Rozdział 14
Mark
Tydzień później
Mark
wracał Escalade’ą swojego pracodawcy do domu po ostatnim dniu, spędzonym w
Aspen.
Jego
praca tam nie skończyła się, ale od tego momentu mógł ją kontrolować przez
komputer i telefon.
To
było dobre, bo będzie spędzał więcej czasu z Lisą, ale Mark musiał przyznać, że
to zadanie dało mu cholernie dużo satysfakcji.
Przede
wszystkim ze względu na sposób, w jaki szkoleni przez niego ochroniarze
odnosili się do niego i do jego rad czy zaleceń.
Cholernie
dobre było uczucie, że doceniają jego doświadczenie, że słuchali go i
wypełniali jego polecenia.
Tak.
Mark musiał przyznać, że Lisa miała rację.
Ta
praca naprawdę dużo mu dała i to nie tylko pod względem finansowym, chociaż to
też nie było do bani.
Mark
zaczął wspominać ich tydzień, bo wreszcie dowiedział się, dlaczego Lisa była
wciąż taka ostrożna w marzeniu o ich wspólnej przyszłości.
Dwa
dni wcześniej byli razem z Lisą, po Marka powrocie z pracy, późnym wieczorem, w
mieszkaniu Filipa, który zadzwonił do Marka wcześniej w ciągu dnia i umówił ich
na rozmowę przez Skype’a z adwokatem Lisy.
Mark
i Filip byli przy tej rozmowie, więc dowiedzieli się, że dziadek Lisy ze strony
jej mamy założył dla niej fundusz powierniczy, który zostanie dla niej otwarty
do wypłaty w dniu jej dwudziestych drugich urodzin, ale tylko wtedy, jeśli
nadal się będzie uczyła, na przykład kończyła studia magisterskie, lub
podjęłaby jakąś pracę.
Ujawniono
to ze względu na śmierć głównego prowadzącego fundusz i likwidację jego biura,
chociaż adwokatka Lisy mówiła o jakichś nieprawidłowościach, występujących już wcześniej.
Jeśli
Caroline nie dożyłaby do tego czasu, albo nie studiowałaby czy pracowała, tylko
wyszłaby za mąż i zajmowałaby się dziećmi, fundusz miał przejść na jej kuzyna, Henry’ego,
który, tak się składało, był ulubieńcem księżnej Charlotty.
Kiedy
o tym rozmawiali po rozłączeniu się Lisy z adwokatką, wnioskiem dla nich wszystkich
było to, że jej babka za pomocą wybranego przez siebie męża Lisy chciała oderwać
ją od studiowania, zmusić do pozostania w domu przy dziecku i w ten sposób
pozbawić ją pieniędzy z funduszu na rzecz swojego ulubieńca.
Lisa
nie przejmowała się tym, że mogłaby utracić pieniądze, co Marka nie zdziwiło,
odkąd dowiedzieli się, ile tak naprawdę miała po rodzicach, ale zdenerwowało ją
to, że to było motywem działania jej
babki.
Myśli
Lisy bardziej zajmowało jednak coś innego i dopiero, kiedy mu się zwierzyła, Mark
dostrzegł, jak bardzo smutne było jej dzieciństwo.
Miała
tatę i babcię, ale nie miała miłości.
Dyskutowali
o tym później, po powrocie do domu, aż Lisa stwierdziła, że nie chce dłużej
myśleć o babce, więc Mark też dał spokój.
Może
faktycznie nie powinna myśleć o tym, pozostawić to za sobą.
Poprzedniego
dnia natomiast byli we dwoje u rodziców Marka w ich domu na kolacji, z której
Mark już nie mógł i nie chciał dłużej się wykręcać, chociaż wiedział, że jego
mama zdenerwowałaby się na widok jego opatrunku.
Zawsze
się o niego bała.
Dlatego
Mark tego dnia zdjął temblak i powiedział Lisie, żeby rozwinęła mu część
bandaża z żeber, żeby mógł trochę poruszać ręką.
Niechętnie,
ale zrobiła to.
Natomiast
Lisa jechała w te odwiedziny bardzo niespokojna.
Mark
nie mógł tego zrozumieć, bo wiedział, że zaakceptują ją, bo kochali jego, więc wiedział, że wystarczy, że ją
poznają i zobaczą, jaka jest z nim.
Zauważył
jednak, że zmieniła kolor paznokci u rąk i nóg i miała skrócone włosy, więc
zależało jej na pierwszym wrażeniu.
To
samo dotyczyło jej stroju, bo po raz pierwszy od jej przyjazdu widział ją w
sukience, co bardzo mu się podobało.
Kiedy
weszli do domu rodziców, Mark od razu po zapachu poznał, że mama zrobiła klopsy
w sosie pomidorowym, jego ulubione w dzieciństwie.
Otworzył
im jego tata i przywitał Lisę bardzo ciepło, chociaż Mark zauważył po jego
lekkim napięciu, że badał ją i zamierzał obserwować.
Tak
samo, jak obejrzał rękę Marka i dostrzegł, ale nie skomentował jego mniejszą
ruchomość.
Nic
dziwnego, bo zwykle zauważał.
Mark
zamierzał pozwolić swojemu tacie na obserwowanie Lisy, bo był spokojny o efekt.
O
jego ręce porozmawialiby kiedy indziej.
Mama
Marka, która wyszła aż do przedpokoju, by ich przywitać, była ubrana w ładną
sukienkę i uczesana, jak zwykle nie zdarzało
jej się chodzić po domu, a robiła to dopiero wtedy, kiedy wiedziała, że będą
mieli gości.
Przywitała
się, ogarnęła ich wzrokiem i zrobiła coś niespodziewanego.
Objęła
Lisę, jak obejmowała siostrę Marka, ale nigdy nie objęła Vivian.
Spędzili
tam ponad godzinę, podczas gdy Lisa się odprężała, słuchając opowieści o
dzieciństwie i młodości Marka, śmiejąc się z niektórych, a mama Marka była
coraz bardziej szczęśliwa.
Na
koniec, kiedy wychodzili, mama zatrzymała Marka i szepnęła mu do ucha - Lubię
ją. Jest idealna.
Mark
to lubił, a może nawet kochał.
A
potem, kiedy wracali do domu SUV-em Lisy, ta była milcząca, ale uśmiechnięta,
by wyjawić swoje myśli dopiero w domu.
-
Dziękuję ci - szepnęła do niego, kiedy już wjechała do garażu, zamknęli i
zabezpieczyli dom, weszli do remontowanego salonu i stanęła naprzeciwko niego,
by zarzucić ręce na jego ramiona - Dziękuję, że pokazujesz mi taką cudowną
rodzinę i mogę z wami być.
Tak.
Mark
to kochał.
I
pokazał jej to na swój sposób.
*****
Lisa
Stałam
w naszym salonie i patrzyłam na prawie skończony kominek i wyobrażałam sobie,
jak będziemy tutaj spędzali z Markiem czas na oglądaniu telewizji i przytulaniu
się.
Może
również z przyjaciółmi?
Myślałam
o tym, jak cudownie było mieć dom.
Może
znalazłabym kilka pamiątek po mamie, żeby tutaj umieścić.
Dzisiaj
dostałam od Sary wiadomość, że nadali z Frankiem dla mnie dużą walizkę z moimi
rzeczami, która miała być dostarczona jako przesyłka lotnicza do Washington
pojutrze i czekać tam na mnie dwa dni, więc musielibyśmy jutro lub pojutrze polecieć
z Markiem, by zanocować tam dwa dni w hotelu.
Miałam
nadzieję, że Mark będzie mógł ze mną lecieć, bo bardzo nie chciałam tego robić sama.
Mogliśmy
poprosić o przesłanie jej pocztą lotniczą do SLC, ale stwierdziłam, że był
najwyższy czas, żebym pojechała porozmawiać z ambasadorem Josephson’em, bo nie
poinformowałam go o tym, że byłam w Stanach, a poprzednio był dla mnie taki
miły.
Musiałabym
przedyskutować to z Markiem.
Lubiłam
z nim rozmawiać o różnych sprawach, bo zwykle podczas naszych rozmów
przychodziły mi do głowy nowe pomysły, a czasem to Mark mi coś podpowiadał.
Nigdy
tego nie miałam i stwierdziłam, że powinnam była spróbować tego wcześniej,
chociaż… cóż, nie miałam z kim.
Kiedy
kilka dni temu rozmawiałam w mieszkaniu Filipa z moją adwokatką, poczułam się
co najmniej dziwnie.
Jej
rewelacje były dziwne.
A
potem wnioski, które wyciągnęli Mark i Filip, kiedy dyskutowali o tym po
zakończeniu mojej rozmowy, przygnębiły mnie, bo potwierdziły to, co sobie sama wtedy
wymyśliłam.
Nigdy
w swoim życiu nie sądziłam, że moja babka Charlotta była do mnie nastawiona aż tak wrogo, przedmiotowo.
Myślałam,
że przez cały czas po prostu chciała być ze mnie dumna, a ja nie dawałam jej
zbyt wielu powodów, więc była mną rozczarowana.
Tak,
jak mój tata.
Adwokatka
powiedziała mi również, że z moimi rzeczami, które wysłali mi Sara i Frank,
przesłała mi list, który był również u tamtego prawnika, który zajmował się tym
funduszem powierniczym stworzonym dla mnie przez mojego dziadka.
Był
to list, który napisał do mnie mój tata i miał mi on być oddany po ukończeniu
przeze mnie dwudziestu jeden lat.
Nie
potrzebowałam tych pieniędzy.
Chociaż
mogłabym je wykorzystać w mojej fundacji, dla dzieci.
Nie
chciałam czytać tego listu.
Nie
chciałam mieć niczego, co
przypominałoby mi tatę.
Po
powrocie tego dnia do domu, kiedy rozmawialiśmy o mojej rozmowie z adwokatką,
Mark zauważył, że byłam przygnębiona i zamyślona, więc zaczął dopytywać się o
powód.
Pocieszał
mnie, mówiąc, że babka Charlotta została w Anglii i stamtąd nie może mi nic
zrobić.
W
końcu przyznałam mu się, że nie o to chodziło, więc zapytał:
-
To o co? - i zaraz dodał - Przecież widzę, że coś cię martwi.
Nie
martwiło, ale smuciło.
Powiedziałam
to Markowi, skoro mieliśmy rozmawiać.
Dla
własnego dobra powinien mnie lepiej poznać i dowiedzieć się jak bardzo byłam
wybrakowana.
Więc,
kiedy po naszej kolacji leżeliśmy na łóżku w pokoju gościnnym, a Mark przytulił
mnie mocno do swojego boku, powiedziałam mu.
-
Moim najstarszym wspomnieniem - mówiłam spokojnym głosem, w którym nie było
emocji, bo to było - jest to, jak leżałam w swoim pokoju sama przed
telewizorem i oglądałam film. Często to robiłam, bo nie miałam z kim spędzać
czasu. Całe dni miałam zajęte różnymi lekcjami, kursami, zawodami. Ale nie
wieczory. Zostawałam sama wieczorami
w swoim pokoju. Lubiłam wtedy oglądać filmy, które przedstawiały dom, rodzinę,
mamę zajmującą się dziećmi, babcię, która je przytulała, tatę wracającego do
domu po pracy i witanego przez wszystkich z głośną radością - Mark zacisnął
przez chwilę ramię na moich plecach, więc wiedziałam, że wiedział, że ja
wiedziałam, że on to miał - Mój tata nie
pozwolił mi biegać po pokoju, krzyczeć, podskakiwać, bo to nie wypadało, więc ja jego tak nie witałam - nie było
goryczy w moim głosie, najwyżej nutka smutku - Brałam specjalne lekcje dobrych manier,
żeby to wyćwiczyć. Tata po powrocie z pracy zaglądał do mnie, wchodząc do
mojego pokoju, kiedy ja mogłam tylko pocałować go w policzek, pytał, czy
odrobiłam lekcje, a potem o to, jakie zdobyłam nagrody, jakie miałam sukcesy. A
jak nie miałam żadnych, pytał mnie dlaczego.
Przerwałam
na sekundę, żeby zebrać myśli, bo za dużo wspomnień przeszło mi wtedy przez
głowę.
Skupiłam
się na jednym.
-
W liceum, bo wcześniej uczyłam się w domu i nie poznałam żadnych dzieci w moim
wieku, zazdrościłam moim koleżankom, które potrafiły się swobodnie śmiać,
szeptały do siebie na przerwach sekrety, chichotały, przytulały się do siebie i
do chłopaków. Ja tego nie umiałam - wciągnęłam przerywany wdech, bo to było
trudne - To dlatego dałam się owładnąć przystojnemu kapitanowi szkolnej drużyny
polo, kiedy zwrócił na mnie uwagę - skończyłam szeptem.
Przycisnęłam
policzek do piersi Marka, który leżał nieruchomo i bardzo cicho, a potem
zdecydowałam się wyłożyć mu wszystko tak, jak się umawialiśmy.
Mieliśmy
wypracować to, jak będziemy razem.
Musiał
wiedzieć.
-
Ja nie wiem, jak być z kimś, Mark - szepnęłam - Naprawdę nie wiem. Nie umiem
tego, bo nikt nigdy mi nie pokazał. Nie umiałam nawet rozmawiać, dopóki mi nie pokazałeś jak. Nie miałam prawdziwego domu,
więc nie potrafię go stworzyć.
Chciałam
mówić jeszcze więcej, ale wtedy ciało Marka pode mną zaczęło się dziwnie
trząść, a potem to usłyszałam.
Śmiał
się.
No
wiecie co.
Mark
śmiał się z tego, co mu powiedziałam.
Nie
wiedziałam, co miałam z tym zrobić, ale nie czułam się dobrze.
-
Lisa - powiedział z rozbawieniem w głosie, ale nie śmiejąc się, kiedy zamarłam,
a potem zaczęłam się odsuwać, więc przyciągnął mnie z powrotem do siebie - Ty już jesteś z kimś. Ze mną. I robisz to wspaniale. Dbasz o mnie, martwisz się. Również już
tworzysz dom. Nasz dom. Nie mówię o
remontach, ale o drobiazgach, jakich ja bym nie wymyślił, bo tylko kobieta
potrafi to zrobić. A życie składa się z drobiazgów.
Podniosłam
się do podparcia na lewym łokciu i oparłam prawą dłoń na jego piersi, żeby
widzieć jego oczy.
Zapomniałam
jak się oddycha, otworzyłam usta, ale nie wydobyłam żadnego dźwięku, bo dotarło
do mnie, że miał rację.
Nie
wiedziałam, czy robiłam to „wspaniale”, ale, tak, byłam z nim.
Mark
nagle spoważniał, wciągnął dużo powietrza do płuc i wypchnął je powoli, sycząco,
jakby się zdecydował coś powiedzieć.
Przygotowałam
się.
-
Miałem kiedyś żonę. Miała na imię Vivian - przyznał i zamarłam - Rozwiedliśmy
się.
Oddychałam
płytko i ostrożnie, żeby nie wydawać przy tym dźwięku.
-
Kochaliśmy się, a przynajmniej tak mi się wydawało - mówił, a mnie coś zaczęło
dławić w gardle - Zacząłem marzyć o rodzinie, więc jej się oświadczyłem. Kiedy
się zgodziła wyjść za mnie, byłem szczęśliwy. Zacząłem planować dom, rodzinę, dzieci.
Mark
nagle odwrócił się na prawy bok, a ja upadłam głową na poduszkę, więc leżeliśmy
do siebie twarzami, kiedy jego lewa ręka była między nami.
Przycisnęłam
swoje ręce do piersi i skuliłam się.
Nie
mogłam patrzeć w jego oczy, bo bałam się, że się rozpłaczę, więc wtuliłam twarz
w jego koszulkę.
Kochał
ją, był szczęśliwy.
-
Lisa, kochanie, patrz na mnie - powiedział czule i delikatnie wsunął swoją
prawą rękę w górę moich pleców, a potem swoje palce w moje włosy na karku, by
podnieść mi głowę - Okazało się, że to tylko ja planowałem - powiedział, kiedy już spojrzałam mu w oczy - Ona
początkowo niby godziła się na wszystko, ale ostatecznie, nie mówiąc mi ani
słowa, poszła do ginekologa i umówiła się na zabieg podwiązania jajowodów. Nie
chciała mieć dzieci. Nigdy. Kiedy się
dowiedziałem, była już w szpitalu, więc jak tam dotarłem, mogłem ją tylko
odebrać. Było za późno.
Wciągnęłam
gwałtownie powietrze do płuc, chociaż mnie paliło, a jednocześnie przesunęłam
rękę na jego żebra, bo chciałam go pocieszyć.
-
Umówiłem się już wtedy… - Mark mówił delikatnie - na kupno tego domu, dałem
zaliczkę, więc nie mogłem się wycofać. Ale znienawidziłem go.
Ojej,
wiedziałam.
To
Mark chciał tego domu, a nie jego żona.
-
Okłamywała mnie na każdym kroku. Poczynając od takich drobiazgów jak pójście do
fryzjera czy kupno butów, bo wydawała na takie gówno pieprzoną kupę szmalu,
chociaż sama nigdy nie zarabiała -
powiedział mi, a ja znowu poczułam ściskanie w piersiach - To nie było bycie razem. Ona
nie wiedziała, jak się tworzy dom.
-
Och - szepnęłam, kiedy dotarło do mnie, co chciał mi powiedzieć.
Tak,
jak ja udowadniałam mu, że był najlepszym ochroniarzem, mówiąc mu o moich
doświadczeniach, on teraz chciał mi
udowodnić, że dam radę być z nim i stworzyć mu dom, opowiadając mi o jego doświadczeniach.
Zagryzłam
wargi i opuściłam głowę, by znowu schować twarz w jego koszulce.
-
Dbasz o mnie - mówił Mark nad moją głową - Lubisz dbać o nasz dom. Sprawiłaś,
że go pokochałem. Lubisz mi to dawać i to widać.
Podniosłam
głowę, bo lubiłam.
Nie
wiedziałam, że aż tak było to po mnie widać.
-
Dziękuję ci - szepnął Mark i zaczął zginać kark, by sięgnąć do moich ust.
Nagle
poczułam radość, bo mu uwierzyłam.
Mogłam
być z nim.
Mogłam
mu stworzyć dom.
Więc
pokazałam mu swoją radość na taki sposób, jaki oboje lubiliśmy, chociaż
pamiętałam o tym, że to ja musiałam
wejść na niego, żeby nie zrobił sobie
krzywdy w lewe ramię.
Więc
kiedy nasz pocałunek się rozgrzał, wodziłam po jego ciele dłońmi i pchnęłam go,
żeby położył się na plecach, a potem podniosłam jego koszulkę, zdjęłam ją,
zaczęłam badać jego ciało dłońmi i ustami, zdjęłam jego spodnie i slipki, a
potem weszłam na niego.
I
Mark to lubił.
Do
końca.
Naszego
wspólnego, chociaż mój był nieco wcześniej, ale jeszcze się nie skończył, kiedy
naszedł jego.
A
rano wstałam, żeby mu pomóc się wykąpać, ubrać i naszykować mu śniadanie, zanim
pojechał do pracy.
Ale
wciąż myślałam o tym, jaką niedobrą
kobietą była jego była żona.
Dlatego
następnego dnia, kiedy Mark wrócił wcześniej, byśmy pojechali w odwiedziny do
jego rodziców, byłam podwójnie zdenerwowana.
Mark
kochał swoich rodziców.
Byli
dla niego bardzo ważni.
Tak
ważni, że nie chciał ich przedwcześnie martwić swoim stanem i ukrywał przed
nimi to, jakie rany odniósł.
Przede
mną też to ukrywał i nie powiedziałby mi nic sam z siebie, ale dowiedziałam
się, bo zawiozłam go do szpitala na zmianę opatrunku, a tam powiedzieliśmy, że
jesteśmy razem, że jestem jego dziewczyną, więc mogłam być tam przy nim w trakcie
tej zmiany.
I
zobaczyłam to.
W
ramieniu miał zabliźniające się dwa różowe wgłębienia, które lekarz nazwał raną
wlotową i wylotową, cokolwiek to oznaczało, i to nie wyglądało źle.
Goiło
się.
Gorsze
było to, co miał na połączeniu ramienia i klatki piersiowej.
Siedziałam
cicho na krześle przy drzwiach, więc lekarz nie zwracał na mnie uwagi, ale Mark
co chwilę spoglądał w moją stronę z niepokojem, bo lekarz komentował to, co się
stało i to, co mogło być później.
Kula,
którą został postrzelony Mark, utkwiła w jego żebrach, więc musieli ją wyjąć,
rozcinając jego ciało.
Przecięli
przy tym jakieś ważne ścięgno i mięsień, więc rana była większa niż ta na ramieniu
i mogła nieść ze sobą komplikacje.
Mark
nie mógł wysilać tej ręki i dlatego miał ją przy mocowaną do klatki piersiowej,
ale też później czekała go rehabilitacja.
Zamierzałam
usiąść po powrocie do domu przy laptopie i dowiedzieć się, jak taka
rehabilitacja mogła wyglądać i czy była bolesna.
Kiedy
lekarz dawał Markowi maść i zalecenia smarowania tworzącej się blizny,
podeszłam i zaczęłam dopytywać go, jak to robić, więc powiedział mi, pokazał i
okazało się, że przy okazji robiłabym Markowi masaż.
To
było ciekawe, ale nadal nie wiedziałam, czy wystarczające.
Chciałabym
zabrać Marka do prywatnego specjalisty i skonsultować to.
Ale
bałam się, że czułby się urażony, kiedy zaproponowałabym mu zapłacenie za jego
zdrowie, za leczenie i rehabilitację.
Był
bardzo przewrażliwiony pod tym względem.
Myślałam
o tym, kiedy wracaliśmy do domu, więc, oczywiście, Mark to zauważył i zapytał
mnie, co mi chodziło po głowie.
-
Cóż - odparłam z wahaniem - Nie sądzisz, że lepszą opiekę miałbyś u prywatnego
specjalisty?
-
Kochanie - powiedział na to Mark z rozbawieniem w głosie - Nie ma lepszych specjalistów niż tamci. To
szpital wojskowy. Oni znają takie rany, takie blizny i sposoby
ich rehabilitacji.
-
Och - szepnęłam wówczas - Dobrze.
-
Ale to naprawdę super, że się o mnie martwisz. Kocham to - dodał Mark nadal z
uśmiechem w głosie.
Lubiłam
to.
Potem
spoważniał.
-
Chociaż, tak tylko powiem, gdybym sądził, że potrzebuję zapłacić za prywatnego specjalistę,
żeby być w pełni sprawnym, to zrobiłbym to. Mam
pieniądze. Zarabiałem naprawdę nieźle - powiedział delikatnie, ale przecież to wiedziałam, bo, chociaż nie ja
płaciłam jego pensję, kiedy mnie ochraniał, to Sara potrafiła wydobyć takie
informacje - A tata tego gówniarza, którego nie upilnowałem, pokrywa wszelkie koszty. To szejk, więc ma
pieniądze. I zapłacił mi naprawdę dużo
za moje kłopoty.
-
Naprawdę? - westchnęłam i zerknęłam na niego, by zobaczyć, że uśmiechał się delikatnie.
-
Naprawdę - odparł delikatnie, ale stanowczo i po tym wiedziałam, że to był
koniec naszej dyskusji.
Więc
teraz, wiedząc jak ważni byli dla Marka jego rodzice, chciałam wypaść przed
nimi jak najlepiej i pokazać im, jaka byłam i że byłam z Markiem.
Przede
wszystkim byłam kobietą.
Dlatego
właśnie dzień wcześniej poszłam do salonu kosmetycznego i do fryzjera, które mi
poleciły Eva i Maggie, by zrobili mi manikiur, pedikiur i żeby Filippe odświeżył
moją fryzurę.
Również
dlatego założyłam na siebie na tę kolację letnią sukienkę, którą kupiłam u
Aleka i Sama za pierwszym razem, jak u nich byłam, ale jeszcze jej nie nosiłam
i sandałki, które kupiłam ostatnio.
Sandałki
były na niskim koturnie, ale i tak czułam się w nich bardziej kobieco i
swobodniej niż w takich całkiem płaskich, sportowych.
Włosy
zostawiłam rozpuszczone i tylko ułożyłam z nich fale.
To
byłam ja i chciałam, żeby mnie taką
poznali.
Ale
też chciałam, żeby zobaczyli, że pasowałam do Marka, a przecież on był taki
przystojny i męski.
Drugim
powodem do mojego zdenerwowania było to, czego Mark powiedział mi, żebym nie
robiła, ale i tak zrobiłam.
Nie
chciałam iść na pierwszą wizytę z pustymi rękoma, więc poradziłam się Evy, co
mogłabym kupić, by ze sobą zabrać, ale nie urazić rodziców Marka i, a może tym
bardziej, samego Marka.
Eva
powiedziała, żebym nic nie kupowała.
Jeśli
już miałabym coś zabrać, to musiałoby być ode
mnie.
Więc,
ponieważ nie miałam tu nic, co byłoby moje bez kupowania, upiekłam ciasto.
Tartę
czekoladową z malinami.
Mark
początkowo zrobił dziwną minę, potem zachichotał pod nosem, a potem, kiedy
zobaczył, że naprawdę się tym przejęłam, objął mnie i pocałował.
To
było jeszcze u nas w domu, bo zobaczył, że wychodziłam z kuchni, trzymając w
ręku talerz z ciastem owiniętym folią spożywczą.
Tarta
pojechała potem w bagażniku mojego SUV’a w specjalnej skrzynce za zakupy, którą
kupiłam, kiedy byłam z Evą w sklepie.
Tata
Marka, Daniel Taylor, spojrzał na tartę w moich rękach, kiedy wchodziliśmy do
nich do domu i przyjął to z podniesieniem brwi i takim samym dziwnym uśmiechem,
jak wcześniej zrobił to Mark.
Identycznym!
Mama
Marka, Margaret, przyjęła to z głośnym zachwytem, podziękowaniem i przytuleniem
mnie, ale potem, po kolacji, przekonałam się, że sama upiekła trzy ciasta.
Tak,
dla naszej czwórki trzy ciasta!
W
trakcie kolacji, która była pyszna, zauważyłam, że Mark zjadł dużo klopsików,
które zrobiła jego mama, więc zapytałam ją o przepis, mówiąc jej, że uczyłam
się gotować.
Mark
zaprotestował wówczas, mówiąc wszystkim, jak dobrze gotowałam.
Cóż,
może to mu smakowało, co mnie cieszyło, ale nadal - dopiero uczyłam się gotować, bo wcześniej tego
nie robiłam.
A
potem siedzieliśmy wszyscy w salonie przy kawie, rozmawialiśmy i bardzo dobrze
tam się czułam, ale próbowałam zjeść chociaż po małym kawałku z każdego ciasta,
które zrobiła mama Marka, żeby jej nie urazić.
Tak
nauczyła mnie Eva.
Były
pyszne, ale nie dałam rady.
Mark
miał rozbawioną minę, kiedy w końcu spojrzałam na niego błagalnie i musiał
zabrać mój talerzyk, żeby dokończyć ostatni kawałek, jaki mi nałożyła na niego jego
mama.
Kiedy
na nią spojrzałam, zobaczyłam, że nie obraziła się, ale patrzyła na to z
czułością, jaką widziałam już dwa razy na twarzy Evy.
Miłość
mamy do jej syna.
Lubiłam, że Mark to miał.
Nie lubiłam tego, że
nie miał prawidłowo opatrzonej swojej
ręki, więc musiałam mu przypominać o tym, że nie mógł nią poruszać i musiałam
zabierać mu cięższe rzeczy, jak stos talerzyków, żeby jej nie przeciążał.
Nie
robiłam tego głośno, a wręcz starałam się robić to niezauważalnie dla rodziców
Marka, skoro tak martwił się, że jego mama mogłaby się zdenerwować, ale nadal
robiłam to.
A
dzisiaj Mark wracał do domu, do mnie, po ostatnim dniu pracy w Aspen i od tego
dnia miał nadzorować ochronę tamtych ludzi przez komputer i telefon.
Kominek
nie był skończony, więc nie mieliśmy salonu, ale nasza sypialnia była,
dokończyli ją właśnie dzisiaj.
Wstawiliśmy
do niej łóżko typu king size z grubym, średnio twardym materacem i czterema
dębowymi kolumienkami w każdym rogu, ale bez baldachimu.
Po
jego dwóch stronach były dopasowane, ciemne, dębowe szafki nocne, a u nóg niska
ława, wyściełana miękką tapicerką i bordowym aksamitem.
W
takim samym kolorze była narzuta na łóżko i story w oknie.
W
oknie były również białe, gęste firany od sufitu do podłogi.
Na
ścianach była położona lamperia z ciemnego dębu, a nad nią tapeta w beżowe i
kremowe prążki z delikatnym rzucikiem w złote listki.
Rozsuwane
drzwi do garderoby teraz również były dębowe.
Podobało
mi się to wykończenie, a wiedziałam, że on też będzie to lubił, więc zamierzałam
to świętować z Markiem w naszym nowym łóżku w naszej nowej sypialni.
W
nowych białych, bawełnianych prześcieradłach i powłoczkach na nowych poduszkach
i pod nową kołdrą.
Na
to świętowanie miałam na sobie kolejny nowy komplet bielizny, podobnej do tej,
która poprzednio tak bardzo podobała się Markowi, ale zielonej z czarną koronką.
„Stare”
łóżko zostało w pokoju gościnnym.
Planowałam
go trochę urządzić, żebyśmy mogli do nas przyjeżdżać goście.
Może
Sara lub Frank?
Druga
ekipa dokończyła jednocześnie dzisiaj naszą garderobę, więc przez kilka godzin
przenosiłam tam nasze ubrania, ręczniki i pościel i układałam to na półkach,
chowałam do szuflad i rozwieszałam na wieszakach.
A
teraz szłam do kuchni, żeby sprawdzić, czy kolacja dla mojego mężczyzny,
wracającego z pracy do domu, gotuje się tak, jak powinna.
*****
Trzy dni później
Stałam
plecami do wysokich okien podzielonych ciemnymi szprosami, wychodzących na
piękny, dobrze utrzymany ogród miejski, w pięknie urządzonym gabinecie
ambasadora UK w Stanach Zjednoczonych, Dominica Josephson’a, który poprzedniego
dnia zgodził się spotkać z nami po moim telefonie do niego i poinformowaniu go,
że jesteśmy w DC i chcemy się spotkać.
Byliśmy
w Washington już drugi dzień.
Przylecieliśmy
dzień wcześniej wieczorem i zanocowaliśmy w hotelu.
Odebraliśmy
już przesyłkę od Sary i Franka z biura lotniska i mieliśmy ją w naszym
apartamencie, ale nie zaglądałam do niej, bo bałam się.
Szczególnie
tego listu, który tkwił tam niczym tykająca bomba.
-
To bardzo miłe, że spodobały się pani Stany Zjednoczone, milady - powiedział do
mnie z łagodnym uśmiechem ambasador Josephson.
-
Proszę, panie ambasadorze - powiedziałam pod wpływem nagłego impulsu - w
Stanach wszyscy mówią na mnie Lisa. Czy pan też może?
Uśmiechnął
się szerzej i jego oczy zrobiły się po ojcowsku łagodne.
-
Tylko wtedy, jak ty będziesz do mnie mówiła Dominic - odparł, a ja uśmiechnęłam
się w odpowiedzi i skinęłam głową na zgodę.
-
Zamierzam tu osiąść - powiedziałam mu, łapiąc rękę Marka, który stał blisko
mnie - Podjąć studia na Uniwersytecie Utah i zamieszkać w SLC.
-
To naprawdę świetna wiadomość, Lisa -
powiedział Dominic, ale zaraz potem spoważniał.
-
Niestety, mieliśmy naciski, żeby cię znaleźć - oznajmił, a ja niepewnie
spojrzałam na Marka, by zobaczyć, że jego szczęka, zarośnięta już dość długą,
czarną brodą, stwardniała i poruszyły się na niej mięśnie, sprawiając, że
wyglądał niebezpiecznie.
Podniecało
mnie to, ale jednocześnie martwiło.
Mark
najlepiej umiał przewidzieć to, co mogło się dziać, więc jeśli on się tak bardzo
denerwował, to ja też powinnam.
-
Chodzi o tą fundację, którą założyliście dla dzieci - wyjaśnił Dominic, a ja
spojrzałam na niego z nadzieją i ulgą.
Nie
chodziło o babkę Charlottę!
-
Wszystkim się zajmuje Sara - powiedziałam mu coś, co powinien wiedzieć - To
znaczy pani Sara McFeguson. Jest prezeską tej fundacji i świetnie orientuje się
we wszystkim.
-
Tak - powiedział Dominic - Ale chodzi o twoje oświadczenie, krótkie wystąpienie,
żebyś opowiedziała, kiedy zaczęłaś myśleć o tej fundacji i dlaczego. To prośba
od waszych wspólników. Mówili mi, że to pomoże fundacji.
Och,
jeśli to miałoby pomóc fundacji, to gotowa byłam wystąpić.
-
Dobrze - zgodziłam się natychmiast - Więc ustal, proszę, małą konferencję
prasową na jutrzejsze południe.
-
Świetnie - ucieszył się Dominic.
Cóż,
jak łatwo się było można domyślić, Mark nie był zachwycony tym, że się
zgodziłam wystąpić i to w formie konferencji prasowej.
Usłyszałam
to od razu, kiedy wysiedliśmy z wynajętego przez nas samochodu, którym był SUV
Jeepa i weszliśmy do naszego apartamentu w hotelu.
Mark
miał zdjęte już większość opatrunku i mógł trochę poruszać lewą ręką, więc to
on prowadził.
Nawet
tak wolałam, bo nie lubiłabym prowadzić nieznanego mi samochodu po nieznanym
mi, dużym mieście.
Również
Mark zajmował się moją ochroną, więc mieszkaliśmy znowu w hotelu Marriott, a
Theresa znowu była moją osobistą pokojówką.
Nie
miałam drugiego ochroniarza i nie miałam asystentki, ale i tak wzięliśmy ten
sam apartament.
Sara
podpowiadała mi przez Internet, jak miałam wszystko zarezerwować, zapłacić i
umówić, bo wcześniej tylko ona to robiła.
A
ambasady do hotelu dojechaliśmy w
dziesięć minut, podczas których Mark przez całą drogę miał wyraz twarzy niczym
chmura gradowa.
Kiedy
weszliśmy do apartamentu, Theresa spojrzała na niego, potem na mnie, a kiedy
skinęłam jej delikatnie głową, wymknęła się za drzwi.
Zostaliśmy
sami, a wtedy Mark wybuchł.
-
Czy ty całkiem zwariowałaś? - warknął
do mnie swoje pytanie retoryczne.
Przypomniały
mi się nagle wszystkie te chwile, kiedy na mnie warczał, więc poczułam, że podniosła
mi się adrenalina, spięłam się, a cień Królowej Lodu przesunął mi się po kręgosłupie
i, jak byłam pewna, po twarzy.
-
Nie… - zaczęłam zimno, ale nie dałam rady powiedzieć niczego więcej.
Nie
zdążyłam.
-
Nie mogłabyś, do cholery - krzyknął,
pochylając się w moją stronę i podpierając rękoma biodra - pomyśleć przez chwilę, zanim się na coś takiego zgodzisz?
Zamknęłam
na to buzię i tylko się w niego wpatrywałam.
Ojej!
Coś
go naprawdę zdenerwowało, skoro tak do mnie mówił.
Mark
bardzo rzadko przy mnie przeklinał.
A
na dodatek stał tak daleko, aż dwa
kroki ode mnie, więc czułam, że moje ręce były puste, jak wtedy, kiedy odszedł w SLC.
-
Nie przyszło ci cholernie do głowy - przez
ten czas Mark już nie krzyczał, ale warczał doprawdy wściekle - że Sara wcześniej powiedziałaby ci coś, cokolwiek, jeśli coś takiego by
planowali?
Faktycznie,
chyba tego nie przemyślałam.
Mark
nie skończył.
-
Mogłaś chociażby zapytać go o nazwiska tych wspólników, którzy chcieli twojego
wystąpienia - mówił nadal warczącym, wściekłym, napiętym tonem, a do mnie
zaczęło docierać.
Nie
był zły na mnie, ale bał się o mnie.
-
Na tej konferencji będziesz jak na celowniku - dodał i poczułam, jak oddech
zamierał mi w piersi, kiedy zrozumiałam to.
Mark
był moim ochroniarzem.
Czuł
się odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo przez cały czas, ale czułby się tak
zwłaszcza tutaj, a zwłaszcza na tej konferencji.
Zasłonił
własnym ciałem obce dziecko, kiedy je ochraniał, więc nie chciałam myśleć, co
zrobiłby dla mnie.
Naraziłam
go na niebezpieczeństwo.
Na
tę myśl zaczęłam się trząść ze strachu o niego i poczułam, że krew odpłynęła mi
z głowy.
-
To mogła być prowokacja twojej babki… - mówił jeszcze Mark, ale ja już nic nie
słyszałam, bo zadudniło mi w uszach.
-
Mark - szepnęłam przerażona i zobaczyłam, jak szarpnął głową, spojrzał na mnie
uważniej, a potem jednym dużym krokiem znalazł się przy mnie.
Objął
mnie ramionami, przyciskając mocno do swojego ciepłego, silnego, witalnego
ciała, a ja wtuliłam twarz w białą koszulę, którą miał na sobie, złapałam się
jego żeber na plecach rękoma zaciśniętymi w pięści, w których zgarnęłam jego
koszulę i trzymałam się tak, łapiąc powietrze przez otwarte usta.
-
Lady - mruknął Mark o wiele spokojniejszym głosem - Już dobrze.
Potem
staliśmy tak przez minutę, aż trochę się uspokoiłam, przestałam się trząść, a
mój oddech się wyrównał.
-
Przepraszam, że tak cię przestraszyłem - powiedział cicho Mark, a ja podniosłam
głowę, żeby na niego spojrzeć - Postaram się tak do ciebie nie mówić.
Poczułam,
że moja twarz złagodniała, kiedy przypomniałam sobie, że miałam go słuchać, bo
wiedział, co robił.
Przypomniałam
sobie te chwile, kiedy myślałam, że już nie będę miała okazji go słuchać, a on
nie będzie mógł mi mówić, co myślał.
-
Nie przepraszaj - szepnęłam do niego - To ty. Taki jesteś. Martwisz się o moje
bezpieczeństwo - podniosłam rękę do jego szyi i palcami pogłaskałam jego
szczękę - Takiego cię kocham. Zawsze mów do mnie, jak chcesz i mów mi wprost,
co myślisz o moich pomysłach. Nie zmieniaj się, proszę. Bądź sobą.
Mark
patrzył na mnie kilka sekund, zanim zareagował, a jego reakcją był warknięcie i
pochylenie się do mnie.
Przesunął
jedną z rąk na tył mojej głowy i wziął moje usta w gwałtownym, zgniatającym
pocałunku, od którego natychmiast zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się
mokro między nogami.
Kiedy
jego wargi dotknęły moich, moje się rozchyliły, więc jego język wtargnął do
środka, a mój nie pozostał obojętny.
Przesunęłam
jedną z dłoni po jego plecach w górę, do jego łopatek, a drugą rękę z przodu,
na jego pierś, odchyliłam się w jego ramieniu i piłam z jego ust.
Przesunął
wargi po mojej szczęce na moją szyję, a ja odchyliłam głowę i jęknęłam z
rozkoszy.
Mark
wyprostował się tylko po to, by złapać za przód mojej bluzki.
Tego
dnia byłam ubrana w brązowe spodnie cygaretki i zapinaną na liczne perłowe
guziczki jasnozieloną bluzkę, której zapinanie trwało wieki.
Nie
chciałam, by tyle samo czasu Mark poświęcił teraz na jej rozpianie.
Przełożyłam
ręce na swoje biodra, krzyżując je przed sobą, złapałam za brzeg bluzki i
pociągnęłam ją do góry.
Mark
obserwował to czarnymi z pożądania oczami, ale zajął się swoją koszulą, kiedy
przeciągałam bluzkę przez głowę i przez włosy, które upięłam w luźny kok na
karku, jak nauczył mnie Filippe, ten fryzjer, do którego poszłam za namową Evy.
Wkrótce
byliśmy bez nich, ja bez bluzki, a Mark bez koszuli.
Mark
przysunął się do mnie, ponownie zaczął mnie całować, ale popychał mnie do tyłu,
więc szłam w tamtą stronę małymi kroczkami, aż uderzyłam łydkami o kanapę.
Już
wtedy miałam zdjęty stanik i rozpięte spodnie, Marka spodnie również były
rozpięte, bo moje ręce też nie próżnowały, a moja fryzura była w rozsypce.
Mark
schylił się, przykucnął i pociągnął moje spodnie z bioder w dół, a przy tym
nosem dotknął mojej kobiecości przez majtki i powąchał.
Jęknęłam,
złapałam jego głowę i przytrzymałam się, żeby się nie przewrócić, bo nogi
ugięły się pode mną.
Na
szczęście Mark to zauważył i popchnął mnie na kanapę.
Opadłam
na nią pupą i nagle miałam przed oczami ciekawe wybrzuszenie slipek, wystające
z rozpiętych spodni Marka, bo się wyprostował.
Zbliżyłam
tam nos, by zrobić tak, jak on zrobił wcześniej z moim wrażliwym miejscem.
I
poczułam oszałamiający, wspaniały, męski
zapach.
Mark
jęknął.
Podniosłam
głowę, żeby zobaczyć, że jego oczy były czarne, jak miał je, kiedy był bardzo
podniecony i patrzył na mnie z góry.
Ciekawe.
A
potem nic nie widziałam, bo się na mnie rzucił.
Dosłownie.
Szarpnął
w dół nóg moje majtki, swoje spodnie i nagle był we mnie.
I
ruszał się w środku gwałtownie i mocno, więc złapałam się rękoma jego ramion, a
nogami jego bioder i trzymałam się.
A
on walił we mnie.
To
nie trwało długo, to było namiętne, spontaniczne, gorące i genialne.
I
zakończyło się naszym wspólnym orgazmem, który nie tylko ja oznajmiłam krzykiem.
A
potem leżeliśmy tam, Mark prawie na mnie, długo uspokajając oddechy.
*****
Tego samego dnia późnym wieczorem
Siedziałam
przy biurku w naszym apartamencie w hotelu i układałam swoje oświadczenie,
które miałam złożyć następnego dnia.
Byłam
ubrana w spodnie do jogi, jak lubiłam chodzić w domu, prostą koszulkę i byłam bardzo
rozczarowana, bo musiałam sama
rozebrać się z mojej sukienki, w której byłam na naszej randce.
Miałam
nadzieję, na coś bardzo dobrego po
tym, w jaki sposób Mark patrzył na mnie, wychodzącej do niego z drugiego pokoju
do salonu, przed wyjściem na randkę.
Theresa
była ze mną przez cały czas od czasu, kiedy Mark wyszedł, bo zadzwonił jego
telefon tuż po tym, jak wysiedliśmy z windy, więc tylko wszedł ze mną do
apartamentu, porozmawiał z nią i pocałował mnie lekko w nos.
I
poszedł.
Ale
teraz minęło kilka godzin i zrobiło się naprawdę bardzo późno, więc powiedziałam jej, żeby poszła do łóżka.
Nie
chciała się na to zgodzić, więc podejrzewałam, że Mark powiedział jej, żeby
mnie nie zostawiała samej, ale widziałam, że oczy zamykały jej się ze
zmęczenia.
Dlatego
kazałam jej iść spać.
Ale
zrobiłam to delikatnie i wyjaśniłam, że widzę jej zmęczenie, a ja będę
zamknięta w naszym pokoju i nic złego mnie nie spotka.
A
teraz siedziałam i bardziej myślałam, niż pisałam.
Po
lunchu, który zamówiliśmy sobie do pokoju dla trzech osób, by Theresa mogła
zjeść z nami i żebyśmy mogli porozmawiać, Mark powiedział, że na kolację
pójdziemy we dwójkę do restauracji.
Więc
wpadłam w panikę.
Nie
miałam tu żadnej sukienki, ani jednej, nie byłam uczesana i nie umiałabym tego
zrobić, nie wzięłam wystarczająco dużo przyborów do makijażu.
Miałam
nagle tysiąc powodów do zmartwienia.
Mark
się tym nie martwił.
Niczym
z tego.
Kazał
mi się ubrać tak, jak zwykle chodziłam w naszym pokoju, czyli w luźne,
płócienne spodenki 3/4 i w koszulkę, jak to robiłam w domu w gorące dni.
Potem
zabrał mnie na dół i poszliśmy do wspaniałego, ekskluzywnego butiku, który był
niedaleko hotelu.
Tam
wybrałam sobie dwie sukienki i dodatki.
Jedną
sukienkę na konferencję prasową, a drugą na kolację w restauracji.
W
tym butiku mieli na szczęście opcję usług krawieckich, więc zostawiłam obie
sukienki, by mi je dopasowali, chociaż z tą na kolację był problem.
Mieli
tylko godzinę.
Zapłaciliśmy
wobec tego za przeróbkę ekspresową prawie tyle, co za sukienkę i zgodzili się.
Potem
Mark zaprowadził mnie do fryzjera w hotelu, a tam umówiłam się na wizytę w
naszym apartamencie fryzjera, który miał mnie uczesać tego dnia i następnego
przed południem.
Również
tu nie robili z tym problemów, kiedy zgodziłam się na wszystkie warunki
finansowe, jakie postawili.
Marka
nie było ze mną, kiedy zapłaciłam za tę usługę z góry swoją kartą, bo rozmawiał
przez telefon przed salonem fryzjerskim.
Za
to, co kupiłam w butiku on płacił,
ale też tam kupił sobie piękną koszulę, garnitur, pasek, buty i krawat.
Nie
dyskutowałam, bo już nauczyłam się, ile to dla niego znaczyło.
Poza
tym nie dyskutowałam, bo Mark miał wiele rozmów telefonicznych, kiedy sam
dzwonił i do niego dzwoniono, a przez większość czasu chodził z twardą szczęką,
która mówiła mi dobitnie, jak bardzo się denerwował.
Przeze
mnie miał zmartwienia większe niż moje.
Bał
się o mnie i ja byłam temu winna.
Więc
po powrocie z naszej wyprawy do butiku i do salonu fryzjerskiego, usiadłam w
salonie w naszym apartamencie, mówiąc Markowi, że może pójść tam, gdzie
potrzebował iść, bo nie ruszę się z salonu, bo musiałam napisać swoje
oświadczenie, ale wciąż się za to nie zabrałam.
Siedziałam
z Theresą i rozmawiałam o dzieciach z jej domu zastępczego, o jej życiu i
planach na przyszłość, a potem napisałam do Sary, żeby ogólnie poinformować ją
o moich planach publicznego wystąpienia.
Napisałam
do niej o drugiej po południu, wiedząc, że wstawała przed siódmą rano, więc
powinna odebrać moją wiadomość w miarę szybko.
Odebrała
od razu.
Ponieważ
napisałam do Sary, kiedy jeszcze rozmawiałyśmy z Theresą, więc była tam ona,
kiedy z radością uruchomiłam okno konwersacji.
-
Hej, Sara - przywitałam się, kiedy zobaczyłam twarz przyjaciółki.
-
Hej, Lisa - odpowiedziała mi Sara.
Powiedziałam
jej, że byliśmy w DC i o konferencji prasowej, w której miałam wziąć udział
następnego dnia.
A
ona natychmiast spytała - Co to za dziwny pomysł?
Brzmiała
na zaniepokojoną.
Ojej,
więc Mark miał rację i Sara nic o tym nie wiedziała.
-
Poproszono mnie o wydanie oświadczenia - wyjaśniłam nie kłamiąc, ale też nie
wnikając w szczegóły, żeby i ona się nie zdenerwowała - Więc powiedziałam, że
zrobię to na konferencji prasowej.
Nie
udało mi się.
-
Mark ci na to pozwolił? - spytała Sara, najwidoczniej lepiej ode mnie wiedząc,
jak powinno to wyglądać i czego należy się obawiać.
-
Hmmm - zamruczałam i spojrzałam na Theresę.
Nie
rozmawiałyśmy o tym wcześniej, ale chyba właśnie domyśliła się, o co był taki
wściekły, kiedy wróciliśmy z ambasady.
-
Nie do końca - wyjawiłam w końcu Sarze - Był bardzo zły - dodałam swoje
niedopowiedzenie.
-
No ja myślę - mruknęła Sara.
Ale
potem zebrała się w sobie i na swój zwykły sposób spojrzała na mnie
profesjonalnie, więc wiedziałam, że przyszedł czas na to, żeby mi pomogła.
Jak
zawsze mi pomagała.
-
To o co chodzi w tym oświadczeniu? - zapytała krótko.
Więc
powiedziałam jej, mówiąc również z rozpędu o tym, że ambasador sądził, że to
ktoś z naszych współpracowników był u niego z tą prośbą.
Sara
się z tym nie zgodziła i powiedziała mi to.
-
Lisa, a nie sądzisz, że to ambasador może współpracować z twoją babką? -
zapytała ostrożnie.
-
No, nie wiem - zawahałam się, bo przez wiele lat nie ufałam nikomu, a teraz
nadszedł taki czas, że ufałam wielu osobom.
Może
zbyt wielu.
-
Wydawało mi się, że mówił szczerze - wyjawiłam, ale ton mojego głosu był
niepewny i wiedziałam o tym - Ale teraz to nie jest ważne - powiedziałam
bardziej zdecydowanie - Wiesz, że nie
dowołam tego. Potrzebuję twojej rady, jak mam to ustawić. Powiedz nam, co
możemy zrobić, żeby było dobrze.
-
Nam? - zapytała Sara, a wtedy powiedziałam jej, że była ze mną Theresa.
Sara
ucieszyła się z tego.
Wyglądało
mi na to, że pomyślała, że Theresa mogłaby mi pomóc, co ostatecznie faktycznie zrobiła.
Sara
mówiła przez dobre pół godziny o tym, do kogo powinniśmy się zwrócić w hotelu,
co mu przekazać, jakie zrobić szczegółowe ustalenia.
Potem
zadzwoniłam po Terry’ego Blacka, senior menagera hotelu.
Theresa
zrobiła przez ten czas listę rzeczy, o jakie powinnyśmy zadbać, o czym mu
powiedzieć.
Więc,
zanim Mark wrócił, by przygotować się do naszego wyjścia na kolację, byłam już
w dawnym pokoju Sary i ubierałam się, a przysłana z salonu na dole hotelu fryzjerka
układała mi włosy.
Mieliśmy
wynajętą salę konferencyjną w naszym Marriotcie, rozmawiałam z rzeczniczką
prasową hotelu i ustaliłam z nią zakres jej pomocy, a przed wyjściem chciałam
to wszystko przekazać Markowi.
Mieliśmy
jakieś piętnaście minut w zapasie, kiedy wyszłam z pokoju i byłam już
całkowicie gotowa na naszą randkę.
Mark
siedział w salonie na kanapie w garniturze i czytał coś w swoim telefonie,
przesuwając po nim kciukiem.
Na
dźwięk otwieranych drzwi podniósł głowę i spojrzał w moją stronę.
Wstał
i patrzył na mnie z takim gorącym wyrazem
twarzy, że miałam kłopoty z oddychaniem, tym bardziej, że w tym garniturze był
super przystojny.
Problemem
dla mnie jednak było to, że był u fryzjera.
Nie
chodziło o to, że się ostrzygł, bo lubiłam, jak jego włosy były krótkie, ale o
to, że zgolił brodę.
Zagapiłam
się.
Mark
podszedł do mnie, kiedy tak stałam i wziął moją dłoń w swoje ręce.
-
Lady - mruknął niskim głosem tak pełnym znaczenia, że nic nie powiedziałam na
temat jego brody - Na tym balu, na którym tańczyliśmy, byłaś najpiękniejsza.
Wręcz zjawiskowa. Nie myślałem, że to
możliwe, ale teraz jesteś jeszcze piękniejsza.
Natychmiast
zapomniałam o tym, jak czułam się z tym, że zgolił brodę.
Tak myślał?
Miałam
na sobie sukienkę z ciemno zielonego weluru, której ramiączka udawały rękawki i
opadały skośnie z biustu na moje ramiona, a pasy materiału z nich idące
schodziły się w środku dekoltu.
Dekolt
miałam całkiem odkryty zarówno z przodu jak i na plecach i byłam bez biżuterii,
bo nie miałam żadnej ze sobą w Stanach.
Sukienka
opinała moje piersi, talię i biodra, co doskonale
dopasowała krawcowa z butiku, a była luźniejsza na udach i do kolan.
Na
nogach miałam czarne sandałki na szpilkach, do których kupiłam też w tamtym
butiku torebkę typu kuferek.
Fryzjerka
uczesała mnie w loki spięte z tyłu głowy, a większość włosów miałam
rozpuszczonych na ramiona.
-
Dziękuję - powiedziałam z zawstydzeniem, bo rzadko mówiono mi szczere
komplementy, a wiedziałam, że Mark by mnie nie
okłamał.
Mark
uniósł moją rękę i pocałował wierzch mojej dłoni, a potem zapytał:
-
Gotowa?
-
Och, tak - odpowiedziałam, a wtedy przypomniałam sobie, że musiałam mu
powiedzieć o naszych ustaleniach z tego dnia - ale przed wyjściem muszę ci coś
powiedzieć.
Kiedy
mu opowiedziałam wszystko, co ustaliłyśmy z Sarą, co robiłyśmy z Theresą, co
załatwiłyśmy z menagerem i rzeczniczką prasową hotelu, Mark popatrzył na mnie
ze zdumieniem, a potem z uśmiechem, a jego mina świadczyła o tym, że hamował
śmiech.
Znowu?
Poczułam,
jak podnosi mi się adrenalina.
-
O co chodzi? - spytałam, z trudem opanowując złość.
-
Kochanie - powiedział Mark z wesołością w głosie - Wynająłem dzisiaj dla nas salę
konferencyjną w tym hotelu na dole. Wynająłem też kilku ochroniarzy i
rozmawiałem z szefem ochrony o warunkach, jakie mamy.
Och.
Nagle
się uspokoiłam.
Czyli
mieliśmy dwie sale konferencyjne
wynajęte na jedną godzinę w tym hotelu, ale ja pomyślałam o rzeczniku prasowym,
kiedy Mark pomyślał o bezpieczeństwie.
-
Przepraszam - szepnęłam.
-
Za co? - spytał pomrukiem Mark i przytulił mnie do siebie.
-
Że sprawiłam ci tyle problemów, że sprawiłam, że się boisz, że nie powiedziałam
ci, kiedy zamierzałam porozmawiać z menagerem - długo wyjaśniałam smutnym tonem
- i że nie porozmawiałam z tobą.
-
Lisa - mruknął Mark - to działa w dwie strony. Ja też ci nie powiedziałem. A
tego, że się o ciebie boję nie zmienisz.
-
Chciałabym być dla ciebie lepsza - dodałam z przygnębieniem z twarzą w jego
koszuli.
-
Kochanie - Mark ujął moją brodę i podniósł moją głowę tak, że musiałam mu
patrzeć w oczy - Jesteś najlepsza,
jaką mógłbym mieć. Z tobą nie będę się nigdy nudził - otworzyłam szeroko oczy i
słuchałam ze zdumieniem - Raz jesteś pewna siebie, a potem niezdecydowana,
miewasz wspaniałe pomysły, a potem pytasz o najprostsze rzeczy. Jesteś słodka i
naiwna, a potem władcza i dominująca, możesz być zimna lub kłótliwa, a kiedy
indziej ustępliwa i uległa. Jesteś zmienna, bo jesteś kobietą. A na dodatek kochasz te dzieci i zrobiłabyś dla nich
bardzo dużo, a może nawet wszystko. Zakochałem się w takiej tobie. Nie zmieniaj się. Bądź sobą.
-
Mark - westchnęłam w jego usta, a jego oczy pociemniały.
-
Lady - mruknął niskim, ostrzegawczym głosem - Idziemy na kolację.
-
Och - westchnęłam z rozczarowaniem, ale odsunęłam się o kilka centymetrów, kiedy
Mark ponownie przyciągnął mnie do siebie.
-
Nie zniszczę ci makijażu, jeśli cię pocałuję? - zapytał niskim głosem.
Pokręciłam
powoli głową, patrząc w jego czarne oczy i myśląc wyłącznie o tym, że mnie pocałuje.
Więc
pocałował mnie i nie zniszczył mi makijażu.
No,
może trochę.
Ale
nie zrobił niczego, czego nie mogłabym szybko poprawić.
A
potem poszliśmy do restauracji na naszą kolację, tam zjedliśmy solę smażoną na
maśle i wołowinę po burgundzku, rozmawialiśmy, piliśmy czerwone i białe wino i
świetnie spędziliśmy czas.
Moja
najlepsza randka.
Lepsza
od pierwszej.
Po
kolacji jednak Mark nie został ze mną w apartamencie, bo musiał z kimś
porozmawiać.
Nie
protestowałam, bo widocznie musiał, a ja musiałam mu to dać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń