czwartek, 20 października 2022

14 - Bądź sobą

 

 

Rozdział 14

Bądź sobą[1]

Mark

 

 

Tydzień później

Mark wracał Escalade’ą swojego pracodawcy do domu po ostatnim dniu, spędzonym w Aspen.

Jego praca tam nie skończyła się, ale od tego momentu mógł ją kontrolować przez komputer i telefon.

To było dobre, bo będzie spędzał więcej czasu z Lisą, ale Mark musiał przyznać, że to zadanie dało mu cholernie dużo satysfakcji.

Przede wszystkim ze względu na sposób, w jaki szkoleni przez niego ochroniarze odnosili się do niego i do jego rad czy zaleceń.

Cholernie dobre było uczucie, że doceniają jego doświadczenie, że słuchali go i wypełniali jego polecenia.

Tak. Mark musiał przyznać, że Lisa miała rację.

Ta praca naprawdę dużo mu dała i to nie tylko pod względem finansowym, chociaż to też nie było do bani.

Mark zaczął wspominać ich tydzień, bo wreszcie dowiedział się, dlaczego Lisa była wciąż taka ostrożna w marzeniu o ich wspólnej przyszłości.

Dwa dni wcześniej byli razem z Lisą, po Marka powrocie z pracy, późnym wieczorem, w mieszkaniu Filipa, który zadzwonił do Marka wcześniej w ciągu dnia i umówił ich na rozmowę przez Skype’a z adwokatem Lisy.

Mark i Filip byli przy tej rozmowie, więc dowiedzieli się, że dziadek Lisy ze strony jej mamy założył dla niej fundusz powierniczy, który zostanie dla niej otwarty do wypłaty w dniu jej dwudziestych drugich urodzin, ale tylko wtedy, jeśli nadal się będzie uczyła, na przykład kończyła studia magisterskie, lub podjęłaby jakąś pracę.

Ujawniono to ze względu na śmierć głównego prowadzącego fundusz i likwidację jego biura, chociaż adwokatka Lisy mówiła o jakichś nieprawidłowościach, występujących już wcześniej.

Jeśli Caroline nie dożyłaby do tego czasu, albo nie studiowałaby czy pracowała, tylko wyszłaby za mąż i zajmowałaby się dziećmi, fundusz miał przejść na jej kuzyna, Henry’ego, który, tak się składało, był ulubieńcem księżnej Charlotty.

Kiedy o tym rozmawiali po rozłączeniu się Lisy z adwokatką, wnioskiem dla nich wszystkich było to, że jej babka za pomocą wybranego przez siebie męża Lisy chciała oderwać ją od studiowania, zmusić do pozostania w domu przy dziecku i w ten sposób pozbawić ją pieniędzy z funduszu na rzecz swojego ulubieńca.

Lisa nie przejmowała się tym, że mogłaby utracić pieniądze, co Marka nie zdziwiło, odkąd dowiedzieli się, ile tak naprawdę miała po rodzicach, ale zdenerwowało ją to, że to było motywem działania jej babki.

Myśli Lisy bardziej zajmowało jednak coś innego i dopiero, kiedy mu się zwierzyła, Mark dostrzegł, jak bardzo smutne było jej dzieciństwo.

Miała tatę i babcię, ale nie miała miłości.

Dyskutowali o tym później, po powrocie do domu, aż Lisa stwierdziła, że nie chce dłużej myśleć o babce, więc Mark też dał spokój.

Może faktycznie nie powinna myśleć o tym, pozostawić to za sobą.

Poprzedniego dnia natomiast byli we dwoje u rodziców Marka w ich domu na kolacji, z której Mark już nie mógł i nie chciał dłużej się wykręcać, chociaż wiedział, że jego mama zdenerwowałaby się na widok jego opatrunku.

Zawsze się o niego bała.

Dlatego Mark tego dnia zdjął temblak i powiedział Lisie, żeby rozwinęła mu część bandaża z żeber, żeby mógł trochę poruszać ręką.

Niechętnie, ale zrobiła to.

Natomiast Lisa jechała w te odwiedziny bardzo niespokojna.

Mark nie mógł tego zrozumieć, bo wiedział, że zaakceptują ją, bo kochali jego, więc wiedział, że wystarczy, że ją poznają i zobaczą, jaka jest z nim.

Zauważył jednak, że zmieniła kolor paznokci u rąk i nóg i miała skrócone włosy, więc zależało jej na pierwszym wrażeniu.

To samo dotyczyło jej stroju, bo po raz pierwszy od jej przyjazdu widział ją w sukience, co bardzo mu się podobało.

Kiedy weszli do domu rodziców, Mark od razu po zapachu poznał, że mama zrobiła klopsy w sosie pomidorowym, jego ulubione w dzieciństwie.

Otworzył im jego tata i przywitał Lisę bardzo ciepło, chociaż Mark zauważył po jego lekkim napięciu, że badał ją i zamierzał obserwować.

Tak samo, jak obejrzał rękę Marka i dostrzegł, ale nie skomentował jego mniejszą ruchomość.

Nic dziwnego, bo zwykle zauważał.

Mark zamierzał pozwolić swojemu tacie na obserwowanie Lisy, bo był spokojny o efekt.

O jego ręce porozmawialiby kiedy indziej.

Mama Marka, która wyszła aż do przedpokoju, by ich przywitać, była ubrana w ładną sukienkę i uczesana, jak zwykle nie zdarzało jej się chodzić po domu, a robiła to dopiero wtedy, kiedy wiedziała, że będą mieli gości.

Przywitała się, ogarnęła ich wzrokiem i zrobiła coś niespodziewanego.

Objęła Lisę, jak obejmowała siostrę Marka, ale nigdy nie objęła Vivian.

Spędzili tam ponad godzinę, podczas gdy Lisa się odprężała, słuchając opowieści o dzieciństwie i młodości Marka, śmiejąc się z niektórych, a mama Marka była coraz bardziej szczęśliwa.

Na koniec, kiedy wychodzili, mama zatrzymała Marka i szepnęła mu do ucha - Lubię ją. Jest idealna.

Mark to lubił, a może nawet kochał.

A potem, kiedy wracali do domu SUV-em Lisy, ta była milcząca, ale uśmiechnięta, by wyjawić swoje myśli dopiero w domu.

- Dziękuję ci - szepnęła do niego, kiedy już wjechała do garażu, zamknęli i zabezpieczyli dom, weszli do remontowanego salonu i stanęła naprzeciwko niego, by zarzucić ręce na jego ramiona - Dziękuję, że pokazujesz mi taką cudowną rodzinę i mogę z wami być.

Tak.

Mark to kochał.

I pokazał jej to na swój sposób.

*****

Lisa

Stałam w naszym salonie i patrzyłam na prawie skończony kominek i wyobrażałam sobie, jak będziemy tutaj spędzali z Markiem czas na oglądaniu telewizji i przytulaniu się.

Może również z przyjaciółmi?

Myślałam o tym, jak cudownie było mieć dom.

Może znalazłabym kilka pamiątek po mamie, żeby tutaj umieścić.

Dzisiaj dostałam od Sary wiadomość, że nadali z Frankiem dla mnie dużą walizkę z moimi rzeczami, która miała być dostarczona jako przesyłka lotnicza do Washington pojutrze i czekać tam na mnie dwa dni, więc musielibyśmy jutro lub pojutrze polecieć z Markiem, by zanocować tam dwa dni w hotelu.

Miałam nadzieję, że Mark będzie mógł ze mną lecieć, bo bardzo nie chciałam tego robić sama.

Mogliśmy poprosić o przesłanie jej pocztą lotniczą do SLC, ale stwierdziłam, że był najwyższy czas, żebym pojechała porozmawiać z ambasadorem Josephson’em, bo nie poinformowałam go o tym, że byłam w Stanach, a poprzednio był dla mnie taki miły.

Musiałabym przedyskutować to z Markiem.

Lubiłam z nim rozmawiać o różnych sprawach, bo zwykle podczas naszych rozmów przychodziły mi do głowy nowe pomysły, a czasem to Mark mi coś podpowiadał.

Nigdy tego nie miałam i stwierdziłam, że powinnam była spróbować tego wcześniej, chociaż… cóż, nie miałam z kim.

Kiedy kilka dni temu rozmawiałam w mieszkaniu Filipa z moją adwokatką, poczułam się co najmniej dziwnie.

Jej rewelacje były dziwne.

A potem wnioski, które wyciągnęli Mark i Filip, kiedy dyskutowali o tym po zakończeniu mojej rozmowy, przygnębiły mnie, bo potwierdziły to, co sobie sama wtedy wymyśliłam.

Nigdy w swoim życiu nie sądziłam, że moja babka Charlotta była do mnie nastawiona aż tak wrogo, przedmiotowo.

Myślałam, że przez cały czas po prostu chciała być ze mnie dumna, a ja nie dawałam jej zbyt wielu powodów, więc była mną rozczarowana.

Tak, jak mój tata.

Adwokatka powiedziała mi również, że z moimi rzeczami, które wysłali mi Sara i Frank, przesłała mi list, który był również u tamtego prawnika, który zajmował się tym funduszem powierniczym stworzonym dla mnie przez mojego dziadka.

Był to list, który napisał do mnie mój tata i miał mi on być oddany po ukończeniu przeze mnie dwudziestu jeden lat.

Nie potrzebowałam tych pieniędzy.

Chociaż mogłabym je wykorzystać w mojej fundacji, dla dzieci.

Nie chciałam czytać tego listu.

Nie chciałam mieć niczego, co przypominałoby mi tatę.

Po powrocie tego dnia do domu, kiedy rozmawialiśmy o mojej rozmowie z adwokatką, Mark zauważył, że byłam przygnębiona i zamyślona, więc zaczął dopytywać się o powód.

Pocieszał mnie, mówiąc, że babka Charlotta została w Anglii i stamtąd nie może mi nic zrobić.

W końcu przyznałam mu się, że nie o to chodziło, więc zapytał:

- To o co? - i zaraz dodał - Przecież widzę, że coś cię martwi.

Nie martwiło, ale smuciło.

Powiedziałam to Markowi, skoro mieliśmy rozmawiać.

Dla własnego dobra powinien mnie lepiej poznać i dowiedzieć się jak bardzo byłam wybrakowana.

Więc, kiedy po naszej kolacji leżeliśmy na łóżku w pokoju gościnnym, a Mark przytulił mnie mocno do swojego boku, powiedziałam mu.

- Moim najstarszym wspomnieniem - mówiłam spokojnym głosem, w którym nie było emocji, bo to było -  jest to, jak leżałam w swoim pokoju sama przed telewizorem i oglądałam film. Często to robiłam, bo nie miałam z kim spędzać czasu. Całe dni miałam zajęte różnymi lekcjami, kursami, zawodami. Ale nie wieczory. Zostawałam sama wieczorami w swoim pokoju. Lubiłam wtedy oglądać filmy, które przedstawiały dom, rodzinę, mamę zajmującą się dziećmi, babcię, która je przytulała, tatę wracającego do domu po pracy i witanego przez wszystkich z głośną radością - Mark zacisnął przez chwilę ramię na moich plecach, więc wiedziałam, że wiedział, że ja wiedziałam, że on to miał - Mój tata nie pozwolił mi biegać po pokoju, krzyczeć, podskakiwać, bo to nie wypadało, więc ja jego tak nie witałam - nie było goryczy w moim głosie, najwyżej nutka smutku - Brałam specjalne lekcje dobrych manier, żeby to wyćwiczyć. Tata po powrocie z pracy zaglądał do mnie, wchodząc do mojego pokoju, kiedy ja mogłam tylko pocałować go w policzek, pytał, czy odrobiłam lekcje, a potem o to, jakie zdobyłam nagrody, jakie miałam sukcesy. A jak nie miałam żadnych, pytał mnie dlaczego.

Przerwałam na sekundę, żeby zebrać myśli, bo za dużo wspomnień przeszło mi wtedy przez głowę.

Skupiłam się na jednym.

- W liceum, bo wcześniej uczyłam się w domu i nie poznałam żadnych dzieci w moim wieku, zazdrościłam moim koleżankom, które potrafiły się swobodnie śmiać, szeptały do siebie na przerwach sekrety, chichotały, przytulały się do siebie i do chłopaków. Ja tego nie umiałam - wciągnęłam przerywany wdech, bo to było trudne - To dlatego dałam się owładnąć przystojnemu kapitanowi szkolnej drużyny polo, kiedy zwrócił na mnie uwagę - skończyłam szeptem.

Przycisnęłam policzek do piersi Marka, który leżał nieruchomo i bardzo cicho, a potem zdecydowałam się wyłożyć mu wszystko tak, jak się umawialiśmy.

Mieliśmy wypracować to, jak będziemy razem.

Musiał wiedzieć.

- Ja nie wiem, jak być z kimś, Mark - szepnęłam - Naprawdę nie wiem. Nie umiem tego, bo nikt nigdy mi nie pokazał. Nie umiałam nawet rozmawiać, dopóki mi nie pokazałeś jak. Nie miałam prawdziwego domu, więc nie potrafię go stworzyć.

Chciałam mówić jeszcze więcej, ale wtedy ciało Marka pode mną zaczęło się dziwnie trząść, a potem to usłyszałam.

Śmiał się.

No wiecie co.

Mark śmiał się z tego, co mu powiedziałam.

Nie wiedziałam, co miałam z tym zrobić, ale nie czułam się dobrze.

- Lisa - powiedział z rozbawieniem w głosie, ale nie śmiejąc się, kiedy zamarłam, a potem zaczęłam się odsuwać, więc przyciągnął mnie z powrotem do siebie - Ty już jesteś z kimś. Ze mną. I robisz to wspaniale. Dbasz o mnie, martwisz się. Również już tworzysz dom. Nasz dom. Nie mówię o remontach, ale o drobiazgach, jakich ja bym nie wymyślił, bo tylko kobieta potrafi to zrobić. A życie składa się z drobiazgów.

Podniosłam się do podparcia na lewym łokciu i oparłam prawą dłoń na jego piersi, żeby widzieć jego oczy.

Zapomniałam jak się oddycha, otworzyłam usta, ale nie wydobyłam żadnego dźwięku, bo dotarło do mnie, że miał rację.

Nie wiedziałam, czy robiłam to „wspaniale”, ale, tak, byłam z nim.

Mark nagle spoważniał, wciągnął dużo powietrza do płuc i wypchnął je powoli, sycząco, jakby się zdecydował coś powiedzieć.

Przygotowałam się.

- Miałem kiedyś żonę. Miała na imię Vivian - przyznał i zamarłam - Rozwiedliśmy się.

Oddychałam płytko i ostrożnie, żeby nie wydawać przy tym dźwięku.

- Kochaliśmy się, a przynajmniej tak mi się wydawało - mówił, a mnie coś zaczęło dławić w gardle - Zacząłem marzyć o rodzinie, więc jej się oświadczyłem. Kiedy się zgodziła wyjść za mnie, byłem szczęśliwy. Zacząłem planować dom, rodzinę, dzieci.

Mark nagle odwrócił się na prawy bok, a ja upadłam głową na poduszkę, więc leżeliśmy do siebie twarzami, kiedy jego lewa ręka była między nami.

Przycisnęłam swoje ręce do piersi i skuliłam się.

Nie mogłam patrzeć w jego oczy, bo bałam się, że się rozpłaczę, więc wtuliłam twarz w jego koszulkę.

Kochał ją, był szczęśliwy.

- Lisa, kochanie, patrz na mnie - powiedział czule i delikatnie wsunął swoją prawą rękę w górę moich pleców, a potem swoje palce w moje włosy na karku, by podnieść mi głowę - Okazało się, że to tylko ja planowałem - powiedział, kiedy już spojrzałam mu w oczy - Ona początkowo niby godziła się na wszystko, ale ostatecznie, nie mówiąc mi ani słowa, poszła do ginekologa i umówiła się na zabieg podwiązania jajowodów. Nie chciała mieć dzieci. Nigdy. Kiedy się dowiedziałem, była już w szpitalu, więc jak tam dotarłem, mogłem ją tylko odebrać. Było za późno.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc, chociaż mnie paliło, a jednocześnie przesunęłam rękę na jego żebra, bo chciałam go pocieszyć.

- Umówiłem się już wtedy… - Mark mówił delikatnie - na kupno tego domu, dałem zaliczkę, więc nie mogłem się wycofać. Ale znienawidziłem go.

Ojej, wiedziałam.

To Mark chciał tego domu, a nie jego żona.

- Okłamywała mnie na każdym kroku. Poczynając od takich drobiazgów jak pójście do fryzjera czy kupno butów, bo wydawała na takie gówno pieprzoną kupę szmalu, chociaż sama nigdy nie zarabiała  - powiedział mi, a ja znowu poczułam ściskanie w piersiach - To nie było bycie razem. Ona nie wiedziała, jak się tworzy dom.

- Och - szepnęłam, kiedy dotarło do mnie, co chciał mi powiedzieć.

Tak, jak ja udowadniałam mu, że był najlepszym ochroniarzem, mówiąc mu o moich doświadczeniach, on teraz chciał mi udowodnić, że dam radę być z nim i stworzyć mu dom, opowiadając mi o jego doświadczeniach.

Zagryzłam wargi i opuściłam głowę, by znowu schować twarz w jego koszulce.

- Dbasz o mnie - mówił Mark nad moją głową - Lubisz dbać o nasz dom. Sprawiłaś, że go pokochałem. Lubisz mi to dawać i to widać.

Podniosłam głowę, bo lubiłam.

Nie wiedziałam, że aż tak było to po mnie widać.

- Dziękuję ci - szepnął Mark i zaczął zginać kark, by sięgnąć do moich ust.

Nagle poczułam radość, bo mu uwierzyłam.

Mogłam być z nim.

Mogłam mu stworzyć dom.

Więc pokazałam mu swoją radość na taki sposób, jaki oboje lubiliśmy, chociaż pamiętałam o tym, że to ja musiałam wejść na niego, żeby nie zrobił sobie krzywdy w lewe ramię.

Więc kiedy nasz pocałunek się rozgrzał, wodziłam po jego ciele dłońmi i pchnęłam go, żeby położył się na plecach, a potem podniosłam jego koszulkę, zdjęłam ją, zaczęłam badać jego ciało dłońmi i ustami, zdjęłam jego spodnie i slipki, a potem weszłam na niego.

I Mark to lubił.

Do końca.

Naszego wspólnego, chociaż mój był nieco wcześniej, ale jeszcze się nie skończył, kiedy naszedł jego.

A rano wstałam, żeby mu pomóc się wykąpać, ubrać i naszykować mu śniadanie, zanim pojechał do pracy.

Ale wciąż myślałam o tym, jaką niedobrą kobietą była jego była żona.

Dlatego następnego dnia, kiedy Mark wrócił wcześniej, byśmy pojechali w odwiedziny do jego rodziców, byłam podwójnie zdenerwowana.

Mark kochał swoich rodziców.

Byli dla niego bardzo ważni.

Tak ważni, że nie chciał ich przedwcześnie martwić swoim stanem i ukrywał przed nimi to, jakie rany odniósł.

Przede mną też to ukrywał i nie powiedziałby mi nic sam z siebie, ale dowiedziałam się, bo zawiozłam go do szpitala na zmianę opatrunku, a tam powiedzieliśmy, że jesteśmy razem, że jestem jego dziewczyną, więc mogłam być tam przy nim w trakcie tej zmiany.

I zobaczyłam to.

W ramieniu miał zabliźniające się dwa różowe wgłębienia, które lekarz nazwał raną wlotową i wylotową, cokolwiek to oznaczało, i to nie wyglądało źle.

Goiło się.

Gorsze było to, co miał na połączeniu ramienia i klatki piersiowej.

Siedziałam cicho na krześle przy drzwiach, więc lekarz nie zwracał na mnie uwagi, ale Mark co chwilę spoglądał w moją stronę z niepokojem, bo lekarz komentował to, co się stało i to, co mogło być później.

Kula, którą został postrzelony Mark, utkwiła w jego żebrach, więc musieli ją wyjąć, rozcinając jego ciało.

Przecięli przy tym jakieś ważne ścięgno i mięsień, więc rana była większa niż ta na ramieniu i mogła nieść ze sobą komplikacje.

Mark nie mógł wysilać tej ręki i dlatego miał ją przy mocowaną do klatki piersiowej, ale też później czekała go rehabilitacja.

Zamierzałam usiąść po powrocie do domu przy laptopie i dowiedzieć się, jak taka rehabilitacja mogła wyglądać i czy była bolesna.

Kiedy lekarz dawał Markowi maść i zalecenia smarowania tworzącej się blizny, podeszłam i zaczęłam dopytywać go, jak to robić, więc powiedział mi, pokazał i okazało się, że przy okazji robiłabym Markowi masaż.

To było ciekawe, ale nadal nie wiedziałam, czy wystarczające.

Chciałabym zabrać Marka do prywatnego specjalisty i skonsultować to.

Ale bałam się, że czułby się urażony, kiedy zaproponowałabym mu zapłacenie za jego zdrowie, za leczenie i rehabilitację.

Był bardzo przewrażliwiony pod tym względem.

Myślałam o tym, kiedy wracaliśmy do domu, więc, oczywiście, Mark to zauważył i zapytał mnie, co mi chodziło po głowie.

- Cóż - odparłam z wahaniem - Nie sądzisz, że lepszą opiekę miałbyś u prywatnego specjalisty?

- Kochanie - powiedział na to Mark z rozbawieniem w głosie - Nie ma lepszych specjalistów niż tamci. To szpital wojskowy. Oni znają takie rany, takie blizny i sposoby ich rehabilitacji.

- Och - szepnęłam wówczas - Dobrze.

- Ale to naprawdę super, że się o mnie martwisz. Kocham to - dodał Mark nadal z uśmiechem w głosie.

Lubiłam to.

Potem spoważniał.

- Chociaż, tak tylko powiem, gdybym sądził, że potrzebuję zapłacić za prywatnego specjalistę, żeby być w pełni sprawnym, to zrobiłbym to. Mam pieniądze. Zarabiałem naprawdę nieźle - powiedział delikatnie, ale przecież to wiedziałam, bo, chociaż nie ja płaciłam jego pensję, kiedy mnie ochraniał, to Sara potrafiła wydobyć takie informacje - A tata tego gówniarza, którego nie upilnowałem, pokrywa wszelkie koszty. To szejk, więc ma pieniądze. I zapłacił mi naprawdę dużo za moje kłopoty.

- Naprawdę? - westchnęłam i zerknęłam na niego, by zobaczyć, że uśmiechał się delikatnie.

- Naprawdę - odparł delikatnie, ale stanowczo i po tym wiedziałam, że to był koniec naszej dyskusji.

Więc teraz, wiedząc jak ważni byli dla Marka jego rodzice, chciałam wypaść przed nimi jak najlepiej i pokazać im, jaka byłam i że byłam z Markiem.

Przede wszystkim byłam kobietą.

Dlatego właśnie dzień wcześniej poszłam do salonu kosmetycznego i do fryzjera, które mi poleciły Eva i Maggie, by zrobili mi manikiur, pedikiur i żeby Filippe odświeżył moją fryzurę.

Również dlatego założyłam na siebie na tę kolację letnią sukienkę, którą kupiłam u Aleka i Sama za pierwszym razem, jak u nich byłam, ale jeszcze jej nie nosiłam i sandałki, które kupiłam ostatnio.

Sandałki były na niskim koturnie, ale i tak czułam się w nich bardziej kobieco i swobodniej niż w takich całkiem płaskich, sportowych.

Włosy zostawiłam rozpuszczone i tylko ułożyłam z nich fale.

To byłam ja i chciałam, żeby mnie taką poznali.

Ale też chciałam, żeby zobaczyli, że pasowałam do Marka, a przecież on był taki przystojny i męski.

Drugim powodem do mojego zdenerwowania było to, czego Mark powiedział mi, żebym nie robiła, ale i tak zrobiłam.

Nie chciałam iść na pierwszą wizytę z pustymi rękoma, więc poradziłam się Evy, co mogłabym kupić, by ze sobą zabrać, ale nie urazić rodziców Marka i, a może tym bardziej, samego Marka.

Eva powiedziała, żebym nic nie kupowała.

Jeśli już miałabym coś zabrać, to musiałoby być ode mnie.

Więc, ponieważ nie miałam tu nic, co byłoby moje bez kupowania, upiekłam ciasto.

Tartę czekoladową z malinami.

Mark początkowo zrobił dziwną minę, potem zachichotał pod nosem, a potem, kiedy zobaczył, że naprawdę się tym przejęłam, objął mnie i pocałował.

To było jeszcze u nas w domu, bo zobaczył, że wychodziłam z kuchni, trzymając w ręku talerz z ciastem owiniętym folią spożywczą.

Tarta pojechała potem w bagażniku mojego SUV’a w specjalnej skrzynce za zakupy, którą kupiłam, kiedy byłam z Evą w sklepie.

Tata Marka, Daniel Taylor, spojrzał na tartę w moich rękach, kiedy wchodziliśmy do nich do domu i przyjął to z podniesieniem brwi i takim samym dziwnym uśmiechem, jak wcześniej zrobił to Mark.

Identycznym!

Mama Marka, Margaret, przyjęła to z głośnym zachwytem, podziękowaniem i przytuleniem mnie, ale potem, po kolacji, przekonałam się, że sama upiekła trzy ciasta.

Tak, dla naszej czwórki trzy ciasta!

W trakcie kolacji, która była pyszna, zauważyłam, że Mark zjadł dużo klopsików, które zrobiła jego mama, więc zapytałam ją o przepis, mówiąc jej, że uczyłam się gotować.

Mark zaprotestował wówczas, mówiąc wszystkim, jak dobrze gotowałam.

Cóż, może to mu smakowało, co mnie cieszyło, ale nadal - dopiero uczyłam się gotować, bo wcześniej tego nie robiłam.

A potem siedzieliśmy wszyscy w salonie przy kawie, rozmawialiśmy i bardzo dobrze tam się czułam, ale próbowałam zjeść chociaż po małym kawałku z każdego ciasta, które zrobiła mama Marka, żeby jej nie urazić.

Tak nauczyła mnie Eva.

Były pyszne, ale nie dałam rady.

Mark miał rozbawioną minę, kiedy w końcu spojrzałam na niego błagalnie i musiał zabrać mój talerzyk, żeby dokończyć ostatni kawałek, jaki mi nałożyła na niego jego mama.

Kiedy na nią spojrzałam, zobaczyłam, że nie obraziła się, ale patrzyła na to z czułością, jaką widziałam już dwa razy na twarzy Evy.

Miłość mamy do jej syna.

Lubiłam, że Mark to miał.              

Nie lubiłam tego, że nie miał prawidłowo opatrzonej swojej ręki, więc musiałam mu przypominać o tym, że nie mógł nią poruszać i musiałam zabierać mu cięższe rzeczy, jak stos talerzyków, żeby jej nie przeciążał.

Nie robiłam tego głośno, a wręcz starałam się robić to niezauważalnie dla rodziców Marka, skoro tak martwił się, że jego mama mogłaby się zdenerwować, ale nadal robiłam to.

A dzisiaj Mark wracał do domu, do mnie, po ostatnim dniu pracy w Aspen i od tego dnia miał nadzorować ochronę tamtych ludzi przez komputer i telefon.

Kominek nie był skończony, więc nie mieliśmy salonu, ale nasza sypialnia była, dokończyli ją właśnie dzisiaj.

Wstawiliśmy do niej łóżko typu king size z grubym, średnio twardym materacem i czterema dębowymi kolumienkami w każdym rogu, ale bez baldachimu.

Po jego dwóch stronach były dopasowane, ciemne, dębowe szafki nocne, a u nóg niska ława, wyściełana miękką tapicerką i bordowym aksamitem.

W takim samym kolorze była narzuta na łóżko i story w oknie.

W oknie były również białe, gęste firany od sufitu do podłogi.

Na ścianach była położona lamperia z ciemnego dębu, a nad nią tapeta w beżowe i kremowe prążki z delikatnym rzucikiem w złote listki.

Rozsuwane drzwi do garderoby teraz również były dębowe.

Podobało mi się to wykończenie, a wiedziałam, że on też będzie to lubił, więc zamierzałam to świętować z Markiem w naszym nowym łóżku w naszej nowej sypialni.

W nowych białych, bawełnianych prześcieradłach i powłoczkach na nowych poduszkach i pod nową kołdrą.

Na to świętowanie miałam na sobie kolejny nowy komplet bielizny, podobnej do tej, która poprzednio tak bardzo podobała się Markowi, ale zielonej z czarną koronką.

„Stare” łóżko zostało w pokoju gościnnym.

Planowałam go trochę urządzić, żebyśmy mogli do nas przyjeżdżać goście.

Może Sara lub Frank?

Druga ekipa dokończyła jednocześnie dzisiaj naszą garderobę, więc przez kilka godzin przenosiłam tam nasze ubrania, ręczniki i pościel i układałam to na półkach, chowałam do szuflad i rozwieszałam na wieszakach.

A teraz szłam do kuchni, żeby sprawdzić, czy kolacja dla mojego mężczyzny, wracającego z pracy do domu, gotuje się tak, jak powinna.

*****

Trzy dni później

Stałam plecami do wysokich okien podzielonych ciemnymi szprosami, wychodzących na piękny, dobrze utrzymany ogród miejski, w pięknie urządzonym gabinecie ambasadora UK w Stanach Zjednoczonych, Dominica Josephson’a, który poprzedniego dnia zgodził się spotkać z nami po moim telefonie do niego i poinformowaniu go, że jesteśmy w DC i chcemy się spotkać.

Byliśmy w Washington już drugi dzień.

Przylecieliśmy dzień wcześniej wieczorem i zanocowaliśmy w hotelu.

Odebraliśmy już przesyłkę od Sary i Franka z biura lotniska i mieliśmy ją w naszym apartamencie, ale nie zaglądałam do niej, bo bałam się.

Szczególnie tego listu, który tkwił tam niczym tykająca bomba.

- To bardzo miłe, że spodobały się pani Stany Zjednoczone, milady - powiedział do mnie z łagodnym uśmiechem ambasador Josephson.

- Proszę, panie ambasadorze - powiedziałam pod wpływem nagłego impulsu - w Stanach wszyscy mówią na mnie Lisa. Czy pan też może?

Uśmiechnął się szerzej i jego oczy zrobiły się po ojcowsku łagodne.

- Tylko wtedy, jak ty będziesz do mnie mówiła Dominic - odparł, a ja uśmiechnęłam się w odpowiedzi i skinęłam głową na zgodę.

- Zamierzam tu osiąść - powiedziałam mu, łapiąc rękę Marka, który stał blisko mnie - Podjąć studia na Uniwersytecie Utah i zamieszkać w SLC.

- To naprawdę świetna wiadomość, Lisa - powiedział Dominic, ale zaraz potem spoważniał.

- Niestety, mieliśmy naciski, żeby cię znaleźć - oznajmił, a ja niepewnie spojrzałam na Marka, by zobaczyć, że jego szczęka, zarośnięta już dość długą, czarną brodą, stwardniała i poruszyły się na niej mięśnie, sprawiając, że wyglądał niebezpiecznie.

Podniecało mnie to, ale jednocześnie martwiło.

Mark najlepiej umiał przewidzieć to, co mogło się dziać, więc jeśli on się tak bardzo denerwował, to ja też powinnam.

- Chodzi o tą fundację, którą założyliście dla dzieci - wyjaśnił Dominic, a ja spojrzałam na niego z nadzieją i ulgą.

Nie chodziło o babkę Charlottę!

- Wszystkim się zajmuje Sara - powiedziałam mu coś, co powinien wiedzieć - To znaczy pani Sara McFeguson. Jest prezeską tej fundacji i świetnie orientuje się we wszystkim.

- Tak - powiedział Dominic - Ale chodzi o twoje oświadczenie, krótkie wystąpienie, żebyś opowiedziała, kiedy zaczęłaś myśleć o tej fundacji i dlaczego. To prośba od waszych wspólników. Mówili mi, że to pomoże fundacji.

Och, jeśli to miałoby pomóc fundacji, to gotowa byłam wystąpić.

- Dobrze - zgodziłam się natychmiast - Więc ustal, proszę, małą konferencję prasową na jutrzejsze południe.

- Świetnie - ucieszył się Dominic.

Cóż, jak łatwo się było można domyślić, Mark nie był zachwycony tym, że się zgodziłam wystąpić i to w formie konferencji prasowej.

Usłyszałam to od razu, kiedy wysiedliśmy z wynajętego przez nas samochodu, którym był SUV Jeepa i weszliśmy do naszego apartamentu w hotelu.

Mark miał zdjęte już większość opatrunku i mógł trochę poruszać lewą ręką, więc to on prowadził.

Nawet tak wolałam, bo nie lubiłabym prowadzić nieznanego mi samochodu po nieznanym mi, dużym mieście.

Również Mark zajmował się moją ochroną, więc mieszkaliśmy znowu w hotelu Marriott, a Theresa znowu była moją osobistą pokojówką.

Nie miałam drugiego ochroniarza i nie miałam asystentki, ale i tak wzięliśmy ten sam apartament.

Sara podpowiadała mi przez Internet, jak miałam wszystko zarezerwować, zapłacić i umówić, bo wcześniej tylko ona to robiła.

A  ambasady do hotelu dojechaliśmy w dziesięć minut, podczas których Mark przez całą drogę miał wyraz twarzy niczym chmura gradowa.

Kiedy weszliśmy do apartamentu, Theresa spojrzała na niego, potem na mnie, a kiedy skinęłam jej delikatnie głową, wymknęła się za drzwi.

Zostaliśmy sami, a wtedy Mark wybuchł.

- Czy ty całkiem zwariowałaś? - warknął do mnie swoje pytanie retoryczne.

Przypomniały mi się nagle wszystkie te chwile, kiedy na mnie warczał, więc poczułam, że podniosła mi się adrenalina, spięłam się, a cień Królowej Lodu przesunął mi się po kręgosłupie i, jak byłam pewna, po twarzy.

- Nie… - zaczęłam zimno, ale nie dałam rady powiedzieć niczego więcej.

Nie zdążyłam.

- Nie mogłabyś, do cholery - krzyknął, pochylając się w moją stronę i podpierając rękoma biodra - pomyśleć przez chwilę, zanim się na coś takiego zgodzisz?

Zamknęłam na to buzię i tylko się w niego wpatrywałam.

Ojej!

Coś go naprawdę zdenerwowało, skoro tak do mnie mówił.

Mark bardzo rzadko przy mnie przeklinał.

A na dodatek stał tak daleko, aż dwa kroki ode mnie, więc czułam, że moje ręce były puste, jak wtedy, kiedy odszedł w SLC.

- Nie przyszło ci cholernie do głowy - przez ten czas Mark już nie krzyczał, ale warczał doprawdy wściekle - że Sara wcześniej powiedziałaby ci coś, cokolwiek, jeśli coś takiego by planowali?

Faktycznie, chyba tego nie przemyślałam.

Mark nie skończył.

- Mogłaś chociażby zapytać go o nazwiska tych wspólników, którzy chcieli twojego wystąpienia - mówił nadal warczącym, wściekłym, napiętym tonem, a do mnie zaczęło docierać.

Nie był zły na mnie, ale bał się o mnie.

- Na tej konferencji będziesz jak na celowniku - dodał i poczułam, jak oddech zamierał mi w piersi, kiedy zrozumiałam to.

Mark był moim ochroniarzem.

Czuł się odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo przez cały czas, ale czułby się tak zwłaszcza tutaj, a zwłaszcza na tej konferencji.

Zasłonił własnym ciałem obce dziecko, kiedy je ochraniał, więc nie chciałam myśleć, co zrobiłby dla mnie.

Naraziłam go na niebezpieczeństwo.

Na tę myśl zaczęłam się trząść ze strachu o niego i poczułam, że krew odpłynęła mi z głowy.

- To mogła być prowokacja twojej babki… - mówił jeszcze Mark, ale ja już nic nie słyszałam, bo zadudniło mi w uszach.

- Mark - szepnęłam przerażona i zobaczyłam, jak szarpnął głową, spojrzał na mnie uważniej, a potem jednym dużym krokiem znalazł się przy mnie.

Objął mnie ramionami, przyciskając mocno do swojego ciepłego, silnego, witalnego ciała, a ja wtuliłam twarz w białą koszulę, którą miał na sobie, złapałam się jego żeber na plecach rękoma zaciśniętymi w pięści, w których zgarnęłam jego koszulę i trzymałam się tak, łapiąc powietrze przez otwarte usta.

- Lady - mruknął Mark o wiele spokojniejszym głosem - Już dobrze.

Potem staliśmy tak przez minutę, aż trochę się uspokoiłam, przestałam się trząść, a mój oddech się wyrównał.

- Przepraszam, że tak cię przestraszyłem - powiedział cicho Mark, a ja podniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć - Postaram się tak do ciebie nie mówić.

Poczułam, że moja twarz złagodniała, kiedy przypomniałam sobie, że miałam go słuchać, bo wiedział, co robił.

Przypomniałam sobie te chwile, kiedy myślałam, że już nie będę miała okazji go słuchać, a on nie będzie mógł mi mówić, co myślał.

- Nie przepraszaj - szepnęłam do niego - To ty. Taki jesteś. Martwisz się o moje bezpieczeństwo - podniosłam rękę do jego szyi i palcami pogłaskałam jego szczękę - Takiego cię kocham. Zawsze mów do mnie, jak chcesz i mów mi wprost, co myślisz o moich pomysłach. Nie zmieniaj się, proszę. Bądź sobą.

Mark patrzył na mnie kilka sekund, zanim zareagował, a jego reakcją był warknięcie i pochylenie się do mnie.

Przesunął jedną z rąk na tył mojej głowy i wziął moje usta w gwałtownym, zgniatającym pocałunku, od którego natychmiast zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się mokro między nogami.

Kiedy jego wargi dotknęły moich, moje się rozchyliły, więc jego język wtargnął do środka, a mój nie pozostał obojętny.

Przesunęłam jedną z dłoni po jego plecach w górę, do jego łopatek, a drugą rękę z przodu, na jego pierś, odchyliłam się w jego ramieniu i piłam z jego ust.

Przesunął wargi po mojej szczęce na moją szyję, a ja odchyliłam głowę i jęknęłam z rozkoszy.

Mark wyprostował się tylko po to, by złapać za przód mojej bluzki.

Tego dnia byłam ubrana w brązowe spodnie cygaretki i zapinaną na liczne perłowe guziczki jasnozieloną bluzkę, której zapinanie trwało wieki.

Nie chciałam, by tyle samo czasu Mark poświęcił teraz na jej rozpianie.

Przełożyłam ręce na swoje biodra, krzyżując je przed sobą, złapałam za brzeg bluzki i pociągnęłam ją do góry.

Mark obserwował to czarnymi z pożądania oczami, ale zajął się swoją koszulą, kiedy przeciągałam bluzkę przez głowę i przez włosy, które upięłam w luźny kok na karku, jak nauczył mnie Filippe, ten fryzjer, do którego poszłam za namową Evy.

Wkrótce byliśmy bez nich, ja bez bluzki, a Mark bez koszuli.

Mark przysunął się do mnie, ponownie zaczął mnie całować, ale popychał mnie do tyłu, więc szłam w tamtą stronę małymi kroczkami, aż uderzyłam łydkami o kanapę.

Już wtedy miałam zdjęty stanik i rozpięte spodnie, Marka spodnie również były rozpięte, bo moje ręce też nie próżnowały, a moja fryzura była w rozsypce.

Mark schylił się, przykucnął i pociągnął moje spodnie z bioder w dół, a przy tym nosem dotknął mojej kobiecości przez majtki i powąchał.

Jęknęłam, złapałam jego głowę i przytrzymałam się, żeby się nie przewrócić, bo nogi ugięły się pode mną.

Na szczęście Mark to zauważył i popchnął mnie na kanapę.

Opadłam na nią pupą i nagle miałam przed oczami ciekawe wybrzuszenie slipek, wystające z rozpiętych spodni Marka, bo się wyprostował.

Zbliżyłam tam nos, by zrobić tak, jak on zrobił wcześniej z moim wrażliwym miejscem.

I poczułam oszałamiający, wspaniały, męski zapach.

Mark jęknął.

Podniosłam głowę, żeby zobaczyć, że jego oczy były czarne, jak miał je, kiedy był bardzo podniecony i patrzył na mnie z góry.

Ciekawe.

A potem nic nie widziałam, bo się na mnie rzucił.

Dosłownie.

Szarpnął w dół nóg moje majtki, swoje spodnie i nagle był we mnie.

I ruszał się w środku gwałtownie i mocno, więc złapałam się rękoma jego ramion, a nogami jego bioder i trzymałam się.

A on walił we mnie.

To nie trwało długo, to było namiętne, spontaniczne, gorące i genialne.

I zakończyło się naszym wspólnym orgazmem, który nie tylko ja oznajmiłam krzykiem.

A potem leżeliśmy tam, Mark prawie na mnie, długo uspokajając oddechy.

*****

Tego samego dnia późnym wieczorem

Siedziałam przy biurku w naszym apartamencie w hotelu i układałam swoje oświadczenie, które miałam złożyć następnego dnia.

Byłam ubrana w spodnie do jogi, jak lubiłam chodzić w domu, prostą koszulkę i byłam bardzo rozczarowana, bo musiałam sama rozebrać się z mojej sukienki, w której byłam na naszej randce.

Miałam nadzieję, na coś bardzo dobrego po tym, w jaki sposób Mark patrzył na mnie, wychodzącej do niego z drugiego pokoju do salonu, przed wyjściem na randkę.

Theresa była ze mną przez cały czas od czasu, kiedy Mark wyszedł, bo zadzwonił jego telefon tuż po tym, jak wysiedliśmy z windy, więc tylko wszedł ze mną do apartamentu, porozmawiał z nią i pocałował mnie lekko w nos.

I poszedł.

Ale teraz minęło kilka godzin i zrobiło się naprawdę bardzo późno, więc powiedziałam jej, żeby poszła do łóżka.

Nie chciała się na to zgodzić, więc podejrzewałam, że Mark powiedział jej, żeby mnie nie zostawiała samej, ale widziałam, że oczy zamykały jej się ze zmęczenia.

Dlatego kazałam jej iść spać.

Ale zrobiłam to delikatnie i wyjaśniłam, że widzę jej zmęczenie, a ja będę zamknięta w naszym pokoju i nic złego mnie nie spotka.

A teraz siedziałam i bardziej myślałam, niż pisałam.

Po lunchu, który zamówiliśmy sobie do pokoju dla trzech osób, by Theresa mogła zjeść z nami i żebyśmy mogli porozmawiać, Mark powiedział, że na kolację pójdziemy we dwójkę do restauracji.

Więc wpadłam w panikę.

Nie miałam tu żadnej sukienki, ani jednej, nie byłam uczesana i nie umiałabym tego zrobić, nie wzięłam wystarczająco dużo przyborów do makijażu.

Miałam nagle tysiąc powodów do zmartwienia.

Mark się tym nie martwił.

Niczym z tego.

Kazał mi się ubrać tak, jak zwykle chodziłam w naszym pokoju, czyli w luźne, płócienne spodenki 3/4 i w koszulkę, jak to robiłam w domu w gorące dni.

Potem zabrał mnie na dół i poszliśmy do wspaniałego, ekskluzywnego butiku, który był niedaleko hotelu.

Tam wybrałam sobie dwie sukienki i dodatki.

Jedną sukienkę na konferencję prasową, a drugą na kolację w restauracji.

W tym butiku mieli na szczęście opcję usług krawieckich, więc zostawiłam obie sukienki, by mi je dopasowali, chociaż z tą na kolację był problem.

Mieli tylko godzinę.

Zapłaciliśmy wobec tego za przeróbkę ekspresową prawie tyle, co za sukienkę i zgodzili się.

Potem Mark zaprowadził mnie do fryzjera w hotelu, a tam umówiłam się na wizytę w naszym apartamencie fryzjera, który miał mnie uczesać tego dnia i następnego przed południem.

Również tu nie robili z tym problemów, kiedy zgodziłam się na wszystkie warunki finansowe, jakie postawili.

Marka nie było ze mną, kiedy zapłaciłam za tę usługę z góry swoją kartą, bo rozmawiał przez telefon przed salonem fryzjerskim.

Za to, co kupiłam w butiku on płacił, ale też tam kupił sobie piękną koszulę, garnitur, pasek, buty i krawat.

Nie dyskutowałam, bo już nauczyłam się, ile to dla niego znaczyło.

Poza tym nie dyskutowałam, bo Mark miał wiele rozmów telefonicznych, kiedy sam dzwonił i do niego dzwoniono, a przez większość czasu chodził z twardą szczęką, która mówiła mi dobitnie, jak bardzo się denerwował.

Przeze mnie miał zmartwienia większe niż moje.

Bał się o mnie i ja byłam temu winna.

Więc po powrocie z naszej wyprawy do butiku i do salonu fryzjerskiego, usiadłam w salonie w naszym apartamencie, mówiąc Markowi, że może pójść tam, gdzie potrzebował iść, bo nie ruszę się z salonu, bo musiałam napisać swoje oświadczenie, ale wciąż się za to nie zabrałam.

Siedziałam z Theresą i rozmawiałam o dzieciach z jej domu zastępczego, o jej życiu i planach na przyszłość, a potem napisałam do Sary, żeby ogólnie poinformować ją o moich planach publicznego wystąpienia.

Napisałam do niej o drugiej po południu, wiedząc, że wstawała przed siódmą rano, więc powinna odebrać moją wiadomość w miarę szybko.

Odebrała od razu.

Ponieważ napisałam do Sary, kiedy jeszcze rozmawiałyśmy z Theresą, więc była tam ona, kiedy z radością uruchomiłam okno konwersacji.

- Hej, Sara - przywitałam się, kiedy zobaczyłam twarz przyjaciółki.

- Hej, Lisa - odpowiedziała mi Sara.

Powiedziałam jej, że byliśmy w DC i o konferencji prasowej, w której miałam wziąć udział następnego dnia.

A ona natychmiast spytała - Co to za dziwny pomysł?

Brzmiała na zaniepokojoną.

Ojej, więc Mark miał rację i Sara nic o tym nie wiedziała.

- Poproszono mnie o wydanie oświadczenia - wyjaśniłam nie kłamiąc, ale też nie wnikając w szczegóły, żeby i ona się nie zdenerwowała - Więc powiedziałam, że zrobię to na konferencji prasowej.

Nie udało mi się.

- Mark ci na to pozwolił? - spytała Sara, najwidoczniej lepiej ode mnie wiedząc, jak powinno to wyglądać i czego należy się obawiać.

- Hmmm - zamruczałam i spojrzałam na Theresę.

Nie rozmawiałyśmy o tym wcześniej, ale chyba właśnie domyśliła się, o co był taki wściekły, kiedy wróciliśmy z ambasady.

- Nie do końca - wyjawiłam w końcu Sarze - Był bardzo zły - dodałam swoje niedopowiedzenie.

- No ja myślę - mruknęła Sara.

Ale potem zebrała się w sobie i na swój zwykły sposób spojrzała na mnie profesjonalnie, więc wiedziałam, że przyszedł czas na to, żeby mi pomogła.

Jak zawsze mi pomagała.

- To o co chodzi w tym oświadczeniu? - zapytała krótko.

Więc powiedziałam jej, mówiąc również z rozpędu o tym, że ambasador sądził, że to ktoś z naszych współpracowników był u niego z tą prośbą.

Sara się z tym nie zgodziła i powiedziała mi to.

- Lisa, a nie sądzisz, że to ambasador może współpracować z twoją babką? - zapytała ostrożnie.

- No, nie wiem - zawahałam się, bo przez wiele lat nie ufałam nikomu, a teraz nadszedł taki czas, że ufałam wielu osobom.

Może zbyt wielu.

- Wydawało mi się, że mówił szczerze - wyjawiłam, ale ton mojego głosu był niepewny i wiedziałam o tym - Ale teraz to nie jest ważne - powiedziałam bardziej zdecydowanie - Wiesz, że nie dowołam tego. Potrzebuję twojej rady, jak mam to ustawić. Powiedz nam, co możemy zrobić, żeby było dobrze.

- Nam? - zapytała Sara, a wtedy powiedziałam jej, że była ze mną Theresa.

Sara ucieszyła się z tego.

Wyglądało mi na to, że pomyślała, że Theresa mogłaby mi pomóc, co ostatecznie faktycznie zrobiła.

Sara mówiła przez dobre pół godziny o tym, do kogo powinniśmy się zwrócić w hotelu, co mu przekazać, jakie zrobić szczegółowe ustalenia.

Potem zadzwoniłam po Terry’ego Blacka, senior menagera hotelu.

Theresa zrobiła przez ten czas listę rzeczy, o jakie powinnyśmy zadbać, o czym mu powiedzieć.

Więc, zanim Mark wrócił, by przygotować się do naszego wyjścia na kolację, byłam już w dawnym pokoju Sary i ubierałam się, a przysłana z salonu na dole hotelu fryzjerka układała mi włosy.

Mieliśmy wynajętą salę konferencyjną w naszym Marriotcie, rozmawiałam z rzeczniczką prasową hotelu i ustaliłam z nią zakres jej pomocy, a przed wyjściem chciałam to wszystko przekazać Markowi.

Mieliśmy jakieś piętnaście minut w zapasie, kiedy wyszłam z pokoju i byłam już całkowicie gotowa na naszą randkę.

Mark siedział w salonie na kanapie w garniturze i czytał coś w swoim telefonie, przesuwając po nim kciukiem.

Na dźwięk otwieranych drzwi podniósł głowę i spojrzał w moją stronę.

Wstał i patrzył na mnie z takim gorącym wyrazem twarzy, że miałam kłopoty z oddychaniem, tym bardziej, że w tym garniturze był super przystojny.

Problemem dla mnie jednak było to, że był u fryzjera.

Nie chodziło o to, że się ostrzygł, bo lubiłam, jak jego włosy były krótkie, ale o to, że zgolił brodę.

Zagapiłam się.

Mark podszedł do mnie, kiedy tak stałam i wziął moją dłoń w swoje ręce.

- Lady - mruknął niskim głosem tak pełnym znaczenia, że nic nie powiedziałam na temat jego brody - Na tym balu, na którym tańczyliśmy, byłaś najpiękniejsza. Wręcz zjawiskowa. Nie myślałem, że to możliwe, ale teraz jesteś jeszcze piękniejsza.

Natychmiast zapomniałam o tym, jak czułam się z tym, że zgolił brodę.

Tak myślał?

Miałam na sobie sukienkę z ciemno zielonego weluru, której ramiączka udawały rękawki i opadały skośnie z biustu na moje ramiona, a pasy materiału z nich idące schodziły się w środku dekoltu.

Dekolt miałam całkiem odkryty zarówno z przodu jak i na plecach i byłam bez biżuterii, bo nie miałam żadnej ze sobą w Stanach.

Sukienka opinała moje piersi, talię i biodra, co doskonale dopasowała krawcowa z butiku, a była luźniejsza na udach i do kolan.

Na nogach miałam czarne sandałki na szpilkach, do których kupiłam też w tamtym butiku torebkę typu kuferek.

Fryzjerka uczesała mnie w loki spięte z tyłu głowy, a większość włosów miałam rozpuszczonych na ramiona.

- Dziękuję - powiedziałam z zawstydzeniem, bo rzadko mówiono mi szczere komplementy, a wiedziałam, że Mark by mnie nie okłamał.

Mark uniósł moją rękę i pocałował wierzch mojej dłoni, a potem zapytał:

- Gotowa?

- Och, tak - odpowiedziałam, a wtedy przypomniałam sobie, że musiałam mu powiedzieć o naszych ustaleniach z tego dnia - ale przed wyjściem muszę ci coś powiedzieć.

Kiedy mu opowiedziałam wszystko, co ustaliłyśmy z Sarą, co robiłyśmy z Theresą, co załatwiłyśmy z menagerem i rzeczniczką prasową hotelu, Mark popatrzył na mnie ze zdumieniem, a potem z uśmiechem, a jego mina świadczyła o tym, że hamował śmiech.

Znowu?

Poczułam, jak podnosi mi się adrenalina.

- O co chodzi? - spytałam, z trudem opanowując złość.

- Kochanie - powiedział Mark z wesołością w głosie - Wynająłem dzisiaj dla nas salę konferencyjną w tym hotelu na dole. Wynająłem też kilku ochroniarzy i rozmawiałem z szefem ochrony o warunkach, jakie mamy.

Och.

Nagle się uspokoiłam.

Czyli mieliśmy dwie sale konferencyjne wynajęte na jedną godzinę w tym hotelu, ale ja pomyślałam o rzeczniku prasowym, kiedy Mark pomyślał o bezpieczeństwie.

- Przepraszam - szepnęłam.

- Za co? - spytał pomrukiem Mark i przytulił mnie do siebie.

- Że sprawiłam ci tyle problemów, że sprawiłam, że się boisz, że nie powiedziałam ci, kiedy zamierzałam porozmawiać z menagerem - długo wyjaśniałam smutnym tonem - i że nie porozmawiałam z tobą.

- Lisa - mruknął Mark - to działa w dwie strony. Ja też ci nie powiedziałem. A tego, że się o ciebie boję nie zmienisz.

- Chciałabym być dla ciebie lepsza - dodałam z przygnębieniem z twarzą w jego koszuli.

- Kochanie - Mark ujął moją brodę i podniósł moją głowę tak, że musiałam mu patrzeć w oczy - Jesteś najlepsza, jaką mógłbym mieć. Z tobą nie będę się nigdy nudził - otworzyłam szeroko oczy i słuchałam ze zdumieniem - Raz jesteś pewna siebie, a potem niezdecydowana, miewasz wspaniałe pomysły, a potem pytasz o najprostsze rzeczy. Jesteś słodka i naiwna, a potem władcza i dominująca, możesz być zimna lub kłótliwa, a kiedy indziej ustępliwa i uległa. Jesteś zmienna, bo jesteś kobietą. A na dodatek kochasz te dzieci i zrobiłabyś dla nich bardzo dużo, a może nawet wszystko. Zakochałem się w takiej tobie. Nie zmieniaj się. Bądź sobą.

- Mark - westchnęłam w jego usta, a jego oczy pociemniały.

- Lady - mruknął niskim, ostrzegawczym głosem - Idziemy na kolację.

- Och - westchnęłam z rozczarowaniem, ale odsunęłam się o kilka centymetrów, kiedy Mark ponownie przyciągnął mnie do siebie.

- Nie zniszczę ci makijażu, jeśli cię pocałuję? - zapytał niskim głosem.

Pokręciłam powoli głową, patrząc w jego czarne oczy i myśląc wyłącznie o tym, że mnie pocałuje.

Więc pocałował mnie i nie zniszczył mi makijażu.

No, może trochę.

Ale nie zrobił niczego, czego nie mogłabym szybko poprawić.

A potem poszliśmy do restauracji na naszą kolację, tam zjedliśmy solę smażoną na maśle i wołowinę po burgundzku, rozmawialiśmy, piliśmy czerwone i białe wino i świetnie spędziliśmy czas.

Moja najlepsza randka.

Lepsza od pierwszej.

Po kolacji jednak Mark nie został ze mną w apartamencie, bo musiał z kimś porozmawiać.

Nie protestowałam, bo widocznie musiał, a ja musiałam mu to dać.



1 komentarz: