumiała.
Pozostałym
mogłam nakazać, by się podporządkowali, chociaż lubiłabym, żeby Frank też mnie
wspierał.
Ale
Sara… Sara to było coś innego.
-
Sara, proszę cię - szepnęłam do niej - Zrozum mnie. Jesteś jedyną osobą, która może mnie zrozumieć. W ogóle, nie tylko tu. Ty wiesz. Nie mam przyjaciółki ani rodziny,
więc jesteś mi najbliższa spośród wszystkich ludzi i po tych trzech latach,
kiedy pracujesz dla mnie, wiesz to.
Zamknęła
usta.
Wiedziała.
-
Mogłam uciec - głośniej oznajmiłam im, patrząc na Franka i Marka - Zniknąć. Nic
wam nie mówić i wymknąć się w nocy. Mogłam. Ty, Frank, to wiesz. Ale to byłoby niesprawiedliwe
wobec was, bo należy wam się wiedza, czemu to robię. I byłoby to nieodpowiedzialne,
a wy i tak macie możliwości, by mnie znaleźć i sprowadzić z powrotem.
Mark
zacisnął usta, a Frank prawie się uśmiechnął.
Wiedział,
że wiedziałam.
Doceniałam
jego umiejętności, ale on też doceniał moją inteligencję.
-
Dlatego proszę was o radę - kontynuowałam - chodzi mi o to, że Theresa musi pojutrze
wrócić do Washington, bo ma tam pracę. Mark kończy swoją pracę ze mną i również
musi nas opuścić. Was dwojga nie chcę zatrzymywać tu, w Stanach, zwłaszcza, że
Frank będzie miał niedługo pierwsze dziecko, a ty, Sara, powinnaś odwiedzić chorą
mamę. Więc, proszę, zastanówcie się, pytam was o to, gdzie mogłabym się ukryć i zamieszkać przez jeden miesiąc, żebym
tam mogła pracować, a żebym była bezpieczna. Żebyście nie musieli się o mnie martwić.
Wszyscy
zamilkliśmy, a ja stopniowo pogrążyłam się w desperacji.
Nie
wiedziałam, czy dobrze zrobiłam ufając im.
Od
piętnastego roku życia nie ufałam nikomu.
Guwernantkom
i służbie w domu nie ufałam od czasu, kiedy kolejna guwernantka rozmawiając z
pokojówką wyśmiewała się ze mnie, nazywała mnie „rozwydrzonym bachorem” i,
sądząc, że ich nie słyszałam, mówiła o tym, jakim „łatwym celem” i „smacznym
kąskiem” byłby mój owdowiały tata, jeśli tylko mogłaby go namówić na odesłanie
mnie i szkoły z internatem.
Miałam
zaledwie siedem lat.
Nie
wiedziałam o czym mówiła, ale dotknęło mnie to, jak bardzo była fałszywa, skoro
do mnie mówiła Słodka Dziewczynko, Słoneczko i Mądralko, a za plecami mówiła, że byłam głupia i niezdarna.
A
pokojówka jej przytakiwała ze śmiechem.
Jeszcze
wtedy płakałam.
Nie
wiedziałam, że to było nieładne.
Pobiegłam
do swojego pokoju, zakopałam się w poduszki i beczałam tak długo, aż
guwernantka znalazła mnie, wyciągnęła z pokoju i zganiła, bo nie chciałam jej
powiedzieć, czemu płakałam.
Dowiedziałam
się, że mój pokój nie był oazą bezpieczeństwa.
Nigdy
późnej nie zwierzyłam się nikomu ze służby.
Ucząc
się w domu nie miałam nawet koleżanek, a co dopiero przyjaciółek.
Mój
tata nie widział potrzeby, żebym przebywała z dziećmi w moim wieku.
Potem
dowiedziałam się, a może raczej domyśliłam się, wydedukowałam, że chciał mnie chronić przed zranieniem.
W
renomowanym liceum, do którego chodziłam na żądanie babci, miałam ten niemiły
incydent z chłopakiem, po którym jeszcze bardziej się odizolowałam i nauczyłam
się ukrywać za maską chłodu i etykiety.
I
ćwiczyłam moje zdolności ukrywania się przed ludźmi.
Do
perfekcji.
Dlatego
mogłam uciec przed nimi.
Mogłabym
spróbować uciec nawet teraz, kiedy po moim przyznaniu się byliby bardziej
czujni i pilnowaliby mnie w dzień i w nocy.
Ale
nie chciałam tego robić.
Bo
przez ten jeden tydzień w Aspen poczułam się prawie tak, jakbym miała grono
prawdziwych przyjaciół.
Dlatego
ich milczenie mnie dotknęło.
Zamknęłam
powoli oczy i poczułam coś, czego nie czułam nawet przez te wszystkie lata,
kiedy kolejne guwernantki i nauczycielki traktowały mnie jak swój nielubiany
obowiązek.
Samotność.
-
Myślę, że będę mógł ci pomóc, jeśli wybierzesz Salt Lake City - powiedział
nagle Mark.
To
było tak, jakby ktoś otworzył mi drzwi.
Poderwałam
głowę i otworzyłam oczy, by na niego spojrzeć w tym samym momencie, kiedy
odezwali się pozostali.
-
Nie muszę jeszcze wracać do Europy - oświadczyła Sara cicho, ale zdecydowanie.
Przeniosłam
na nią wzrok.
Zamrugałam
z zaskoczenia.
-
Nie mogę cię prosić… - zaczęłam.
-
Nie prosiłaś - przerwała mi.
Sara…
mi… przerwała!
Prawie
lekko rozchyliłam usta, patrzyłam na nią oniemiała i poczułam cudowne ciepło,
rozchodzące mi się od serca po klatce piersiowej.
-
Moja córka ma się urodzić dopiero za miesiąc - powiedział w tym czasie Frank -
Więc jeśli chodzi o miesiąc, to mogę zostać.
Spojrzałam
na niego równie zaskoczona.
No
więc dobrze, to było oficjalne.
Miałam
przyjaciół.
I
nie wiedziałam, jak się czułam, bo to było dla mnie całkowicie nowe
doświadczenie, więc nie wiedziałam również, jak zareagować.
Ale
mój organizm wiedział.
Po
raz pierwszy od tamtego incydentu sprzed niecałej dekady poczułam łzy
szczypiące mnie w oczy, więc zamknęłam je, odwróciłam się lekko i zaczęłam
oddychać płytko, wręcz spazmatycznie, żeby się opanować.
-
Lisa - mruknęła Sara delikatnie, a potem poczułam, że podeszła do mnie i
ukucnęła blisko moich kolan - Nie wiem dlaczego do tej pory mi nie ufałaś.
Spojrzałam
na nią, ale nie mogłam się odezwać.
Kolejny
wdech wciągnięty przeze mnie nie pomógł.
-
Ale naprawdę jestem twoją
przyjaciółką - ciągnęła dalej, a mnie łzy popłynęły po policzkach.
Ciche,
niepowstrzymane łzy.
Jak
nigdy.
Podniosła
się i objęła mnie, a ja zesztywniałam na sekundę, zanim rozluźniłam się w jej
objęciach.
-
Już dobrze - szepnęła mi do ucha - Możesz płakać.
-
Księżniczki nie płaczą - próbowałam powiedzieć, ale zabrzmiało to jak chlipanie,
bardzo nieelegancko.
Musiałam
się opanować.
-
Przepraszam - mruknęłam, chrząknęłam i podniosłam się, by pójść do swojej
sypialni, ale w progu odwróciłam się do nich i powiedziałam szeptem - Zaraz
wrócę.
*****
Mark
Kiedy
Lisa wyszła, Mark nie odzywał się do innych, którzy przez chwilę trwali w
bezruchu, popatrzył na nich, a potem po prostu poszedł do gabinetu, bo musiał
zadzwonić.
Nie
odezwał się, bo nie było nic do powiedzenia.
To
był czas, by działać.
Cholernie
nie lubił tego, że od następnego tygodnia zaczynał kolejną pracę i to z dala od
domu.
Mark
czuł, że był jedynym z tego grona, który mógł coś zrobić.
W
chwili, kiedy powoli i cicho zamykał za sobą drzwi do gabinetu, zobaczył, że pozostali
wciąż siedzieli w salonie i nawet Theresa przykucnęła bokiem na oparciu kanapy,
kiedy zbili się w ciaśniejszą grupkę, najwidoczniej bardzo przejęci tym, co się
właśnie wydarzyło, jakby chcieli o tym pogadać.
-
Powinna zmienić kolor włosów - mruknęła Theresa.
-
Nie zgodzi się - powiedział półgłosem Frank.
-
Może już teraz się zgodzi - dodała Sara.
Planowali
zapewnienie jej bezpieczeństwa.
To
Mark rozumiał.
Po
tych kilku dniach zauważył, że się o nią martwili.
Ale
Lisa…
Mark
tego nie rozumiał.
Nie
do końca.
Lisa
miała wszystko.
Dom,
dobre wychowanie, wykształcenie, pieniądze.
Była
opanowana, spokojna, zdecydowana w swoich działaniach.
Więc
dlaczego powiedziała Nie mam przyjaciółki,
dlaczego Sara, z którą utrzymywała sztywne stosunki służbowe, była jej
najbliższa i skąd tyle wiedziała o Franku i innych, a nie wspomniała słowem o
swojej rodzinie.
Wiedział,
że jej rodzice nie żyli i że nie miała rodzeństwa, ale przecież to była rodzina królewska.
Duża.
Nie
rozumiał.
Jak
można być samotnym w dużej rodzinie?
Mark
nie miał licznego rodzeństwa, ale wielu jego kumpli miało duże rodziny i
widział, jak wszyscy w tych rodzinach się wspierali.
-
Mark - usłyszał po drugiej stronie znajomy głos, kiedy uzyskał połączenie - Co
słychać synu?
-
Hej, tato - odpowiedział - Myślę, że potrzebuję twojej pomocy.
Przez
kilka sekund nic nie słyszał.
Czekał.
Tak,
sytuacja była nietypowa.
Odkąd
Mark skończył szesnaście lat, nigdy
nie poprosił swojego taty o pomoc, chociaż zawsze wiedział, że by ją otrzymał.
Wszystko
w swoim życiu chciał osiągnąć sam.
Był
ich jedynym synem, ale nie rozpieszczali go.
Jednak
jego oboje rodzice zawsze go
wspierali, cokolwiek w życiu chciał zrobić, jakąkolwiek drogę obierał.
Nawet
jeśli nie do końca to popierali lub bali się o niego.
Mark
to wiedział.
-
Mów - powiedział mu do ucha major Daniel Taylor, jego tata.
Więc
Mark powiedział.
Opowiedział
swojemu tacie wszystko, co wiedział o swojej obecnej młodej klientce, która
była bardzo ważna i mogła łatwo stać się celem szaleńca, ale pragnęła odpoczynku.
Nawet
jeśli Mark cholernie naprawdę nie
umiał określić tego, od czego miałby to być pieprzony odpoczynek.
Od
kolacji i bali?
Tata
Marka był w SLC policjantem ze służb specjalnych, SWAT, więc znał różne
sytuacje i miał rozwiązanie dla wielu problemów.
A
poza tym miał rozległe znajomości, a od dawna mieszkał z mamą Marka w Salt Lake
City, więc niedaleko od Aspen.
Skoro
Lisa tak desperacko pragnęła wakacji, to będzie je miała.
Taka
kobieta powinna mieć wszystko, czego potrzebowała.
W
ciągu tych kilkunastu dni Mark dowiedział się czegoś o sobie, bo dowiedział się
czegoś o Lisie.
Zrobiłby
wszystko, żeby ta młoda kobieta poczuła się dobrze, jeśli nawet nie wiedział,
dlaczego tak się nie czuła.
Głównie
dlatego, że nie była Królową Lodu, za jaką ją uważał na początku.
Pewnego
dnia bowiem, kiedy byli w domku sami, bo pozostali wyszli na spacer, Mark
usłyszał, jak Lisa rozmawiała przez Internet z kimś sobie bardzo bliskim.
Dało
się to wyczuć w ciepłym tonie jej głosu.
-
Dobrze, kochanie - powiedziała łagodnym, czułym głosem, co Mark odczuł w głębi swoich
trzewi, kiedy podszedł do jej drzwi, bo chciał sprawdzić, czy czegoś nie
potrzebowała, więc zatrzymał się w miejscu - Cieszę się, że miałaś taki
wspaniały dzień. A teraz, czy możesz poprosić mateczkę Chloe do laptopa?
Chciałam zamienić z nią kilka słów.
-
Dobrze, ciociu Caro - Mark usłyszał z głośnika radosny głosik dziewczynki,
który brzmiał, jakby rozmówczyni Lisy nie miała więcej niż kilka lat.
-
Caro! - z głośnika rozległ się radosny
głos dorosłej, a Mark bezwstydnie podsłuchiwał, bo koniecznie chciał się
dowiedzieć, kto z rodziny królewskiej zasługiwał na taką miłość, jaką dało się
słyszeć w głosie Lisy.
-
Witaj Chloe - powiedziała Lisa cichym, ciepłym głosem.
-
Gdzie jesteś? - zapytała tamta - Martwiliśmy się. Dzieci dopytają mnie kiedy
nas odwiedzisz. Przecież wiesz, jak lubią twoje wieczory z książkami.
-
Obiecuję, że się odezwę, ale na razie jeszcze jestem w Stanach - wyznała Lisa
swojej rozmówczyni.
-
Och - westchnęła tamta - Czytaliśmy o tobie i dzieci widziały zdjęcia z tamtymi
dziećmi z parku. Trochę im zazdrościły, ale przecież i tak mają cię więcej i
częściej, niż tamte.
-
Ojej - zmartwiła się Lisa - Nie pomyślałam o tym, że mogli mi zrobić zdjęcia.
Nie chciałam sprawiać przykrości moim
dzieciom.
-
Tak im powiedziałam - zaśmiała się Chloe - Że powinni zawsze pamiętać, że są twoimi dziećmi. Tak dużo dla nas robisz.
-
Och - żachnęła się Lisa - to same głupstwa. Drobiazgi. Lepiej opowiedz, czy
udało się załatwić tamtą sprawę.
Zaczęły
rozmawiać o jakiejś procedurze, po której Mark wreszcie dowiedział się, że
Chloe była matką zastępczą, a dzieci „Lisy” były pod jej opieką.
Więc
Mark dowiedział się, że Lisa nawet podczas swojego odpoczynku, myślała o pracy,
jaką zostawiła w Anglii.
Widocznie
miała serce bardziej ciepłe, niż miałaby jako Królowa Lodu.
Więc
Mark chciał jej pomóc i zorganizować jej odpoczynek.
*****
Lisa / Caroline
Kiedy
się trochę opanowałam i wróciłam do salonu, wydawało się, że Sara, Frank i
Theresa już wszystko wymyślili i uzgodnili.
Marka
tam nie było.
Siedzieli
we trójkę obok siebie na kanapie i dyskutowali zawzięcie, a kiedy weszłam do
salonu, popatrzyli na mnie i na każdej twarzy widziałam troskę przemieszaną z
jakimś podnieceniem.
Nie
zdążyłam się odezwać, kiedy zaczęli.
-
Theresa ma świetny pomysł - oznajmiła mi Sara.
-
Tak? - spytałam ostrożnie, niezbyt pewna, czy chciałam to usłyszeć, ale drugiej
strony, przecież po to ich pytałam.
Chciałam,
żeby mieli pomysły.
-
Koniecznie powinnaś przefarbować włosy - powiedziała Sara zdecydowanym tonem -
Te są zbyt łatwe do rozpoznania.
Zatrzymałam
się w pół kroku i podniosłam rękę do moich rozpuszczonych rudych loków, a potem
zagryzłam dolną wargę, czego nigdy dotąd nie robiłam.
Chyba
całkiem przestawałam panować nad swoimi odruchami.
-
Nie farbą - gorąco zapewniła Theresa - Szamponem koloryzującym. Po miesiącu
zejdzie, zmyje się.
Ojej,
chyba faktycznie rozmawiali o tym i przewidzieli moje obawy.
-
Ale, ja… - zawahałam się.
-
To byłoby dla twojego bezpieczeństwa - powiedział cicho Frank.
Tak,
rozumiałam to, ale nie chciałam iść z tym do zakładu fryzjerskiego, a nie
umiałam tego zrobić sama.
Nie
zdążyłam nic powiedzieć.
-
Pomogę ci - dodała Sara cichym głosem, udowadniając, że zna mnie i rozumie moje
rozterki - Zrobimy to tutaj, w łazience.
Stałam
tam i patrzyłam na nich, kiedy Sara wstała i podeszła do mnie.
-
Potrzebujesz się oderwać od tamtego życia - powiedziała - Nabrać dystansu i
poznać siebie. Znaleźć swój cel.
-
Tak, wiem - szepnęłam, bo właśnie do mnie dotarło, że dokładnie tego potrzebowałam.
Musiałam
poznać siebie, zanim babcia zwiąże
mnie z jakimś mężczyzną, który nie pasowałby do mnie, a ja bałabym się później
z nim rozwieść.
Więc
najpierw musiałam wiedzieć, czego ja
chciałam.
-
Więc my ci w tym pomożemy - mówiła dalej Sara - Frank i ja zamieszkamy
niedaleko ciebie i możemy udawać rodzeństwo. Sprawimy, że będziesz miała swoje życie,
a jednocześnie będziesz bezpieczna.
Skinęłam
tylko głową, bo nagle zostałam pozbawiona zdolności mówienia, bojąc się, że
znowu się rozkleję.
Wdzięczna.
Byłam
im bardzo wdzięczna za lojalność, za przyjaźń.
-
Zamieszkasz w Salt Lake City - usłyszałam stanowczy głos macho-Marka, co może
było dobrym rozwiązaniem, bo to miasto było niezbyt daleko, ale ten władczy ton
mnie zdenerwował.
Mark
był zawsze tak strasznie apodyktyczny.
Wyprostowałam
się, napinając plecy, poczułam, że kark mi zesztywniał, zmarszczyłam brwi i
odwróciłam w jego stronę.
Pohamowałam
z trudem swój temperament, ale irytacja spowodowana jego apodyktycznością
przynajmniej pomogła mi opanować łzy.
Kiedy
wspomniał o tym wcześniej, niczego nie wyjaśnił, więc nie wiedziałam, czemu
nalegał akurat na to miasto, które był tak samo dobrym wyborem, jak wszystkie
inne.
Napięta
jak struna czekałam na jego słowa.
-
Mieszkają tam moi rodzice - częściowo wyjaśnił, wciąż mówiąc do mnie tym samym
despotycznym, apodyktycznym tonem, a ja prawie otworzyłam usta z szoku.
Jak
to?
Chciał
mnie umieścić u swoich rodziców?
Ubezwłasnowolnić
jak małe dziecko?
Poczułam,
że moje zdenerwowanie wzrasta w zastraszającym tempie, więc zacisnęłam usta, policzki
mi się rozgrzały i oddychałam szybciej przez nos, ale nie zdążyłam nic
powiedzieć, kiedy kontynuował.
-
Mój tata jest tam szefem w policji, więc zna wielu ludzi i może nam pomóc.
Znajdzie dla was bezpieczne, niezależne lokum i będzie miał oko.
-
Nie - powiedziałam krótko, ale ponownie Sara zaczęła mówić, zanim dodałam coś
więcej.
Cokolwiek.
Nie
wiedziałam, że Sara potrafiła być taka zdecydowana i mieć tak dużą siłę
przebicia się ze swoimi pomysłami.
Nie
znałam jej od tej strony.
-
To mogłoby nam naprawdę pomóc - powiedziała do Marka - Lisa - zwróciła się do
mnie sugestywnym tonem - Będziemy mieli mieszkania, ty swoje, a my swoje jako
rodzeństwo, więc nikt nie musi wiedzieć, że jesteśmy razem. Ot, Anglicy, którzy
trzymają się blisko, żeby im było raźniej. I Mark pomoże ci znaleźć pracę - na
ten pomysł znowu zacisnęłam usta, chociaż tym razem nie ze złości, ale dlatego,
że to Mark miał nam pomagać.
Nie
wiedziałam dlaczego, ale naprawdę nie chciałam tego, żeby on nam pomagał.
Z
jakiegoś nieracjonalnego powodu chciałam być niezależna od niego, pokazać mu,
że dam sobie radę, że nie jestem niezaradna.
A
potem pomyślałam przez chwilę i doszłam do wniosku, że to miało sens.
-
Dobrze - powiedziałam, nadal bardziej do Sary, ale później zwróciłam się
sztywno do Marka - Dziękuję.
-
Nie ma za co - powiedział do mnie równie oficjalnie - Mój tata szuka ci teraz
mieszkania. Zabiorę Theresę i pojedziemy na samolot do Denver jednym autem, a
Frank weźmie drugie i pojedziecie razem. Myślę, że powinnaś sobie w SLC wynająć
samochód dla siebie na ten miesiąc zaraz, jak tam dotrzecie.
-
Tak - szepnęła Sara, a potem powiedziała nieco głośniej - …to świetny pomysł… -
zwróciła się do mnie - lepszy niż kupno, bo do tego wystarczy prawo jazdy.
Skinęłam
głowa, bo to było jedyne logiczne rozwiązanie, jeśli chciałam być w miarę
niezależna.
-
Tylko że ja nigdy nie prowadziłam w takim śniegu - wyraziłam na głos swoją
obawę - zwłaszcza w górach.
Mark
spojrzał na mnie poważnie, jakby się nad czymś zastanawiał.
-
To może wsiądziesz za kierownicę ze mną jako pasażerem - zaproponował -
najlepiej od razu. Poćwiczysz dopóki masz odwagę.
Znowu
poczułam irytację i wyprostowałam się.
Sądził,
że się bałam.
Też
coś.
-
Okej - powiedziałam cicho, używając słówka, które właśnie ćwiczyłam, bo
pomyślałam, że bardziej pasuje w Stanach niż moje dawne „oczywiście”, a potem wstałam
- ubiorę się - powiedziałam i skierowałam się do swojej sypialni.
-
Myślę, że powinnam pójść do sklepu - powiedziała Theresa i również się
podniosła, a ja się zatrzymałam na sekundę.
Natychmiast
po nas podniósł się Frank.
Wiedziałam,
że mogłam na niego liczyć.
Zebrał
się, żeby towarzyszyć Theresie.
Spojrzałam
na Sarę i wreszcie lekko się
uśmiechnęłam.
Uśmiechnęła
się do mnie w odpowiedzi.
To
było oficjalne.
Ta
część wakacji się skończyła.
A
ja miałam przyjaciół.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń