Rozdział 23
Lisa
Miesiąc później
Byłam
oparta na ramieniu Marka i oboje byliśmy ubrani luźno, ale nadal trochę
elegancko.
Casual.
Ja
miałam na sobie moją sukienkę, tamtą jasnozieloną szmizjerkę, którą kupiłam na
konferencję prasową w Washington i nowe sandałki na nieco wyższym obcasie, co
Mark uwielbiał w bardzo zauważalny
sposób.
Mark
miał na sobie płócienne spodnie i brązową koszulę z krótkim rękawkiem, co ja uwielbiałam, bo jego mięśnie
prezentowały się z niej fantastycznie.
Staliśmy
w tłumie naszych przyjaciół na terenie zielonym tego kompleksu, w którym
mieszkaliśmy z Sarą i Frankiem kilka miesięcy temu i słuchaliśmy, jak pastor
mówił słowa przysięgi małżeńskiej, którą powtarzali Ania i Filip.
Usłyszeliśmy:
-
Ogłaszam was mężem i żoną… oto pan i pani Philision… może pan pocałować swoją
żonę…
A
potem długo patrzyliśmy, jak się całowali.
Całowali
się, całowali i nie mogli przestać.
Aż
w końcu rozległy się nawoływania, gwizdy i pohukiwania.
Zaczęłam
chichotać.
Nikt
im nie zazdrościł.
To
była czysta, szczera radość z tego,
że oni też, jak wielu przed nimi i jednocześnie z nimi, znaleźli szczęście.
Ślub
odbywał się przy zaimprowizowanym „ołtarzu” stojącym pod łukiem z niebiesko
błękitnych kwiatów, a obecni na nim byli nie tylko zaproszeni goście, bo mógł
tu podejść każdy, kto akurat był w okolicy.
Podobała
mi się ta swoboda.
Potem
podeszliśmy do nich, by ze wszystkimi innymi przyjaciółmi złożyć im życzenia Wszystkiego najlepszego.
Po
ślubie wszyscy, nie tylko goście weselni, siedzieli przy stołach terenu
zielonego, jedli zamówione przez Aleka potrawy i pili piwo, wino lub inne
napoje, które przynieśli wszyscy po trochu.
Stałam
z Markiem przy jednym ze stołów, rozmawialiśmy z przyjaciółmi i patrzyliśmy na
tańczącą parę młodą.
No,
może tańczącą parę to było za dużo
powiedziane, bo po prostu kołysali się w miejscu w rytm piosenki Better Love, ale panna młoda, moja
przyjaciółka, robiła to z prawdziwą gracją.
Ania
miała na sobie szaro niebieską sukienkę, której spódnica zrobiona była z tiulu
w takim samym kolorze, a Filip miał na sobie zwykłe, czarne ubranie, które było
jego wizytówką.
Każde
z nich było po prostu sobą.
Życie
zaczynało być w pełni dobre i
szczęśliwe.
Tydzień
po tym, jak zaczęłam znowu widzieć, a ten, który chciał mnie zabić, trafił do
więzienia stanowego na długie lata, złożyłam podanie z prośbą o przyjęcie mnie
na studia magisterskie na Uniwersytecie Utah.
Zaniosłam
tam dokumenty osobiście, bo termin był nietypowy, a ja przenosiłam się do nich
z Harvardu, więc nie chciałam, żeby czuli, że nie doceniałam ich uczelni.
Pomimo
moich starań zostałam potraktowana niezbyt miło przez prorektora, z którym
spotkałam się w jego gabinecie, kiedy jego sekretarka oznajmiła mu, że
przyszłam.
Było
to umówione wcześniej spotkanie.
Nie
było tak, że zjawiłam się i zażądałam widzenia się z nim, albo ktoś naciskał na
niego w jakikolwiek sposób.
Nadal,
niezbyt „starszy” mężczyzna siedział naprzeciwko mnie, po drugiej strony
olbrzymiego biurka, które był zawalone różnymi dokumentami i odchylił się do
oparcia wysokiego, skórzanego fotela, składając palce obu rąk czubkami do
siebie, kiedy łokciami opierał się o podłokietniki.
Patrzył
na mnie bardzo nieprzyjaźnie.
Siedziałam
w prostym, starym fotelu z wytartą tapicerką i poczułam Królową Lodu,
ześlizgującą mi się po plecach i wpełzającą mi na twarz.
Mężczyzna
bowiem powiedział:
-
Niech sobie pani nie wyobraża, że będzie miała tu pani jakiekolwiek fory. Tu jest Ameryka. Każdy jest równy
wobec innych. Nie obchodzi nas to, że należy pani do rodziny królewskiej, ani
jak blisko pani jest tronu angielskiego. Tutaj
będzie musiała pani pracować.
-
Rozumiem to - powiedziałam cicho, głosem równie zimnym, jak wyraz mojej twarzy,
co czułam bardzo mocno, ale nie mogłam tego powstrzymać.
-
Musi się pani zapoznać z programem studiów - kontynuował prorektor.
-
Zapoznałam się - odparłam.
-
Potrzebne będą rekomendacje od pani poprzednich wykładowców - ciągnął swoja
wyliczankę.
-
Załączyłam - mówiłam tym samym tonem, niezrażona tym, że nie spojrzał nawet do
dokumentów, które leżały przed nim w nieotwartej teczce.
-
Więc rozpatrzymy pani podanie w odpowiednim
czasie - wyrzucił wreszcie pompatycznym tonem, a ja miałam dość.
Wstałam
sztywno, skinęłam głową i zaczęłam się odwracać do drzwi.
-
Dziękuję za poświęcenie mi pańskiego cennego czasu - powiedziałam.
Wtedy
zobaczyłam, że drzwi do gabinetu nie były zamknięte, a w nich stał Mark, który
uparł się, by tego dnia mi towarzyszyć.
Zrobił
krok w stronę biurka.
-
Radziłbym - warknął bardzo złym,
ostrzegawczym głosem do prorektora, który na jego widok uniósł się z fotela ze
strachem wypisanym na twarzy, co zobaczyłam, kiedy odwróciłam się na dziwny dźwięk
dochodzący z jego strony - …żeby pan przeczytał dostarczone dokumenty jeszcze
dzisiaj. - A potem spojrzałam na mojego mężczyznę z czułością, bo w jego głosie
zabrzmiała prawdziwa duma - Ona była pieprzoną prymuską przez kolejne trzy lata w college’u w Harvardzie,
skończyła liceum o rok wcześniej niż jej rówieśnicy, również z pierwszą
lokatą, a rząd UK przyjął jej projekt nowelizacji ustawy o opiece
zastępczej.
Usłyszałam
gwałtownie wciągnięte powietrze ze strony prorektora.
-
Mark - powiedziałam łagodnie do mojego ukochanego - Przecież możemy być razem i
mieszkać w Anglii przez ten rok, jeśli mnie tu nie przyjmą.
Mark
przeniósł swój wzrok z prorektora na mnie, a wtedy wyraz jego twarzy całkowicie
się zmienił.
-
Możemy, Lady - powiedział łagodnie - ale tu mamy dom.
Mieliśmy.
Dlatego
pożegnaliśmy się z nieuprzejmym prorektorem, wyszliśmy i nie wracaliśmy do tego
tematu, ale ucieszyliśmy się, kiedy tydzień później przyszło zawiadomienie, że
zostałam przyjęta na Prawo i Administrację w U of U.
A
w naszym domu mieliśmy również miejsce, w którym mogłam usiąść w głębokim,
wygodnym fotelu obok półek wypełnionych książkami i przy stojącej lampie, by
czytać książkę, na razie sobie po cichu, a być może kiedyś głośno jakiemuś dziecku.
To
była niespodzianka, jaką przygotował dla mnie Mark.
Dla
naszej rodziny.
Drugą
dobrą rzeczą dla naszej małej, nieoficjalnej rodziny było to, że Mark, który z
powodu moich kłopotów odrzucił dwie oferty pracy jako konsultant ochrony, jedną
w Miami, a drugą w Los Angeles, dostał kolejną ofertę, tym razem w Denver.
Nie
było to całkiem blisko, ale też na nie tak daleko, żeby nie mógł pojechać tam
na dwa dni, a potem wrócić do mnie, kiedy zostałby w jakimś hotelu tylko na
jedną noc.
Może
zresztą mogłabym pojechać z nim.
Zobaczymy.
Stałam
więc po ślubie naszych przyjaciół oparta częściowo o swojego mężczyznę, kiedy
obejmował mnie ramieniem za brzuch, rozmawiając ze swoimi przyjaciółmi i patrzyłam, jak na trawniku
terenu zielonego bawiły się dzieci.
Bert,
Matt i Johnny, który był jednym ze świadków Ani i Filipa, stali z boku niczym poważni nastolatkowie, przyglądając się
z wyższością gonitwie młodszych dzieci.
Maria
opiekowała się podczas tej gonitwy głównie Davie’m, a trochę Jimem, chociaż to
ten drugi sprawiał więcej kłopotów, bo był bardzo ruchliwy.
Sophie
siedziała na kocu, który Alex rozłożył dla swojej rodziny na trawie, z
trojaczkami, leżącymi każdy w swoim foteliku samochodowym.
Maggie
trzymała An Evie blisko siebie, chociaż nie było jej łatwo, bo była w ostatnim
miesiącu jej trzeciej ciąży, kiedy rozmawiała z Alice, która trzymała swoją
córeczkę i było widać, że dziewczynki znały się i bawiły tym samym, bo
wymieniały się czymś, co ssały i gryzły namiętnie, łagodząc zapewne ból
wyrzynających się ząbków.
Przeniosłam
swoje spojrzenie na dorosłych.
David,
stojący blisko nas i rozmawiający z Markiem, patrzył wyłącznie na Maggie,
chociaż dopiero po kilku minutach wyrywał się, by wziąć od żony ich córkę na
ręce.
Poznaliśmy
tu z Markiem Billy’ego, jednego z tych strażaków z ich jednostki, którzy nie
byli obecni podczas moich kłopotów z mojego wcześniejszego pobytu w SLC, bo
miał dyżur przy radiu, a jego kobieta nie należała ściśle do tej grupy
przyjaciółek, która mnie wtedy odwiedzała.
Billy
był bowiem związany z Hannah, kuzynką Olgierda, ich kapitana.
Olgierda
i jego żonę, Helenę, również poznaliśmy tutaj, na ślubie.
Na
ślubie Ani i Filipa był też Tom, który przyszedł sam, ale nie podchodził do
nas, więc nie rozmawialiśmy, chociaż postanowiłam później mu powiedzieć, że nie
miałam do niego żalu i przeprosić go za to, że robiłam mu fałszywe nadzieje.
Przy
beczce z piwem widziałam Asa i Big Bena, ale jakoś nie zauważyłam, żeby
przyszli z jakimiś kobietami, a i z innymi nie rozmawiali za dużo, więc szybko
straciłam ich z oczu.
Poznaliśmy
tu również rodzinę Ani, to znaczy jej siostrę, szwagra, który poprowadził ja do
ołtarza i widziałam gdzieś biegającą czwórkę ich dzieci: Annette, Abigail,
Petera, Tobiasa i roczną Madison, która trzymała się mamy.
A
także przybraną rodzinę Filipa, bo dowiedziałam się, że wychowywał się on w
rodzinie zastępczej.
Przy
stole Evy, Jimmy’ego, Drivera, Strzały i innych siedzieli również Sara i Frank,
pogrążeni w rozmowie ze wszystkimi ogólnie, a z Evą szczególnie.
Zostali
zaproszeni przez Anię i Filipa, ale, szczerze powiedziawszy, zorganizowałam im
podróż służbową, zapłaciłam za nią i ufundowałam im tu mieszkania na cały
tydzień, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać.
W
następnym miesiącu bowiem wybieraliśmy się z Markiem na kilka dni do Anglii, by
uregulować sprawy związane z funkcjonowaniem naszych dwóch domów.
Pomyślałam
o tym, że to było dokładnie to miejsce, w którym chciałam być, do którego
należałam.
To
byłam ja i miejsce, w którym mogłam być sobą.
Podniosłam
głowę do Marka, pogłaskałam jego przedramię, obróciłam się w nim i pocałowałam od
dołu jego ogoloną na gładko szczękę.
-
Idę do Czołga - powiedziałam cicho.
Mark
spojrzał na mnie, w stronę Czołga, uśmiechnął się i puścił mnie, bym mogła
odejść w stronę jego przyjaciela.
Czołg
siedział blisko grilla i miał bardzo ponurą minę, a ja podejrzewałam, że
wiedziałam dlaczego.
A
dokładniej, przez kogo.
Nową
lokatorką w kompleksie była mała, szczupła kobieta o imieniu Bee.
Nie
była młoda jak nastolatka, ale nadal bywała nieco dziecinna, co już
wiedzieliśmy, skoro byliśmy tu dwa razy wcześniej podczas przygotowań do ślubu.
Miała
krótkie, potargane, ciemne włosy, niebieskie, błyszczące humorem oczy i była
niezwykle energiczna i pewna siebie.
Czołg
wodził za nią mrocznym spojrzeniem i robił się z minuty na minutę coraz
bardziej nieszczęśliwy.
Pił
piwo, zjadł steki, kiełbaski, tonę chili, ale jego humor oklapł i apetyt spadł
do zera, kiedy ta mała pchełka pojawiła się w polu widzenia i zaczęła wygłupiać
się z chłopakami, czyli z Johnny’m, Mattem i Bertem.
Podobała
mu się.
Podeszłam
do niego, oparłam dłoń na jego ramieniu, kiedy nie zwrócił na mnie uwagi, a
potem z westchnieniem opadłam na ławkę obok.
-
Och - powiedziałam przy tym - Nogi mnie bolą od tego stania.
-
Może nie należało wkładać tych pieprzonych szpilek - burknął Czołg.
-
Może - rzuciłam lekko.
Posiedzieliśmy
kilka minut w milczeniu, kiedy oglądałam z uśmiechem, jak Bee złapała czapkę
Matta z symbolami jego drużyny piłkarskiej i zaczęła ją podrzucać.
Miałam
wrażenie, że popisywała się, żeby zwrócić czyjąś uwagę.
-
Oddaj - wrzasnął Matt.
-
Bo co mi zrobisz? - śmiała się Bee.
Matt
miał doprawdy wściekły wyraz twarzy.
-
Ocho - mruknęłam do siebie - Ktoś tu nie zna się na żartach.
Matt
nagle rozpędził się i uderzył ramieniem Bee w brzuch, a ta wylądowała na pupie
na trawie.
Czołg
zerwał się z ławki i skoczył w tamtą stronę kilkoma krokami.
Pobiegłam
za nim.
Czołg
jednak tylko przytrzymał chłopca, odsunął go dość delikatnie, a potem podał
rękę Bee i pomógł jej wstać z trawy.
-
Nic ci nie jest? - Czołg mruknął do niej, a ona podniosła na niego oczy,
zadzierając wysoko głowę i uśmiechnęła się promiennie.
-
Nie - powiedziała radośnie - Dzięki.
Czołg
odwrócił się do Matta i powiedział stanowczo, hucząc na cały kompleks i okolice:
-
Pamiętaj, chłopcze, że nigdy nie
wolno tak traktować kobiety. Żadnej! Zrozumiano?
-
Tak jest, proszę pana - szepnął Matt, patrząc na Czołga z respektem, ale, jak
zauważyłam, bez strachu.
Czołg
skinął do niego głową, a potem odwrócił się tyłem do nich i ruszył z powrotem w
stronę naszej ławki.
Rozejrzałam
się i zobaczyłam, że ludzie nam się przyglądali, ale część z nich, jak Eva,
robiła to z uśmiechem, więc również się uśmiechnęłam.
Wszyscy
tu wiedzieli, że Czołg był łagodnym wielkoludem.
Bee
podeszła do mnie i złapała mnie za przedramię, bym spojrzała na nią.
-
Znasz go? - spytała z nadzieją w głosie.
-
Tak - powiedziałam.
Zdecydowałam,
że był to czas na działanie i wzięłam ją za rękę.
-
Chodź ze mną - powiedziałam do niej i ruszyłam za Czołgiem, ciągnąc ją ze sobą
- Przedstawię cię.
-
Ja… - zawahała się i zaparła nogami w trawie - Nie mogę.
Pociągnęłam
ją mocniej.
-
Możesz - powiedziałam stanowczo - Nawet powinnaś
mu podziękować.
-
Tak myślisz? - zapytała i spojrzała na mnie z jakimś takim jasnym światełkiem w
niebieskich oczach.
Więc
poszłyśmy, przedstawiłam ich i, uwierzcie mi, już do końca grilla Bee nie
odstępowała Czołga ani na krok.
Może
i chciał się jej pozbyć, bo był chyba nawet bardziej mrukliwy niż zwykle, ale
ona była nieustępliwa, radośnie skacząc wokół niego, przynosząc mu kolejny
kawałek tortu, miski lodów i inne smakołyki, a potem patrząc z uwielbieniem,
jak to wszystko pochłaniał.
Stanowczo,
podobał jej się.
Cieszyłam
się, bo zasługiwał na trochę dobrego.
*****
Miesiąc później, Anglia
Ponownie
siedziałam w moim ulubionym fotelu przy pasującym do niego stoliku do kawy w
moim prywatnym gabinecie, w moim domu, ale drugi taki sam fotel zajmowała moja
nowa asystentka, Eleonora.
Przylecieliśmy
z Markiem do Londynu poprzedniego dnia i Frank odebrał nas z lotniska, by
przewieźć nas moją limuzyną wprost do mojego - naszego drugiego - domu.
W
Anglii była godzina piąta po południu, ale my byliśmy po kilkunastu godzinach
lotu i to w stronę, kiedy umykał nam cały jeden dzień, więc nie przywitaliśmy
się z nikim osobiście, a tylko zjedliśmy to, co dla nas przygotowano w salonie
i poszliśmy do łóżka.
Do
mojego dawnego łóżka w mojej dawnej sypialni, które budziło w nas tyle jakże
bardzo miłych wspomnień.
Wspomnienia
te odświeżyliśmy od razu wychodząc z salonu, bo Mark przyciągnął mnie do siebie,
szarpiąc mnie za rękę, więc wpadłam gwałtownie na jego przód, co pozwoliło mu
wpić się w moje usta bez mojego najmniejszego protestu.
Nie
żebym zamierzała jakiś wykrztusić, ale trzymał przy tym mocno tył mojej głowy,
więc i tak nie miałabym szansy.
W
trakcie pocałunku zaczął zrywać ze mnie ubranie, co było dość skomplikowane,
zważywszy na to, że miałam na sobie cygaretki, zapinaną na mnóstwo guziczków
bluzkę, a włosy spięte w kok.
Mark
przypomniał mi, jaki był sprawny, a ja wciąż to lubiłam.
Byłam
naga i z rozwianymi włosami w mniej niż pół minuty i kochałam to.
Nie
próżnowałam przy tym, więc Mark też nie miał na sobie koszulki ani spodni, a
jego slipki były zsunięte poniżej jego pośladków.
Wspaniałych,
twardych pośladków, które trzymałam oburącz, kiedy podniósł mnie, trzymając
dłońmi za moją pupę i podrzucając mnie, bym rozłożyła szeroko nogi.
Przeniosłam
ręce na jego ramiona i zrobiłam, co mi niewerbalnie nakazał, więc wisiałam na
jego silnym, ciepłym ciele, trzymając dłonie na jego barkach i nogi owinięte na
jego biodrach.
Zaniósł
mnie tak wgłąb sypialni w stronę łóżka, przez cały czas nie przerywając
pocałunku.
Zanim
rzucił mnie na łóżko, byłam tak mokra, że ledwie zerwał slipki i raz ruszył biodrami,
a już był we mnie.
Taki
twardy, gorący, pulsujący, gotowy na
mnie.
Mój.
Ruszał
się szybko i gwałtownie, więc poszybowałam na swój szczyt błyskawicznie i
osiągnęłam go, krzycząc jego imię w jego szyję.
Zaraz
potem poczułam, że Mark ruszył się we mnie dwa lub trzy razy, wyjęczał swoją
rozkosz w moje włosy i zamarł.
Ułożyliśmy
się do snu tak, jak ostatnio lubiliśmy to robić, więc leżałam tyłem do niego, a
on ciasno obejmował mnie ramionami.
Bezpiecznie
wciśnięta w jego ciało.
Budziliśmy
się potem w nocy jeszcze kilka razy, bo mieliśmy oboje jetlag, ale poradziliśmy
sobie z nim doskonale, skoro należało odświeżyć wspomnienia, a ja chodziłam
również po moim apartamencie, zbierając nasze ubrania, bo nie chciałam, żeby to
zrobiła rano pokojówka, która przyszłaby ze śniadaniem.
Jednak
przed godziną siódmą rano, kiedy zadzwonił mój budzik, wstaliśmy całkiem
rozbudzeni i rozeszliśmy się do naszych zajęć.
No,
może nie do końca, bo zaczęliśmy nasz dzień od wspólnego śniadania, które
czekało przyszykowane dla nas w dawniej moim salonie.
Obfitość
jedzenia powiedziała mi, że kucharka była naszykowana na to, że zjem z moim
mężczyzną śniadanie, podobnie jak poprzedniego dnia kolację.
Więc
zjedliśmy, porozmawialiśmy o naszych planach, a dopiero potem rozeszliśmy się do nich.
Każde
z nas robiło to, co było nami, więc Mark zajmował się bezpieczeństwem, a ja
moją fundacją i naszym domem.
Mark
umówił się na rozmowę z Frankiem, kilkoma mężczyznami i jakimś specjalistą, by
dokonać przeglądu zabezpieczeń wokół całej posiadłości i wokół samego domu,
który miał stać się naszym domem.
Ja
miałam popracować nad zaległymi sprawami domowymi w moim gabinecie, porozumieć
się z Eleonorą, a potem byłam umówiona na spotkanie z Sarą w Londynie w sprawie
fundacji, bo należało ustalić harmonogram wizyt w domach, które finansowaliśmy.
Do
Londynu jednak mieliśmy pojechać razem z Markiem, bo było prawdopodobne, że
księżna Charlotta wezwałabym mnie do siebie, skoro po długiej nieobecności
byłam znowu w Anglii.
A
Mark chciał mnie przed nią ochronić, w jakikolwiek sposób musiałby to zrobić.
Więc
teraz, będąc po pierwszej godzinie mojej pracy, kiedy przejrzałam dokumenty,
które przesłała mi Sara, podpisałam inne, które przyniosła mi Eleonora, chociaż
przyznaję, że te przeczytałam, postanowiłam poznać bliżej moją asystentkę.
Okazało
się, że Eleonora była cicha w obyciu, skrupulatna w działaniu, konkretna w
słowach, staranna w pracy, pilna w nauce i dyskretna.
Sara
chwaliła ją oszczędnie, ale zawsze znajdowała coś, co mogła mi wskazać, że moja
nowa asystentka zrobiła dobrze.
Przekonałam
się w ciągu tej godziny, że to ona zabroniła wchodzić do mojego apartamentu,
nakazała przygotować czystą pościel, żebym mogła ją sama zmienić, jeśli uznam
to dla nas za potrzebne bez koniczności wzywania pokojówek, oraz kazała
codziennie podawać śniadanie dla dwojga w salonie mojego apartamentu przed
godziną siódmą rano.
Chociaż
wiedziałam wcześniej, że to ona kazała posprzątać mój apartament te kilka
miesięcy temu, ale zrobiła to za namową babki Charlotty, więc po prostu
słuchała niewłaściwej osoby.
Potem
miałam się przekonać, że bardzo dużo rozmawiała z Sarą i to ona wiele ją
nauczyła.
-
Co nowego wydarzyło się w mojej rodzinie? - zapytałam Eleonory, chociaż bez
specjalnego zainteresowania, bo oni nie interesowali się mną, a ja nawet
wolałam, żeby tak pozostało.
-
Obawiam się - powiedziała moja nowa asystentka
z dość dziwną miną, jakby nie
obawiała się, a była całkiem zadowolona - że dokładnie tak, jak powiedziała to
pani Sara, milady została oficjalnie uznana za czarną owcę tej rodziny.
-
Cóż - wymamrotałam - nie będę płakała.
-
Tak właśnie powiedziała pani Sara - odparła cicho Eleonora.
Milczałam
przez chwilkę, myśląc o tym, jak bardzo pomyliłam się, sądząc, że babka była w
stanie wpłynąć na tę kobietę i na moje życie.
-
Eleonoro - odezwałam się, kiedy herbata była już wypita, a biszkopt domowej
roboty zjedzony - czy moja babka Charlotta odzywała się chociaż raz do ciebie w
mojej sprawie, kiedy była w Stanach?
-
Tylko na początku, milady - powiedziała Eleonora zgodnie z tym, co wiedziałam
od Sary - od kilku tygodni księżna Charlotta w ogóle nie opuszcza swojego
pałacu.
Myślałam
o tym.
Nie
chciałam, żeby babka była ukarana nadmiernie, chociaż Mark nigdy nie zgodziłby
się, żebym kontaktowała się z nią w jakikolwiek sposób, więc nie powinnam
wyciągać do niej ręki.
Musiałam
to chyba odpuścić.
-
Dobrze - westchnęłam - Powinniśmy w przyszłym tygodniu pojechać na dzień lub
dwa do Francji - powiedziałam mojej asystentce - i powinnaś jechać z nami.
Przyszykuj wszystko co potrzebne na te podróż. Sara poda ci szczegóły.
Twarz
Eleonory rozjaśniła się, kiedy powiedziała - Tak jest, milady.
Cieszyła
się na tę podróż.
My
mieliśmy tam pojechać głównie służbowo, bo musiałam spotkać się z naszymi
współpracownikami z fundacji.
Ale
zawsze można znaleźć czas na chwilę odpoczynku we dwoje.
Zwłaszcza
w jakimś romantycznym miejscu.
Po
naszej rozmowie poszłam do kuchni, by porozmawiać z Jane i przygotować lunch
dla mojego mężczyzny i dla mnie.
Przekonałam
się, że Jane przewidziała to i przygotowała produkty, ale nie naszykowała
samego posiłku.
-
Milady, jak się cieszę, że znowu panią widzę. - powitała mnie, a ja zastanowiłam
się, a później podjęłam decyzję.
-
Proszę, Jane - powiedziałam do niej, ale upewniłam się, że byłyśmy we dwie w
kuchni - Czy możesz mówić do mnie Lisa,
kiedy będziemy same?
Jane
rozjaśniła się, a potem skinęła głową.
-
Dobrze, Lisa - powiedziała.
Podeszła
do mnie bliżej, położyła mi dłoni na przedramieniu i uścisnęła je lekko z
łagodnym uśmiechem na twarzy.
-
Twoja mama prosiła mnie, żebym mówiła do niej Lizzie, kiedy razem gotowałyśmy - wyznała, a ja poczułam nagły
zachwyt na myśl, że było we mnie coś, co przekazała mi mama, chociaż tego nie
wiedziałam.
Nie
umiałam nic z tym zrobić, ale Jane tego nie potrzebowała, bo wiedziała, że to
byłam po prostu ja.
-
Dobrze - szepnęłam, a potem chrząknęłam delikatnie, by powstrzymać natłok
emocji i odwróciłam się do blatu, gdzie stały naszykowane produkty - Co
ugotujemy na lunch dla Marka?
-
Coś pysznego - stwierdziła Jane, a ja
spojrzałam na nią zaskoczona, a potem roześmiałam się.
-
Oczywiście - powiedziałam przez to.
I
zabrałyśmy się do gotowania.
Miałam
tam kogoś, kto znał moją mamę i chciał mnie nauczyć gotowania.
Samo
dobre.
Najlepsze.
*****
Trzy miesiące później
Coraz
bardziej byliśmy nami, pełną rodziną,
jaką zawsze chcieliśmy być.
Zaczęłam
kolejny semestr na studiach, tym razem na U of U, więc codziennie wracałam do
domu moim Audi, robiłam dla nas kolację, a czasem Mark przygotowywał lunch,
który przywoził, żebyśmy mogli zjeść we dwójkę na trawniku w kampusie uczelni.
Spotykaliśmy
się w gronie przyjaciół, pisałam pracę dyplomową, którą poprosiłam, by wyznaczyli
mi przed zwykłym terminem, a jednocześnie urządzaliśmy część gościnną naszego
domu.
W
ciągu tych miesięcy, kiedy pozbyliśmy się zagrożenia ze strony różnych znanych
nam i mniej znanych osobników, pomalowaliśmy i umeblowaliśmy bawialnię, a
dokładniej, przenieśliśmy meble do niej przeznaczone z salonu, dokupiliśmy
kilka nowych, a potem kupiliśmy meble do salonu.
Ja
kupiłam.
Mark
zapłacił.
Był
to komplet, który zapoczątkowała tamta sofa w stylu wiktoriańskim, z
ciemnobrązowym, pluszowym obiciem na wygiętych podłokietnikach i oparciu, a
kwiatowej, drukowanej łące na siedzisku.
Sonija
pomogła mi znaleźć do tego jeszcze jedną czteroosobową sofę, trzy fotele i
kilka pasujących do tego prostokątnych stolików do kawy z czerwonego drzewa
wiśniowego, a potem jeszcze kilka podnóżków.
Kiedy
dokupiłam klimatyczne obrazki, wazony i bibeloty, nasz salon stał się ciepły i
przytulny.
Dokładnie
taki, jaki chciałam.
Mark
pracował głównie ze swojego domowego biura, przy komputerze i telefonie, ale
zdarzały mu się dni, że wracał bardzo późno, a nawet kilka razy nocował poza
domem.
Więc
byliśmy w naszym domu razem, chociaż
nie zawsze.
Jak
normalna rodzina w zwykłe, codzienne
dni i wcale nie było nudno.
Kiedy
w drugiej połowie lipca wróciliśmy z Europy do Stanów, Maggie urodziła już ich
drugą córkę, Ally, i mieli właśnie jakieś problemy z jej zdrowiem, czym
zajmowała się głównie Ania, jak wszystkimi kłopotami zdrowotnymi dzieci tego
grona przyjaciółek.
Ja,
z pomocą Evy, zajęłam się urządzaniem naszej jadalni i, co było również
normalne w tym gronie przyjaciółek, pomagała nam Sonija.
W
sierpniu byliśmy na wielkiej imprezie rocznicowej ślubu Evy i Jimmy’ego, przy
czym dowiedzieliśmy się z Markiem, że ta para zawsze obchodziła bardzo hucznie
wszelkie rocznice, urodziny i święta.
Uwielbiałam
to.
Niedługo
miała być kolejna taka impreza, czwarte urodziny Davie’go.
Kupiłam
sobie z tej okazji nową sukienkę, co Mark przyjął z zadowoleniem, jeśli tak można to nazwać.
Chodziło
o to, że chciałam, żeby zaakceptował mój wyboru, więc przymierzyłam tę sukienkę
w domu razem z butami, ale bez bielizny.
Byliśmy
już po kolacji, Mark siedział na kanapie w bawialni, z nogami na podnóżku
stojącym blisko niego, włączył mecz w telewizji, chociaż nie oglądał go z
zainteresowaniem, a ja poszłam do naszej sypialni przebrać się i nic mu na ten
temat nie powiedziałam.
Sukienka
była za kolano, klasyczna, ale miała ciekawy stanik, bo cała była wykonana z
plisowanego tiulu, a w dekolcie materiał zachodził na siebie ze strony prawej
na lewą i do góry był zebrany w szerokie ramiączka.
Jej
bazę stanowiła jedwabna halka w kolorze tym samym, co tiul, trawiasto zielonym,
ale zastanawiałam się, jaki stanik powinnam do niej włożyć i to właśnie
postanowiłam zadecydować podczas jej przymierzania.
Ostatecznie
jednak, wciąż niezdecydowana, jak wspomniałam, wyszłam w niej do Marka do bawialni
bez bielizny.
-
Kochanie - zaczęłam, zapinając sukienkę pod pachą w czasie, kiedy szłam w jego
stronę - Czy mógłbyś mi pomóc zdecydować?
Mark
oderwał oczy od ekranu, spojrzał na mnie przez ramię i zobaczyłam, jak zamarł,
a potem opuścił nogi na podłogę, wpatrując się we mnie.
Szłam
w swoich bardzo wysokich szpilkach i czułam się dziwnie, bo moje piersi
kołysały się przy każdym kroku, a nigdy tego nie lubiłam.
Za
bardzo je czułam.
Stanęłam
kilka kroków od Marka i popatrzyłam na niego.
-
Jak myślisz - zaczęłam znowu - Może być ta sukienka? Nie mogę dobrać do niej
stanika i…
-
Podejdź tu - Mark warknął takim tonem, że wreszcie zaczęłam zwracać uwagę i
podeszłam do niego na uginających się w kolanach nogach.
-
Co się… - zaczęłam pytać szeptem, ale właściwie już wiedziałam.
Poznawałam
ten ton.
Kiedy
byłam tuż przy kanapie, Mark dotknął czubkami palców wewnętrznej strony mojej
lewej nogi przy kolanie pod spódnicą i zaczął ciągnąć nimi w górę, patrząc mi
cały czas w oczy.
Nie
mogłam drgnąć, bo byłam jak zahipnotyzowana spojrzeniem jego oczu, które z
podniecenia stały się całkiem czarne.
Kiedy
jego palce dojechały do górnej części moich ud, byłam już całkiem mokra i
gotowa na niego.
Brak
majtek powodował, że czekałam na jego palce w moim wrażliwym miejscu i chciałam
ich natychmiast.
Mark
je, niestety, zabrał.
Wyprostował
się, rozpiął pasek swoich spodni, a potem suwak, podniósł biodra i jednym
szarpnięciem zerwał zarówno spodnie jaki i slipki do kolan, by pokazać mi
naprężoną, gotową do działania męskość.
-
Och - westchnęłam z zachwytem.
-
Wejdź tu - Mark rozkazał mi niskim, dudniącym głosem, a ja natychmiast
wykonałam ten rozkaz.
Kiedy
usiadłam na nim okrakiem, wycelowałam i opuściłam się, a wtedy dopiero Mark
trafił czubkiem na moją wilgoć, nieosłoniętą żadnym materiałem.
-
Jaka gotowa - warknął, kiedy to poczuł.
-
Tak - westchnęłam, złapałam rękoma za oparcie kanapy za jego plecami i zaczęłam
jechać na nim.
Mark
trzymał mnie za biodra i kierował moimi ruchami, a kiedy nasz rytm wzmógł się,
podniósł się ze mną na sobie, położył mnie na kanapie i przejął kontrolę.
Nie
zrobiliśmy tego szybko i gwałtownie.
Kochaliśmy
się wtedy długo, namiętnie i na wiele sposobów.
Sukienka
wylądowała ostatecznie na podłodze, więc nadawała się do założenia na imprezę
rocznicową Evy i Jimmy’ego.
I
na nasze świętowanie po imprezie.
*****
Dwa miesiące później
Gwiazdkę
spędzaliśmy u rodziców Marka.
Była
Chloe, jej mąż i dzieci, był również Czołg z Bee.
W
całym swoim życiu nie dostałam od nikogo piękniejszego prezentu Gwiazdkowego,
co w tę Gwiazdkę od Marka.
Bo
był to wieczór, kiedy Mark podarował mi cudny, klasyczny, złoty, z pojedynczym
diamentem pierścionek zaręczynowy.
Już
wcześniej ustaliliśmy, że pobierzemy się na przełomie lutego i marca, w
rocznicę naszego pierwszego pocałunku.
Mark
nie musiał mi się oświadczać, nie musiał mnie pytać, czy za niego wyjdę, bo to
już dawno temu oboje zadecydowaliśmy, że zostanę panią Taylor.
Właściwie
już czułam się panią Taylor.
To
byłam ja.
Byłam
kobietą, która chciała mieć rodzinę, męża, którym będę się opiekowała, dzieci,
które mu dam i dom, o który będziemy razem
dbali.
Nie
chodziło o mój brak ambicji zawodowych, bo mogłam prowadzić przy tym fundację, doglądać rodzin
zastępczych, pomagać w adopcji dzieci niepełnosprawnych lub chorych.
Mieliśmy
tylko wybrać termin ślubu i to zrobiliśmy.
Może
to było kiczowate, sentymentalne, ale prawda była taka, że oboje byliśmy
romantykami, chociaż może nie lubiliśmy się do tego przyznawać na głos, dlatego
wybraliśmy termin, który przypominał nam ten pocałunek.
Ale
również właśnie dlatego tylko nieliczni nawet z naszych przyjaciół wiedzieli,
dlaczego wybraliśmy taki termin
ślubu.
Alek,
kiedy się ode mnie dowiedział ten miesiąc temu o tym, kiedy zamierzaliśmy się z
Markiem pobrać, zaczął strasznie głośno panikować, że niby nie zdąży nic
zrobić, ale nie słuchałam go, bo Maggie powiedziała mi, że on zawsze tak panikował.
Podobno
organizował śluby już kilku kobietom z ich grupy i wszystkie były fantastyczne,
więc zdałam się na niego.
Mark,
jako męski mężczyzna, nie wtrącał się
do tego ani razu, a ja dokonywałam wyborów tak, jak to robiłam przez całe
życie, więc popłynęło to bardzo sprawnie.
Kilka
tygodni przed Gwiazdką natomiast dostałam od mojego przyszłego męża prezent z
okazji moich dwudziestych drugich urodzin, ale był to prezent, który pokochał Marka
miłością bezwarunkową i głęboką.
Bowiem
był to półroczny szczeniak labradora, sunia, która dostała na imię Blondi, bo
była prawdziwą blondynką i, jako dziewczynka, po prostu musiała zakochać się w Marku.
Bardzo
szybko nauczyła się wszystkiego, co potrzebowała umieć, a okazało się, że miała
również bardzo silnie rozwinięty instynkt opiekuńczy, więc pilnowała porządku w
domu, zganiając nas do gromady, jeśli szukaliśmy się po okolicy.
Sypiała
zwykle w pomieszczeniu gospodarczym, codziennie rano wychodziła na spacer na
nasz tylny trawnik, który zyskał ogrodzenie specjalnie w tym celu, chociaż
miałam wrażenie, że Mark miał również inny cel przy grodzeniu nas od tamtej
strony.
Mieliśmy
wszystko co najlepsze.
Również
naszych przyjaciół.
Lubiłam
patrzeć na Czołga i Bee.
Byli
tak bardzo niedobrani, że aż pasowali do siebie.
Na
zasadzie przeciwieństwa.
Ale
najważniejsze było to, że Czołg był szczęśliwy.
Oczywiście,
on sam nigdy by się do tego nie przyznał.
Lubiłam
również przebywać w towarzystwie rodziców Marka, a zwłaszcza jego mamy, bo
wnosiła niesamowity spokój w szalone życie ich obu, majora i kapitana Taylor.
*****
Trzy miesiące później
Z
bukietem czerwonych róż w dłoniach szłam samotnie przejściem między ławkami w
stronę zaimprowizowanego ołtarza, przy którym stał urzędnik, który miał przyjąć
nasze przysięgi ślubne.
Miałam
na sobie piękną, białą suknię, którą uszyła dla mnie wybrana przez Aleka
krawcowa według wzoru, wybranego przez Aleka.
Suknia
miała jedwabny gorset, który opinał moją talię i podnosił biust, piękną, prawdziwą
koronkę w dekolcie, również koronkowe, długie rękawy do połowy dłoni i
niewielki tren z tyłu spódnicy, która kończyła się tuż nad kostkami, eksponując
piękne czółenka na szpilce, a rozszerzała się od połowy uda, więc mogłam iść
swobodnie, chociaż niespiesznie w stronę mojego przeznaczenia.
Oto
nadchodziła ta chwila.
Miałam
zostać tą, którą miałam być zawsze.
Byłam
do tego stworzona.
Żeby
być panią Taylor.
Wiedziałam,
że po tym dniu wreszcie będę sobą.
Ubrany
w smoking i białą koszulę Mark stał tam, przy urzędniku, a jego zachwycony wzrok
prowadził mnie, wspierał i ochraniał, więc nie czułam się sama ani przez
sekundę tej podróży.
Przy
Marku stał Czołg, jego drużba, a naprzeciwko niego ustawiały się moje druhny: Sara,
Eva i Maggie.
W
ławkach stali nasi przyjaciele, a z Anglii przyjechała również partnerka Sary i
Frank z żoną i dziećmi.
Nie
zaprosiłam nikogo z rodziny, bo chcieliśmy mieć tylko szczerych przyjaciół
wokół siebie, a Eleonora miała dopilnować wszystkiego w Anglii.
Mieliśmy
mieć wszystko.
I,
w gronie naszych przyjaciół i najbliższej rodziny, z których każdy szczerze
życzył nam Wszystkiego najlepszego,
mieliśmy to.
Dom,
wesele, tort, pierwszy taniec.
A
potem noc poślubną, na którą przygotowałam się wcześniej, bo już od kilku
tygodni nie brałam tabletek, więc mieliśmy mieć i rodzinę.
Ten
dzień był nasz.
I
był idealny.
*****
Dwa miesiące później
Weszłam
do domu po wjechaniu moim Audi do naszego garażu i zaczęłam się zastanawiać, jak
przekazać Markowi niespodziankę, którą dla niego miałam.
Wypuściłam
Blondi na tylny trawnik, żeby zrobiła to, co potrzebowała zrobić, zanim jej
ukochany pan wróci do domu.
Rozpakowałam
zakupy, zaczęłam przygotowywać kolację, a potem poszłam do sypialni, żeby się
przebrać.
Dlatego
telefon zostawiłam w kuchni, by zaraz po niego wrócić.
Zmieniłam
ubranie, umyłam ręce i wróciłam do kuchni, żeby dopilnować gotowania się risotto
z krewetkami, które wybrałam na nasze świętowanie doskonałej wiadomości, jaką
miałam dla mojego męża.
Piętnaście
minut później rozległ się dzwonek do drzwi.
Przykręciłam
ogień pod garnkiem, wytarłam ręce i poszłam otworzyć.
Zobaczyłam
przez wizjer Daniela, tatę Marka, więc otworzyłam szybko i z uśmiechem.
-
Hej, Daniel - zawołałam - Marka jeszcze nie ma.
-
Wiem, Lisa - powiedział Daniel takim
tonem, że przestałam się uśmiechać, złapałam się framugi drzwi i wciągnęłam
powietrze do płuc.
Daniel
wszedł głębiej do domu, odwrócił się do mnie przodem i poprosił napiętym głosem
- Może usiądziesz?
Zamknęłam
drzwi na klucz, weszłam za nim do korytarza łączącego salon z kuchnią, a on był
tak strasznie czujny i poważny.
I
już wtedy wiedziałam, że stało się coś strasznego.
Automatycznie
poszłam w stronę kuchni.
-
Mark został porwany - tata Marka powiedział wprost, a ja zobaczyłam mroczki
przed oczami, więc złapałam się kurczowo blatu wyspy, przy której byłam - Jeszcze
nic nie wiadomo - Daniel mówił dalej - Znaleźli jego samochód, był zepchnięty z
drogi na pobocze. Brak krwi.
-
To dobrze - stwierdziłam szeptem.
-
Tak - przytaknął Daniel - to dobrze.
-
Ja… - powiedziałam dziwnym głosem, zdrętwiałymi wargami - muszę… wyłączyć gaz,
bo… gotuję kolację - odwróciłam się i skierowałam do kuchenki.
Musiałam
zająć się czymś zwykłym, normalnym, codziennym.
Mark
wróci i będzie potrzebował domu.
Spokoju
i stabilizacji.
Rodziny.
Mark
wróci.
Musi
być ugotowane, posprzątane, a ja muszę być silna.
-
Lisa, może będzie lepiej, jak pomieszkasz z nami przez jakiś czas? - zapytał
mnie delikatnie tata Marka - Tylko dzień lub dwa.
-
Nie - powiedziałam stanowczo, wycierając zamaszyście blat koło kuchenki -
dziękuję. Ja… Muszę być w domu, kiedy Mark wróci.
-
Lisa - Danie Taylor podszedł bliżej mnie - To może potrwać. Lepiej, żebyś nie
była tu sama.
-
Ja… - przełknęłam boleśnie ślinę i podniosłam na niego wzrok - Ja nie będę
sama. Zadzwonię do przyjaciółek.
Tata
Marka skinął głową, ale widziałam, że mi nie uwierzył.
Prawdopodobnie
zadzwoni do Davida.
Niech
tak będzie.
Maggie
i Eva mogły przyjechać, mogłam być z nimi przez godzinę lub dwie, ale nie
chciałam opuszczać naszego domu.
Nie
mogłam.
Musiałam
poczekać, aż Mark do niego wróci.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń