Lisa
Godzinę później
Wydawało
się, że zrobiłam właśnie największe, najgłupsze
głupstwo swojego całego życia.
Siedziałam
na skrzypiącym, drewnianym krześle w małej, drewnianej szopie, a przez mój
umysł przelatywały strzępki wspomnień z ostatnich chwil mojego życia.
Mojego
nic niewartego, pustego życia, które właśnie dobiegało końca.
Godzinę
temu nie wybiegłam z naszego domu bezmyślnie i jak szalona, chociaż bardzo się
spieszyłam.
Nie,
wszystko sobie przemyślałam.
Na
mój telefon bowiem z numeru Marka przyszedł do mnie MMS ze zdjęciem Marka,
leżącego na ziemi w nienaturalnej pozie w kałuży krwi.
Podpisane
było Jeśli chcesz mu pomóc, przyjedź.
Adres podam ci, jak będziesz w drodze. Nie dzwoń do nikogo, będę wiedział.
Nie
zawahałam się.
Dla
Marka zrobiłabym wszystko.
Zostawiłam
pozytywkę i otwarty list od taty na stoliku do kawy, obok miejsca na kanapie,
gdzie go czytałam.
Zakładając
swoje buty i pakując małą torebkę, myślałam nad swoimi możliwymi posunięciami.
I
niewiele wymyśliłam.
Nie
mogłam zrobić nic poza tym, czego ode
mnie żądano, jeśli chciałam uratować Marka.
Bałam
się, że mój telefon był podsłuchiwany przez tego złego.
Nie
mogłam więc zadzwonić do Filipa ani do Davida, a tym bardziej do Marka, dlatego
roztrząsałam w myślach moje inne opcje.
Podejrzewałam,
że dom był obserwowany przez jednego
przyjaciół Marka, chociaż nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
Nie
zapytałam go, a powinnam była.
W
ogóle za mało z nim rozmawiałam.
Pomyślałam
sobie, że jeśli będę wyjeżdżała z garażu wystarczająco wolno, nadążyłby za mną
i poinformował innych, że się poruszam.
Bałam
się tylko, że mógłby wysłać SMS-a na telefon Marka i ten ktoś, kto go miał,
wiedziałby, że byłam śledzona.
Musiałam
zaryzykować.
Mój
przenośny GPS, zgodnie z radą Maggie, miałam w kieszeni moich luźnych,
dzianinowych, trzymających się w pasie na gumkę spodni, które jak zwykle miałam
na sobie, kiedy zamierzałam zostać w domu.
Byłam
ubrana do tego w prostą groszkową koszulkę i założyłam właśnie moje sportowe
sandałki, a moje włosy były rozpuszczone.
Złapałam
torebkę, spakowałam do niej telefon, wzięłam ze stolika okulary
przeciwsłoneczne, klucze do domu i do samochodu z półki przy drzwiach i wyszłam
do garażu.
Przełączyłam
po drodze alarm i wcisnęłam pilotem otwieranie wrót garażu, zanim jeszcze
wsiadłam do mojego Audi.
Wymanewrowałam
ostrożnie i powoli, a potem długo patrzyłam, jak wrota się zamykały, kiedy
stałam na podjeździe naprzeciwko nich.
Dałam
się obejrzeć temu, kto patrzył.
Dopiero
wtedy wysłałam na numer Marka SMS-a Jadę.
A
potem nagle ruszyłam do tyłu z piskiem opon i wjechałam na ulicę, a potem
wykręciłam, jadąc w stronę centrum SLC.
Usłyszałam
dźwięk przychodzącego SMS-a, więc zjechałam na bok ulicy i otworzyłam go.
Był
w nim tylko adres, który od razu wprowadziłam do nawigacji samochodowej, zanim
ponownie wyjechałam na ulicę i ruszyłam zgodnie z jej podpowiedziami.
Przez
cały czas myślałam.
Natychmiast
po moim wyjechaniu z garażu po przeciwnej stronie ulicy dosłownie znikąd pojawił się za mną czarny,
lśniący, duży SUV.
Na
przodzie, na kratce, która sprawiała wrażenie gigantycznej, miał czerwone litery GMC.
Nie
znałam go, ale miałam nadzieję, że to był ten kumpel Marka, o którym wspomniał
mi raz kiedyś, a którego nigdy nie poznałam.
Już
kiedy dostałam wskazówki dojazdu, zorientowałam się, że będę musiała przejechać
obok mieszkania Filipa, które tak dobrze znałam.
Pomyślałam
jednak, że nie mogłam tam wstąpić, by nie zaalarmować tego, który chciał
skrzywdzić Marka, bo mógł mnie w jakiś sposób śledzić.
Przed
oczami miałam zdjęcie, przedstawiające ciało Marka w kałuży krwi.
Musiałam
go uratować.
Jechałam,
przestrzegając przepisów i nie starając się zgubić tego, który mnie śledził,
ale też nie umiałabym, bo nigdy nie musiałam tego robić.
Zawsze
kto inny zajmował się takimi rzeczami za mnie.
Moim
bezpieczeństwem.
Bardzo
długo robił to Mark.
To
był czas, kiedy ja miałam zająć się bezpieczeństwem Marka.
Kiedy
przejeżdżałam obok bloku, w którym było mieszkanie Filipa, zobaczyłam, że jego
samochód, z którym nadal miałam problem, bo nie wiedziałam, czy był to pickup,
czy coś innego, stał przy krawężniku na ulicy, a Filip siedział w nim za
kierownicą.
Silnik
miał uruchomiony i patrzył na mnie uważnie.
Został
ostrzeżony.
Przejechałam
obok niego, przez sekundę spojrzałam mu prosto w oczy i miałam nadzieję, że
zobaczył cały mój strach i determinację.
Czarny
GMC zza mnie zniknął.
Odetchnęłam
z ulgą, bo to najprawdopodobniej oznaczało, że był to ten przyjaciel Marka i że on znał się z Filipem.
Bez
wątpienia teraz rozmawiali ze sobą, może coś ustalali, a Filip umiał namierzyć
mój samochód lub GPS, lub telefon i na pewno już to robił.
Cokolwiek.
Byleby
nie zadzwonili do Marka.
Strasznie
bałam się tego, że daliby znać temu, kto chciał skrzywdzić Marka, że byłam pod ich
obserwacją, co mogłoby spowodować, że tamten coś by mu zrobił, nie czekając na
mój przyjazd.
Chociaż
nie wiedziałam, czemu chciał mnie.
Pojechałam
dalej po tym, jak przyspieszyłam, bo nagle myślałam tylko o tym, żeby dotrzeć
tam, gdzie miałam być, pozwolić Markowi odejść swobodnie i pozwolić mu żyć własnym życiem.
Bo
ja byłam nieodpowiednia dla niego i jako matka jego dzieci.
Zasługiwał
na coś dobrego.
Cała
podróż zajęła mi dziesięć minut.
Kiedy
dojechałam na miejsce, okazało się, że był to opuszczony teren po jakiejś
fabryce lub miejscu przeładowywania towarów, bo stało tam kilka dużych
magazynów, jakieś maszyny, ale nie było żywej duszy.
Nikogo.
Wyjęłam
telefon i wpisałam w nim Jestem, a
potem wysłałam to na numer telefonu Marka.
Prawie
natomiast dostałam odpowiedź Widzę cię.
Nie
wiedziałam, jak to było możliwe, bo nie było w zasięgu wzroku żadnej kamery,
ani budynku, z którego ktoś mógłby mnie obserwować.
Po
kolejnej minucie oczekiwania dostałam Dobrze
się spisałaś. Nikt cię nie śledził. Idź prosto przed siebie, do tej szopy po
środku. Telefon zostaw w samochodzie razem z kluczykami i torebką.
Wykonałam
wszystkie polecenia, myśląc o tym, że Maggie miała rację.
Gdyby
GPS był w torebce, zostałby w samochodzie.
Miałam
go w kieszeni, więc nawet nie musiałam martwić się tym, by go przekładać i jak to zrobić.
Po
prostu zamknęłam samochód, a właściwie zatrzasnęłam jego drzwi i nie zamykałam
zamków, bo przecież kluczyki zostawiłam w środku.
I
ruszyłam przed siebie w stronę dalekiej drewnianej szopy, wokół której nie było
nic, tylko pusta, sucha przestrzeń, rozświetlona palącym, majowym słońcem.
Kiedy
tam doszłam, drzwi otworzyły się, ale nikogo nie zobaczyłam, więc zawahałam
się.
-
Właź - usłyszałam stłumione warknięcie.
Odezwał
się mężczyzna, którego zobaczyłam zaraz za drzwiami, kiedy zrobiłam krok w
stronę wnętrza szopy.
Rozejrzałam
się.
Marka
tam nie było.
Pomieszczenie
składało się z jednej izby, która była tej samej wielkości, co ściany
zewnętrzne, chociaż, oczywiście, mogłam się co do tego mylić.
Miało
jedno okno, w którym były bardzo brudne, nieprzezroczyste szyby.
Nie
było tam wiele mebli.
Na
środku podłogi stało jedno, jedyne proste,
drewniane krzesło, a pod ścianą naprzeciwko niego równie prosty stół, na którym
były ułożone teczki z aktami, które natychmiast rozpoznałam.
Akta
dzieci pochodzące z biura Opieki Społecznej SLC.
Spojrzałam
na mężczyznę i zdziwiłam się.
Jak
ktoś taki mógł być groźny, nie wiedziałam.
Był
niepozorny, nijaki, miał szare włosy,
był średniego wzrostu, a rysy twarzy nie wskazywały na żadną z grup etnicznych.
Tak
samo nijaki był jego ubiór.
Typowy
kombinezon roboczy, jakich zapewne tysiące widywało się na budowach, w
magazynach lub w fabrykach.
Ale
zmartwiłam się.
To,
że pozwolił mi zobaczyć swoją twarz, nie wróżyło dobrze.
Nie
zamierzał pozwolić mi odejść żywej.
-
Gdzie jest Mark? - spytałam o to jedyne, co mnie interesowało.
-
Nie tu - typek uśmiechnął się nieprzyjemnie, więc nagle pomyślałam, że mnie
oszukał, wciągnął mnie w pułapkę.
To
nie byłoby złe, jeśli tylko Mark byłby bezpieczny.
Myślałam
tylko o tym.
Rozglądałam
się po pomieszczeniu, ale mój wzrok skupił ponownie mężczyzna, bo nie pozostał
nieruchomy.
Nagle
zobaczyłam w jego ręku pistolet, którego nie widziałam wcześniej, ale nie
sięgał do kieszeni, więc po prostu to przegapiłam, co mnie przeraziło, bo nadal
nie wiedziałam, gdzie był Mark, a najwyraźniej powinnam się skupić.
-
Siadaj - rozkazał mi kolejnym warknięciem i skinieniem lufy pistoletu wskazał
mi krzesło.
Posłusznie
podeszłam tam i usiadłam.
Drzwi
były za moimi plecami, okno z mojego prawego boku, a stół przede mną, więc
zapatrzyłam się na stos teczek, które leżały na nim i zauważyłam dwie rzeczy.
Najwyraźniej
te teczki ukradł ktoś, kto nie znał się na pracy w Opiece.
Bowiem
pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, było to, że były to teczki z danymi już przepisanymi do chmury informacyjnej,
bo zwykle oznaczaliśmy je zieloną naklejką, tkwiącą do góry niczym zakładka.
To
powitałam z ulgą, bo ktokolwiek to wykradł, nie wykradł teczek z danymi nie
przepisanymi, które byłyby naprawdę cenne.
Bardzo
postarałam się, żeby nie było tego po mnie widać.
Drugą
było to, że stos został ułożony starannie, a nawet bardzo starannie, według jakiejś metody, niczym układanka dzieci z
zaburzeniami kompulsywnymi, o których kiedyś opowiadała mi Chloe.
To
mnie zaniepokoiło, bo oznaczało, że miałam prawdopodobnie do czynienia z
szaleńcem, który działał metodycznie.
Czyli,
że jego plan, jakikolwiek był, mógł
się powieść.
Nagle
dotarło do mnie, że mężczyzna mamrotał do siebie pod nosem, miotając się po
szopie ze złością.
-
Nie ma - warknął do siebie - Nie ma. Trudno, niech będzie to.
Podszedł
do mnie i przysunął mi do twarzy jakąś szmatę, którą trzymał zwiniętą w pięści,
a potem schował pistolet do kieszeni i złapał mnie za nadgarstek prawej ręki.
Nie
wyrywałam się.
-
Twój facet tkwił zawsze w domu, pilnował swojego telefonu, pilnował ciebie - wyznał mi dziwnym głosem -
Miałem to już dawno przygotowane. Wszystko przemyślałem - przeszedł za moje
plecy, chwycił obie moje ręce, wykręcił mi je do tyłu, a potem zaczął związywać
tą szmatą - Ale dopiero dzisiaj mi się udało. Wszystko sam zrobiłem. Ja sam - dokończył to podkreślając słowo
sam, więc uznałam, że nie był sam -
Ukradłem mu telefon, wgrałem zdjęcia, które miałem przygotowane i mogłem ciebie
tu zwabić.
Przestałam
na chwilę oddychać, bo zrozumiałam, że Mark
był bezpieczny.
Mężczyzna
sapał ciężko przy związywaniu mi rąk za plecami tą szmatą, jakby był bardzo
zmęczony, więc zastanawiałam się, czy miał taką słabą kondycję, czy po prostu
był chory.
Nie
wiedziałam, czemu przyszło mi to do głowy.
Ale
wiedziałam jedno.
Nie
umiałam walczyć, nie potrafiłabym uciekać, bo nie umiałam biegać, więc musiałam
po prostu poddać się temu, co chciał zrobić.
Mężczyzna
przeszedł do mojego prawego boku i zaczął przywiązywać drugą szmatą moją nogę
do nogi krzesła, a potem zrobił to samo trzecią szmatą z lewą nogą.
Stanął,
spojrzał na mnie z góry i wykrzywił się, wyglądając na niezadowolonego.
-
Nie wygląda ładnie - mamrotał - Miało być ładnie. Ale zostawiłem gdzieś taśmy,
które naszykowałem. Musi być tak.
Sięgnął
znowu do sterty rzeczy, które leżały na stole obok sterty teczek, wziął jeszcze
jedną szmatę i zbliżył ją do moich ust.
-
Nie! - krzyknęłam i szarpnęłam głową
w bok, ale pochylił się do tyłu, by zawiązać mocno knebel na moich włosach,
ciągnąc je przy tym, bo wplątały się w węzeł.
Kiedy
miałam zasłonięte usta, a nie chciałam pokazywać mu, że tak naprawdę byłam w
stanie dość głośno krzyczeć nawet przez ten knebel, więc milczałam, wyprostował
się i spojrzał z zadowoleniem na swoje „dzieło”.
Nagle
zobaczyłam, że jego wzrok ześlizgnął się na mój biust.
Przeszedł
mnie dreszcz obrzydzenia, kiedy zobaczyłam wyraźne oznaki podniecenia na jego
twarzy i w jego oddechu.
-
Kusisz tymi cyckami! - krzyknął nagle
wysokim głosem.
Ojej!
Przestraszyłam
się tego, że mógłby stać się nieobliczalny.
Odwrócił
się, podbiegł do drzwi i słyszałam, że podniósł coś miękkiego, ale większego niż
te szmaty, którymi mnie związywał.
Kiedy
do mnie wrócił, okazało się, że była to ocieplana, stara, brudna i przepocona,
śmierdząca kurtka robocza.
Zarzucił
na ją na mój przód i odsunął się.
-
Ukradłaś mój dzień. To był mój dzień!
- mówił do mnie ze złością, pochylając się całym tułowiem do mojej twarzy -
Miałem wtedy zostać sławnym,
niepokonanym, nie do znalezienia Płomieniem Nad SLC. A potem przyszłaś ty, niezwykle dzielna,, wspaniała młoda dama
- prychnął sarkastycznie i odchylił się - …i prasa pisała tylko o tobie, a o
mnie pieprzone nic! Nawet nie
zastanawiali się, jak to zrobiłem, że sam jeden rozpaliłem ogień w tylu
miejscach jednocześnie. A to był majstersztyk!
To
ostatnie krzyknął mi w twarz, a do mnie zaczęło docierać, że to był ten
szaleniec, który podpalił tyle miejsc kilka miesięcy temu.
To
oznaczało, że to nie była sprawka mojej babki.
Nie
wiedziałam, czy mogłam czuć ulgę.
Ale
on nie skończył.
-
Więc… - kontynuował - upieczemy dzisiaj dwie pieczenie przy jednym ogniu -
zarechotał nieprzyjemnie - Zależało ci na tych teczkach, to zobaczysz jak się
palą. A twoja babcia była niemile rozczarowana, kiedy urodziłaś się żywa -
wyznał mi, a ja wstrzymałam oddech, bo tego
się nie spodziewałam - Sama się ze
mną skontaktowała przez mojego starego znajomego i przesłała mi pieniądze. Zapłaciła
mi za to, żebyś nie dożyła do końca lata. Przesłała mi kilka bardzo przydatnych
informacji - odwrócił się do stołu i podniósł stamtąd pudełko zapałek.
-
A najlepsze jest to… - wyznał mi z chorym błyskiem w oku - że przyjadą cię
ratować. Wiem, że przyjadą. To nie są strażacy, więc nie znają się. A jak
otworzą drzwi, w twarz buchną ci płomienie i spalą cię żywcem. Oni, nie ja.
Poczułam
ogarniające mnie mdłości, bo dotarło do mnie, że dokładnie przemyślał każdy
swój ruch.
Odrobina
nadziei zaświtała mi tylko, kiedy pomyślałam o tym, że mógł być z nimi David.
Mój
Anioł Stróż.
Strażak.
-
Ta szopa była zbudowana z materiałów, które słabo się paliły - mamrotał - Musiałem
ją trochę zmodyfikować. Nie zobaczysz tego. Szkoda.
Podpalił
teczki, które były na samym dole, starannie wybierając niektóre, więc ogień
stopniowo ogarniał je coraz wyżej, a potem stał przez kilka sekund, wpatrując
się w swoje dzieło.
-
Wewnętrzne ściany zrobiłem z nieobrobionych desek sosnowych - tłumaczył mi,
jakby to była najważniejsza informacja w jego życiu i musiał się ze mną tym podzielić - Nie musiałem niczego polewać
benzyną ani niczym. Papier jest suchy, więc będzie się palił, a potem zapalą
się deski za stołem - kontynuował swoją chorą wyliczankę, wskazując mi palcem
miejsca, które miały się rozpalać w następnej kolejności - Zostawiam tu kamerkę
- wskazał kamerkę sportową, jaką widziałam kiedyś u jednego ze studentów -
Muszę dobrze przyjrzeć się, jak to działa.
Rozejrzał
się jeszcze raz po pomieszczeniu.
-
Nigdy tego nie widziałem - wymamrotał na koniec.
Potem
obejrzał się jeszcze raz na palące się papiery, spojrzał na mnie, podszedł do
kamerki i coś na niej wcisnął i poszedł do drzwi.
Wyszedł,
zamknął je za sobą starannie i byłam pewna, że przekręcił nawet klucz w zamku.
Zostałam
sama ze swoimi myślami.
Więc
siedziałam na tym krześle, patrzyłam na płomienie i myślałam o tym, że
zostawiłam list na stoliku do kawy w salonie, który nigdy nie będzie nasz.
W
domu, który nie będzie mój.
Mark
znajdzie go, przeczyta i odczuje ulgę, że nie będę żyła.
Bo
bałam się strasznie, że będzie miał wyrzuty sumienia, że mnie nie ochronił, nie
uratował i zginęłam, bo mnie zawiódł.
Wiedziałam
jak ważne dla niego było to, że kogoś ochraniał.
Poświęcał
się tej pracy, nawet jeśli tego kogoś nie lubił.
Wiedziałam,
że mnie kochał.
Wreszcie
w to uwierzyłam.
Dlatego
nie mogłabym w żaden sposób zniechęcić go do siebie, odepchnąć go, żeby miał
dobre życie z kobietą, która dałaby mu zdrowe dzieci.
Więc
może tak właśnie było lepiej.
Patrzyłam
na płomienie i czekałam, żeby wreszcie nadszedł koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz