Rozdział 16
Lisa
Trzy dni później
Była
siódma wieczorem.
Byliśmy
tam od pół godziny i mężczyźni powiedzieli mi, co powinnam mówić, ale ja nie
byłam przekonana co do tego planu.
Chciałam,
żeby to się szybko skończyło, a z
tym, co oni proponowali, trwałoby to jeszcze przez kolejne tygodnie.
Za
długo.
Siedziałam
więc w mieszkaniu Filipa przed jednym z jego komputerów i ściskałam w dłoni
telefon, który właśnie mi podał i zdecydowałam się na realizację mojego planu.
Nie
wiedziałam, co było takiego specjalnego w tym telefonie, ale Filip powiedział,
że mogłam z niego swobodnie rozmawiać ze Stanów z moją babką Charlottą, która
nadal była w Anglii.
Podejrzewałam,
że nie chodziło w tym wyłącznie o to, że był on zarejestrowany w UK.
Przed
chwilą Filip podał mi numer telefonu do biura mojej babki, wybrałam go, a
potem, kiedy uznałam, że byłam gotowa, wzięłam głęboki wdech, spojrzałam na
Marka i wcisnęłam przycisk Dzwoń.
Przyłożyłam
telefon do ucha i utkwiłam wzrok w swoich kolanach.
Słuchałam
sygnału połączenia.
Mężczyźni
obok mnie milczeli.
-
Biuro księżnej Charlotty - usłyszałam oschły, urzędowy głos jej osobistej
asystentki.
To
zaczynamy.
-
Mówi hrabina Caroline Jones - przedstawiłam się równie zimno, urzędowo i oschle
- Czy mogę rozmawiać z księżną Charlottą?
Usłyszałam
nagły wdech asystentki, a potem Już pytam
i całkiem głośny stukot, kiedy odłożyła słuchawkę, bo, najwyraźniej, zapomniała
mnie przełączyć na oczekiwanie.
Nie
minęły dwie minuty, kiedy asystentka odezwała się - Księżna ma bardzo mało
czasu, więc prosi o możliwość oddzwonienia do pani hrabiny, żebyście mogły
porozmawiać swobodniej.
-
Niestety, korzystam z czyjejś uprzejmości - poinformowałam ją zgodnie z instrukcją
Filipa - Jeśli babcia nie może teraz
rozmawiać, proszę o wyznaczenie godziny, w której będę mogła zadzwonić do niej
ponownie.
Nie
odpowiedziała.
Słuchałam
sygnału oczekiwania.
Po
krótkiej przerwie usłyszałam w słuchawce głos mojej babki Charlotty.
-
Dzień dobry, Caroline - brzmiała tak samo zimno, sucho i oficjalnie, jak jej
asystentka.
-
Dzień dobry, babciu - postarałam się brzmieć przynajmniej neutralnie, jeśli nie
mogłam ciepło.
Nadal
nie wierzyłam, że chciała mi zrobić coś naprawdę złego, chociaż nie kochałam
jej, a i ona nie kochała mnie.
Mogła
chcieć mnie sprzedać za mąż, ale nie zabić.
-
Cóż takiego się stało, że nagle sobie
o mnie przypomniałaś? - zapytała sarkastycznie moja jedyna bliska żyjąca krewna.
Ojej.
To
będzie trudne.
-
Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam - powiedziałam wysilając się, by
mój głos brzmiał w miarę łagodnie - Nie mogłam. Ale teraz mam dla ciebie
wiadomość, która powinna cię zadowolić. Pragnęłaś, bym wyszła za mąż. Poznałam
kogoś, zakochałam się i zamierzamy się pobrać jeszcze tego lata - wiedziałam,
że Mark słuchał, nie ustalaliśmy tego, co właśnie powiedziałam i co zamierzałam
powiedzieć następne, ale nie mogłam się powstrzymać - Ponieważ chcę mu dać dzieci, więc być może to
drugie twoje marzenie też się spełni i będę mężatką z dzieckiem przed
dwudziestymi drugimi urodzinami.
Nie
patrzyłam na Marka ani na Filipa, chociaż czułam, że atmosfera w pokoju
zmieniła się.
Nie
wiedziałam, czy to było dobre.
-
No, dobrze - powiedziała łaskawie babka Charlotta - Ale, Caroline, kim on jest?
Pragnęłam dla ciebie kawalera z tytułem. Kogoś godnego naszej rodziny.
-
Kapitan Mark Taylor ma tytuł
szlachecki, babciu - wyznałam jej coś, czego dowiedziałam się zaledwie przed
godziną - Dostał go z rąk królowej w uznaniu za zasługi dla korony.
-
Och - westchnęła babka ze zdziwieniem, chociaż nie z ulgą.
Mark
powiedział mi, że tytuł Oficera Orderu otrzymał z rąk królowej w nietypowy
sposób, bo na tajnej uroczystości ze względu na utajniony charakter misji,
którą wówczas wykonywał.
Wiedziałam
jednak, że sir Mark Taylor musiał w
tym celu mieć obywatelstwo angielskie, czego mi nie powiedział wprost.
Powiedział
mi to, żebym mogła łatwiej przekonać babkę, że postępowałam zgodnie z jej planem i że nie byłam świadoma warunków, jakimi został obłożony fundusz
powierniczy, jaki założył dla mnie dziadek, jej brat.
Zarówno
Filip, jak i Mark uznali, że ta informacja mogła pomóc mi w przekonaniu babki,
że nie zamierzałam studiować ani pracować, bo miałam mężczyznę u boku, a gdyby
babka została przeze mnie przekonana, ja byłabym bezpieczniejsza.
To
ja wymyśliłam dość nagle, że babka musiała
ode mnie usłyszeć, że zamierzałam wyjść za mąż i mieć dzieci.
Dyskutowaliśmy
o tym wszystkim przez ponad godzinę poprzedniego dnia, a było to efektem
kolejnych informacji, jakie przesłali informatorzy Roberta Flesh’a z Anglii.
Podobno
moja babka Charlotta przelała sporą sumę pieniędzy na konto jakiegoś przestępcy
tu, w Stanach, który był trudny do znalezienia, więc tym bardziej mógł mi
zagrozić.
Nikt
jednak nie wiedział, na co miały być przeznaczone te pieniądze, więc ja nadal
sądziłam, że chodziło o przekonanie mnie, a w skrajnym przypadku o zagrożenie
czymś Markowi.
Ale
nie chciałam, żeby cokolwiek zagrażało Markowi.
Babka
Charlotta ostatecznie udawała, że ucieszyła ją ta nowina, chociaż ja i tak
usłyszałam, że udawała, i prosiła tylko, żebym wzięła ślub w Anglii, a może
nawet pozwoliła jej go zorganizować.
Nie
powiedziałam zdecydowanie nie,
chociaż też wprost się nie zgodziłam.
Nie
rozmawiałam długo z moją cioteczną babką Charlottą.
Nie
wiedziałam, czy przekazane przeze mnie wieści ją przekonały.
Wiedziałam
tylko, że Mark robił wszystko, żebym była bardziej bezpieczna, a Filip mu w tym
bardzo pomagał.
Spotykali
się bardzo często, prawie codziennie, a zwykle Mark zabierał mnie na te
spotkania ze sobą, bo nie lubił zostawiać mnie samej w domu.
Więc
wszystko słyszałam.
W
ogóle mnóstwo czasu spędzaliśmy razem i nie mieliśmy przed sobą sekretów, a przynajmniej nie mieliśmy tajemnic
dotyczących codzienności.
Byliśmy
razem w domu, kiedy ekipa dokończyła budowę kominka w naszym salonie oraz kiedy
jeden z „chłopaków” Sophie pomalował ściany w nim i w korytarzu przejściowym do
części sypialnych.
Mark
zadzwonił po tą ekipę sprzątającą, którą czasem wynajmował i był ze mną w domu,
kiedy tam przyjechała, a potem przez cały czas, kiedy pracowali.
Ale
odmówił towarzyszenia mi, kiedy wybrałam się z Evą do sklepu Soniji na zakupy
mebli do salonu.
Wybrał
się wtedy na spotkanie, które nazwali „sztabem kryzysowym”.
Filip
i David mieli kilku kumpli, którzy zajmowali się ochroną Ani w czasie tych jej
kłopotów, których nadal nie poznałam.
A
Mark zadzwonił do jakiegoś swojego starego kumpla, z którym podobno dawniej
współpracował i również poprosił go o pomoc dla mnie.
Przy
tej okazji dowiedziałam się, że Mark trenował kiedyś kulturystykę, więc nie
miał wielu przyjaciół, bo to raczej dziedzina indywidualna.
Nawet
te nieliczne kontakty, które wówczas nawiązał utracił, kiedy pracował dla
tajnych służb, więc właściwie miał tylko jednego przyjaciela.
Tym
bardziej doceniał, a ja razem z nim, fakt, że poznaliśmy grupę kobiet i ich
mężczyzn, którzy byli związani z tamtym kompleksem mieszkaniowym.
Nie
chciałam wierzyć w to, żeby była potrzebna mobilizacja aż tylu mężczyzn do
ochrony mnie, ale Mark bez wątpienia wiedział lepiej.
Więc
nie protestowałam.
A
teraz powiedziałam mojej ciotecznej babce Charlotcie to, co miałam do
powiedzenia, bo Mark się o mnie martwił.
Ale
nie ustaliliśmy tego wszystkiego, więc, kiedy się rozłączyłam z babką, musiałam
stawić czoła Markowi.
Bałam
się, że poszłam o krok za daleko.
Nie
ustaliliśmy bowiem mojej deklaracji zamążpójścia i posiadania dzieci.
To
było z mojej strony spontaniczne, chociaż wynikało z tego, że miałam przekonać
babkę o moim zaangażowaniu w związek z Markiem.
Jednak,
kiedy oddałam telefon Filipowi, bałam się spojrzeć na Marka.
A
on podszedł do mnie, wziął mnie za rękę, pożegnał się z Filipem, a potem
pociągnął w stronę drzwi i wyszliśmy.
Rzuciłam
Filipowi ciche Cześć, nie patrząc
również w jego stronę i poszłam, drepcząc posłusznie i cicho za Markiem, bo
bałam się jego reakcji.
Wsiedliśmy
do jego Navarry, stojącej na parkingu podziemnym pod mieszkaniem Filipa,
pojechaliśmy milcząco do naszego domu i równie milcząco weszliśmy tam, kiedy
Mark otworzył drzwi, rozbroił alarm, przełączył go i zamknął drzwi na klucz.
Ja
przez ten czas weszłam do kuchni i włączyłam ekspres do kawy, a potem podeszłam
do lodówki, żeby zrobić dla nas lunch.
Mark
podszedł bardzo blisko do moich pleców.
-
Lisa… - zaczął cicho.
-
Mam filety z kurczaka - przerwałam mu, nadal stojąc tyłem do niego - Mogę szybko
zrobić frytki z grillowanym kurczakiem na naszą kolację.
-
Lady - Mark chwycił mnie za biodra, zaczął znowu mówić, kiedy odwrócił mnie
przodem do siebie, a ja ponownie mu przerwałam.
-
Nie, Mark - powiedziałam zdecydowanie - zrobiłam to tak, jak się umawialiśmy.
Zobaczymy, czy to zadziała.
Nie
patrzyłam mu w oczy, ale na brodę, dlatego zobaczyłam, że jego szczęka
stwardniała, ale nie widziałam jego spojrzenia.
A
powinnam była.
-
Po prostu zostawmy to, tak jak jest - mówiłam, nie zważając na ostrzeżenie,
jakie niosła jego reakcja - To nie było nic ważnego.
Opuściłam
głowę.
-
To dla ciebie nie było ważne? - spytał Mark niebezpiecznym tonem.
-
Ja… - zawahałam się i odwróciłam głowę, bo to było dla mnie bardzo ważne, ale przez cały czas bałam
się, że naciskałam na niego za bardzo, żądałam od niego za dużo, szłam za
szybko.
Teraz
nie była tego taka pewna, bo jego głos nie był właściwy.
Nie
mogłam podnieść na niego wzroku.
Serce
miałam ciężkie, jakby nagromadziły się tam wszystkie kamienie świata i oddech
mi się urywał.
Miałam
ochotę uciec, schować się gdzieś.
-
Lisa - Mark nagle zmienił ton, a i jego ciało przestało być takie napięte, jak
czułam je od chwili, kiedy powiedziałam mojej babce, że zamierzamy się pobrać i
chcę dać mu dzieci.
Odwracałam
się od niego i zaczęłam wykręcać się z uścisku jego dłoni, nagle zdeterminowana, żeby uciec.
Bałam
się, że się rozpłaczę.
Mark
miał kiedyś żonę.
Kochał
ją i chciał mieć z nią dzieci.
Zawiódł
się, jego marzenia legły w gruzach, ale to nie znaczyło, że całkiem przestał
kochać byłą żonę.
Gdyby
jej nie kochał, nie bolałoby go to tak bardzo, a nawet do mnie o tym mówił z
trudem.
-
Chcę mieć z tobą dzieci - powiedział Mark, przyciskając mnie mocniej do siebie,
kiedy ja kurczowo zaciskałam dłonie w pięści między nami i odmawiałam sobie
podniesienia głowy.
Zamarłam.
-
Kocham cię - mówił dalej, więc wstrzymałam
oddech - Chcę, żebyśmy się pobrali, chociaż wolałbym ci się prawidłowo
oświadczyć i poprosić cię o rękę, a nie słuchać takiej deklaracji od ciebie do
kogoś innego, zanim porozmawialiśmy - jego ton był lekki, żartobliwy.
Wciągnęłam
urywany wdech, bo żartował z tego, a
ja nadal nie byłam w stanie odpuścić.
-
Kochanie - mruknął delikatnie - Spójrz na mnie.
Potrząsnęłam
głową.
-
Lisa, proszę - Mark mruknął prawie błagalnie, więc wciągnęłam kolejny wdech,
zebrałam się w sobie i podniosłam głowę.
Patrzył
na mnie czule, ciepło i nie był ani trochę zły.
-
Czemu w to nie wierzysz? - zapytał.
Zastanowiłam
się nad tym, a potem pomyślałam jeszcze trochę, wciągając przy tym trochę
powietrza, a potem się zdecydowałam.
Przecież
mieliśmy rozmawiać.
Kobiety
mówiły mi, że powinnam mu mówić, co czułam, czego się bałam, co mnie
denerwowało.
-
Bo ty… - zawahałam się, a potem zebrałam się na odwagę i wypaliłam cicho -
Kochałeś ją. Nadal boli cię to, że cię oszukiwała. Może ciągle ją trochę
kochasz. Boję się, że to ja nie
jestem dla ciebie odpowiednia.
Mark
zacisnął na chwilę szczękę, spojrzał poza mnie, a potem jego wzrok wrócił do
moich oczu i westchnął.
-
Lisa, to jest przeszłość -
powiedział, a ja znowu odwróciłam wzrok - Kochanie posłuchaj mnie, bo nie
kłamię. To. Jest. Przeszłość.
Potrząsnął
mną przy każdym słowie z tych ostatnich, więc skupiłam się na nim i podniosłam
głowę, żeby widzieć jego oczy.
Były
poważne, ale ciepłe i łagodne, a nie złe.
-
Nie kocham jej, a z tym, co mamy myślę, że nigdy
jej nie kochałem - powiedział mi z mocą, od której oddech mi się urwał - Kocham
ciebie. To wiem na pewno. To, co my
mamy, to jest miłość. Prawdziwa. Ty jesteś dla mnie odpowiednia. Ona nie była.
-
Mark - jęknęłam, nagle pokonana, przytłoczona świadomością, że oto kolejny raz
nie zaufałam mu, nie wierzyłam w jego słowa, kiedy już wcześniej powiedział mi,
że mnie kochał, nie uwierzyłam Maggie, kiedy mówiła mi, że to, jak Mark
zareagował, kiedy myślał, że go zdradziłam, było dowodem na siłę jego uczucia
do mnie.
- Lady - mruknął Mark i przytulił mnie
ramionami owiniętymi wokół moich pleców tak mocno, jakby chciał, żebym wtopiła
się w jego ciało - Uwierz mi. Boli mnie to, że mnie oszukiwała, bo czułem się
jak głupek, że dałem się oszukać. Ale to nie
było złamane serce.
A
potem nagle podniósł moją twarz do swojej twarzy, trzymając mój kark dłonią,
więc spojrzałam w jego piękne, ciemnobrązowe oczy, by zobaczyć, że się
uśmiechały.
-
Znam różnicę, bo miałem złamane serce, kiedy wyjechałaś do Anglii - wyznał mi,
a mnie na to wyznanie oddech przerwał się i wykrzywiłam usta, walcząc
jednocześnie z uśmiechem i łzami.
Tak.
Wreszcie
to wiedziałam.
To,
co my mieliśmy, to była miłość.
Prawdziwa.
Skoro
miałam podniesioną głowę, a jego twarz była tak blisko, więc jedyne, czego
brakowało, to to, żeby pochylił się trochę, by wziął moje usta.
Więc
to zrobił.
A
potem puścił mnie, więc poszłam do kuchenki i mogłam przygotować frytki z
kurczakiem na naszą kolację.
*****
Tydzień później
Byłam
sama w naszym domu.
Siedziałam
z nogami zwiniętymi w kolanach, stopami położonymi pode mną na siedzisku,
wciśnięta bokiem w poduszki kanapy.
Była
to ciemno szara, miękka kanapa narożna z wysokim oparciem, którą wybrałam z Evą
w salonie meblowym Soniji, kiedy tam byłyśmy.
Wybrałam
ją, drugą taką, pasujące do niej fotele, podnóżki i duże ozdobne poduszki, ale
ich właściwym ostatecznym przeznaczeniem była bawialnia, a nie nasz salon.
Stały
jednak w salonie, bo bawialnia nie była pomalowana, a my mieliśmy chwilowo dość
remontów, chociaż nie ze względu na same remonty.
Do
salonu wybrałam nieco ciężką rozłożystą sofę w stylu wiktoriańskim i takie same
fotele, które znalazła mi Sonija w zaprzyjaźnionym sklepie.
Miały
obicie oparcia i podłokietników w kolorze czekolady deserowej, a siedziska w
gęste kwiaty, a obiecano mi powiększyć ten zestaw, jak już będę miała na nie
miejsce.
Niestety,
teraz stały w magazynie i czekały na lepsze czasy.
Po
prostu okazało się, że moja babka przesłała kolejną część pieniędzy na konto
tego samego przestępcy, co wcześniej, więc Mark i Filip niepokoili się, co
mogło to oznaczać.
Mark
oznajmił mi, że powinniśmy ograniczyć obecność nieznanych nam osób w domu, a
kolejne ekipy malujące go i instalujące oświetlenie, gniazdka, panele podłogowe
i takie inne rzeczy, nawet jeśli to byli mężczyźni od Sophie, oznaczały kolejnych obcych w naszym domu.
Oczywiście,
że się z nim zgodziłam.
Przecież
widział, co robił.
To
był Mark.
Więc
meble kupione przeze mnie do naszej bawialni stały obecnie w naszym salonie
razem z telewizorem, który kupił Mark.
Telewizorem,
który w przyszłości również miał stać w bawialni, a pojawił się w naszym domu
dość nagle.
Po
prostu, pewnego dnia, kiedy już przywieźli nam meble i rozstawili je w naszym salonie,
Mark pojechał do sklepu, korzystając z okazji, że była u mnie Eva, by zobaczyć
moją kuchnię i podpowiedzieć mi, co mogłabym w niej w przyszłości zmienić i
przywiózł telewizor swoim pickupem.
Ot,
tak.
Kominek
został ukończony wcześniej i facet, który go instalował nakazał napalenie w nim
od razu, więc wiedzieliśmy, że działał, ale zaczynał się maj i było bardzo
ciepło, więc odpadały wieczory we dwójkę na kanapie przed telewizorem i z
ogniem rozpalonym w kominku.
Zorganizowaliśmy
sobie jednak wieczór we dwójkę przed telewizorem, kiedy byliśmy zwinięci na
kanapie, ja na Marku, a w rękach mieliśmy kieliszek wina, ja, i butelkę piwa,
Mark.
Nie
było tak, jak sobie to wyobrażałam.
Był
o wiele, wiele lepiej.
A
na dodatek Markowi też się to podobało.
I
jeszcze to ulepszył, kiedy pod koniec filmu zaczęłam chichotać z czegoś, bo
oglądaliśmy komedię, pochylił się, potem przekręcił, zabrał mi z ręki
kieliszek, a potem położył się wzdłuż mnie, żeby wziąć najpierw moje usta, a
potem resztę mojego ciała w niespieszny, cudownie słodki sposób, który mi
pokazał, jak bardzo Mark mnie kochał.
Kochał
się ze mną.
Poczynając
od pieszczot mojej szyi i dekoltu, które tak uwielbiałam i mnie szybko
rozpalały, ale Mark tym razem dawkował je, więc je przedłużył.
W
nieskończoność gładził mnie, całował, lizał a ja nie pozostawałam mu dłużna,
badając dłońmi jego gorącą skórę na klatce piersiowej, żebrach i plecach.
Potem
Mark zjechał niżej i pozbawił mnie koszulki.
Ale,
kiedy muskał, lizał i przyszczypywał wargami moje piersi, nie powstrzymałam się
i przyspieszyłam.
Nadal
nie było to takie szybkie, gwałtowne i naglące, ale gorące i namiętne jak
zawsze to między nami.
Aż
do spełnienia.
Cudowne.
Powoli
i stopniowo zaczęłam przyzwyczajać się do myśli, że wszystkie moje marzenia mogły się spełnić.
Wciąż
nieśmiało.
Zaczynałam
mieć dom.
W
ciągu tego tygodnia również rozpakowałam tę walizkę, którą Sara spakowała dla
mnie z pomocą Franka.
Było
tam kilka sukienek, z których bardzo się ucieszyłam, moje jedwabne koszulki
nocne, trochę bielizny, buty, ale również pewne dokumenty, które trzymałam
zamknięte w sejfie, a które przechowywałam od śmierci mojego taty i nie
czytałam ich.
Z
pewnym zaskoczeniem odkryłam, że Sara spakowała mi również pozytywkę, którą
miałam na komodzie w sypialni.
Nie
pamiętałam, skąd ją miałam.
Była
u mnie zawsze, ale nigdy jej nie
otwierałam.
Nie
mogłam zapytać o nią taty, bo ucinał każdą rozmowę na temat inny niż moje lekcje
lub zajęcia dodatkowe.
Więc
teraz też postawiłam ją w naszej sypialni na komodzie.
Przez
te kilka dni Mark pozwalał mi wychodzić z domu tylko z nim lub pod eskortą
kilku mężczyzn, których w końcu poznałam.
Dwóch
z nich było potężnie zbudowanych, wysokich i wyglądających na silnych, a na
imiona mieli Robert i Vincent.
Taka
daleka ochrona, ale niczym zapora.
Raczej
nie odzywali się, ale też nie miałam okazji przebywać w ich towarzystwie, więc
może czasem się odzywali.
Po
prostu ja nie wiedziałam.
Byli
też dwaj tacy, którzy przypominali mi Filipa, bo rozglądali się ukradkiem i nie
zauważyłabym ich, gdyby Mark mi o nich nie powiedział.
Jak
dobrze wyszkolona ochrona.
Jednym
z nich był ciemnowłosy, o ciemnej karnacji, mocno wytatuowany Marty, a drugim średnio
wysoki, ładnie opalony, szczupły, ciemny blondyn o imieniu Chris.
Ku
mojemu zaskoczeniu, a może i nie, bo mogłam
się tego spodziewać, jednym z moich nowych ochroniarzy był David.
Zobaczyłam
go pewnego dnia, kiedy jechałam do sklepu spożywczego, ale początkowo nie
podszedł do mnie, tylko rozglądał się z daleka.
Dopiero,
kiedy uśmiechnęłam się na jego widok, podszedł do mnie.
-
Yo - mruknął na powitanie.
To
było coś, czego dotąd nie słyszałam, więc się trochę speszyłam.
-
Hmmm - zawahałam się - Hej? - odpowiedziałam.
Uśmiechnął
się spomiędzy włosów swojego zarostu.
-
Mogłaś udawać, że mnie nie znasz - powiedział mi - ale mogę cię ochraniać
również po prostu robiąc z tobą zakupy. Tylko musisz mi wybaczyć, bo będę się
rozglądał, więc nie mogę pchać wózka.
Ojej,
Mark nigdy nie wyjaśniłby mi tego tak dokładnie.
-
Okej - szepnęłam bardziej do siebie niż do niego i nie powiedziałam mu, że Mark
nie powiedział mi, że David będzie mnie ochraniał.
Uśmiechnął
się ponownie, odwróciliśmy się przodem do kierunku, w którym popychałam wózek i
chodziliśmy tak po sklepie.
Pomyślałam
wtedy, że David umiał rozmawiać nawet lepiej niż Mark, chociaż wcześniej
myślałam, że Mark był w tym świetny.
Nie
podejrzewałabym go o to.
Jednak
nie zapytałam o to Davida, bo mnie nieco onieśmielał.
Postanowiłam
spytać Maggie.
Zarost
Davida przypomniał mi to, że Mark golił się teraz codziennie.
Nie
rozmawialiśmy o tym, a ja już przecież powiedziałam mu, że lubiłam jego zarost,
ale też lubiłam go bez niego.
Więc
przyjmowałam go takim, jaki był.
Ale
wtedy pomyślałam, że powinnam była jego
zapytać, jak wolał być, bo wydawało mi się, że wolał się jednak golić.
A
to znaczyło, że źle się czuł przez te kilka dni, kiedy nie mógł się golić.
I
nic mi o tym nie powiedział.
Więc…
miałam ochronę.
Ale
bywały dni, kiedy musiałam być w domu bez Marka i nie wychodzić, bo nie miał
kto być moją ochroną, chociaż wydawało mi się, że ktoś czasem obserwował
nasz dom.
Nie
zapytałam o to Marka.
Wciąż
zapominałam.
Dlatego
siedziałam teraz w naszym salonie, czekając aż Mark skończy robić to, co musiał
zrobić i trzymałam w ręce list, który napisał do mnie dawno temu mój tata.
I
bałam się go otworzyć, więc myślałam o wszystkim, tylko nie o nim.
Tchórzyłam.
Wzięłam
głęboki wdech, obróciłam list jeszcze raz w dłoni, a potem zdecydowałam się,
otworzyłam kopertę i rozłożyłam cienkie, szeleszczące kartki.
Tak,
kartki.
W
liczbie mnogiej.
Znalazłam
pierwszą stronę, spojrzałam na datę, przekonałam się, że było to tuż po moich
szesnastych urodzinach, a potem, nie znajdując więcej wymówek, by tego nie
robić, zaczęłam czytać.
Mój
tata napisał:
Moja droga Caroline,
Jeśli czytasz ten list, to znaczy, ze
nie dożyłem Twoich dwudziestych pierwszych urodzin.
Szkoda, bo bardzo chciałem zobaczyć,
jaką wspaniałą stałaś się kobietą.
Miałem nadzieję, że mi się to uda.
Byłaś taką śliczną dziewczynką.
Wciągnęłam
powietrze do płuc i przerwałam czytanie, bo poczułam łzy szczypiące mnie w
oczy.
Mój
tata nigdy nie powiedział mi żadnego komplementu, nie pochwalił mnie, nie
usłyszałam od niego, że jestem ładna czy mądra.
Nigdy!
Czemu
tak skąpił mi tego, a tu nagle spisał takie wyznanie, nie wiedziałam.
Wzięłam
jeden powolny, uspokajający wdech i wróciłam do lektury.
Byliśmy bardzo młodzi z Twoją Mamą,
kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zakochaliśmy się w sobie i spędziliśmy
kilka bardzo szczęśliwych dni, zanim dowiedzieliśmy się, że byliśmy bliskimi
kuzynami.
Rozstaliśmy się i myśleliśmy, że
ułożymy sobie życie oddzielnie, ale kiedy po kilku latach rozłąki spotkaliśmy
się ponownie, nasza miłość wybuchła na nowo i zwyciężyła zdrowy rozsądek. Serce
nie sługa. Kochałem Twoją Mamę tak bardzo, że nie wyobrażałem sobie życia bez Niej.
Ona również mnie kochała. Zostaliśmy ze sobą, najpierw potajemnie, a potem
walcząc z całym światem. Zaręczyliśmy się wbrew woli naszej rodziny, a potem
pobraliśmy się po otrzymaniu dyspensy duchownych. Jedynie tata Twojej Mamy,
twój dziadek, wspierał nas i mówił nam, że powinniśmy być razem, skoro się
kochaliśmy.
Nasze pokrewieństwo jednak nas
niepokoiło. Zasięgaliśmy porady w wielu ośrodkach i powiedziano nam, że możemy
mieć dzieci, a to było jedno z największych marzeń Twojej Mamy. Więc była
bardzo szczęśliwa, kiedy zaszła w ciążę z Tobą. Pamiętam, jak z radości całymi
dniami śpiewała, szykowała dla Ciebie pokój, wybierała Ci imię.
Wciągnęłam
urywany wdech, by powstrzymać łzy, które bardzo chciały popłynąć i chciwie
czytałam dalej.
Przez całe cztery lata byłaś
ukochanym dzieckiem swojej Mamy. Pieściła cię, bawiła się z Tobą, uczyła Cię
różnych rzeczy. Codziennie wieczorem otulała Cię kołderką do snu i szeptała do Ciebie w Twoim łóżeczku: Kocham cię do Słońca i Księżyca, moja Księżniczko.
Bardzo często siadywała z Tobą na
kolanach w naszej bibliotece w głębokim fotelu i czytała Ci kolejne książki,
nawet jeśli nie rozumiałaś ich treści. Lubiłaś słuchać po prostu jej głosu i
zasypiałaś przy tym. Brałem Cię wtedy na ręce i przenosiłem do łóżeczka.
Więc
to nie był tylko sen.
To
nie było po prostu moje marzenie!
Naprawdę
był taki fotel, była w nim mama i dziecko na jej kolanach, słuchające książki,
którą mama czytała na głos.
I
tym dzieckiem byłam ja!
To
wspomnienie tak mocno tkwiło we mnie, że było częścią mnie, nawet jak nie
pamiętałam mamy i książek, które czytała.
Tak
bardzo chciałabym pamiętać jej głos.
Nagle
pomyślałam, że to mogła być przyczyna
dla której mój tata nie lubił, kiedy przesiadywałam w naszej bibliotece.
Jednak
przez to też nie wiedziałam, gdzie stał, ani jak wyglądał ten fotel, w którym
siadywała mama, kiedy mi czytała.
Pochyliłam
się znowu nad listem, który nagle stał się bardzo ważny, więc żałowałam, że
unikałam czytania go przez tyle dni.
A kiedy się obudziłaś, najpierw
biegłaś, by przywitać się z Nią, a dopiero potem ze mną lub z każdym innym, kto
był w naszym domu.
Na Twoje drugie urodziny Twoja Mama podarowała
Ci pozytywkę, która stoi teraz w Twojej sypialni. Mam nadzieję, że wciąż ją
masz i kiedyś przekażesz ją swoim dzieciom. Ta pozytywka kołysała Cię do snu,
kiedy Twoja Mama już nie mogła być z Tobą i nie utulała Cię.
Ojej!
Zapomniałam
to.
Wstałam,
zostawiłam list na stoliku do kawy i poszłam szybkim krokiem do sypialni, żeby
znaleźć pozytywkę.
Wzięłam
ją do ręki, nakręciłam kluczykiem, który tkwił w jej boku, otworzyłam, a spod
wieczka wychyliła się baletnica i zaczęła się kręcić przy dzwoniących dźwiękach
muzyki, której nie rozpoznawałam.
Nie
pamiętałam jej.
Wzięłam
grającą pozytywkę ze sobą i poszłam do salonu, by wrócić do listu, który nagle
stał się taki ważny.
Stało się tak, kiedy Twoja Mama zaszła
w kolejną ciążę, ciążę, której się nie spodziewaliśmy i lekarze orzekli, że
była to ciąża zagrożona.
Kolejne
linijki listu przebiegałam szybko wzrokiem, bo większość z tego znałam już z
rozmów z innymi ludźmi, z prasy, z opowiadań kuzynów.
Był
to opis miesięcy, kiedy mama słabła coraz bardziej, ale nie zgodziła się na
zbadanie jej, bo bała się, że kazaliby jej usunąć ciążę.
Tak
bardzo chciała tego dziecka, że wolała umrzeć, żeby tylko się urodziło.
A
potem nawet nie wiedziała, że jej synek urodził się martwy, bo zmarła nie
odzyskawszy przytomności.
Ale
pół strony dalej mój wzrok przykuł jeden akapit.
Caroline, to przeze mnie Twoja Mama zmarła
rodząc martwego Twojego brata. To była moja wina, bo nie posłuchałem lekarza,
który dosłownie miesiąc przed drugą ciążą Twojej Mamy ostrzegł nas, że nie
powinniśmy mieć syna, a najlepiej by było, żebyśmy w ogóle nie mieli więcej dzieci.
Chodziło o złe geny, które skumulowały się w naszej rodzinie.
Kiedy Twoja Mama zmarła razem z Twoim
bratem, powiedziano mi, że Ty również długo nie pożyjesz.
Dlatego właśnie obserwowałem Cię
przez wszystkie te lata i poddawałem Cię kolejnym testom. Zdawałaś je
bezbłędnie, jeden po drugim, ale ja nadal się bałem. Przyznaję, że bałem się. Najbardziej
bałem się Cię kochać, bo bałem się że Cię stracę.
Teraz masz już za sobą pierwsze
doświadczenia z chłopcem, który złamał Ci serduszko, a ja nie umiałem Ci
wytłumaczyć, jak się przed takim chronić.
Próbowałem zbliżyć Cię do Twojej
ciotecznej babki, księżnej Charlotty, ale okazała się być bardzo oschła.
Zresztą to ona była jedną z osób najbardziej przeciwnych naszemu małżeństwu,
Twojej Mamy i mojemu. Może nie powinienem był jej nic mówić o tamtym chłopcu,
ale chciałem, żebyś miała jakąś kobietę w swoim życiu.
Mój
tata wyjaśnił mi jeszcze w dalszym ciągu tego listu kilka spraw, ale
najważniejsze dla mnie było zdanie, które wzbudziło moje przerażenie.
Złe geny skumulowały się w naszej
rodzinie
Chciałam
dać Markowi dzieci.
Bardzo
chciałam.
Ale
jeśli nosiłam w sobie złe geny, nie powinnam w ogóle mieć dzieci.
Nie
mogłam narażać Marka na przeżywanie tego, co bez wątpienia przeżywałby, jeśli
nasze dziecko byłoby chore, obciążone wadą genetyczną, albo umarłoby tuż po
urodzeniu.
Niedawno
oglądaliśmy nowonarodzone dzieci Sophie i Alexa.
Były
takie śliczne, a przy tym widziałam wyraz twarzy Marka, pokazujący mi dokładnie
to, o czym myślał.
Za
parę tygodni mieliśmy iść do Maggie i Davida na pierwsze urodziny ich córeczki,
An Evie.
Niedługo
David zostanie tatą po raz trzeci.
Niedawno
poznałam również synka i córeczkę siostry Marka, kiedy byli u nas w odwiedziny
i widziałam, jaki Mark był z nimi.
Widziałam
za każdym razem, jak Mark zerkał na mnie z łagodnym wyrazem twarzy, jakby
wyobrażał sobie, że to były nasze
dzieci.
Wtedy
mi się to podobało, bo też lubiłam sobie wyobrażać, jak to by było, gdybym
mogła trzymać na rękach nasze dzieci.
Dzieci,
które dałby mi Mark.
Chciałabym
tego.
Bardzo.
Ale
nie wtedy, kiedy wiązałoby się to z jego cierpieniem, bo te dzieci byłyby chore
albo miałyby umrzeć.
Przypomniałam
sobie wizytę jego siostry, która wpadła do nas bez zapowiedzi pewnego wczesnego
popołudnia, kiedy jakimś zbiegiem okoliczności oboje byliśmy w domu.
-
Jezu - mruknął Mark, kiedy wyjrzał przez okno po tym, jak usłyszeliśmy samochód
wjeżdżający na nasz podjazd.
Spojrzałam
na niego zaciekawiona, bo nie wyglądał na złego ani przestraszonego, a odzywał
się jakby był.
Żartował
sobie.
-
Naszykuj się na nalot szarańczy - powiedział do mnie Mark, odwracając się od
okna i idąc w stronę drzwi wejściowych.
Potem
usłyszałam, jak je otwierał, wymieniał z kimś kilka słów podniesionym głosem, a
potem nagle rozległ się krzyk Wujek Mark i
nagle do domu wpadły dzieci i kobieta.
Kobieta
była bardzo podobna do Marka, chociaż znalazłabym w niej rysy Margaret i była
bez wątpienia niższa i młodsza od Marka.
Była
trochę tylko wyższa ode mnie, w płaskich sportowych butach i dżinsowych
szortach, z ciemną czupryną krótkich, potarganych loków i śmiejącymi się,
ciemnymi oczami.
Dzieci
była dwójka.
Chłopiec
wyglądał na grzecznego, układnego dziesięciolatka, a dziewczynka na łobuzerską
pięciolatkę.
Potem
z naszej rozmowy dowiedziałam się, że niewiele się pomyliłam.
Kobieta
podeszła do mnie śmiało z wyciągniętą ręką.
-
Jestem Chloe - powiedziała, więc wiedziałam, że to była siostra Marka, z którą
rozmawiał wtedy, dawno temu w Aspen, przez telefon - Ten dzikus cię ukrywa,
więc sama przyjechałam się przywitać i powitać cię w rodzinie.
Zawstydziłam
się.
-
Jestem Lisa - przedstawiłam się - W rodzinie? Cóż, dziękuję.
Nie
sądziłam, żeby rodzice Marka tak dobrze o mnie mówili, ale to było miłe, że w
ten sposób się ze mną przywitała.
Nadal,
nie wiedziałam, czy to „w rodzinie” nie było na wyrost.
-
Omójbosze! - krzyknęła Chloe wchodząc
głębiej do domu - Urządziliście salon. Jesteś cudotwórczynią - zwróciła się do mnie - Nam, to znaczy mi i mamie
nie pozwolił tknąć tego domu.
-
Nie sądzisz - warknął Mark, ale nawet jego warczenie było łagodniejsze, niż
znałam je z jego rozmów ze mną - że Lisa ma prawo urządzać swój dom. Wy nie mogłyście
tu nic urządzać, bo nie był wasz.
Zobaczyłam
wtedy, jak twarz Chloe złagodniała, a potem równie łagodnym głosem powiedziała
mu, że to rozumiała.
-
Oczywiście, że może. Dlatego powitałam ją w rodzinie.
Tak.
To
było bardzo miłe, a może nawet bardziej niż miłe.
Usiedliśmy
wtedy w salonie, gdzie cieszyłam się z licznych stolików do kawy, talerzyków,
sztućców i kubków i z tego, że upiekłam tartę jabłkową na nasz lunch, bo mogłam
poczęstować naszych niespodziewanych gości.
Miłych
gości.
A
teraz wspominałam to wszystko i pomyślałam o tym, że miałam przecież rozmawiać z Markiem i mówić mu wszystko,
co mnie niepokoiło.
Powinnam
wyznać szczerze Markowi, że nie powinnam mieć dzieci.
Nie
mogłam dać mu rodziny.
Byłam
dla niego nieodpowiednia.
Wcześniej
wydawało mi się, że byłam w jakimś stopniu wybrakowana, a teraz miałam na to faktyczny
dowód.
Moje
geny były wadliwe.
Wahałam
się, co powinnam zrobić, kiedy mój telefon rozbrzmiał przychodzącą wiadomością.
Podniosłam
go i zobaczyłam, że to był MMS od Marka.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń