sobota, 22 października 2022

16 - Nieodpowiednia

  

Rozdział 16

Nieodpowiednia

Lisa

 

 

Trzy dni później

Była siódma wieczorem.

Byliśmy tam od pół godziny i mężczyźni powiedzieli mi, co powinnam mówić, ale ja nie byłam przekonana co do tego planu.

Chciałam, żeby to się szybko skończyło, a z tym, co oni proponowali, trwałoby to jeszcze przez kolejne tygodnie.

Za długo.

Siedziałam więc w mieszkaniu Filipa przed jednym z jego komputerów i ściskałam w dłoni telefon, który właśnie mi podał i zdecydowałam się na realizację mojego planu.

Nie wiedziałam, co było takiego specjalnego w tym telefonie, ale Filip powiedział, że mogłam z niego swobodnie rozmawiać ze Stanów z moją babką Charlottą, która nadal była w Anglii.

Podejrzewałam, że nie chodziło w tym wyłącznie o to, że był on zarejestrowany w UK.

Przed chwilą Filip podał mi numer telefonu do biura mojej babki, wybrałam go, a potem, kiedy uznałam, że byłam gotowa, wzięłam głęboki wdech, spojrzałam na Marka i wcisnęłam przycisk Dzwoń.

Przyłożyłam telefon do ucha i utkwiłam wzrok w swoich kolanach.

Słuchałam sygnału połączenia.

Mężczyźni obok mnie milczeli.

- Biuro księżnej Charlotty - usłyszałam oschły, urzędowy głos jej osobistej asystentki.

To zaczynamy.

- Mówi hrabina Caroline Jones - przedstawiłam się równie zimno, urzędowo i oschle - Czy mogę rozmawiać z księżną Charlottą?

Usłyszałam nagły wdech asystentki, a potem Już pytam i całkiem głośny stukot, kiedy odłożyła słuchawkę, bo, najwyraźniej, zapomniała mnie przełączyć na oczekiwanie.

Nie minęły dwie minuty, kiedy asystentka odezwała się - Księżna ma bardzo mało czasu, więc prosi o możliwość oddzwonienia do pani hrabiny, żebyście mogły porozmawiać swobodniej.

- Niestety, korzystam z czyjejś uprzejmości - poinformowałam ją zgodnie z instrukcją Filipa - Jeśli babcia nie może teraz rozmawiać, proszę o wyznaczenie godziny, w której będę mogła zadzwonić do niej ponownie.

Nie odpowiedziała.

Słuchałam sygnału oczekiwania.

Po krótkiej przerwie usłyszałam w słuchawce głos mojej babki Charlotty.

- Dzień dobry, Caroline - brzmiała tak samo zimno, sucho i oficjalnie, jak jej asystentka.

- Dzień dobry, babciu - postarałam się brzmieć przynajmniej neutralnie, jeśli nie mogłam ciepło.

Nadal nie wierzyłam, że chciała mi zrobić coś naprawdę złego, chociaż nie kochałam jej, a i ona nie kochała mnie.

Mogła chcieć mnie sprzedać za mąż, ale nie zabić.

- Cóż takiego się stało, że nagle sobie o mnie przypomniałaś? - zapytała sarkastycznie moja jedyna bliska żyjąca krewna.

Ojej.

To będzie trudne.

- Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam - powiedziałam wysilając się, by mój głos brzmiał w miarę łagodnie - Nie mogłam. Ale teraz mam dla ciebie wiadomość, która powinna cię zadowolić. Pragnęłaś, bym wyszła za mąż. Poznałam kogoś, zakochałam się i zamierzamy się pobrać jeszcze tego lata - wiedziałam, że Mark słuchał, nie ustalaliśmy tego, co właśnie powiedziałam i co zamierzałam powiedzieć następne, ale nie mogłam się powstrzymać -  Ponieważ chcę mu dać dzieci, więc być może to drugie twoje marzenie też się spełni i będę mężatką z dzieckiem przed dwudziestymi drugimi urodzinami.

Nie patrzyłam na Marka ani na Filipa, chociaż czułam, że atmosfera w pokoju zmieniła się.

Nie wiedziałam, czy to było dobre.

- No, dobrze - powiedziała łaskawie babka Charlotta - Ale, Caroline, kim on jest? Pragnęłam dla ciebie kawalera z tytułem. Kogoś godnego naszej rodziny.

- Kapitan Mark Taylor ma tytuł szlachecki, babciu - wyznałam jej coś, czego dowiedziałam się zaledwie przed godziną - Dostał go z rąk królowej w uznaniu za zasługi dla korony.

- Och - westchnęła babka ze zdziwieniem, chociaż nie z ulgą.

Mark powiedział mi, że tytuł Oficera Orderu otrzymał z rąk królowej w nietypowy sposób, bo na tajnej uroczystości ze względu na utajniony charakter misji, którą wówczas wykonywał.

Wiedziałam jednak, że sir Mark Taylor musiał w tym celu mieć obywatelstwo angielskie, czego mi nie powiedział wprost.

Powiedział mi to, żebym mogła łatwiej przekonać babkę, że postępowałam zgodnie z jej planem i że nie byłam świadoma warunków, jakimi został obłożony fundusz powierniczy, jaki założył dla mnie dziadek, jej brat.

Zarówno Filip, jak i Mark uznali, że ta informacja mogła pomóc mi w przekonaniu babki, że nie zamierzałam studiować ani pracować, bo miałam mężczyznę u boku, a gdyby babka została przeze mnie przekonana, ja byłabym bezpieczniejsza.

To ja wymyśliłam dość nagle, że babka musiała ode mnie usłyszeć, że zamierzałam wyjść za mąż i mieć dzieci.

Dyskutowaliśmy o tym wszystkim przez ponad godzinę poprzedniego dnia, a było to efektem kolejnych informacji, jakie przesłali informatorzy Roberta Flesh’a z Anglii.

Podobno moja babka Charlotta przelała sporą sumę pieniędzy na konto jakiegoś przestępcy tu, w Stanach, który był trudny do znalezienia, więc tym bardziej mógł mi zagrozić.

Nikt jednak nie wiedział, na co miały być przeznaczone te pieniądze, więc ja nadal sądziłam, że chodziło o przekonanie mnie, a w skrajnym przypadku o zagrożenie czymś Markowi.

Ale nie chciałam, żeby cokolwiek zagrażało Markowi.

Babka Charlotta ostatecznie udawała, że ucieszyła ją ta nowina, chociaż ja i tak usłyszałam, że udawała, i prosiła tylko, żebym wzięła ślub w Anglii, a może nawet pozwoliła jej go zorganizować.

Nie powiedziałam zdecydowanie nie, chociaż też wprost się nie zgodziłam.

Nie rozmawiałam długo z moją cioteczną babką Charlottą.

Nie wiedziałam, czy przekazane przeze mnie wieści ją przekonały.

Wiedziałam tylko, że Mark robił wszystko, żebym była bardziej bezpieczna, a Filip mu w tym bardzo pomagał.

Spotykali się bardzo często, prawie codziennie, a zwykle Mark zabierał mnie na te spotkania ze sobą, bo nie lubił zostawiać mnie samej w domu.

Więc wszystko słyszałam.

W ogóle mnóstwo czasu spędzaliśmy razem i nie mieliśmy przed sobą sekretów,  a przynajmniej nie mieliśmy tajemnic dotyczących codzienności.

Byliśmy razem w domu, kiedy ekipa dokończyła budowę kominka w naszym salonie oraz kiedy jeden z „chłopaków” Sophie pomalował ściany w nim i w korytarzu przejściowym do części sypialnych.

Mark zadzwonił po tą ekipę sprzątającą, którą czasem wynajmował i był ze mną w domu, kiedy tam przyjechała, a potem przez cały czas, kiedy pracowali.

Ale odmówił towarzyszenia mi, kiedy wybrałam się z Evą do sklepu Soniji na zakupy mebli do salonu.

Wybrał się wtedy na spotkanie, które nazwali „sztabem kryzysowym”.

Filip i David mieli kilku kumpli, którzy zajmowali się ochroną Ani w czasie tych jej kłopotów, których nadal nie poznałam.

A Mark zadzwonił do jakiegoś swojego starego kumpla, z którym podobno dawniej współpracował i również poprosił go o pomoc dla mnie.

Przy tej okazji dowiedziałam się, że Mark trenował kiedyś kulturystykę, więc nie miał wielu przyjaciół, bo to raczej dziedzina indywidualna.

Nawet te nieliczne kontakty, które wówczas nawiązał utracił, kiedy pracował dla tajnych służb, więc właściwie miał tylko jednego przyjaciela.

Tym bardziej doceniał, a ja razem z nim, fakt, że poznaliśmy grupę kobiet i ich mężczyzn, którzy byli związani z tamtym kompleksem mieszkaniowym.

Nie chciałam wierzyć w to, żeby była potrzebna mobilizacja aż tylu mężczyzn do ochrony mnie, ale Mark bez wątpienia wiedział lepiej.

Więc nie protestowałam.

A teraz powiedziałam mojej ciotecznej babce Charlotcie to, co miałam do powiedzenia, bo Mark się o mnie martwił.

Ale nie ustaliliśmy tego wszystkiego, więc, kiedy się rozłączyłam z babką, musiałam stawić czoła Markowi.

Bałam się, że poszłam o krok za daleko.

Nie ustaliliśmy bowiem mojej deklaracji zamążpójścia i posiadania dzieci.

To było z mojej strony spontaniczne, chociaż wynikało z tego, że miałam przekonać babkę o moim zaangażowaniu w związek z Markiem.

Jednak, kiedy oddałam telefon Filipowi, bałam się spojrzeć na Marka.

A on podszedł do mnie, wziął mnie za rękę, pożegnał się z Filipem, a potem pociągnął w stronę drzwi i wyszliśmy.

Rzuciłam Filipowi ciche Cześć, nie patrząc również w jego stronę i poszłam, drepcząc posłusznie i cicho za Markiem, bo bałam się jego reakcji.

Wsiedliśmy do jego Navarry, stojącej na parkingu podziemnym pod mieszkaniem Filipa, pojechaliśmy milcząco do naszego domu i równie milcząco weszliśmy tam, kiedy Mark otworzył drzwi, rozbroił alarm, przełączył go i zamknął drzwi na klucz.

Ja przez ten czas weszłam do kuchni i włączyłam ekspres do kawy, a potem podeszłam do lodówki, żeby zrobić dla nas lunch.

Mark podszedł bardzo blisko do moich pleców.

- Lisa… - zaczął cicho.

- Mam filety z kurczaka - przerwałam mu, nadal stojąc tyłem do niego - Mogę szybko zrobić frytki z grillowanym kurczakiem na naszą kolację.

- Lady - Mark chwycił mnie za biodra, zaczął znowu mówić, kiedy odwrócił mnie przodem do siebie, a ja ponownie mu przerwałam.

- Nie, Mark - powiedziałam zdecydowanie - zrobiłam to tak, jak się umawialiśmy. Zobaczymy, czy to zadziała.

Nie patrzyłam mu w oczy, ale na brodę, dlatego zobaczyłam, że jego szczęka stwardniała, ale nie widziałam jego spojrzenia.

A powinnam była.

- Po prostu zostawmy to, tak jak jest - mówiłam, nie zważając na ostrzeżenie, jakie niosła jego reakcja - To nie było nic ważnego.

Opuściłam głowę.

- To dla ciebie nie było ważne? - spytał Mark niebezpiecznym tonem.

- Ja… - zawahałam się i odwróciłam głowę, bo to było dla mnie bardzo ważne, ale przez cały czas bałam się, że naciskałam na niego za bardzo, żądałam od niego za dużo, szłam za szybko.

Teraz nie była tego taka pewna, bo jego głos nie był właściwy.

Nie mogłam podnieść na niego wzroku.

Serce miałam ciężkie, jakby nagromadziły się tam wszystkie kamienie świata i oddech mi się urywał.

Miałam ochotę uciec, schować się gdzieś.

- Lisa - Mark nagle zmienił ton, a i jego ciało przestało być takie napięte, jak czułam je od chwili, kiedy powiedziałam mojej babce, że zamierzamy się pobrać i chcę dać mu dzieci.

Odwracałam się od niego i zaczęłam wykręcać się z uścisku jego dłoni, nagle zdeterminowana, żeby uciec.

Bałam się, że się rozpłaczę.

Mark miał kiedyś żonę.

Kochał ją i chciał mieć z nią dzieci.

Zawiódł się, jego marzenia legły w gruzach, ale to nie znaczyło, że całkiem przestał kochać byłą żonę.

Gdyby jej nie kochał, nie bolałoby go to tak bardzo, a nawet do mnie o tym mówił z trudem.

- Chcę mieć z tobą dzieci - powiedział Mark, przyciskając mnie mocniej do siebie, kiedy ja kurczowo zaciskałam dłonie w pięści między nami i odmawiałam sobie podniesienia głowy.

Zamarłam.

- Kocham cię - mówił dalej, więc wstrzymałam oddech - Chcę, żebyśmy się pobrali, chociaż wolałbym ci się prawidłowo oświadczyć i poprosić cię o rękę, a nie słuchać takiej deklaracji od ciebie do kogoś innego, zanim porozmawialiśmy - jego ton był lekki, żartobliwy.

Wciągnęłam urywany wdech, bo żartował z tego, a ja nadal nie byłam w stanie odpuścić.

- Kochanie - mruknął delikatnie - Spójrz na mnie.

Potrząsnęłam głową.

- Lisa, proszę - Mark mruknął prawie błagalnie, więc wciągnęłam kolejny wdech, zebrałam się w sobie i podniosłam głowę.

Patrzył na mnie czule, ciepło i nie był ani trochę zły.

- Czemu w to nie wierzysz? - zapytał.

Zastanowiłam się nad tym, a potem pomyślałam jeszcze trochę, wciągając przy tym trochę powietrza, a potem się zdecydowałam.

Przecież mieliśmy rozmawiać.

Kobiety mówiły mi, że powinnam mu mówić, co czułam, czego się bałam, co mnie denerwowało.

- Bo ty… - zawahałam się, a potem zebrałam się na odwagę i wypaliłam cicho - Kochałeś ją. Nadal boli cię to, że cię oszukiwała. Może ciągle ją trochę kochasz. Boję się, że to ja nie jestem dla ciebie odpowiednia.

Mark zacisnął na chwilę szczękę, spojrzał poza mnie, a potem jego wzrok wrócił do moich oczu i westchnął.

- Lisa, to jest przeszłość - powiedział, a ja znowu odwróciłam wzrok - Kochanie posłuchaj mnie, bo nie kłamię. To. Jest. Przeszłość.

Potrząsnął mną przy każdym słowie z tych ostatnich, więc skupiłam się na nim i podniosłam głowę, żeby widzieć jego oczy.

Były poważne, ale ciepłe i łagodne, a nie złe.

- Nie kocham jej, a z tym, co mamy myślę, że nigdy jej nie kochałem - powiedział mi z mocą, od której oddech mi się urwał - Kocham ciebie. To wiem na pewno. To, co my mamy, to jest miłość. Prawdziwa. Ty jesteś dla mnie odpowiednia. Ona nie była.

- Mark - jęknęłam, nagle pokonana, przytłoczona świadomością, że oto kolejny raz nie zaufałam mu, nie wierzyłam w jego słowa, kiedy już wcześniej powiedział mi, że mnie kochał, nie uwierzyłam Maggie, kiedy mówiła mi, że to, jak Mark zareagował, kiedy myślał, że go zdradziłam, było dowodem na siłę jego uczucia do mnie.

 - Lady - mruknął Mark i przytulił mnie ramionami owiniętymi wokół moich pleców tak mocno, jakby chciał, żebym wtopiła się w jego ciało - Uwierz mi. Boli mnie to, że mnie oszukiwała, bo czułem się jak głupek, że dałem się oszukać. Ale to nie było złamane serce.

A potem nagle podniósł moją twarz do swojej twarzy, trzymając mój kark dłonią, więc spojrzałam w jego piękne, ciemnobrązowe oczy, by zobaczyć, że się uśmiechały.

- Znam różnicę, bo miałem złamane serce, kiedy wyjechałaś do Anglii - wyznał mi, a mnie na to wyznanie oddech przerwał się i wykrzywiłam usta, walcząc jednocześnie z uśmiechem i łzami.

Tak.

Wreszcie to wiedziałam.

To, co my mieliśmy, to była miłość.

Prawdziwa.

Skoro miałam podniesioną głowę, a jego twarz była tak blisko, więc jedyne, czego brakowało, to to, żeby pochylił się trochę, by wziął moje usta.

Więc to zrobił.

A potem puścił mnie, więc poszłam do kuchenki i mogłam przygotować frytki z kurczakiem na naszą kolację.

*****

Tydzień później

Byłam sama w naszym domu.

Siedziałam z nogami zwiniętymi w kolanach, stopami położonymi pode mną na siedzisku, wciśnięta bokiem w poduszki kanapy.

Była to ciemno szara, miękka kanapa narożna z wysokim oparciem, którą wybrałam z Evą w salonie meblowym Soniji, kiedy tam byłyśmy.

Wybrałam ją, drugą taką, pasujące do niej fotele, podnóżki i duże ozdobne poduszki, ale ich właściwym ostatecznym przeznaczeniem była bawialnia, a nie nasz salon.

Stały jednak w salonie, bo bawialnia nie była pomalowana, a my mieliśmy chwilowo dość remontów, chociaż nie ze względu na same remonty.

Do salonu wybrałam nieco ciężką rozłożystą sofę w stylu wiktoriańskim i takie same fotele, które znalazła mi Sonija w zaprzyjaźnionym sklepie.

Miały obicie oparcia i podłokietników w kolorze czekolady deserowej, a siedziska w gęste kwiaty, a obiecano mi powiększyć ten zestaw, jak już będę miała na nie miejsce.

Niestety, teraz stały w magazynie i czekały na lepsze czasy.

Po prostu okazało się, że moja babka przesłała kolejną część pieniędzy na konto tego samego przestępcy, co wcześniej, więc Mark i Filip niepokoili się, co mogło to oznaczać.

Mark oznajmił mi, że powinniśmy ograniczyć obecność nieznanych nam osób w domu, a kolejne ekipy malujące go i instalujące oświetlenie, gniazdka, panele podłogowe i takie inne rzeczy, nawet jeśli to byli mężczyźni od Sophie, oznaczały kolejnych obcych w naszym domu.

Oczywiście, że się z nim zgodziłam.

Przecież widział, co robił.

To był Mark.

Więc meble kupione przeze mnie do naszej bawialni stały obecnie w naszym salonie razem z telewizorem, który kupił Mark.

Telewizorem, który w przyszłości również miał stać w bawialni, a pojawił się w naszym domu dość nagle.

Po prostu, pewnego dnia, kiedy już przywieźli nam meble i rozstawili je w naszym salonie, Mark pojechał do sklepu, korzystając z okazji, że była u mnie Eva, by zobaczyć moją kuchnię i podpowiedzieć mi, co mogłabym w niej w przyszłości zmienić i przywiózł telewizor swoim pickupem.

Ot, tak.

Kominek został ukończony wcześniej i facet, który go instalował nakazał napalenie w nim od razu, więc wiedzieliśmy, że działał, ale zaczynał się maj i było bardzo ciepło, więc odpadały wieczory we dwójkę na kanapie przed telewizorem i z ogniem rozpalonym w kominku.

Zorganizowaliśmy sobie jednak wieczór we dwójkę przed telewizorem, kiedy byliśmy zwinięci na kanapie, ja na Marku, a w rękach mieliśmy kieliszek wina, ja, i butelkę piwa, Mark.

Nie było tak, jak sobie to wyobrażałam.

Był o wiele, wiele lepiej.

A na dodatek Markowi też się to podobało.

I jeszcze to ulepszył, kiedy pod koniec filmu zaczęłam chichotać z czegoś, bo oglądaliśmy komedię, pochylił się, potem przekręcił, zabrał mi z ręki kieliszek, a potem położył się wzdłuż mnie, żeby wziąć najpierw moje usta, a potem resztę mojego ciała w niespieszny, cudownie słodki sposób, który mi pokazał, jak bardzo Mark mnie kochał.

Kochał się ze mną.

Poczynając od pieszczot mojej szyi i dekoltu, które tak uwielbiałam i mnie szybko rozpalały, ale Mark tym razem dawkował je, więc je przedłużył.

W nieskończoność gładził mnie, całował, lizał a ja nie pozostawałam mu dłużna, badając dłońmi jego gorącą skórę na klatce piersiowej, żebrach i plecach.

Potem Mark zjechał niżej i pozbawił mnie koszulki.

Ale, kiedy muskał, lizał i przyszczypywał wargami moje piersi, nie powstrzymałam się i przyspieszyłam.

Nadal nie było to takie szybkie, gwałtowne i naglące, ale gorące i namiętne jak zawsze to między nami.

Aż do spełnienia.

Cudowne.

Powoli i stopniowo zaczęłam przyzwyczajać się do myśli, że wszystkie moje marzenia mogły się spełnić.

Wciąż nieśmiało.

Zaczynałam mieć dom.

W ciągu tego tygodnia również rozpakowałam tę walizkę, którą Sara spakowała dla mnie z pomocą Franka.

Było tam kilka sukienek, z których bardzo się ucieszyłam, moje jedwabne koszulki nocne, trochę bielizny, buty, ale również pewne dokumenty, które trzymałam zamknięte w sejfie, a które przechowywałam od śmierci mojego taty i nie czytałam ich.

Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że Sara spakowała mi również pozytywkę, którą miałam na komodzie w sypialni.

Nie pamiętałam, skąd ją miałam.

Była u mnie zawsze, ale nigdy jej nie otwierałam.

Nie mogłam zapytać o nią taty, bo ucinał każdą rozmowę na temat inny niż moje lekcje lub zajęcia dodatkowe.

Więc teraz też postawiłam ją w naszej sypialni na komodzie.

Przez te kilka dni Mark pozwalał mi wychodzić z domu tylko z nim lub pod eskortą kilku mężczyzn, których w końcu poznałam.

Dwóch z nich było potężnie zbudowanych, wysokich i wyglądających na silnych, a na imiona mieli Robert i Vincent.

Taka daleka ochrona, ale niczym zapora.

Raczej nie odzywali się, ale też nie miałam okazji przebywać w ich towarzystwie, więc może czasem się odzywali.

Po prostu ja nie wiedziałam.

Byli też dwaj tacy, którzy przypominali mi Filipa, bo rozglądali się ukradkiem i nie zauważyłabym ich, gdyby Mark mi o nich nie powiedział.

Jak dobrze wyszkolona ochrona.

Jednym z nich był ciemnowłosy, o ciemnej karnacji, mocno wytatuowany Marty, a drugim średnio wysoki, ładnie opalony, szczupły, ciemny blondyn o imieniu Chris.

Ku mojemu zaskoczeniu, a może i nie, bo mogłam się tego spodziewać, jednym z moich nowych ochroniarzy był David.

Zobaczyłam go pewnego dnia, kiedy jechałam do sklepu spożywczego, ale początkowo nie podszedł do mnie, tylko rozglądał się z daleka.

Dopiero, kiedy uśmiechnęłam się na jego widok, podszedł do mnie.

- Yo - mruknął na powitanie.

To było coś, czego dotąd nie słyszałam, więc się trochę speszyłam.

- Hmmm - zawahałam się - Hej? - odpowiedziałam.

Uśmiechnął się spomiędzy włosów swojego zarostu.

- Mogłaś udawać, że mnie nie znasz - powiedział mi - ale mogę cię ochraniać również po prostu robiąc z tobą zakupy. Tylko musisz mi wybaczyć, bo będę się rozglądał, więc nie mogę pchać wózka.

Ojej, Mark nigdy nie wyjaśniłby mi tego tak dokładnie.

- Okej - szepnęłam bardziej do siebie niż do niego i nie powiedziałam mu, że Mark nie powiedział mi, że David będzie mnie ochraniał.

Uśmiechnął się ponownie, odwróciliśmy się przodem do kierunku, w którym popychałam wózek i chodziliśmy tak po sklepie.

Pomyślałam wtedy, że David umiał rozmawiać nawet lepiej niż Mark, chociaż wcześniej myślałam, że Mark był w tym świetny.

Nie podejrzewałabym go o to.

Jednak nie zapytałam o to Davida, bo mnie nieco onieśmielał.

Postanowiłam spytać Maggie.

Zarost Davida przypomniał mi to, że Mark golił się teraz codziennie.

Nie rozmawialiśmy o tym, a ja już przecież powiedziałam mu, że lubiłam jego zarost, ale też lubiłam go bez niego.

Więc przyjmowałam go takim, jaki był.

Ale wtedy pomyślałam, że powinnam była jego zapytać, jak wolał być, bo wydawało mi się, że wolał się jednak golić.

A to znaczyło, że źle się czuł przez te kilka dni, kiedy nie mógł się golić.

I nic mi o tym nie powiedział.

Więc… miałam ochronę.

Ale bywały dni, kiedy musiałam być w domu bez Marka i nie wychodzić, bo nie miał kto być moją ochroną, chociaż wydawało mi się, że ktoś czasem obserwował nasz  dom.

Nie zapytałam o to Marka.

Wciąż zapominałam.

Dlatego siedziałam teraz w naszym salonie, czekając aż Mark skończy robić to, co musiał zrobić i trzymałam w ręce list, który napisał do mnie dawno temu mój tata.

I bałam się go otworzyć, więc myślałam o wszystkim, tylko nie o nim.

Tchórzyłam.

Wzięłam głęboki wdech, obróciłam list jeszcze raz w dłoni, a potem zdecydowałam się, otworzyłam kopertę i rozłożyłam cienkie, szeleszczące kartki.

Tak, kartki.

W liczbie mnogiej.

Znalazłam pierwszą stronę, spojrzałam na datę, przekonałam się, że było to tuż po moich szesnastych urodzinach, a potem, nie znajdując więcej wymówek, by tego nie robić, zaczęłam czytać.

Mój tata napisał:

Moja droga Caroline,

Jeśli czytasz ten list, to znaczy, ze nie dożyłem Twoich dwudziestych pierwszych urodzin.

Szkoda, bo bardzo chciałem zobaczyć, jaką wspaniałą stałaś się kobietą.

Miałem nadzieję, że mi się to uda.

Byłaś taką śliczną dziewczynką.

Wciągnęłam powietrze do płuc i przerwałam czytanie, bo poczułam łzy szczypiące mnie w oczy.

Mój tata nigdy nie powiedział mi żadnego komplementu, nie pochwalił mnie, nie usłyszałam od niego, że jestem ładna czy mądra.

Nigdy!

Czemu tak skąpił mi tego, a tu nagle spisał takie wyznanie, nie wiedziałam.

Wzięłam jeden powolny, uspokajający wdech i wróciłam do lektury.

Byliśmy bardzo młodzi z Twoją Mamą, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zakochaliśmy się w sobie i spędziliśmy kilka bardzo szczęśliwych dni, zanim dowiedzieliśmy się, że byliśmy bliskimi kuzynami.

Rozstaliśmy się i myśleliśmy, że ułożymy sobie życie oddzielnie, ale kiedy po kilku latach rozłąki spotkaliśmy się ponownie, nasza miłość wybuchła na nowo i zwyciężyła zdrowy rozsądek. Serce nie sługa. Kochałem Twoją Mamę tak bardzo, że nie wyobrażałem sobie życia bez Niej. Ona również mnie kochała. Zostaliśmy ze sobą, najpierw potajemnie, a potem walcząc z całym światem. Zaręczyliśmy się wbrew woli naszej rodziny, a potem pobraliśmy się po otrzymaniu dyspensy duchownych. Jedynie tata Twojej Mamy, twój dziadek, wspierał nas i mówił nam, że powinniśmy być razem, skoro się kochaliśmy.

Nasze pokrewieństwo jednak nas niepokoiło. Zasięgaliśmy porady w wielu ośrodkach i powiedziano nam, że możemy mieć dzieci, a to było jedno z największych marzeń Twojej Mamy. Więc była bardzo szczęśliwa, kiedy zaszła w ciążę z Tobą. Pamiętam, jak z radości całymi dniami śpiewała, szykowała dla Ciebie pokój, wybierała Ci imię.

Wciągnęłam urywany wdech, by powstrzymać łzy, które bardzo chciały popłynąć i chciwie czytałam dalej.

Przez całe cztery lata byłaś ukochanym dzieckiem swojej Mamy. Pieściła cię, bawiła się z Tobą, uczyła Cię różnych rzeczy. Codziennie wieczorem otulała Cię kołderką do snu i szeptała do Ciebie w Twoim łóżeczku: Kocham cię do Słońca i Księżyca, moja Księżniczko.

Bardzo często siadywała z Tobą na kolanach w naszej bibliotece w głębokim fotelu i czytała Ci kolejne książki, nawet jeśli nie rozumiałaś ich treści. Lubiłaś słuchać po prostu jej głosu i zasypiałaś przy tym. Brałem Cię wtedy na ręce i przenosiłem do łóżeczka.

Więc to nie był tylko sen.

To nie było po prostu moje marzenie!

Naprawdę był taki fotel, była w nim mama i dziecko na jej kolanach, słuchające książki, którą mama czytała na głos.

I tym dzieckiem byłam ja!

To wspomnienie tak mocno tkwiło we mnie, że było częścią mnie, nawet jak nie pamiętałam mamy i książek, które czytała.

Tak bardzo chciałabym pamiętać jej głos.

Nagle pomyślałam, że to mogła być przyczyna dla której mój tata nie lubił, kiedy przesiadywałam w naszej bibliotece.

Jednak przez to też nie wiedziałam, gdzie stał, ani jak wyglądał ten fotel, w którym siadywała mama, kiedy mi czytała.

Pochyliłam się znowu nad listem, który nagle stał się bardzo ważny, więc żałowałam, że unikałam czytania go przez tyle dni.

A kiedy się obudziłaś, najpierw biegłaś, by przywitać się z Nią, a dopiero potem ze mną lub z każdym innym, kto był w naszym domu.

Na Twoje drugie urodziny Twoja Mama podarowała Ci pozytywkę, która stoi teraz w Twojej sypialni. Mam nadzieję, że wciąż ją masz i kiedyś przekażesz ją swoim dzieciom. Ta pozytywka kołysała Cię do snu, kiedy Twoja Mama już nie mogła być z Tobą i nie utulała Cię.

Ojej!

Zapomniałam to.

Wstałam, zostawiłam list na stoliku do kawy i poszłam szybkim krokiem do sypialni, żeby znaleźć pozytywkę.

Wzięłam ją do ręki, nakręciłam kluczykiem, który tkwił w jej boku, otworzyłam, a spod wieczka wychyliła się baletnica i zaczęła się kręcić przy dzwoniących dźwiękach muzyki, której nie rozpoznawałam.

Nie pamiętałam jej.

Wzięłam grającą pozytywkę ze sobą i poszłam do salonu, by wrócić do listu, który nagle stał się taki ważny.

Stało się tak, kiedy Twoja Mama zaszła w kolejną ciążę, ciążę, której się nie spodziewaliśmy i lekarze orzekli, że była to ciąża zagrożona.

Kolejne linijki listu przebiegałam szybko wzrokiem, bo większość z tego znałam już z rozmów z innymi ludźmi, z prasy, z opowiadań kuzynów.

Był to opis miesięcy, kiedy mama słabła coraz bardziej, ale nie zgodziła się na zbadanie jej, bo bała się, że kazaliby jej usunąć ciążę.

Tak bardzo chciała tego dziecka, że wolała umrzeć, żeby tylko się urodziło.

A potem nawet nie wiedziała, że jej synek urodził się martwy, bo zmarła nie odzyskawszy przytomności.

Ale pół strony dalej mój wzrok przykuł jeden akapit.

Caroline, to przeze mnie Twoja Mama zmarła rodząc martwego Twojego brata. To była moja wina, bo nie posłuchałem lekarza, który dosłownie miesiąc przed drugą ciążą Twojej Mamy ostrzegł nas, że nie powinniśmy mieć syna, a najlepiej by było, żebyśmy w ogóle nie mieli więcej dzieci. Chodziło o złe geny, które skumulowały się w naszej rodzinie.

Kiedy Twoja Mama zmarła razem z Twoim bratem, powiedziano mi, że Ty również długo nie pożyjesz.

Dlatego właśnie obserwowałem Cię przez wszystkie te lata i poddawałem Cię kolejnym testom. Zdawałaś je bezbłędnie, jeden po drugim, ale ja nadal się bałem. Przyznaję, że bałem się. Najbardziej bałem się Cię kochać, bo bałem się że Cię stracę.

Teraz masz już za sobą pierwsze doświadczenia z chłopcem, który złamał Ci serduszko, a ja nie umiałem Ci wytłumaczyć, jak się przed takim chronić.

Próbowałem zbliżyć Cię do Twojej ciotecznej babki, księżnej Charlotty, ale okazała się być bardzo oschła. Zresztą to ona była jedną z osób najbardziej przeciwnych naszemu małżeństwu, Twojej Mamy i mojemu. Może nie powinienem był jej nic mówić o tamtym chłopcu, ale chciałem, żebyś miała jakąś kobietę w swoim życiu.

Mój tata wyjaśnił mi jeszcze w dalszym ciągu tego listu kilka spraw, ale najważniejsze dla mnie było zdanie, które wzbudziło moje przerażenie.

Złe geny skumulowały się w naszej rodzinie

Chciałam dać Markowi dzieci.

Bardzo chciałam.

Ale jeśli nosiłam w sobie złe geny, nie powinnam w ogóle mieć dzieci.

Nie mogłam narażać Marka na przeżywanie tego, co bez wątpienia przeżywałby, jeśli nasze dziecko byłoby chore, obciążone wadą genetyczną, albo umarłoby tuż po urodzeniu.

Niedawno oglądaliśmy nowonarodzone dzieci Sophie i Alexa.

Były takie śliczne, a przy tym widziałam wyraz twarzy Marka, pokazujący mi dokładnie to, o czym myślał.

Za parę tygodni mieliśmy iść do Maggie i Davida na pierwsze urodziny ich córeczki, An Evie.

Niedługo David zostanie tatą po raz trzeci.

Niedawno poznałam również synka i córeczkę siostry Marka, kiedy byli u nas w odwiedziny i widziałam, jaki Mark był z nimi.

Widziałam za każdym razem, jak Mark zerkał na mnie z łagodnym wyrazem twarzy, jakby wyobrażał sobie, że to były nasze dzieci.

Wtedy mi się to podobało, bo też lubiłam sobie wyobrażać, jak to by było, gdybym mogła trzymać na rękach nasze dzieci.

Dzieci, które dałby mi Mark.

Chciałabym tego.

Bardzo.

Ale nie wtedy, kiedy wiązałoby się to z jego cierpieniem, bo te dzieci byłyby chore albo miałyby umrzeć.

Przypomniałam sobie wizytę jego siostry, która wpadła do nas bez zapowiedzi pewnego wczesnego popołudnia, kiedy jakimś zbiegiem okoliczności oboje byliśmy w domu.

- Jezu - mruknął Mark, kiedy wyjrzał przez okno po tym, jak usłyszeliśmy samochód wjeżdżający na nasz podjazd.

Spojrzałam na niego zaciekawiona, bo nie wyglądał na złego ani przestraszonego, a odzywał się jakby był.

Żartował sobie.

- Naszykuj się na nalot szarańczy - powiedział do mnie Mark, odwracając się od okna i idąc w stronę drzwi wejściowych.

Potem usłyszałam, jak je otwierał, wymieniał z kimś kilka słów podniesionym głosem, a potem nagle rozległ się krzyk Wujek Mark i nagle do domu wpadły dzieci i kobieta.

Kobieta była bardzo podobna do Marka, chociaż znalazłabym w niej rysy Margaret i była bez wątpienia niższa i młodsza od Marka.

Była trochę tylko wyższa ode mnie, w płaskich sportowych butach i dżinsowych szortach, z ciemną czupryną krótkich, potarganych loków i śmiejącymi się, ciemnymi oczami.

Dzieci była dwójka.

Chłopiec wyglądał na grzecznego, układnego dziesięciolatka, a dziewczynka na łobuzerską pięciolatkę.

Potem z naszej rozmowy dowiedziałam się, że niewiele się pomyliłam.

Kobieta podeszła do mnie śmiało z wyciągniętą ręką.

- Jestem Chloe - powiedziała, więc wiedziałam, że to była siostra Marka, z którą rozmawiał wtedy, dawno temu w Aspen, przez telefon - Ten dzikus cię ukrywa, więc sama przyjechałam się przywitać i powitać cię w rodzinie.

Zawstydziłam się.

- Jestem Lisa - przedstawiłam się - W rodzinie? Cóż, dziękuję.

Nie sądziłam, żeby rodzice Marka tak dobrze o mnie mówili, ale to było miłe, że w ten sposób się ze mną przywitała.

Nadal, nie wiedziałam, czy to „w rodzinie” nie było na wyrost.

- Omójbosze! - krzyknęła Chloe wchodząc głębiej do domu - Urządziliście salon. Jesteś cudotwórczynią - zwróciła się do mnie - Nam, to znaczy mi i mamie nie pozwolił tknąć tego domu.

- Nie sądzisz - warknął Mark, ale nawet jego warczenie było łagodniejsze, niż znałam je z jego rozmów ze mną - że Lisa ma prawo urządzać swój dom. Wy nie mogłyście tu nic urządzać, bo nie był wasz.

Zobaczyłam wtedy, jak twarz Chloe złagodniała, a potem równie łagodnym głosem powiedziała mu, że to rozumiała.

- Oczywiście, że może. Dlatego powitałam ją w rodzinie.

Tak.

To było bardzo miłe, a może nawet bardziej niż miłe.

Usiedliśmy wtedy w salonie, gdzie cieszyłam się z licznych stolików do kawy, talerzyków, sztućców i kubków i z tego, że upiekłam tartę jabłkową na nasz lunch, bo mogłam poczęstować naszych niespodziewanych gości.

Miłych gości.

A teraz wspominałam to wszystko i pomyślałam o tym, że miałam przecież rozmawiać z Markiem i mówić mu wszystko, co mnie niepokoiło.

Powinnam wyznać szczerze Markowi, że nie powinnam mieć dzieci.

Nie mogłam dać mu rodziny.

Byłam dla niego nieodpowiednia.

Wcześniej wydawało mi się, że byłam w jakimś stopniu wybrakowana, a teraz miałam na to faktyczny dowód.

Moje geny były wadliwe.

Wahałam się, co powinnam zrobić, kiedy mój telefon rozbrzmiał przychodzącą wiadomością.

Podniosłam go i zobaczyłam, że to był MMS od Marka.

Otworzyłam go, spojrzałam na zdjęcie, które Mark mi przesłał i nagle zaczęłam się bardzo spieszyć.

1 komentarz: