Rozdział 7
Caroline
/ Lisa
Sześć dni później
Siedziałam
w swoim gabinecie nad materiałami, jakie miałam przygotować do ćwiczeń na
następny dzień, ale nie mogłam się na nich skupić.
Przeżywałam
za bardzo, bo czułam za bardzo.
Tęskniłam
za Markiem, za jego dotykiem, za bliskością, chociaż rozmawialiśmy codziennie
przez Internet.
Pisaliśmy
do siebie na WhatsApp, rozmawialiśmy na żywo na innych aplikacjach, wszystko w
zależności od tego gdzie akurat byliśmy i co robiliśmy.
Przekonałam
się i przekonywałam się coraz mocniej każdego dnia, że związek na odległość był
bardzo trudny.
Ale,
z drugiej strony, co ja wiedziałam o byciu w związku, o związkach między ludźmi
w ogóle.
Nigdy
nie miałam rodziny, nie wiedziałam, jak to jest, kiedy dwoje ludzi o siebie
dba, chce być razem.
Mój
tata był sam przez czternaście lat po śmierci mojej mamy.
Nigdy
nie byliśmy nawet trochę blisko
siebie.
Mogłam
powiedzieć, że moja rodzina była patologiczna, bo nie rozmawialiśmy o naszych
dniach, nie przytulaliśmy się, jadaliśmy przy długim stole, gdzie dzieląca nas
odległość nie pozwalała na wymianę myśli.
Nie
bywałam nigdy w domach, w żadnych
domach, gdzie byłaby normalna rodzina, głównie dlatego, że nie miałam
koleżanek, do których chodziłabym na imprezy typu kinderparty lub piżama party,
ani nawet na uczenie się razem.
Widywałam
rodziny w filmach, ale od zawsze wiedziałam, że to nie były normalne rodziny,
bo życie w filmach dotyczyło wyjątkowych sytuacji, a nie codzienności.
A
codzienność mogła być nudna, codzienna.
Więc,
tak, mieliśmy z Markiem jedną noc.
Tej
nocy, jedynej i ostatniej, kiedy byłam z Markiem, dowiedziałam się, że moje
życie tak właściwie nie zaczęło się na sali balowej, kiedy Olbrzym Mark rozbił
szklaną kulę, która mnie otaczała.
Początek
mojego życia wyznaczyła chwila, kiedy stał przy moim łóżku całkiem nagi, z
pięknym, brązowym penisem dumnie sterczącym w stronę pępka z gniazda czarnych
włosów, a właściwie to, co stało się później.
Wyłączył
już wtedy główne światło, a zostawiliśmy zapalone tylko dwie lampki na
stolikach nocnych, by zbyt mocne światło nie oślepiało nas w łóżku.
Więc
leżąc na plecach, miałam go całego przede mną.
W
pełnej krasie.
Potem
podniosłam oczy z tego sztywnego dla mnie,
dużego cudu, którego czerwona głowa zdumiewająco sięgała aż do górnej krawędzi
jego pępka i zobaczyłam, że gorącymi, czarnymi oczami patrzył na mnie nagą,
leżącą w łóżku, opartą na zgiętych w łokciach rękach i przyglądającą się temu z
zachwytem.
Czułam
głód i widziałam taki sam głód w jego oczach, a wyglądał jak ktoś, komu
podobało się to, co widział.
Wiedziałam,
że to nie było możliwe, bo bez wątpienia przy jego doświadczeniu widział
ładniejsze i bardziej godne pożądania, niż ja, ale w danej chwili mnie to nie
obchodziło.
Również
nie czekałam na jego reakcję.
Nie
kazał mi.
Nie
patrzył na mnie długo, bo sekundę później oparł się kolanem na materacu między
moimi nogami, podparł się dłońmi po obu stronach moich bioder, kiedy upadł na
mnie, a ja położyłam plecy na kołdrze i już nie widziałam ani jego penisa, ani
jego oczu, ale za to czułam.
Czułam
dotyk jego palców po obu stronach moich nagich bioder.
Jego
oddech musnął moją szparkę i zakręciło mi się w głowie, więc zajęczałam,
stęknęłam i zadrżałam z niecierpliwości.
A
potem były to jego wargi na moim brzuchu, sunące coraz wyżej, obejmujące i
przygryzające mocno moje sutki, przyszczypujące skórę na mojej szyi, płatki
uszu, a potem… potem gładki, gorący czubek jego twardości poczułam rozkosznie na mojej pulsującej wilgoci.
Wślizgiwał
się tam, gdzie byłam gotowa go przyjąć.
Bardzo
gotowa.
Rozłożyłam
nogi, zginając je w kolanach i napięłam biodra.
Zajęczałam
z zachwytu, kiedy we mnie wchodził powoli, ale nieubłaganie i wreszcie, po
latach poszukiwań i pustki, poczułam się pełna i kompletna.
Nigdy
nie czułam czegoś podobnego.
Kiedy
poruszał się we mnie czułam każdy
kawałek siebie i całego jego jako jedność,
idealnie połączone elementy, które po prostu musiały być razem.
A
na dodatek Mark ani na sekundę nie zapomniał o reszcie mojego ciała, więc
miałam jego dłonie na piersiach, szyi, a usta na policzkach, uszach i ustach.
Zarzucił
moje łydki na swoje biodra i oburącz gładził, ściskał moje pośladki i uda,
opierając się czołem o poduszkę obok mojej głowy.
Potem
podniósł głowę i oparł się przedramieniem na poduszce obok mnie, by ponownie
wziąć moje usta w głębokim, mocnym, zaborczym pocałunku.
A
kiedy znowu sięgnął do mojej piersi, by kciukiem i palcem wskazującym zrolować
sutek, odgięłam głowę, odrywając swoje usta od jego i jęknęłam przeciągle w
rozkoszy, jakiej nigdy nikt mi nie
dał.
Przez
tą cudowną chwilę, kiedy trwał nasz taniec, ten specyficzny taniec miłości
dwóch ciał idealnie zsynchronizowanych w wielkim łóżku, nie czułam się pusta
ani przez sekundę i nie chodziło o jego twardość w mojej wilgoci.
To
było nasze zjednoczenie, więc uzmysłowiłam sobie, że już nigdy nie będę pusta,
jeśli Mark będzie w moim życiu.
Ale
nie wiedziałam, jak mogłabym go tam zatrzymać.
Nigdy
nikogo nie kochałam, nie potrafiłam być z kimś, dzielić się każdym przeżyciem,
każdą myślą.
Ale
chciałam tego.
W
czasie tej krótkiej nocy Mark zabrał mnie na szczyt jeszcze trzy razy,
wypełniając mnie, otaczając swoją obecnością i za każdym razem było
fantastycznie.
Wręcz
genialnie.
Ale
po pierwszym razie, kiedy osiągnęliśmy nasze szczyty, a muszę powiedzieć, że nigdy dotąd w całym moim życiu, z żadnym
profesjonalistą, nie przeżyłam tak mocnego
i długiego orgazmu, jak wtedy, rozmawialiśmy.
Po
tym, jak schodziliśmy z naszych szczytów, Mark ułożył nas na bokach, z nogami
splecionymi tak, że moja była między jego kolanami, a jego prawa noga zwieszała
się nad moim biodrem, ja oparłam się brodą i ustami o jego klatkę piersiową,
nos miałam na gładkiej skórze u podstawy jego gardła, więc czułam jego cudowny
zapach, a czołem dotykałam szorstkiej, świeżego zarostu jego brody.
-
Chcesz się umyć? - zapytał cicho Mark, ale mnie nie wypuścił.
-
Nie bardzo - mruknęłam w jego skórę, bo podobało mi się uczucie jego obecności
we mnie, chociaż trochę obawiałam się „powodzi”, jeśli poruszyłabym się w
jakikolwiek sposób.
-
Możemy porozmawiać? - mruknął Mark po kolejnych kilku sekundach ciszy, a ja
wiedziałam, że niechętnie przerywał naszą bliskość.
Ale
musieliśmy porozmawiać.
Westchnęłam
cicho i delikatnie skinęłam głową.
-
Przepraszam, że cię wtedy nie wysłuchałem - szepnął Mark coś, co już mi
powiedział, ale nadal było to coś bardzo ważnego.
-
To ja przepraszam - odszepnęłam do niego, bo to była moja wina - Nie powinnam
była wpuszczać Toma…
-
Lisa - mruknął Mark i przesunął jedną rękę z moich pleców, gdzie mnie
obejmował, przyciskając mocno do siebie, na bok mojej głowy.
-
Nie - zapewniłam szybko nadal szeptem i uniosłam lekko głowę, by spojrzeć w
słabym światle lampki nocnej w jego oczy - Chcę, żebyś wiedział. To dlatego, że
byłam samotna. Nie czuję nic do niego. Wiem, że źle zrobiłam.
-
To moja wina - mamrotał Mark i schylił głowę tak, by dotykać czołem do mojego
czoła - Gdybym czasem się odezwał, może zadzwonił, napisał…
-
Nie byliśmy razem - stwierdziłam poważnym szeptem.
-
Nie - powiedział Mark i podniósł trochę głowę, a wtedy zobaczyłam, że jego oczy
się uśmiechnęły - Gdyby nie Sara…
Zapatrzyłabym
się w te oczy, których kolor okazał się być nie całkiem czarny, jak wydawało mi
się z daleka, ale ciemnobrązowy.
Przepiękny.
Ale
mieliśmy rozmawiać.
-
Nic mi nie powiedziała - przyznałam mu, przesuwając tą rękę, którą trzymałam na
jego plecach, wsuniętą dookoła niego aż pod łopatkę, na jego bok na żebra -
Dopiero Frank w samochodzie, jak wracaliśmy z balu.
Mówiłam,
ale jednocześnie czułam jak fantastycznie drgały jego mięśnie na żebrach pod
moimi dłońmi i to mnie trochę rozpraszało.
Drugą
rękę miałam zgiętą pod piersiami i dłoń wystawała nad nasze ciała, więc czułam
nią swoje nagie biodro i przez cały czas patrzyłam w jego piękne, błyszczące,
czarne oczy.
-
Nie złość się na nią - Mark mówił przez cały czas cichymi pomrukami, ale tym
razem zabrzmiał łagodnie i ciepło - Martwiła się o ciebie. Zadzwoniła do
Maggie, a ta napuściła na mnie Davida, swojego męża.
-
Co? - westchnęłam i pomyślałam
ponownie, jak wiele razy w ciągu ostatnich tygodni, że Sara naprawdę dbała o
mnie.
Była
moją prawdziwą przyjaciółką.
-
David i mój tata pracują czasem razem - powiedział mi Mark, a ja przypomniałam
sobie swoje wrażenie, że David nie był zwykłym strażakiem.
Miałam
rację.
-
Mój tata jest szefem jednostki SWAT w policji SLC - stwierdził poważnie Mark,
głaszcząc przy tym moją skroń - David robi coś czasami dla nich, chociaż nie
wiem co. Nie pytałem. Takich ludzi się nie pyta.
Wiedziałam
to.
Wiedziałam
również, że być może Mark nie powie mi nigdy nic na temat swojej pracy, bo przecież jego akta były tak bardzo utajnione, że
nawet Sara nie zdołała do nich dotrzeć.
Ale
tego nie potrzebowałam.
Nie
teraz.
Na
razie chciałam powiedzieć Markowi, że chciałam być z nim, mieć go trochę, a
jeszcze bardziej mieć go całego w moim życiu, by je wypełniał.
-
Mój tata poprosił wcześniej właśnie Davida
o namiary na mieszkanie dla ciebie, chociaż mu nie powiedział, że to dla ciebie - kontynuował Mark - Więc, jak
kobiety spróbowały cię wciągnąć do swojego grona, David miał rękę na pulsie i
już wtedy wiedział. Ale nie
rozmawialiśmy. A kiedy wróciliście do Anglii, Sara została w kontakcie z
Maggie. Maggie rozmawia ze swoim mężem. Wszystko sobie przekazali. David zadzwonił
do mojego taty, kiedy Sara i Maggie się dogadały. A mój tata zaprosił go na
rozmowę ze mną.
Było
trochę tego, ale większość zostawiłam sobie na później, do omówienia z Sarą, bo
byłam jej wdzięczna.
Z
Markiem chciałam porozmawiać o czymś innym.
-
Więc masz tatę, który czasem coś dla ciebie robi - stwierdziłam cicho, chociaż
trochę też zapytałam, a Mark to zrozumiał.
-
Tak - odpowiedział na moje pytanie - Mam tatę i mam mamę, a oni oboje coś
czasem dla mnie robią. Martwią się o mnie jak każdy rodzic o swoje dziecko.
Zamilkłam
i wcisnęłam z powrotem usta w jego klatkę.
-
Lisa - Mark zawołał mnie łagodnie, więc ponownie odsunęłam się i podniosłam na
niego oczy.
Jego
spojrzenie na mnie było łagodne i ciepłe.
Pogłaskał
knykciami moją skroń i policzek.
-
Wiem, że twoi rodzice nie żyją - powiedział mi coś, co wiedziałam, że wiedział,
bo to była jedna z pierwszych informacji, jakie pojawiały się, kiedy ktoś
wyszukiwał o mnie czegokolwiek w Internecie.
-
Tak - mruknęłam i znowu przycisnęłam czoło do jego brody, tym razem bardziej do
ust, wokół których był również zarost drapiący moją skórę, a potem mówiłam do
jego gardła - Mój tata zginął w głupim wypadku trzy lata temu. Nie byliśmy
blisko.
Poczułam,
że ciało Marka zesztywniało.
Tego
nie mógł znaleźć w żadnej prasie, nawet w brukowej, bo oni lubili ckliwe
historie o księżniczce, która utraciła ukochanego, jedynego rodzica.
-
Po śmierci mamy wychowywały mnie liczne, kolejne guwernantki, nauczycielki,
panie do towarzystwa - szeptałam coś, czego nie mówiłam nigdy nikomu - Tak było
odkąd pamiętam. Mój tata nigdy nie utulił mnie do snu, nie pocałował, a
guwernantkom i paniom do towarzystwa też na tym nie zależało. Również nie
rozmawialiśmy. Nie miałam rodziny i nie wiem, jak taka mogłaby wyglądać.
Właśnie
to zrobiłam.
Nie
mówiąc mu jej, powiedziałam mu największą ze swoich obaw.
Mogłam
go mieć.
Chciałam,
by wypełniał moje życie, mnie, ale bałam się tego, że nie umiałam być z kimś.
-
Lady - mruknął Mark, objął dłonią bok mojej głowy, wsuwając ją w moje włosy za
uchem, a potem zmuszając mnie do podniesienia oczu na niego - Ja miałem rodzinę. Ale nadal nie wiem, jak
taka mogłaby wyglądać. Jak moja
miałaby wyglądać. Wypracujemy to razem.
Wstrzymałam
oddech już na słowo Lady.
Tak,
Mark nadał mi pseudonim, nazwę, która odtąd miała być tylko jego dla mnie.
Lubiłam
to.
Ale
był też inny powód zatrzymania mojego oddechu, czyli to, co mi w ten sposób
mówił, bo to chciałam usłyszeć, a nie
byłam do końca pewna, czy właśnie to
powiedział.
Razem.
Kiedy
nie mówiłam przez kolejne kilka sekund, Mark zaczął mówić.
-
Nie wiem, czy to rozumiesz - mruczał wprost do mnie - Żeby coś wypracować,
trzeba mówić - uśmiechnął się
łagodnie, a ja wypuściłam powietrze i poczułam, że serce mi przyspieszyło -
Obiecuję, że będziemy rozmawiać. Na razie proszę cię o cierpliwość. Muszę
dokończyć kontrakt. Dostałem propozycję, którą na razie odrzuciłem. Ale… Jeśli to
przyjmę, to może mógłbym być wolny na koniec tego miesiąca, za jakieś dwa
tygodnie, może trochę wcześniej. Ale, teraz tylko powiem, że kiedyś chcę być z tobą. Chcę, żebyś była moja. Chcę być twój.
Zamrugałam
gwałtownie, bo emocje, jakie mnie ogarnęły były silne, gwałtowne, więc
poczułam, że w moich oczach zaczęła gromadzić się wilgoć.
-
Mark - westchnęłam.
-
Raczej oczekiwałbym ja też -
powiedział, mamrocząc niby do siebie, ale zrobił to z uśmiechem w głosie.
-
Tak! - krzyknęłam nagle, szarpnęłam się
całym ciałem i przekręciłam, więc znalazłam się na nim, albo prawie na nim, bo
nogi nadal mieliśmy splątane - Poczekam! Poczekam na ciebie, aż skończy ci się
kontrakt.
Opierałam
się dłońmi o jego nagą klatkę piersiową i patrzyłam w dół na jego przystojną
twarz.
-
Chcę być twoja - powiedziałam i
wsunęłam się, by sięgnąć do jego ust, gdzie złożyłam pocałunek, który
przerwałam, żeby dodać - …i chcę, byś był mój.
Pochyliłam
się, żeby go znowu pocałować, ale Mark przejął kontrolę.
Namiętnie.
A
to co zrobił było gwałtowne, gorące i doprowadziło nas do drugiego wypełnienia
mnie i do naszych szczytów, które nie były ani niżej, ani krótsze niż
poprzednie.
Przynajmniej
mój.
A
to było niezłe osiągnięcie.
Potem
spaliśmy wtuleni w siebie, ale zaledwie przez godzinę, bo zadzwonił alarm,
który Mark miał ustawiony w swoim telefonie.
Była
nieludzko wczesna godzina poranna.
Mark
niestety musiał wyjść, zanim do mojego domu zaczęliby wracać ci z obsługi,
którzy mieli pracować w niedzielę.
Na
szczęście nastawił alarm na tyle wcześnie, że mogliśmy pójść razem pod prysznic,
a tam zrobić coś, co dało mi następną porcję fantastycznych wspomnień.
A
potem Mark mnie opuścił.
Nie
opuścił, opuścił, po prostu wyszedł z
mojego domu, ale ja poczułam to, jakby odszedł, odsunął się, chociaż nie
poczułam się pusta.
Byłam
dziwnie podekscytowana tym, co się stało.
Byłam
szczęśliwa.
Miałam
ochotę komuś o tym opowiedzieć, napisać o tym, śpiewać.
Ale
chciałabym zatrzymać go przy sobie.
Zamiast
tego wszystkiego po jego wyjściu położyłam się z powrotem do pustego łóżka, by
przytulić swoje poduszki, które przesiąkły zapachem Marka.
I,
chociaż nigdy bym się tego nie spodziewała, zasnęłam ze szczęśliwym uśmiechem
na ustach.
Wiedziałam
o tym, bo tak samo się obudziłam.
Podniosłam
głowę, spojrzałam na swój zegarek elektroniczny, który stał na szafce nocnej,
by przekonać się, że była siódma, jak zawsze się budziłam, chociaż nie
nastawiłam alarmu, więc wstałam i poszłam do swojej łazienki.
Przeczesałam
włosy, umyłam zęby i twarz, ale nie naszykowałam się na swój dzień, bo chciałam
pobyć jeszcze trochę w tym szczęśliwym szmerku.
W
stroju do biegania weszłam do swojego salonu, by przekonać się, że czekała tam
na mnie już taca, na której stało śniadanie ze świeżą herbatą.
Nalałam
sobie herbatę z imbryka do filiżanki, uśmiechając
się do siebie.
Nadal
czując ten sam nastrój, w jakiego mgiełce trzymałam się od środka nocy, zjadłam
przepyszne pachnące, gorące grzanki francuskie zrobione na masełku i podane ze
świeżymi truskawkami, delektując się
nimi.
A
dopiero później, po zaspokojeniu pierwszego głodu, siedząc w salonie z drugą
filiżanką herbaty, zadzwoniłam do Sary.
Odebrała
już po drugim dzwonku.
-
Lisa! - zawołała z taką radością, że
nieomalże się roześmiałam.
Tak
bardzo to pasowało do tego bardzo szczęśliwego
szmerku, jaki miałam od środka nocy.
-
Hej, Sara - odpowiedziałam jej łagodnie i wiedziałam, że mój nastrój jest łatwy
do odczytania z mojego głosu.
-
Porozmawialiście! - Sara nadal
brzmiała radością - Dogadaliście się?
-
O, tak - mruknęłam moje
niedopowiedzenie.
-
Dobrze - szepnęła Sara.
Opowiedziałam
jej, chociaż bez szczegółów, moją noc z Markiem.
To
znaczy powiedziałam jej, że tańczyliśmy, że Frank go wpuścił, że byliśmy sami w
moim apartamencie i…
Nie.
Nie
powiedziałam jej niczego takiego, a i Sara nie dopytywała.
Ale
chyba, po naszej rozmowie o moim spaniu z Tomem, zrozumiała.
Nie
rozmawiałyśmy długo, bo to był jej dzień wolny i miała ode mnie odpocząć,
chociaż już wiedziałam, że ten „odpoczynek” dotyczył jej przedłużonej wizyty u
jej mamy w domu opieki, który być może będzie musiała niedługo zamienić na
hospicjum.
Tak
bardzo chciałam zrobić coś, by ona też miała w swoim życiu trochę szczęścia,
jak na to zasłużyła.
Była
taką dobrą dziewczyną.
Resztę
dnia spędziłam na zajęciach, jakie zwykle miałam w samotne niedziele, ale
przerywałam to częstymi rozmowami z Markiem na WhatsAppie.
Lubiłam
to.
Dowiedziałam
się, że nie miała braci, a jego jedynym rodzeństwem była siostra, Chloe,
chociaż nie przyznałam mu się, że podsłuchałam, jak z nią rozmawiał.
Napisał
mi to, kiedy wyjaśniał mi skąd wiedział, jak dziewczyny przygotowują się na
swój dzień.
Chodziło
o to, że rano przysłał mi Hej, a ja
mu odpowiedziałam dopiero po kilku minutach, bo byłam pod prysznicem.
Dopiero
kiedy wyszłam, napisałam mu w odpowiedzi przeprosiny i wyjaśnienie, a on
napisał mi wtedy o swojej siostrze.
Napisałam
mu, że zwykle wstaję przed siódmą niezależnie od tego jaki jest dzień tygodnia,
chociaż po balu, a może po zabalowaniu,
wstawałam o jakieś pół godziny później.
Napisał
mi, że powinnam się wysypiać.
Lubiłam
to.
Troszczył się o mój wypoczynek.
Zapytałam,
czy on długo sypia w nocy, a on odpisał mi, że również kładzie się późno i
wstaje wcześnie.
To
też lubiłam.
Mieliśmy
podobne upodobania, jeśli chodziło o sen.
Czy to coś mogło znaczyć?
Tak
właśnie „rozmawialiśmy” przez cały dzień i zwykle było to bardzo miłe i czułam,
że mój radosny szmerek nawet wzrastał.
Niestety,
po południu Mark sprawił mi przykrość, chociaż nie zrobił tego specjalnie i on
sam był równie zasmucony.
Poinformował
mnie bowiem, że musiał wyjechać na kilka dni w podróż po Europie ze swoją
klientką i wyruszali już w nocy.
Więc
nie moglibyśmy się przez ten czas spotykać, a pozostały nam jedynie kontakty
przez Internet.
Tak,
smuteczek.
W
poniedziałek rano poszłam do mojego gabinetu ubrana w luźne dresy, jakie miałam
kupione do ćwiczenia jogi i zwykły t-shirt, włożony na sportowy stanik,
stanęłam przed biurkiem Sary, która tam już była i zapytałam ją - Śniadanie?
Sara
dopiero wtedy podniosła na mnie wzrok znad papierów, które czytała i
zobaczyłam, że jej twarz wypełnił wyraz radości, ulgi i czegoś jeszcze, czego
nie rozumiałam.
Ale
wszystko było dobre.
Wstała
natychmiast i przeszłyśmy do mojego gabinetu, by zobaczyć przygotowaną tam dla
nas tacę ze śniadaniem, jak zwykle tam bywała.
Usiadłyśmy,
zabrałam się za nalewanie herbaty z imbryka, co Sara przyjęła z kolejnym
ciepłym, zadowolonym wyrazem twarzy, a ona sama zajęła się odsłanianiem talerzy
z sałatką owocową, serami, tostami, masłem i innymi pysznościami, które
pachniały fantastycznie.
Jadłyśmy,
Sara czytała mi rozkład dnia, który w zasadzie znałam, ale Sara zawsze mi go
rano przypominała.
-
O dziesiątej masz wykład, a potem ćwiczenia… - mówiła, a ja przypomniałam
sobie, że na te ćwiczenia miałam przygotowane materiały - potem przerwa na
lunch, a po południu masz spotkanie w gabinecie ministra do spraw rodziny w
sprawie twojego projektu reformy opieki zastępczej…
Nie
słuchałam jej, ale też nie przerywałam. Poczekałam aż skończyła mówić, zanim
zwróciłam jej na coś uwagę.
-
Saro, hmmm, mam do ciebie prośbę - powiedziałam ostrożnie, a ona lekko się
spięła na mój ton - Mam w tym tygodniu umówioną kolejną proszoną kolację i następny bal. Czy mogłabyś
to odwołać?
Zobaczyłam
ulgę i łagodny uśmiech na jej twarzy.
-
Nie skłamać, ale nie mówić prawdy? - zapytała mnie półgłosem Sara, a ja po raz
kolejny doceniłam jej bystrość i lojalność.
-
Tak - potwierdziłam cicho z delikatnym, może trochę zawstydzonym uśmiechem -
Coś takiego.
Czułam
się tchórzem, bo jeszcze nie miałam
zamiaru rozmawiać o tym z moją babką Charlottą.
-
Myślę, że mogłabym to zrobić - stwierdził krótko Sara ze słyszalnym
zadowoleniem.
-
Dzięki - szepnęłam.
Uśmiechnęłam
się szerzej, a potem znowu się zawstydziłam.
-
Jeszcze… Czy mogłabyś… - wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, kiedy zbierałam
się na odwagę, by powiedzieć to, co chciałam powiedzieć - umówić mnie na
spotkanie z moimi dziećmi?
Mina
Sary mówiła wyraźnie o tym, że czekała
na moją deklarację chęci spotkania się z „moimi” dziećmi i była zadowolona, że
to się stało, a ja byłam bardzo
zawstydzona tym, że tak długo ich unikałam.
Może
będą mogły mi wybaczyć.
Przez
resztę śniadania nie rozmawiałyśmy o pracy, a ja bardzo starałam się skierować
rozmowę na tematy luźniejsze, chociaż właśnie dowiedziałam się o sobie jeszcze
jednego.
Kompletnie
nie wiedziałam, czym interesowała się Sara.
Nie
znałam jej.
Pomyślałam,
że powinnam postarać się to zmienić.
Dopiero
po śniadaniu poszłam pod prysznic, by ubrać się, uczesać i naszykować się na
mój dzień.
Kolejne
dni, które nawlekałam na pamiątkę jak perły na nitkę do naszyjnika wspomnień, upływały
mi na zwykłych zajęciach.
W
samochodzie, kiedy Jamie prowadził, wioząc mnie i Franka z jednego miejsca w
drugie, albo w czasie przerwy na kawę przy stoliku w kawiarni czy barze,
pisałam do Marka i odbierałam odpowiedzi od niego.
Wieczorami zamykałam się w swojej sypialni,
zostawiałam zapaloną tylko jedną lampkę i uruchamiałam laptop, by porozmawiać z
Markiem, ale codziennie, przez cały tydzień, cokolwiek robiłam, zbierałam w
myślach drobne Szczęśliwe Rzeczy, jakie mogłabym mu przekazać.
Bowiem
już w poniedziałek wieczorem dowiedziałam jakim fantastycznym uczuciem było dla
mnie oglądanie jego miny, kiedy mówiłam mu o jakimś moim drobnym sukcesie.
Nawet
najmniejszym.
Tego
dnia miałam ćwiczenia, w czasie których prezentowałam grupie swoją pracę,
przygotowaną wcześniej i denerwowałam się tym, więc napisałam do Marka, żeby
się uspokoić.
Napisałam
Trzymaj kciuki. Boję się. A może nie
pójdę?
Odpisał
mi Znasz ten temat jak nikt inny, więc po
prostu IDŹ tam.
To
było fantastyczne.
Nie
Dasz radę, Wierzę w ciebie, albo inne takie ogólniki.
Rozmawialiśmy
o moim temacie w niedzielę na WhatsApp, kiedy się przygotowywałam, więc
wiedział, że się denerwowałam, znał moje pomysły, wiedział, co chciałam tam powiedzieć
i znał ten temat prawie tak dobrze jak ja, tak dużo mu o tym napisałam.
Po prostu idź tam.
Więc
tam poszłam, mówiłam z pamięci, pokazałam im swoją prezentację, a na sali ćwiczeniowej
było przez cały czas nadzwyczajnie cicho, jak makiem zasiał, czego w swoim
zdenerwowaniu nie zauważyłam, a później wybuchły
brawa.
Kiedy,
będąc do końca dnia w euforii z tego powodu, opowiedziałam to Markowi
wieczorem, kiedy rozmawialiśmy przez Messengera, bo miał funkcję kamerki i
zawsze tak robiliśmy, bo chcieliśmy się wreszcie zobaczyć po całym dniu pisania
do siebie, jego twarz złagodniała i zrobiła się taka ciepła, że cieszyłam się,
że to widziałam.
Był
taki przystojny.
Więc
później codziennie starałam się zapamiętać coś do opowiedzenia mu wieczorem,
żeby zobaczyć taki wyraz jego twarzy, kiedy mogliśmy porozmawiać przez
Messengera.
To
mógł być drobiazg jak dobry wynik z kolokwium, coś większego jak spotkanie z
„moimi dziećmi”, które wreszcie zorganizowała dla mnie Sara, coś miłego dla
mnie, jak wizyta w stadninie albo wywołującego we mnie zadowolenie z siebie
samej, jak pokonanie dystansu pięciu basenów crawlem pod rząd bez odpoczynku.
A
potem nadeszło także potwierdzenie, że rząd przyjmie przynajmniej niektóre moje
sugestie co do reformy opieki zastępczej nad osieroconymi dziećmi, co było olbrzymie i spowodowało we mnie kolejną euforię
na kilka godzin w czwartek, więc nie mogłam się doczekać wieczornej rozmowy z
Markiem.
Nie
czułam się, jakbym się przechwalała.
Nie
czułam presji robienia z siebie najlepszej, bo księżniczkom tak wypada.
Po
prostu czułam, że Mark był ze mnie
dumny i to mi wystarczało.
Cieszyłam
się również z tego, że Mark opowiadał mi trochę o swoim dzieciństwie i swojej
rodzinie, bo uwielbiałam słuchać jego czasem śmiesznych lub szalonych, a czasem
niebezpiecznych przygód z tamtego okresu.
Kochałam
to, że to miał.
Kochającą
rodzinę.
Ale
tego dnia, w piątek rano, zadzwoniła asystentka babki i próbowała wywrzeć na
mnie presję, bym poszła na bal w sobotę.
Sara
odwołała moje pójście już w poniedziałek, więc wiedziałam, że tak będzie, tym
bardziej, że wykręciłam się z kolacji u kuzynki Mony w środę.
Każdą
chwilę, każdego dnia przeżywałam bardzo
mocno, więc środowe nie-pójście na proszoną kolację też odczułam i Mark to
zauważył.
Ale
wtedy miałam mu do opowiedzenia o moich dzieciach i o tym, jak je odwiedzałam,
a to było o wiele ważniejsze.
I
to dało mi dużo cichej radości, która zamaskowała moje zdenerwowanie i
przytłumiła je, nawet jeśli nadal czułam wstyd spowodowany odwoływaniem wizyt u
„moich” dzieci w czasie mojego „kryzysu”.
Więc
siedziałam nad materiałami do ćwiczeń, a w głowie wciąż miałam wspomnienia
tego, co usłyszałam, kiedy asystentka babki rozmawiała z Sarą i moją późniejszą
rozmowę z samą babką Charlottą.
Stałam
akurat nad biurkiem Sary, bo wracałam do swojego gabinetu przed wyjściem z domu
na zajęcia a po prysznicu i przebraniu się na mój dzień, kiedy zadzwonił
telefon i Sara go odebrała, patrząc na mnie z uśmiechem.
-
Biuro hrabiny Caroline Jones - powiedziała służbowym, ale miłym, uprzejmym tonem
- W czym mogę pomóc?
Sara
słuchała przez krótką chwilę, ale jej spojrzenie uciekło na blat biurka i jej uśmiech
zanikł.
-
Niestety - powiedziała bardziej oschłym tonem - hrabina Caroline ma dzisiaj
umówione spotkania i nie będzie mogła wygospodarować nawet godziny, by spotkać
się z księżną Charlottą.
Wciągnęłam
powietrze do płuc, otworzyłam szeroko oczy i patrzyłam z przerażeniem na Sarę,
ale ona nie podniosła wzroku.
-
Jak już wcześniej informowałam - mówiła ponownie Sara, wciąż tym suchym,
oficjalnym tonem - hrabina nie może być jutro na balu. Ma bardzo dużo zajęć.
Spojrzałam
jeszcze raz na Sarę, a potem zdecydowałam się.
Nie
mogłam być tchórzem.
Nie
mogłam unikać babki w nieskończoność.
Wyciągnęłam
rękę i machaniem palcami przed jej nosem, dałam znak Sarze, by przekazała mi
telefon.
Ta
spojrzała na mnie uważnie, zagryzła wargę, zmarszczyła brwi, a potem napisała
mi na kartce: Z babką?
Zacisnęłam
usta, ale potem pomyślałam, że asystentka babki nie będzie wcale łatwiejsza w
rozmowie niż sama babka, więc… Cóż…
raz kozie śmierć.
Skinęłam
głową.
-
Hrabina Caroline właśnie weszła do biura - powiedziała Sara do telefonu - Jeśli
księżna Charlotta ma minutę, mogłyby porozmawiać teraz.
Przez
minutę trwała cisza, w czasie której Sara patrzyła na mnie uważnie i wyglądała
jak ktoś, kto chciał mnie bronić przede mną samą.
Ale
ja zdecydowałam.
Więc
kiedy Sara powiedziałam do telefonu - Przełączam
do hrabiny Caroline - i podała mi słuchawkę, wyprostowałam ramiona i
przyszykowałam wszelkie moje siły, by powiedzieć mojej babce to, co powinnam
była jej powiedzieć ponad dwa miesiące wcześniej.
-
Caroline Jones - przedstawiłam się i natychmiast usłyszałam nieprzyjemny ton
głosu mojej ciotecznej babki, która była moją najbliższą żyjącą krewną - Witam.
-
Dzień dobry, babciu - przywitałam się pewnym głosem, starając się brzmieć
uprzejmie, ale nie służalczo ani przymilnie.
-
Dzień dobry, Caroline - usłyszałam suchy głos mojej babki.
Nienawidziłam,
kiedy mówiono do mnie Caroline
właśnie dlatego, bo tak zawsze mówiła
do mnie babka i tak zwykł mówić mój ojciec w sytuacjach, kiedy był o coś na
mnie zły.
-
Doprawdy, cóż to za niedorzeczny pomysł,
że nie masz czasu dla swojej jedynej babki ani na proszone spotkania, które
zorganizowałam specjalnie dla ciebie
- głos babki wyrażał dokładnie to,
jak bardzo była mną rozczarowana.
Zawsze
była mną rozczarowana, więc to nie była nowina.
-
Wybacz, babciu, że nie powiedziałam ci tego wcześniej, ale powiem to teraz i
nie będę powtarzała - zdecydowanym głosem przeszłam od razu do rzeczy, jak
powinna zrobić każda osoba, która szanowała swój czas, była dorosła i wymagała
szacunku od innych - Nie chcę, żebyś mnie swatała. Nie pójdę nigdy więcej na
żadne spotkanie, by poznać jakiegoś kawalera.
Usłyszałam
zaskoczony, gwałtowny i pełen oburzenia wdech babki w słuchawce, ale stłumiony
śmiech Sary przy sobie.
Nie
spojrzałam na nią, bo musiałam się skupić.
Nie
podnosiłam głosu, nie warczałam ani nie syczałam.
-
Jestem dorosła - zdecydowanie kontynuowałam stonowanym, poważnym głosem - Nie
muszę się zaręczać. Jeśli kogoś poznam, zakocham się i będę miała zamiar wyjść
za mąż, wtedy dam ci znać. Nie wyjdę za żadnego z kandydatów, jakich ty mi
wynajdujesz.
-
Caroline! - podniesiony głos babki
zabrzmiał święty oburzeniem - Mogłam się tego spodziewać. Jesteś taka sama jak
twój ojciec. Nie będziemy rozmawiały tym tonem. Poczekam aż się uspokoisz.
I
usłyszałam, jak bez pożegnania ze mną oddała słuchawkę swojej asystentce, więc
ja oddałam swoją Sarze.
Przyłożyła
ją do ucha, a potem, bez słowa, odłożyła ją na widełki telefonu stacjonarnego
stojącego na jej biurku, więc wiedziałam, że się rozłączyły.
Popatrzyłyśmy
na siebie i widziałam, że Sara miała ochotę wybuchnąć śmiechem, bo drgały jej
kąciki ust, a może nawet fikać koziołki z radości, ale ja musiałam natychmiast iść
do samochodu i pojechać na zajęcia, na które byłam prawie spóźniona, więc tylko
krótko pożegnałam się z nią i wyszłam.
Przez
cały dzień przeżywałam tę rozmowę.
Jesteś taka sama jak twój ojciec.
Cóż.
To była nowina.
Zawsze
do tej pory myślałam, że mój ojciec był mną rozczarowany właśnie dlatego, bo nie byłam taka jak on.
Nie
byłam w stanie tego rozwikłać, więc zepchnęłam to razem z innymi rzeczami w
zakamarki swojego umysłu.
Napisałam
do Marka o tej rozmowie, chociaż bez szczegółów, a on odpisał bardzo krótko,
więc wiedziałam, że będziemy rozmawiali o tym wieczorem.
I
przez cały dzień miałam bardzo dużo różnych zajęć.
Nie
tylko na uczelni.
Ale
po porannej denerwującej rozmowie z moją babką cioteczną czułam się bardzo samotna
i dotkliwie poczułam tą straszną
fizyczną odległość, jaka dzieliła mnie od Marka.
Tak
bardzo chciałam się w niego wtulić, marzyłam, żeby mnie pocieszył, wsparł nie
tylko słownie, powiedział, że dam radę oprzeć się próbom babki Charlotty w
zmuszeniu mnie do godnego reprezentowania
rodziny.
A
z drugiej strony, właśnie to sformułowanie uświadomiło mi, jak bardzo nie nadawałam się na partnerkę życiową takiego
wspaniałego mężczyzny, jakim był Mark.
Potrafił
rozmawiać i zachęcić mnie do tego,
potrafił sprawić, że moje życie było pełne, a ja nie potrafiłabym mu dać
rodziny, a nawet partnerstwa.
Więc
coraz bardziej wahałam się, czy powinniśmy być razem.
Dla
jego dobra.
Mogłam
tylko powiedzieć: chciałabym, ale się
boję.
*****
Kilka godzin później
-
Lisa, opowiedz mi jak to było - powiedział mi Mark zmartwionym tonem i ze
zmartwioną miną, kiedy rozmawialiśmy wieczorem tego dnia przez Messengera.
Całkowicie
ubrana leżałam na brzuchu na narzucie na swoim łóżku i miałam przed twarzą
otwarty laptop, na którego ekranie był Mark.
Przywitaliśmy
się jak zwykle, ale Mark natychmiast wyczuł moje zdenerwowanie, jak zwykle
wyczuwał moje nastroje.
Wiedziałam,
że nie potrafiłam udawać wesołości, pogody, nie mogłam nawet zmusić się do
spokoju.
Dlatego
nie powiedziałam To nic takiego.
-
Moja babka nalegała na to, żebym poszła jutro na ten bal - wyjaśniłam mu coś,
co wcześniej napisałam do niego przez WhatsApp, ale nadal tego nie wyjaśniłam.
-
O co chodzi z tymi balami? - zapytał Mark, a ja zrozumiałam, że, podobnie jak
tysiące ludzi na świecie, nie rozumiał pojęcia obowiązek, jeśli odnosiło się ono do bali i proszonych kolacji.
-
Na tym balu, kiedy przyjechałeś - zaczęłam i zobaczyła, że Mark skinął głową z
delikatnym uśmiechem - Poznałam Piątego. Zaczynaliśmy bal walcem wiedeńskim. Na
tamtej kolacji w środę miałam poznać Szóstego, a na tym balu w sobotę Siódmego.
-
Co? - Mark zmarszczył brwi, więc musiałam mu to wszystko dokładniej wytłumaczyć
- Co siódmego?
-
Tak nazywam kandydatów do mojej ręki, których przedstawia mi babka Charlotta w
czasie tych kolacji i bali, bo nie mam ochoty pamiętać ich imion, nazwisk i
tytułów, aczkolwiek to niegrzeczne - powiedziałam przygaszonym, zrezygnowanym
tonem - Moja obecność tam jest obowiązkowa.
Jestem tam wystawiana na sprzedaż.
Miałam
ochotę płakać z rozpaczy, bo musiałam przyznać się Markowi do tego jak bardzo nie pasowaliśmy do siebie.
-
Co? - tym razem Mark warknął groźnie.
-
Powiedziałam jej, że nie chcę, żeby mnie swatała - wyznałam mu.
-
Swatała? - spytał Mark, a jego głos brzmiał dziwnie.
Nie
zrozumiałam tego, co chciał mi przekazać, ale też byłam przejęta własnymi
uczuciami i egoistycznie nie uważałam.
-
Babka szuka mi kawalera - wyjaśniłam.
-
I to cię tak smuci - zapytał Mark, a
ja zobaczyłam i usłyszałam, że wydało mu się to śmieszne.
Bo
to było śmieszne.
Dorosła
kobieta, która miała własne pieniądze, w dwudziestym pierwszym wieku nie
powinna przejmować się swatami ze strony babki.
- Kiedy zmarł mój tata - wyjawiłam mu - miałam
zaledwie osiemnaście lat.
Zobaczyłam,
że Mark zamarł i wiedziałam dlaczego.
Nigdy
do tej pory nie rozmawialiśmy o moim
życiu osobistym.
-
Moja babka Charlotta przyszła do mnie, do mojego domu, w dniu pogrzebu -
kontynuowałam, ale nie patrzyłam na niego - powiedziała, że zajmie się mną,
żeby dopilnować tego, bym godnie
reprezentowała rodzinę.
Wiedziałam,
że przy tych ostatnich słowach moja górna warga wygięła się z obrzydzeniem,
jakie nadal czułam do tych słów.
-
Po ukończeniu dwudziestu jeden lat stałam się starą panną - wyjaśniłam mu z
nagłym zmęczeniem - W mojej rodzinie to niedopuszczalne. Powinnam wyjść za mąż
i mieć dzieci.
Nagle
czułam dzielącą nas odległość jako coś bardzo, bardzo złego.
Nie
do przebycia.
-
Lisa - szepnął Mark z uczuciem.
Żałował
mnie.
-
Tak bardzo cię potrzebuję - jęknęłam niespodziewanie dla siebie samej.
Miałam
być dzielna, samodzielna, odważna i odpowiedzialna, a oto pokazywałam mu swoją
słabość, kiedy on nie mógł nic zrobić, bo był daleko.
Przez
minutę było całkiem cicho, więc odważyłam się spojrzeć na niego, by zobaczyć,
że nie patrzył na mnie, tylko gdzieś ponad kamerą i mięśnie w jego szczęce
drgały niebezpiecznie.
-
Przepraszam - szepnęłam - nie powinnam…
Opuściłam
oczy i patrzyłam na swoje wypielęgnowane paznokcie, nie czując nic poza
narastającą rozpaczą.
Właśnie
odkrył, że nie nadawałam się na jego partnerkę.
Byłam
beznadziejna.
-
Lisa - głos Marka był niski i dudniący, więc szarpnęłam głową do góry i spojrzałam
na niego wielkim oczami, by zobaczyć, że skupił się ponownie tylko na mnie -
Jutro będę w Londynie.
Złapałam
obiema dłońmi za krawędzie laptopa.
-
Nie… - zaczęłam protestować, bo nie powinnam mu przeszkadzać.
Musiał
się skupić na swojej pracy.
-
Nie mogę przyjechać do ciebie - kontynuował, jakby się nie odezwała, a ja
zatrzasnęłam usta - Prawdopodobnie będę miał wolną tylko jedną godzinę. Ale
moglibyśmy się spotkać, jeśli ty przyjedziesz
do Londynu. Jeśli nie stracę dwudziestu minut na dojazd w jedną stronę i tylu
samo w drugą, będziemy mieli trochę czasu, by porozmawiać. Okej?
Wyprostowałam
się i poczułam ogarniające mnie szczęście na tę jego propozycję.
Nie
uważał mnie za nic nie wartą, słabą dziwaczkę.
Chciał
się ze mną zobaczyć!
Tak!
Chciałam
tego!
Powiedziałam
to Markowi, patrząc na niego z radosnym uśmiechem i energicznym skinieniem
głową.
Zobaczyłam,
że jego twarz się rozpogodziła, więc zdecydowanie spodobał mu się mój entuzjazm.
Może
nie uważał mnie za zbyt słabą?
-
Dobrze - mruknął - Ustalę wszystko z Frankiem.
Rozluźniłam
się.
-
Tak - zgodziłam się cicho, będąc już całkiem pogodzona z tym, co przeżywałam
przez cały dzień i szykując się na następny, który zapowiadał się na dużo lepszy.
-
To opowiedz mi, co jeszcze dzisiaj robiłaś - zażądał Mark łagodniejszym głosem
i z uśmieszkiem drgającym mu na ustach.
Uśmiechnęłam
się do niego i oparłam brodę na nadgarstkach dłoni zwiniętych w pięści, kiedy łokcie
opierałam przed klawiaturą laptopa na moim łóżku, wciąż leżąc na brzuchu, by
porozmawiać z Markiem.
Opowiedziałam
mu i zrobiłam to machając nogami zgiętymi w kolanach.
Przez
to wszystko, co sobie jeszcze powiedzieliśmy, nie zapytał mnie ani razu, dlaczego
nie powiedziałam babce Charlotcie prawdy o nas.
Bo
nie zrobiłam tego.
Nawet
jeśli nie byłam pewna, czy jesteśmy my.
Nie
nalegał, żebym to zrobiła, co było dobre.
Nawet
bardzo dobre.
Ale
ja nie czułam się z tym w porządku.
Przecież
chciałam być z nim i tylko z nim.
Dlaczego
więc wstrzymywałam się z powiedzeniem prawdy mojej ciotecznej babce?
Dziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuń