piątek, 14 października 2022

7 - Czuję

 

                                    Rozdział 7

Czuję

Caroline / Lisa

 

 

Sześć dni później

Siedziałam w swoim gabinecie nad materiałami, jakie miałam przygotować do ćwiczeń na następny dzień, ale nie mogłam się na nich skupić.

Przeżywałam za bardzo, bo czułam za bardzo.

Tęskniłam za Markiem, za jego dotykiem, za bliskością, chociaż rozmawialiśmy codziennie przez Internet.

Pisaliśmy do siebie na WhatsApp, rozmawialiśmy na żywo na innych aplikacjach, wszystko w zależności od tego gdzie akurat byliśmy i co robiliśmy.

Przekonałam się i przekonywałam się coraz mocniej każdego dnia, że związek na odległość był bardzo trudny.

Ale, z drugiej strony, co ja wiedziałam o byciu w związku, o związkach między ludźmi w ogóle.

Nigdy nie miałam rodziny, nie wiedziałam, jak to jest, kiedy dwoje ludzi o siebie dba, chce być razem.

Mój tata był sam przez czternaście lat po śmierci mojej mamy.

Nigdy nie byliśmy nawet trochę blisko siebie.

Mogłam powiedzieć, że moja rodzina była patologiczna, bo nie rozmawialiśmy o naszych dniach, nie przytulaliśmy się, jadaliśmy przy długim stole, gdzie dzieląca nas odległość nie pozwalała na wymianę myśli.

Nie bywałam nigdy w domach, w żadnych domach, gdzie byłaby normalna rodzina, głównie dlatego, że nie miałam koleżanek, do których chodziłabym na imprezy typu kinderparty lub piżama party, ani nawet na uczenie się razem.

Widywałam rodziny w filmach, ale od zawsze wiedziałam, że to nie były normalne rodziny, bo życie w filmach dotyczyło wyjątkowych sytuacji, a nie codzienności.

A codzienność mogła być nudna, codzienna.

Więc, tak, mieliśmy z Markiem jedną noc.

Tej nocy, jedynej i ostatniej, kiedy  byłam z Markiem, dowiedziałam się, że moje życie tak właściwie nie zaczęło się na sali balowej, kiedy Olbrzym Mark rozbił szklaną kulę, która mnie otaczała.

Początek mojego życia wyznaczyła chwila, kiedy stał przy moim łóżku całkiem nagi, z pięknym, brązowym penisem dumnie sterczącym w stronę pępka z gniazda czarnych włosów, a właściwie to, co stało się później.

Wyłączył już wtedy główne światło, a zostawiliśmy zapalone tylko dwie lampki na stolikach nocnych, by zbyt mocne światło nie oślepiało nas w łóżku.

Więc leżąc na plecach, miałam go całego przede mną.

W pełnej krasie.

Potem podniosłam oczy z tego sztywnego dla mnie, dużego cudu, którego czerwona głowa zdumiewająco sięgała aż do górnej krawędzi jego pępka i zobaczyłam, że gorącymi, czarnymi oczami patrzył na mnie nagą, leżącą w łóżku, opartą na zgiętych w łokciach rękach i przyglądającą się temu z zachwytem.

Czułam głód i widziałam taki sam głód w jego oczach, a wyglądał jak ktoś, komu podobało się to, co widział.

Wiedziałam, że to nie było możliwe, bo bez wątpienia przy jego doświadczeniu widział ładniejsze i bardziej godne pożądania, niż ja, ale w danej chwili mnie to nie obchodziło.

Również nie czekałam na jego reakcję.

Nie kazał mi.

Nie patrzył na mnie długo, bo sekundę później oparł się kolanem na materacu między moimi nogami, podparł się dłońmi po obu stronach moich bioder, kiedy upadł na mnie, a ja położyłam plecy na kołdrze i już nie widziałam ani jego penisa, ani jego oczu, ale za to czułam.

Czułam dotyk jego palców po obu stronach moich nagich bioder.

Jego oddech musnął moją szparkę i zakręciło mi się w głowie, więc zajęczałam, stęknęłam i zadrżałam z niecierpliwości.

A potem były to jego wargi na moim brzuchu, sunące coraz wyżej, obejmujące i przygryzające mocno moje sutki, przyszczypujące skórę na mojej szyi, płatki uszu, a potem… potem gładki, gorący czubek jego twardości poczułam rozkosznie na mojej pulsującej wilgoci.

Wślizgiwał się tam, gdzie byłam gotowa go przyjąć.

Bardzo gotowa.

Rozłożyłam nogi, zginając je w kolanach i napięłam biodra.

Zajęczałam z zachwytu, kiedy we mnie wchodził powoli, ale nieubłaganie i wreszcie, po latach poszukiwań i pustki, poczułam się pełna i kompletna.

Nigdy nie czułam czegoś podobnego.

Kiedy poruszał się we mnie czułam każdy kawałek siebie i całego jego jako jedność, idealnie połączone elementy, które po prostu musiały być razem.

A na dodatek Mark ani na sekundę nie zapomniał o reszcie mojego ciała, więc miałam jego dłonie na piersiach, szyi, a usta na policzkach, uszach i ustach.

Zarzucił moje łydki na swoje biodra i oburącz gładził, ściskał moje pośladki i uda, opierając się czołem o poduszkę obok mojej głowy.

Potem podniósł głowę i oparł się przedramieniem na poduszce obok mnie, by ponownie wziąć moje usta w głębokim, mocnym, zaborczym pocałunku.

A kiedy znowu sięgnął do mojej piersi, by kciukiem i palcem wskazującym zrolować sutek, odgięłam głowę, odrywając swoje usta od jego i jęknęłam przeciągle w rozkoszy, jakiej nigdy nikt mi nie dał.

Przez tą cudowną chwilę, kiedy trwał nasz taniec, ten specyficzny taniec miłości dwóch ciał idealnie zsynchronizowanych w wielkim łóżku, nie czułam się pusta ani przez sekundę i nie chodziło o jego twardość w mojej wilgoci.

To było nasze zjednoczenie, więc uzmysłowiłam sobie, że już nigdy nie będę pusta, jeśli Mark będzie w moim życiu.

Ale nie wiedziałam, jak mogłabym go tam zatrzymać.

Nigdy nikogo nie kochałam, nie potrafiłam być z kimś, dzielić się każdym przeżyciem, każdą myślą.

Ale chciałam tego.

W czasie tej krótkiej nocy Mark zabrał mnie na szczyt jeszcze trzy razy, wypełniając mnie, otaczając swoją obecnością i za każdym razem było fantastycznie.

Wręcz genialnie.

Ale po pierwszym razie, kiedy osiągnęliśmy nasze szczyty, a muszę powiedzieć, że nigdy dotąd w całym moim życiu, z żadnym profesjonalistą, nie przeżyłam tak mocnego i długiego orgazmu, jak wtedy, rozmawialiśmy.

Po tym, jak schodziliśmy z naszych szczytów, Mark ułożył nas na bokach, z nogami splecionymi tak, że moja była między jego kolanami, a jego prawa noga zwieszała się nad moim biodrem, ja oparłam się brodą i ustami o jego klatkę piersiową, nos miałam na gładkiej skórze u podstawy jego gardła, więc czułam jego cudowny zapach, a czołem dotykałam szorstkiej, świeżego zarostu jego brody.

- Chcesz się umyć? - zapytał cicho Mark, ale mnie nie wypuścił.

- Nie bardzo - mruknęłam w jego skórę, bo podobało mi się uczucie jego obecności we mnie, chociaż trochę obawiałam się „powodzi”, jeśli poruszyłabym się w jakikolwiek sposób.

- Możemy porozmawiać? - mruknął Mark po kolejnych kilku sekundach ciszy, a ja wiedziałam, że niechętnie przerywał naszą bliskość.

Ale musieliśmy porozmawiać.

Westchnęłam cicho i delikatnie skinęłam głową.

- Przepraszam, że cię wtedy nie wysłuchałem - szepnął Mark coś, co już mi powiedział, ale nadal było to coś bardzo ważnego.

- To ja przepraszam - odszepnęłam do niego, bo to była moja wina - Nie powinnam była wpuszczać Toma…

- Lisa - mruknął Mark i przesunął jedną rękę z moich pleców, gdzie mnie obejmował, przyciskając mocno do siebie, na bok mojej głowy.

- Nie - zapewniłam szybko nadal szeptem i uniosłam lekko głowę, by spojrzeć w słabym światle lampki nocnej w jego oczy - Chcę, żebyś wiedział. To dlatego, że byłam samotna. Nie czuję nic do niego. Wiem, że źle zrobiłam.

- To moja wina - mamrotał Mark i schylił głowę tak, by dotykać czołem do mojego czoła - Gdybym czasem się odezwał, może zadzwonił, napisał…

- Nie byliśmy razem - stwierdziłam poważnym szeptem.

- Nie - powiedział Mark i podniósł trochę głowę, a wtedy zobaczyłam, że jego oczy się uśmiechnęły - Gdyby nie Sara…

Zapatrzyłabym się w te oczy, których kolor okazał się być nie całkiem czarny, jak wydawało mi się z daleka, ale ciemnobrązowy.

Przepiękny.

Ale mieliśmy rozmawiać.

- Nic mi nie powiedziała - przyznałam mu, przesuwając tą rękę, którą trzymałam na jego plecach, wsuniętą dookoła niego aż pod łopatkę, na jego bok na żebra - Dopiero Frank w samochodzie, jak wracaliśmy z balu.

Mówiłam, ale jednocześnie czułam jak fantastycznie drgały jego mięśnie na żebrach pod moimi dłońmi i to mnie trochę rozpraszało.

Drugą rękę miałam zgiętą pod piersiami i dłoń wystawała nad nasze ciała, więc czułam nią swoje nagie biodro i przez cały czas patrzyłam w jego piękne, błyszczące, czarne oczy.

- Nie złość się na nią - Mark mówił przez cały czas cichymi pomrukami, ale tym razem zabrzmiał łagodnie i ciepło - Martwiła się o ciebie. Zadzwoniła do Maggie, a ta napuściła na mnie Davida, swojego męża.

- Co? - westchnęłam i pomyślałam ponownie, jak wiele razy w ciągu ostatnich tygodni, że Sara naprawdę dbała o mnie.

Była moją prawdziwą przyjaciółką.

- David i mój tata pracują czasem razem - powiedział mi Mark, a ja przypomniałam sobie swoje wrażenie, że David nie był zwykłym strażakiem.

Miałam rację.

- Mój tata jest szefem jednostki SWAT w policji SLC - stwierdził poważnie Mark, głaszcząc przy tym moją skroń - David robi coś czasami dla nich, chociaż nie wiem co. Nie pytałem. Takich ludzi się nie pyta.

Wiedziałam to.

Wiedziałam również, że być może Mark nie powie mi nigdy nic na temat swojej pracy, bo przecież jego akta były tak bardzo utajnione, że nawet Sara nie zdołała do nich dotrzeć.

Ale tego nie potrzebowałam.

Nie teraz.

Na razie chciałam powiedzieć Markowi, że chciałam być z nim, mieć go trochę, a jeszcze bardziej mieć go całego w moim życiu, by je wypełniał.

- Mój tata poprosił wcześniej właśnie Davida o namiary na mieszkanie dla ciebie, chociaż mu nie powiedział, że to dla ciebie - kontynuował Mark - Więc, jak kobiety spróbowały cię wciągnąć do swojego grona, David miał rękę na pulsie i już wtedy wiedział. Ale nie rozmawialiśmy. A kiedy wróciliście do Anglii, Sara została w kontakcie z Maggie. Maggie rozmawia ze swoim mężem. Wszystko sobie przekazali. David zadzwonił do mojego taty, kiedy Sara i Maggie się dogadały. A mój tata zaprosił go na rozmowę ze mną.

Było trochę tego, ale większość zostawiłam sobie na później, do omówienia z Sarą, bo byłam jej wdzięczna.

Z Markiem chciałam porozmawiać o czymś innym.

- Więc masz tatę, który czasem coś dla ciebie robi - stwierdziłam cicho, chociaż trochę też zapytałam, a Mark to zrozumiał.

- Tak - odpowiedział na moje pytanie - Mam tatę i mam mamę, a oni oboje coś czasem dla mnie robią. Martwią się o mnie jak każdy rodzic o swoje dziecko.

Zamilkłam i wcisnęłam z powrotem usta w jego klatkę.

- Lisa - Mark zawołał mnie łagodnie, więc ponownie odsunęłam się i podniosłam na niego oczy.

Jego spojrzenie na mnie było łagodne i ciepłe.

Pogłaskał knykciami moją skroń i policzek.

- Wiem, że twoi rodzice nie żyją - powiedział mi coś, co wiedziałam, że wiedział, bo to była jedna z pierwszych informacji, jakie pojawiały się, kiedy ktoś wyszukiwał o mnie czegokolwiek w Internecie.

- Tak - mruknęłam i znowu przycisnęłam czoło do jego brody, tym razem bardziej do ust, wokół których był również zarost drapiący moją skórę, a potem mówiłam do jego gardła - Mój tata zginął w głupim wypadku trzy lata temu. Nie byliśmy blisko.

Poczułam, że ciało Marka zesztywniało.

Tego nie mógł znaleźć w żadnej prasie, nawet w brukowej, bo oni lubili ckliwe historie o księżniczce, która utraciła ukochanego, jedynego rodzica.

- Po śmierci mamy wychowywały mnie liczne, kolejne guwernantki, nauczycielki, panie do towarzystwa - szeptałam coś, czego nie mówiłam nigdy nikomu - Tak było odkąd pamiętam. Mój tata nigdy nie utulił mnie do snu, nie pocałował, a guwernantkom i paniom do towarzystwa też na tym nie zależało. Również nie rozmawialiśmy. Nie miałam rodziny i nie wiem, jak taka mogłaby wyglądać.

Właśnie to zrobiłam.

Nie mówiąc mu jej, powiedziałam mu największą ze swoich obaw.

Mogłam go mieć.

Chciałam, by wypełniał moje życie, mnie, ale bałam się tego, że nie umiałam być z kimś.

- Lady - mruknął Mark, objął dłonią bok mojej głowy, wsuwając ją w moje włosy za uchem, a potem zmuszając mnie do podniesienia oczu na niego - Ja miałem rodzinę. Ale nadal nie wiem, jak taka mogłaby wyglądać. Jak moja miałaby wyglądać. Wypracujemy to razem.

Wstrzymałam oddech już na słowo Lady.

Tak, Mark nadał mi pseudonim, nazwę, która odtąd miała być tylko jego dla mnie.

Lubiłam to.

Ale był też inny powód zatrzymania mojego oddechu, czyli to, co mi w ten sposób mówił, bo to chciałam usłyszeć, a nie byłam do końca pewna, czy właśnie to powiedział.

Razem.

Kiedy nie mówiłam przez kolejne kilka sekund, Mark zaczął mówić.

- Nie wiem, czy to rozumiesz - mruczał wprost do mnie - Żeby coś wypracować, trzeba mówić - uśmiechnął się łagodnie, a ja wypuściłam powietrze i poczułam, że serce mi przyspieszyło - Obiecuję, że będziemy rozmawiać. Na razie proszę cię o cierpliwość. Muszę dokończyć kontrakt. Dostałem propozycję, którą na razie odrzuciłem. Ale… Jeśli to przyjmę, to może mógłbym być wolny na koniec tego miesiąca, za jakieś dwa tygodnie, może trochę wcześniej. Ale, teraz tylko powiem, że kiedyś chcę być z tobą. Chcę, żebyś była moja. Chcę być twój.

Zamrugałam gwałtownie, bo emocje, jakie mnie ogarnęły były silne, gwałtowne, więc poczułam, że w moich oczach zaczęła gromadzić się wilgoć.

- Mark - westchnęłam.

- Raczej oczekiwałbym ja też - powiedział, mamrocząc niby do siebie, ale zrobił to z uśmiechem w głosie.

- Tak! - krzyknęłam nagle, szarpnęłam się całym ciałem i przekręciłam, więc znalazłam się na nim, albo prawie na nim, bo nogi nadal mieliśmy splątane - Poczekam! Poczekam na ciebie, aż skończy ci się kontrakt.

Opierałam się dłońmi o jego nagą klatkę piersiową i patrzyłam w dół na jego przystojną twarz.

- Chcę być twoja - powiedziałam i wsunęłam się, by sięgnąć do jego ust, gdzie złożyłam pocałunek, który przerwałam, żeby dodać - …i chcę, byś był mój.

Pochyliłam się, żeby go znowu pocałować, ale Mark przejął kontrolę.

Namiętnie.

A to co zrobił było gwałtowne, gorące i doprowadziło nas do drugiego wypełnienia mnie i do naszych szczytów, które nie były ani niżej, ani krótsze niż poprzednie.

Przynajmniej mój.

A to było niezłe osiągnięcie.

Potem spaliśmy wtuleni w siebie, ale zaledwie przez godzinę, bo zadzwonił alarm, który Mark miał ustawiony w swoim telefonie.

Była nieludzko wczesna godzina poranna.

Mark niestety musiał wyjść, zanim do mojego domu zaczęliby wracać ci z obsługi, którzy mieli pracować w niedzielę.

Na szczęście nastawił alarm na tyle wcześnie, że mogliśmy pójść razem pod prysznic, a tam zrobić coś, co dało mi następną porcję fantastycznych wspomnień.

A potem Mark mnie opuścił.

Nie opuścił, opuścił, po prostu wyszedł z mojego domu, ale ja poczułam to, jakby odszedł, odsunął się, chociaż nie poczułam się pusta.

Byłam dziwnie podekscytowana tym, co się stało.

Byłam szczęśliwa.

Miałam ochotę komuś o tym opowiedzieć, napisać o tym, śpiewać.

Ale chciałabym zatrzymać go przy sobie.

Zamiast tego wszystkiego po jego wyjściu położyłam się z powrotem do pustego łóżka, by przytulić swoje poduszki, które przesiąkły zapachem Marka.

I, chociaż nigdy bym się tego nie spodziewała, zasnęłam ze szczęśliwym uśmiechem na ustach.

Wiedziałam o tym, bo tak samo się obudziłam.

Podniosłam głowę, spojrzałam na swój zegarek elektroniczny, który stał na szafce nocnej, by przekonać się, że była siódma, jak zawsze się budziłam, chociaż nie nastawiłam alarmu, więc wstałam i poszłam do swojej łazienki.

Przeczesałam włosy, umyłam zęby i twarz, ale nie naszykowałam się na swój dzień, bo chciałam pobyć jeszcze trochę w tym szczęśliwym szmerku.

W stroju do biegania weszłam do swojego salonu, by przekonać się, że czekała tam na mnie już taca, na której stało śniadanie ze świeżą herbatą.

Nalałam sobie herbatę z imbryka do filiżanki, uśmiechając się do siebie.

Nadal czując ten sam nastrój, w jakiego mgiełce trzymałam się od środka nocy, zjadłam przepyszne pachnące, gorące grzanki francuskie zrobione na masełku i podane ze świeżymi truskawkami, delektując się nimi.

A dopiero później, po zaspokojeniu pierwszego głodu, siedząc w salonie z drugą filiżanką herbaty, zadzwoniłam do Sary.

Odebrała już po drugim dzwonku.

- Lisa! - zawołała z taką radością, że nieomalże się roześmiałam.

Tak bardzo to pasowało do tego bardzo szczęśliwego szmerku, jaki miałam od środka nocy.

- Hej, Sara - odpowiedziałam jej łagodnie i wiedziałam, że mój nastrój jest łatwy do odczytania z mojego głosu.

- Porozmawialiście! - Sara nadal brzmiała radością - Dogadaliście się?

- O, tak - mruknęłam moje niedopowiedzenie.

- Dobrze - szepnęła Sara.

Opowiedziałam jej, chociaż bez szczegółów, moją noc z Markiem.

To znaczy powiedziałam jej, że tańczyliśmy, że Frank go wpuścił, że byliśmy sami w moim apartamencie i…

Nie.

Nie powiedziałam jej niczego takiego, a i Sara nie dopytywała.

Ale chyba, po naszej rozmowie o moim spaniu z Tomem, zrozumiała.

Nie rozmawiałyśmy długo, bo to był jej dzień wolny i miała ode mnie odpocząć, chociaż już wiedziałam, że ten „odpoczynek” dotyczył jej przedłużonej wizyty u jej mamy w domu opieki, który być może będzie musiała niedługo zamienić na hospicjum.

Tak bardzo chciałam zrobić coś, by ona też miała w swoim życiu trochę szczęścia, jak na to zasłużyła.

Była taką dobrą dziewczyną.

Resztę dnia spędziłam na zajęciach, jakie zwykle miałam w samotne niedziele, ale przerywałam to częstymi rozmowami z Markiem na WhatsAppie.

Lubiłam to.

Dowiedziałam się, że nie miała braci, a jego jedynym rodzeństwem była siostra, Chloe, chociaż nie przyznałam mu się, że podsłuchałam, jak z nią rozmawiał.

Napisał mi to, kiedy wyjaśniał mi skąd wiedział, jak dziewczyny przygotowują się na swój dzień.

Chodziło o to, że rano przysłał mi Hej, a ja mu odpowiedziałam dopiero po kilku minutach, bo byłam pod prysznicem.

Dopiero kiedy wyszłam, napisałam mu w odpowiedzi przeprosiny i wyjaśnienie, a on napisał mi wtedy o swojej siostrze.

Napisałam mu, że zwykle wstaję przed siódmą niezależnie od tego jaki jest dzień tygodnia, chociaż po balu, a może po zabalowaniu, wstawałam o jakieś pół godziny później.

Napisał mi, że powinnam się wysypiać.

Lubiłam to.

Troszczył się o mój wypoczynek.

Zapytałam, czy on długo sypia w nocy, a on odpisał mi, że również kładzie się późno i wstaje wcześnie.

To też lubiłam.

Mieliśmy podobne upodobania, jeśli chodziło o sen.

Czy to coś mogło znaczyć?

Tak właśnie „rozmawialiśmy” przez cały dzień i zwykle było to bardzo miłe i czułam, że mój radosny szmerek nawet wzrastał.

Niestety, po południu Mark sprawił mi przykrość, chociaż nie zrobił tego specjalnie i on sam był równie zasmucony.

Poinformował mnie bowiem, że musiał wyjechać na kilka dni w podróż po Europie ze swoją klientką i wyruszali już w nocy.

Więc nie moglibyśmy się przez ten czas spotykać, a pozostały nam jedynie kontakty przez Internet.

Tak, smuteczek.

W poniedziałek rano poszłam do mojego gabinetu ubrana w luźne dresy, jakie miałam kupione do ćwiczenia jogi i zwykły t-shirt, włożony na sportowy stanik, stanęłam przed biurkiem Sary, która tam już była i zapytałam ją - Śniadanie?

Sara dopiero wtedy podniosła na mnie wzrok znad papierów, które czytała i zobaczyłam, że jej twarz wypełnił wyraz radości, ulgi i czegoś jeszcze, czego nie rozumiałam.

Ale wszystko było dobre.

Wstała natychmiast i przeszłyśmy do mojego gabinetu, by zobaczyć przygotowaną tam dla nas tacę ze śniadaniem, jak zwykle tam bywała.

Usiadłyśmy, zabrałam się za nalewanie herbaty z imbryka, co Sara przyjęła z kolejnym ciepłym, zadowolonym wyrazem twarzy, a ona sama zajęła się odsłanianiem talerzy z sałatką owocową, serami, tostami, masłem i innymi pysznościami, które pachniały fantastycznie.

Jadłyśmy, Sara czytała mi rozkład dnia, który w zasadzie znałam, ale Sara zawsze mi go rano przypominała.

- O dziesiątej masz wykład, a potem ćwiczenia… - mówiła, a ja przypomniałam sobie, że na te ćwiczenia miałam przygotowane materiały - potem przerwa na lunch, a po południu masz spotkanie w gabinecie ministra do spraw rodziny w sprawie twojego projektu reformy opieki zastępczej…

Nie słuchałam jej, ale też nie przerywałam. Poczekałam aż skończyła mówić, zanim zwróciłam jej na coś uwagę.

- Saro, hmmm, mam do ciebie prośbę - powiedziałam ostrożnie, a ona lekko się spięła na mój ton - Mam w tym tygodniu umówioną kolejną  proszoną kolację i następny bal. Czy mogłabyś to odwołać?

Zobaczyłam ulgę i łagodny uśmiech na jej twarzy.

- Nie skłamać, ale nie mówić prawdy? - zapytała mnie półgłosem Sara, a ja po raz kolejny doceniłam jej bystrość i lojalność.

- Tak - potwierdziłam cicho z delikatnym, może trochę zawstydzonym uśmiechem - Coś takiego.

Czułam się tchórzem, bo jeszcze nie miałam zamiaru rozmawiać o tym z moją babką Charlottą.

- Myślę, że mogłabym to zrobić - stwierdził krótko Sara ze słyszalnym zadowoleniem.

- Dzięki - szepnęłam.

Uśmiechnęłam się szerzej, a potem znowu się zawstydziłam.

- Jeszcze… Czy mogłabyś… - wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, kiedy zbierałam się na odwagę, by powiedzieć to, co chciałam powiedzieć - umówić mnie na spotkanie z moimi dziećmi?

Mina Sary mówiła wyraźnie o tym, że czekała na moją deklarację chęci spotkania się z „moimi” dziećmi i była zadowolona, że to się stało, a ja byłam bardzo zawstydzona tym, że tak długo ich unikałam.

Może będą mogły mi wybaczyć.

Przez resztę śniadania nie rozmawiałyśmy o pracy, a ja bardzo starałam się skierować rozmowę na tematy luźniejsze, chociaż właśnie dowiedziałam się o sobie jeszcze jednego.

Kompletnie nie wiedziałam, czym interesowała się Sara.

Nie znałam jej.

Pomyślałam, że powinnam postarać się to zmienić.

Dopiero po śniadaniu poszłam pod prysznic, by ubrać się, uczesać i naszykować się na mój dzień.

Kolejne dni, które nawlekałam na pamiątkę jak perły na nitkę do naszyjnika wspomnień, upływały mi na zwykłych zajęciach.

W samochodzie, kiedy Jamie prowadził, wioząc mnie i Franka z jednego miejsca w drugie, albo w czasie przerwy na kawę przy stoliku w kawiarni czy barze, pisałam do Marka i odbierałam odpowiedzi od niego.

 Wieczorami zamykałam się w swojej sypialni, zostawiałam zapaloną tylko jedną lampkę i uruchamiałam laptop, by porozmawiać z Markiem, ale codziennie, przez cały tydzień, cokolwiek robiłam, zbierałam w myślach drobne Szczęśliwe Rzeczy, jakie mogłabym mu przekazać.

Bowiem już w poniedziałek wieczorem dowiedziałam jakim fantastycznym uczuciem było dla mnie oglądanie jego miny, kiedy mówiłam mu o jakimś moim drobnym sukcesie.

Nawet najmniejszym.

Tego dnia miałam ćwiczenia, w czasie których prezentowałam grupie swoją pracę, przygotowaną wcześniej i denerwowałam się tym, więc napisałam do Marka, żeby się uspokoić.

Napisałam Trzymaj kciuki. Boję się. A może nie pójdę?

Odpisał mi Znasz ten temat jak nikt inny, więc po prostu IDŹ tam.

To było fantastyczne.

Nie Dasz radę, Wierzę w ciebie, albo inne takie ogólniki.

Rozmawialiśmy o moim temacie w niedzielę na WhatsApp, kiedy się przygotowywałam, więc wiedział, że się denerwowałam, znał moje pomysły, wiedział, co chciałam tam powiedzieć i znał ten temat prawie tak dobrze jak ja, tak dużo mu o tym napisałam.

Po prostu idź tam.

Więc tam poszłam, mówiłam z pamięci, pokazałam im swoją prezentację, a na sali ćwiczeniowej było przez cały czas nadzwyczajnie cicho, jak makiem zasiał, czego w swoim zdenerwowaniu nie zauważyłam, a później wybuchły brawa.

Kiedy, będąc do końca dnia w euforii z tego powodu, opowiedziałam to Markowi wieczorem, kiedy rozmawialiśmy przez Messengera, bo miał funkcję kamerki i zawsze tak robiliśmy, bo chcieliśmy się wreszcie zobaczyć po całym dniu pisania do siebie, jego twarz złagodniała i zrobiła się taka ciepła, że cieszyłam się, że to widziałam.

Był taki przystojny.

Więc później codziennie starałam się zapamiętać coś do opowiedzenia mu wieczorem, żeby zobaczyć taki wyraz jego twarzy, kiedy mogliśmy porozmawiać przez Messengera.

To mógł być drobiazg jak dobry wynik z kolokwium, coś większego jak spotkanie z „moimi dziećmi”, które wreszcie zorganizowała dla mnie Sara, coś miłego dla mnie, jak wizyta w stadninie albo wywołującego we mnie zadowolenie z siebie samej, jak pokonanie dystansu pięciu basenów crawlem pod rząd bez odpoczynku.

A potem nadeszło także potwierdzenie, że rząd przyjmie przynajmniej niektóre moje sugestie co do reformy opieki zastępczej nad osieroconymi dziećmi, co było olbrzymie i spowodowało we mnie kolejną euforię na kilka godzin w czwartek, więc nie mogłam się doczekać wieczornej rozmowy z Markiem.

Nie czułam się, jakbym się przechwalała.

Nie czułam presji robienia z siebie najlepszej, bo księżniczkom tak wypada.

Po prostu czułam, że Mark był ze mnie dumny i to mi wystarczało.

Cieszyłam się również z tego, że Mark opowiadał mi trochę o swoim dzieciństwie i swojej rodzinie, bo uwielbiałam słuchać jego czasem śmiesznych lub szalonych, a czasem niebezpiecznych przygód z tamtego okresu.

Kochałam to, że to miał.

Kochającą rodzinę.

Ale tego dnia, w piątek rano, zadzwoniła asystentka babki i próbowała wywrzeć na mnie presję, bym poszła na bal w sobotę.

Sara odwołała moje pójście już w poniedziałek, więc wiedziałam, że tak będzie, tym bardziej, że wykręciłam się z kolacji u kuzynki Mony w środę.

Każdą chwilę, każdego dnia przeżywałam bardzo mocno, więc środowe nie-pójście na proszoną kolację też odczułam i Mark to zauważył.

Ale wtedy miałam mu do opowiedzenia o moich dzieciach i o tym, jak je odwiedzałam, a to było o wiele ważniejsze.

I to dało mi dużo cichej radości, która zamaskowała moje zdenerwowanie i przytłumiła je, nawet jeśli nadal czułam wstyd spowodowany odwoływaniem wizyt u „moich” dzieci w czasie mojego „kryzysu”.

Więc siedziałam nad materiałami do ćwiczeń, a w głowie wciąż miałam wspomnienia tego, co usłyszałam, kiedy asystentka babki rozmawiała z Sarą i moją późniejszą rozmowę z samą babką Charlottą.

Stałam akurat nad biurkiem Sary, bo wracałam do swojego gabinetu przed wyjściem z domu na zajęcia a po prysznicu i przebraniu się na mój dzień, kiedy zadzwonił telefon i Sara go odebrała, patrząc na mnie z uśmiechem.

- Biuro hrabiny Caroline Jones - powiedziała służbowym, ale miłym, uprzejmym tonem - W czym mogę pomóc?

Sara słuchała przez krótką chwilę, ale jej spojrzenie uciekło na blat biurka i jej uśmiech zanikł.

- Niestety - powiedziała bardziej oschłym tonem - hrabina Caroline ma dzisiaj umówione spotkania i nie będzie mogła wygospodarować nawet godziny, by spotkać się z księżną Charlottą.

Wciągnęłam powietrze do płuc, otworzyłam szeroko oczy i patrzyłam z przerażeniem na Sarę, ale ona nie podniosła wzroku.

- Jak już wcześniej informowałam - mówiła ponownie Sara, wciąż tym suchym, oficjalnym tonem - hrabina nie może być jutro na balu. Ma bardzo dużo zajęć.

Spojrzałam jeszcze raz na Sarę, a potem zdecydowałam się.

Nie mogłam być tchórzem.

Nie mogłam unikać babki w nieskończoność.

Wyciągnęłam rękę i machaniem palcami przed jej nosem, dałam znak Sarze, by przekazała mi telefon.

Ta spojrzała na mnie uważnie, zagryzła wargę, zmarszczyła brwi, a potem napisała mi na kartce: Z babką?

Zacisnęłam usta, ale potem pomyślałam, że asystentka babki nie będzie wcale łatwiejsza w rozmowie niż sama babka, więc… Cóż… raz kozie śmierć.

Skinęłam głową.

- Hrabina Caroline właśnie weszła do biura - powiedziała Sara do telefonu - Jeśli księżna Charlotta ma minutę, mogłyby porozmawiać teraz.

Przez minutę trwała cisza, w czasie której Sara patrzyła na mnie uważnie i wyglądała jak ktoś, kto chciał mnie bronić przede mną samą.

Ale ja zdecydowałam.

Więc kiedy Sara powiedziałam do telefonu - Przełączam do hrabiny Caroline - i podała mi słuchawkę, wyprostowałam ramiona i przyszykowałam wszelkie moje siły, by powiedzieć mojej babce to, co powinnam była jej powiedzieć ponad dwa miesiące wcześniej.

- Caroline Jones - przedstawiłam się i natychmiast usłyszałam nieprzyjemny ton głosu mojej ciotecznej babki, która była moją najbliższą żyjącą krewną - Witam.

- Dzień dobry, babciu - przywitałam się pewnym głosem, starając się brzmieć uprzejmie, ale nie służalczo ani przymilnie.

- Dzień dobry, Caroline - usłyszałam suchy głos mojej babki.

Nienawidziłam, kiedy mówiono do mnie Caroline właśnie dlatego, bo tak zawsze mówiła do mnie babka i tak zwykł mówić mój ojciec w sytuacjach, kiedy był o coś na mnie zły.

- Doprawdy, cóż to za niedorzeczny pomysł, że nie masz czasu dla swojej jedynej babki ani na proszone spotkania, które zorganizowałam specjalnie dla ciebie - głos babki wyrażał dokładnie to, jak bardzo była mną rozczarowana.

Zawsze była mną rozczarowana, więc to nie była nowina.

- Wybacz, babciu, że nie powiedziałam ci tego wcześniej, ale powiem to teraz i nie będę powtarzała - zdecydowanym głosem przeszłam od razu do rzeczy, jak powinna zrobić każda osoba, która szanowała swój czas, była dorosła i wymagała szacunku od innych - Nie chcę, żebyś mnie swatała. Nie pójdę nigdy więcej na żadne spotkanie, by poznać jakiegoś kawalera.

Usłyszałam zaskoczony, gwałtowny i pełen oburzenia wdech babki w słuchawce, ale stłumiony śmiech Sary przy sobie.

Nie spojrzałam na nią, bo musiałam się skupić.

Nie podnosiłam głosu, nie warczałam ani nie syczałam.

- Jestem dorosła - zdecydowanie kontynuowałam stonowanym, poważnym głosem - Nie muszę się zaręczać. Jeśli kogoś poznam, zakocham się i będę miała zamiar wyjść za mąż, wtedy dam ci znać. Nie wyjdę za żadnego z kandydatów, jakich ty mi wynajdujesz.

- Caroline! - podniesiony głos babki zabrzmiał święty oburzeniem - Mogłam się tego spodziewać. Jesteś taka sama jak twój ojciec. Nie będziemy rozmawiały tym tonem. Poczekam aż się uspokoisz.

I usłyszałam, jak bez pożegnania ze mną oddała słuchawkę swojej asystentce, więc ja oddałam swoją Sarze.

Przyłożyła ją do ucha, a potem, bez słowa, odłożyła ją na widełki telefonu stacjonarnego stojącego na jej biurku, więc wiedziałam, że się rozłączyły.

Popatrzyłyśmy na siebie i widziałam, że Sara miała ochotę wybuchnąć śmiechem, bo drgały jej kąciki ust, a może nawet fikać koziołki z radości, ale ja musiałam natychmiast iść do samochodu i pojechać na zajęcia, na które byłam prawie spóźniona, więc tylko krótko pożegnałam się z nią i wyszłam.

Przez cały dzień przeżywałam tę rozmowę.

Jesteś taka sama jak twój ojciec.

Cóż.

To była nowina.

Zawsze do tej pory myślałam, że mój ojciec był mną rozczarowany właśnie dlatego, bo nie byłam taka jak on.

Nie byłam w stanie tego rozwikłać, więc zepchnęłam to razem z innymi rzeczami w zakamarki swojego umysłu.

Napisałam do Marka o tej rozmowie, chociaż bez szczegółów, a on odpisał bardzo krótko, więc wiedziałam, że będziemy rozmawiali o tym wieczorem.

I przez cały dzień miałam bardzo dużo różnych zajęć.

Nie tylko na uczelni.

Ale po porannej denerwującej rozmowie z moją babką cioteczną czułam się bardzo samotna i dotkliwie poczułam tą straszną fizyczną odległość, jaka dzieliła mnie od Marka.

Tak bardzo chciałam się w niego wtulić, marzyłam, żeby mnie pocieszył, wsparł nie tylko słownie, powiedział, że dam radę oprzeć się próbom babki Charlotty w zmuszeniu mnie do godnego reprezentowania rodziny.

A z drugiej strony, właśnie to sformułowanie uświadomiło mi, jak bardzo nie nadawałam się na partnerkę życiową takiego wspaniałego mężczyzny, jakim był Mark.

Potrafił rozmawiać i zachęcić mnie do tego, potrafił sprawić, że moje życie było pełne, a ja nie potrafiłabym mu dać rodziny, a nawet partnerstwa.

Więc coraz bardziej wahałam się, czy powinniśmy być razem.

Dla jego dobra.

Mogłam tylko powiedzieć: chciałabym, ale się boję.

*****

Kilka godzin później

- Lisa, opowiedz mi jak to było - powiedział mi Mark zmartwionym tonem i ze zmartwioną miną, kiedy rozmawialiśmy wieczorem tego dnia przez Messengera.

Całkowicie ubrana leżałam na brzuchu na narzucie na swoim łóżku i miałam przed twarzą otwarty laptop, na którego ekranie był Mark.

Przywitaliśmy się jak zwykle, ale Mark natychmiast wyczuł moje zdenerwowanie, jak zwykle wyczuwał moje nastroje.

Wiedziałam, że nie potrafiłam udawać wesołości, pogody, nie mogłam nawet zmusić się do spokoju.

Dlatego nie powiedziałam To nic takiego.

- Moja babka nalegała na to, żebym poszła jutro na ten bal - wyjaśniłam mu coś, co wcześniej napisałam do niego przez WhatsApp, ale nadal tego nie wyjaśniłam.

- O co chodzi z tymi balami? - zapytał Mark, a ja zrozumiałam, że, podobnie jak tysiące ludzi na świecie, nie rozumiał pojęcia obowiązek, jeśli odnosiło się ono do bali i proszonych kolacji.

- Na tym balu, kiedy przyjechałeś - zaczęłam i zobaczyła, że Mark skinął głową z delikatnym uśmiechem - Poznałam Piątego. Zaczynaliśmy bal walcem wiedeńskim. Na tamtej kolacji w środę miałam poznać Szóstego, a na tym balu w sobotę Siódmego.

- Co? - Mark zmarszczył brwi, więc musiałam mu to wszystko dokładniej wytłumaczyć - Co siódmego?

- Tak nazywam kandydatów do mojej ręki, których przedstawia mi babka Charlotta w czasie tych kolacji i bali, bo nie mam ochoty pamiętać ich imion, nazwisk i tytułów, aczkolwiek to niegrzeczne - powiedziałam przygaszonym, zrezygnowanym tonem - Moja obecność tam jest obowiązkowa. Jestem tam wystawiana na sprzedaż.

Miałam ochotę płakać z rozpaczy, bo musiałam przyznać się Markowi do tego jak bardzo nie pasowaliśmy do siebie.

- Co? - tym razem Mark warknął groźnie.

- Powiedziałam jej, że nie chcę, żeby mnie swatała - wyznałam mu.

- Swatała? - spytał Mark, a jego głos brzmiał dziwnie.

Nie zrozumiałam tego, co chciał mi przekazać, ale też byłam przejęta własnymi uczuciami i egoistycznie nie uważałam.

- Babka szuka mi kawalera - wyjaśniłam.

- I to cię tak smuci - zapytał Mark, a ja zobaczyłam i usłyszałam, że wydało mu się to śmieszne.

Bo to było śmieszne.

Dorosła kobieta, która miała własne pieniądze, w dwudziestym pierwszym wieku nie powinna przejmować się swatami ze strony babki.

 - Kiedy zmarł mój tata - wyjawiłam mu - miałam zaledwie osiemnaście lat.

Zobaczyłam, że Mark zamarł i wiedziałam dlaczego.

Nigdy do tej pory nie rozmawialiśmy o moim życiu osobistym.

- Moja babka Charlotta przyszła do mnie, do mojego domu, w dniu pogrzebu - kontynuowałam, ale nie patrzyłam na niego - powiedziała, że zajmie się mną, żeby dopilnować tego, bym godnie reprezentowała rodzinę.

Wiedziałam, że przy tych ostatnich słowach moja górna warga wygięła się z obrzydzeniem, jakie nadal czułam do tych słów.

- Po ukończeniu dwudziestu jeden lat stałam się starą panną - wyjaśniłam mu z nagłym zmęczeniem - W mojej rodzinie to niedopuszczalne. Powinnam wyjść za mąż i mieć dzieci.

Nagle czułam dzielącą nas odległość jako coś bardzo, bardzo złego.

Nie do przebycia.

- Lisa - szepnął Mark z uczuciem.

Żałował mnie.

- Tak bardzo cię potrzebuję - jęknęłam niespodziewanie dla siebie samej.

Miałam być dzielna, samodzielna, odważna i odpowiedzialna, a oto pokazywałam mu swoją słabość, kiedy on nie mógł nic zrobić, bo był daleko.

Przez minutę było całkiem cicho, więc odważyłam się spojrzeć na niego, by zobaczyć, że nie patrzył na mnie, tylko gdzieś ponad kamerą i mięśnie w jego szczęce drgały niebezpiecznie.

- Przepraszam - szepnęłam - nie powinnam…

Opuściłam oczy i patrzyłam na swoje wypielęgnowane paznokcie, nie czując nic poza narastającą rozpaczą.

Właśnie odkrył, że nie nadawałam się na jego partnerkę.

Byłam beznadziejna.

- Lisa - głos Marka był niski i dudniący, więc szarpnęłam głową do góry i spojrzałam na niego wielkim oczami, by zobaczyć, że skupił się ponownie tylko na mnie - Jutro będę w Londynie.

Złapałam obiema dłońmi za krawędzie laptopa.

- Nie… - zaczęłam protestować, bo nie powinnam mu przeszkadzać.

Musiał się skupić na swojej pracy.

- Nie mogę przyjechać do ciebie - kontynuował, jakby się nie odezwała, a ja zatrzasnęłam usta - Prawdopodobnie będę miał wolną tylko jedną godzinę. Ale moglibyśmy się spotkać, jeśli ty przyjedziesz do Londynu. Jeśli nie stracę dwudziestu minut na dojazd w jedną stronę i tylu samo w drugą, będziemy mieli trochę czasu, by porozmawiać. Okej?

Wyprostowałam się i poczułam ogarniające mnie szczęście na tę jego propozycję.

Nie uważał mnie za nic nie wartą, słabą dziwaczkę.

Chciał się ze mną zobaczyć!

Tak!

Chciałam tego!

Powiedziałam to Markowi, patrząc na niego z radosnym uśmiechem i energicznym skinieniem głową.

Zobaczyłam, że jego twarz się rozpogodziła, więc zdecydowanie spodobał mu się mój entuzjazm.

Może nie uważał mnie za zbyt słabą?

- Dobrze - mruknął - Ustalę wszystko z Frankiem.

Rozluźniłam się.

- Tak - zgodziłam się cicho, będąc już całkiem pogodzona z tym, co przeżywałam przez cały dzień i szykując się na następny, który zapowiadał się na dużo lepszy.

- To opowiedz mi, co jeszcze dzisiaj robiłaś - zażądał Mark łagodniejszym głosem i z uśmieszkiem drgającym mu na ustach.

Uśmiechnęłam się do niego i oparłam brodę na nadgarstkach dłoni zwiniętych w pięści, kiedy łokcie opierałam przed klawiaturą laptopa na moim łóżku, wciąż leżąc na brzuchu, by porozmawiać z Markiem.

Opowiedziałam mu i zrobiłam to machając nogami zgiętymi w kolanach.

Przez to wszystko, co sobie jeszcze powiedzieliśmy, nie zapytał mnie ani razu, dlaczego nie powiedziałam babce Charlotcie prawdy o nas.

Bo nie zrobiłam tego.

Nawet jeśli nie byłam pewna, czy jesteśmy my.

Nie nalegał, żebym to zrobiła, co było dobre.

Nawet bardzo dobre.

Ale ja nie czułam się z tym w porządku.

Przecież chciałam być z nim i tylko z nim.

Dlaczego więc wstrzymywałam się z powiedzeniem prawdy mojej ciotecznej babce?

Nie wiedziałam.

1 komentarz: