niedziela, 23 października 2022

17 - Koniec

 

 Rozdział 17

Koniec

Lisa

 

 

Godzinę później

Wydawało się, że zrobiłam właśnie największe, najgłupsze głupstwo swojego całego życia.

Siedziałam na skrzypiącym, drewnianym krześle w małej, drewnianej szopie, a przez mój umysł przelatywały strzępki wspomnień z ostatnich chwil mojego życia.

Mojego nic niewartego, pustego życia, które właśnie dobiegało końca.

Godzinę temu nie wybiegłam z naszego domu bezmyślnie i jak szalona, chociaż bardzo się spieszyłam.

Nie, wszystko sobie przemyślałam.

Na mój telefon bowiem z numeru Marka przyszedł do mnie MMS ze zdjęciem Marka, leżącego na ziemi w nienaturalnej pozie w kałuży krwi.

Podpisane było Jeśli chcesz mu pomóc, przyjedź. Adres podam ci, jak będziesz w drodze. Nie dzwoń do nikogo, będę wiedział.

Nie zawahałam się.

Dla Marka zrobiłabym wszystko.

Zostawiłam pozytywkę i otwarty list od taty na stoliku do kawy, obok miejsca na kanapie, gdzie go czytałam.

Zakładając swoje buty i pakując małą torebkę, myślałam nad swoimi możliwymi posunięciami.

I niewiele wymyśliłam.

Nie mogłam zrobić nic poza tym, czego ode mnie żądano, jeśli chciałam uratować Marka.

Bałam się, że mój telefon był podsłuchiwany przez tego złego.

Nie mogłam więc zadzwonić do Filipa ani do Davida, a tym bardziej do Marka, dlatego roztrząsałam w myślach moje inne opcje.

Podejrzewałam, że dom był obserwowany przez jednego  przyjaciół Marka, chociaż nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

Nie zapytałam go, a powinnam była.

W ogóle za mało z nim rozmawiałam.

Pomyślałam sobie, że jeśli będę wyjeżdżała z garażu wystarczająco wolno, nadążyłby za mną i poinformował innych, że się poruszam.

Bałam się tylko, że mógłby wysłać SMS-a na telefon Marka i ten ktoś, kto go miał, wiedziałby, że byłam śledzona.

Musiałam zaryzykować.

Mój przenośny GPS, zgodnie z radą Maggie, miałam w kieszeni moich luźnych, dzianinowych, trzymających się w pasie na gumkę spodni, które jak zwykle miałam na sobie, kiedy zamierzałam zostać w domu.

Byłam ubrana do tego w prostą groszkową koszulkę i założyłam właśnie moje sportowe sandałki, a moje włosy były rozpuszczone.

Złapałam torebkę, spakowałam do niej telefon, wzięłam ze stolika okulary przeciwsłoneczne, klucze do domu i do samochodu z półki przy drzwiach i wyszłam do garażu.

Przełączyłam po drodze alarm i wcisnęłam pilotem otwieranie wrót garażu, zanim jeszcze wsiadłam do mojego Audi.

Wymanewrowałam ostrożnie i powoli, a potem długo patrzyłam, jak wrota się zamykały, kiedy stałam na podjeździe naprzeciwko nich.

Dałam się obejrzeć temu, kto patrzył.

Dopiero wtedy wysłałam na numer Marka SMS-a Jadę.

A potem nagle ruszyłam do tyłu z piskiem opon i wjechałam na ulicę, a potem wykręciłam, jadąc w stronę centrum SLC.

Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a, więc zjechałam na bok ulicy i otworzyłam go.

Był w nim tylko adres, który od razu wprowadziłam do nawigacji samochodowej, zanim ponownie wyjechałam na ulicę i ruszyłam zgodnie z jej podpowiedziami.

Przez cały czas myślałam.

Natychmiast po moim wyjechaniu z garażu po przeciwnej stronie ulicy dosłownie znikąd pojawił się za mną czarny, lśniący, duży SUV.

Na przodzie, na kratce, która sprawiała wrażenie gigantycznej, miał czerwone litery GMC.

Nie znałam go, ale miałam nadzieję, że to był ten kumpel Marka, o którym wspomniał mi raz kiedyś, a którego nigdy nie poznałam.

Już kiedy dostałam wskazówki dojazdu, zorientowałam się, że będę musiała przejechać obok mieszkania Filipa, które tak dobrze znałam.

Pomyślałam jednak, że nie mogłam tam wstąpić, by nie zaalarmować tego, który chciał skrzywdzić Marka, bo mógł mnie w jakiś sposób śledzić.

Przed oczami miałam zdjęcie, przedstawiające ciało Marka w kałuży krwi.

Musiałam go uratować.

Jechałam, przestrzegając przepisów i nie starając się zgubić tego, który mnie śledził, ale też nie umiałabym, bo nigdy nie musiałam tego robić.

Zawsze kto inny zajmował się takimi rzeczami za mnie.

Moim bezpieczeństwem.

Bardzo długo robił to Mark.

To był czas, kiedy ja miałam zająć się bezpieczeństwem Marka.

Kiedy przejeżdżałam obok bloku, w którym było mieszkanie Filipa, zobaczyłam, że jego samochód, z którym nadal miałam problem, bo nie wiedziałam, czy był to pickup, czy coś innego, stał przy krawężniku na ulicy, a Filip siedział w nim za kierownicą.

Silnik miał uruchomiony i patrzył na mnie uważnie.

Został ostrzeżony.

Przejechałam obok niego, przez sekundę spojrzałam mu prosto w oczy i miałam nadzieję, że zobaczył cały mój strach i determinację.

Czarny GMC zza mnie zniknął.

Odetchnęłam z ulgą, bo to najprawdopodobniej oznaczało, że był to ten przyjaciel Marka i że on znał się z Filipem.

Bez wątpienia teraz rozmawiali ze sobą, może coś ustalali, a Filip umiał namierzyć mój samochód lub GPS, lub telefon i na pewno już to robił.

Cokolwiek.

Byleby nie zadzwonili do Marka.

Strasznie bałam się tego, że daliby znać temu, kto chciał skrzywdzić Marka, że byłam pod ich obserwacją, co mogłoby spowodować, że tamten coś by mu zrobił, nie czekając na mój przyjazd.

Chociaż nie wiedziałam, czemu chciał mnie.

Pojechałam dalej po tym, jak przyspieszyłam, bo nagle myślałam tylko o tym, żeby dotrzeć tam, gdzie miałam być, pozwolić Markowi odejść swobodnie i pozwolić mu żyć własnym życiem.

Bo ja byłam nieodpowiednia dla niego i jako matka jego dzieci.

Zasługiwał na coś dobrego.

Cała podróż zajęła mi dziesięć minut.

Kiedy dojechałam na miejsce, okazało się, że był to opuszczony teren po jakiejś fabryce lub miejscu przeładowywania towarów, bo stało tam kilka dużych magazynów, jakieś maszyny, ale nie było żywej duszy.

Nikogo.

Wyjęłam telefon i wpisałam w nim Jestem, a potem wysłałam to na numer telefonu Marka.

Prawie natomiast dostałam odpowiedź Widzę cię.

Nie wiedziałam, jak to było możliwe, bo nie było w zasięgu wzroku żadnej kamery, ani budynku, z którego ktoś mógłby mnie obserwować.

Po kolejnej minucie oczekiwania dostałam Dobrze się spisałaś. Nikt cię nie śledził. Idź prosto przed siebie, do tej szopy po środku. Telefon zostaw w samochodzie razem z kluczykami i torebką.

Wykonałam wszystkie polecenia, myśląc o tym, że Maggie miała rację.

Gdyby GPS był w torebce, zostałby w samochodzie.

Miałam go w kieszeni, więc nawet nie musiałam martwić się tym, by go przekładać i jak to zrobić.

Po prostu zamknęłam samochód, a właściwie zatrzasnęłam jego drzwi i nie zamykałam zamków, bo przecież kluczyki zostawiłam w środku.

I ruszyłam przed siebie w stronę dalekiej drewnianej szopy, wokół której nie było nic, tylko pusta, sucha przestrzeń, rozświetlona palącym, majowym słońcem.

Kiedy tam doszłam, drzwi otworzyły się, ale nikogo nie zobaczyłam, więc zawahałam się.

- Właź - usłyszałam stłumione warknięcie.

Odezwał się mężczyzna, którego zobaczyłam zaraz za drzwiami, kiedy zrobiłam krok w stronę wnętrza szopy.

Rozejrzałam się.

Marka tam nie było.

Pomieszczenie składało się z jednej izby, która była tej samej wielkości, co ściany zewnętrzne, chociaż, oczywiście, mogłam się co do tego mylić.

Miało jedno okno, w którym były bardzo brudne, nieprzezroczyste szyby.

Nie było tam wiele mebli.

Na środku podłogi stało jedno, jedyne proste, drewniane krzesło, a pod ścianą naprzeciwko niego równie prosty stół, na którym były ułożone teczki z aktami, które natychmiast rozpoznałam.

Akta dzieci pochodzące z biura Opieki Społecznej SLC.

Spojrzałam na mężczyznę i zdziwiłam się.

Jak ktoś taki mógł być groźny, nie wiedziałam.

Był niepozorny, nijaki, miał szare włosy, był średniego wzrostu, a rysy twarzy nie wskazywały na żadną z grup etnicznych.

Tak samo nijaki był jego ubiór.

Typowy kombinezon roboczy, jakich zapewne tysiące widywało się na budowach, w magazynach lub w fabrykach.

Ale zmartwiłam się.

To, że pozwolił mi zobaczyć swoją twarz, nie wróżyło dobrze.

Nie zamierzał pozwolić mi odejść żywej.

- Gdzie jest Mark? - spytałam o to jedyne, co mnie interesowało.

- Nie tu - typek uśmiechnął się nieprzyjemnie, więc nagle pomyślałam, że mnie oszukał, wciągnął mnie w pułapkę.

To nie byłoby złe, jeśli tylko Mark byłby bezpieczny.

Myślałam tylko o tym.

Rozglądałam się po pomieszczeniu, ale mój wzrok skupił ponownie mężczyzna, bo nie pozostał nieruchomy.

Nagle zobaczyłam w jego ręku pistolet, którego nie widziałam wcześniej, ale nie sięgał do kieszeni, więc po prostu to przegapiłam, co mnie przeraziło, bo nadal nie wiedziałam, gdzie był Mark, a najwyraźniej powinnam się skupić.

- Siadaj - rozkazał mi kolejnym warknięciem i skinieniem lufy pistoletu wskazał mi krzesło.

Posłusznie podeszłam tam i usiadłam.

Drzwi były za moimi plecami, okno z mojego prawego boku, a stół przede mną, więc zapatrzyłam się na stos teczek, które leżały na nim i zauważyłam dwie rzeczy.

Najwyraźniej te teczki ukradł ktoś, kto nie znał się na pracy w Opiece.

Bowiem pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, było to, że były to teczki z danymi już przepisanymi do chmury informacyjnej, bo zwykle oznaczaliśmy je zieloną naklejką, tkwiącą do góry niczym zakładka.

To powitałam z ulgą, bo ktokolwiek to wykradł, nie wykradł teczek z danymi nie przepisanymi, które byłyby naprawdę cenne.

Bardzo postarałam się, żeby nie było tego po mnie widać.

Drugą było to, że stos został ułożony starannie, a nawet bardzo starannie, według jakiejś metody, niczym układanka dzieci z zaburzeniami kompulsywnymi, o których kiedyś opowiadała mi Chloe.

To mnie zaniepokoiło, bo oznaczało, że miałam prawdopodobnie do czynienia z szaleńcem, który działał metodycznie.

Czyli, że jego plan, jakikolwiek był, mógł się powieść.

Nagle dotarło do mnie, że mężczyzna mamrotał do siebie pod nosem, miotając się po szopie ze złością.

- Nie ma - warknął do siebie - Nie ma. Trudno, niech będzie to.

Podszedł do mnie i przysunął mi do twarzy jakąś szmatę, którą trzymał zwiniętą w pięści, a potem schował pistolet do kieszeni i złapał mnie za nadgarstek prawej ręki.

Nie wyrywałam się.

- Twój facet tkwił zawsze w domu, pilnował swojego telefonu, pilnował ciebie - wyznał mi dziwnym głosem - Miałem to już dawno przygotowane. Wszystko przemyślałem - przeszedł za moje plecy, chwycił obie moje ręce, wykręcił mi je do tyłu, a potem zaczął związywać tą szmatą - Ale dopiero dzisiaj mi się udało. Wszystko sam zrobiłem. Ja sam - dokończył to podkreślając słowo sam, więc uznałam, że nie był sam - Ukradłem mu telefon, wgrałem zdjęcia, które miałem przygotowane i mogłem ciebie tu zwabić.

Przestałam na chwilę oddychać, bo zrozumiałam, że Mark był bezpieczny.

Mężczyzna sapał ciężko przy związywaniu mi rąk za plecami tą szmatą, jakby był bardzo zmęczony, więc zastanawiałam się, czy miał taką słabą kondycję, czy po prostu był chory.

Nie wiedziałam, czemu przyszło mi to do głowy.

Ale wiedziałam jedno.

Nie umiałam walczyć, nie potrafiłabym uciekać, bo nie umiałam biegać, więc musiałam po prostu poddać się temu, co chciał zrobić.

Mężczyzna przeszedł do mojego prawego boku i zaczął przywiązywać drugą szmatą moją nogę do nogi krzesła, a potem zrobił to samo trzecią szmatą z lewą nogą.

Stanął, spojrzał na mnie z góry i wykrzywił się, wyglądając na niezadowolonego.

- Nie wygląda ładnie - mamrotał - Miało być ładnie. Ale zostawiłem gdzieś taśmy, które naszykowałem. Musi być tak.

Sięgnął znowu do sterty rzeczy, które leżały na stole obok sterty teczek, wziął jeszcze jedną szmatę i zbliżył ją do moich ust.

- Nie! - krzyknęłam i szarpnęłam głową w bok, ale pochylił się do tyłu, by zawiązać mocno knebel na moich włosach, ciągnąc je przy tym, bo wplątały się w węzeł.

Kiedy miałam zasłonięte usta, a nie chciałam pokazywać mu, że tak naprawdę byłam w stanie dość głośno krzyczeć nawet przez ten knebel, więc milczałam, wyprostował się i spojrzał z zadowoleniem na swoje „dzieło”.

Nagle zobaczyłam, że jego wzrok ześlizgnął się na mój biust.

Przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia, kiedy zobaczyłam wyraźne oznaki podniecenia na jego twarzy i w jego oddechu.

- Kusisz tymi cyckami! - krzyknął nagle wysokim głosem.

Ojej!

Przestraszyłam się tego, że mógłby stać się nieobliczalny.

Odwrócił się, podbiegł do drzwi i słyszałam, że podniósł coś miękkiego, ale większego niż te szmaty, którymi mnie związywał.

Kiedy do mnie wrócił, okazało się, że była to ocieplana, stara, brudna i przepocona, śmierdząca kurtka robocza.

Zarzucił na ją na mój przód i odsunął się.

- Ukradłaś mój dzień. To był mój dzień! - mówił do mnie ze złością, pochylając się całym tułowiem do mojej twarzy - Miałem wtedy zostać sławnym, niepokonanym, nie do znalezienia Płomieniem Nad SLC. A potem przyszłaś ty, niezwykle dzielna,, wspaniała młoda dama - prychnął sarkastycznie i odchylił się - …i prasa pisała tylko o tobie, a o mnie pieprzone nic! Nawet nie zastanawiali się, jak to zrobiłem, że sam jeden rozpaliłem ogień w tylu miejscach jednocześnie. A to był majstersztyk!

To ostatnie krzyknął mi w twarz, a do mnie zaczęło docierać, że to był ten szaleniec, który podpalił tyle miejsc kilka miesięcy temu.

To oznaczało, że to nie była sprawka mojej babki.

Nie wiedziałam, czy mogłam czuć ulgę.

Ale on nie skończył.

- Więc… - kontynuował - upieczemy dzisiaj dwie pieczenie przy jednym ogniu - zarechotał nieprzyjemnie - Zależało ci na tych teczkach, to zobaczysz jak się palą. A twoja babcia była niemile rozczarowana, kiedy urodziłaś się żywa - wyznał mi, a ja wstrzymałam oddech, bo tego się nie spodziewałam - Sama się ze mną skontaktowała przez mojego starego znajomego i przesłała mi pieniądze. Zapłaciła mi za to, żebyś nie dożyła do końca lata. Przesłała mi kilka bardzo przydatnych informacji - odwrócił się do stołu i podniósł stamtąd pudełko zapałek.

- A najlepsze jest to… - wyznał mi z chorym błyskiem w oku - że przyjadą cię ratować. Wiem, że przyjadą. To nie są strażacy, więc nie znają się. A jak otworzą drzwi, w twarz buchną ci płomienie i spalą cię żywcem. Oni, nie ja.

Poczułam ogarniające mnie mdłości, bo dotarło do mnie, że dokładnie przemyślał każdy swój ruch.

Odrobina nadziei zaświtała mi tylko, kiedy pomyślałam o tym, że mógł być z nimi David.

Mój Anioł Stróż.

Strażak.

- Ta szopa była zbudowana z materiałów, które słabo się paliły - mamrotał - Musiałem ją trochę zmodyfikować. Nie zobaczysz tego. Szkoda.

Podpalił teczki, które były na samym dole, starannie wybierając niektóre, więc ogień stopniowo ogarniał je coraz wyżej, a potem stał przez kilka sekund, wpatrując się w swoje dzieło.

- Wewnętrzne ściany zrobiłem z nieobrobionych desek sosnowych - tłumaczył mi, jakby to była najważniejsza informacja w jego życiu i musiał się ze mną tym podzielić - Nie musiałem niczego polewać benzyną ani niczym. Papier jest suchy, więc będzie się palił, a potem zapalą się deski za stołem - kontynuował swoją chorą wyliczankę, wskazując mi palcem miejsca, które miały się rozpalać w następnej kolejności - Zostawiam tu kamerkę - wskazał kamerkę sportową, jaką widziałam kiedyś u jednego ze studentów - Muszę dobrze przyjrzeć się, jak to działa.

Rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu.

- Nigdy tego nie widziałem - wymamrotał na koniec.

Potem obejrzał się jeszcze raz na palące się papiery, spojrzał na mnie, podszedł do kamerki i coś na niej wcisnął i poszedł do drzwi.

Wyszedł, zamknął je za sobą starannie i byłam pewna, że przekręcił nawet klucz w zamku.

Zostałam sama ze swoimi myślami.

Więc siedziałam na tym krześle, patrzyłam na płomienie i myślałam o tym, że zostawiłam list na stoliku do kawy w salonie, który nigdy nie będzie nasz.

W domu, który nie będzie mój.

Mark znajdzie go, przeczyta i odczuje ulgę, że nie będę żyła.

Bo bałam się strasznie, że będzie miał wyrzuty sumienia, że mnie nie ochronił, nie uratował i zginęłam, bo mnie zawiódł.

Wiedziałam jak ważne dla niego było to, że kogoś ochraniał.

Poświęcał się tej pracy, nawet jeśli tego kogoś nie lubił.

Wiedziałam, że mnie kochał.

Wreszcie w to uwierzyłam.

Dlatego nie mogłabym w żaden sposób zniechęcić go do siebie, odepchnąć go, żeby miał dobre życie z kobietą, która dałaby mu zdrowe dzieci.

Więc może tak właśnie było lepiej.

Patrzyłam na płomienie i czekałam, żeby wreszcie nadszedł koniec.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz