wtorek, 11 października 2022

4 - Za szkłem

 

Rozdział 4

Za szkłem

David

 

 

Telefon Davida zadzwonił, kiedy był w domu z dziećmi, bo Maggie pojechała na spotkanie kobiet do mieszkania Lisy.

Opiekował się czasem ich ruchliwym synem i spokojną córką, żeby jego żona mogła spotykać się z przyjaciółkami, mieć swój czas wolny, więc nie było to nic nadzwyczajnego, a on nawet lubił ich czas tata-dzieci.

Jim był bardzo ruchliwy, nadpobudliwy i wymagał stałego nadzoru, więc bywał męczący, zwłaszcza dla Maggie, która była w czwartym miesiącu ciąży z ich trzecim dzieckiem.

Ale David wiedział, że sam też był taki jako dziecko, więc miał nadzieję, że ich syn z tego kiedyś wyrośnie, chociaż na razie oboje martwili się o jego zdrowie i bezpieczeństwo.

Dochodziło jeszcze i to, że, nawet jak An Evie była grzeczna i cichutka, jedno ruchliwe dziecko mogło zmęczyć ich mamę.

Kiedy poprzedniego wieczoru David opowiedział swojej żonie o tej kobiecie i całym popieprzonym zajściu podczas gaszenia biur Opieki Społecznej, wiedział, że tak się stanie, że Maggie zadzwoni do swoich przyjaciółek, bo te kobiety były nastawione przyjaźnie do innych, ale wiedział również, że Maggie nigdy nie powiedziałaby nikomu o pracy Lisy, o jej wpływie na los Johnny’ego i o tym, co ta Angielka zrobiła dla dzieci.

Oczywiście, o to ostatnie się nie martwił, bo może dobrze byłoby, żeby wszyscy dowiedzieli się, że Lisa jest dobrą, odważną kobietą, ale nie chciał, by cokolwiek zaszkodziło przejściu przez formalności adopcyjne Johnny’ego, o którego przysposobienie starali się przyjaciel Davida i jego kobieta.

Filip i Anna byli chwilowo na wycieczce w Teksasie lub w Luizjanie, ale proces adopcyjny toczył się niezależnie od tego, podobnie jak przygotowania, jakie czynił Alek do ich ślubu i może wcześniejsze porwanie Ani i ich wypadek nie miałyby wpływu na decyzję sędziego rodzinnego.

Ale to mogło.

David złapał swój telefon, jak zwykle żonglując przy tym nadmiernie ruchliwym Jimem, zobaczył imię na wyświetlaczu i odebrał.

- Yo, Benji - przywitał się, zwracając uwagę na to, dokąd mknął jego syn, którego postawił na podłodze.

A potem poszedł za nim.

- David - przywitał się facet Soniji, który był tym, który pomógł Davidowi i pozostałym facetom podczas ich przejść z ich kobietami, chociażby dlatego, że miał zamontowane kamery na galerii kompleksu, w którym mieszkały.

Benji był również uznanym reporterem - obecnie wolnym strzelcem - z nagrodą Pulitzera, więc miał wpływy w środowisku dziennikarskim, wiele znajomości, co wykorzystał już raz, kiedy Eva była na celowniku mediów.

Nie mówiąc o tym, że był zawsze doskonale poinformowany.

A David i inni faceci przekonali się nie jeden raz, że był dobrym, solidnym mężczyzną, na którym można było polegać, nawet jeśli pierwotnie nie ufali mu.

- Mów - rzucił David, zwracając baczną uwagę na syna, który tego potrzebował, ale był zaalarmowany, bo Benji nie dzwonił bez powodu.

Miał rację.

Niestety.

- Przeczytałeś dzisiejsze gazety? - spytał tamten.

- Nie - mruknął David.

- To słuchaj - westchnął Benji.

I przeczytał:

W dniu wczorajszym doszło do serii podpaleń w wielu miejskich i rządowych urzędach na terenie całego Salt Lake City…

bla, bla, bla… - wtrącił Benji, ale David się nie zaśmiał, tylko czekał na ciąg dalszy tekstu.

Kurwa, nie potrzebowali takiego rozgłosu, bo popieprzony podpalacz mógł mieć jeszcze jakieś pomysły.

Naszą niekwestionowaną główną bohaterką dnia i tych wydarzeń stała się pewna młoda kobieta - czytał Benji - pracownica biura Opieki Społecznej, która niezwykle odważnie narażając się na poparzenie buchającym ogniem, a może nawet na utratę swojego cennego życia, wyniosła stamtąd unikatowe dokumenty, ręcznie spisane z poświęceniem, mozolnie zbierane przez wiele tygodni ciężkiej pracy przez urzędników tegoż biura, by umożliwić przejście kilkorga dzieci pokrzywdzonych w okrutny sposób przez los spod opieki zastępczej do pragnących je pokochać rodzin adopcyjnych. Nie znamy imienia ani nazwiska tej niezwykle dzielnej, wspaniałej młodej damy, ale wiemy, że jest mieszkanką Wielkiej Brytanii, która przebywa w naszym kraju, by dowiedzieć się więcej o naszym systemie opieki nad dziećmi…

- I tak dalej - dodał Benji, a David miał od kilku sekund tak mocno napięty kark i zaciśnięte zęby, że aż go zabolały - Niestety, jest również zdjęcie, chociaż niewyraźne i z daleka, ale widać na nim was wszystkich w uniformach z emblematem jednostki, otaczających ją przy karetce. Nie podano też szczęśliwie numeru waszej jednostki. Chociaż, oczywiście, należy się spodziewać, że ktoś do tego dojdzie i będziecie mieli wizyty w najbliższym czasie.

David wypuścił powietrze z sykiem przez zęby.

- Mam na to oko, ale przydałaby mi się pomoc - kontynuował Benji - Szkoda, że nie ma Filipa. Byłby najlepszy do blokowania wycieku informacji.

- Ta - mruknął David - Zobaczę, kto mógłby się tym zająć - dodał bez nadziei, bo Benji miał rację. Filip byłby najlepszy do czegoś takiego.

Ale Filip wyjechał z Anią i jeszcze przez tydzień nie mieli wrócić do domu.

- A Oli nikomu nic nie powie, a nawet może ich pogonić - dodał David.

Benji miał coś jeszcze do powiedzenia, co David wyczuł i nie był pewien, czy chciał to usłyszeć.

Ale prawdopodobnie musiał.

- Okej - mruknął Benji i zawahał się, a Davidowi to się nie podobało, więc przygotował się - David… Ty ją znasz?

- Lisę? - spytał David, zaskoczony tym pytaniem, ale natychmiast odpowiedział - Wczoraj poznałem.

- Wiesz, że bywałem w Europie - zaczął Benji i nie brzmiało to dobrze - Poznałem tam kilka ważnych osób. Byłem na dworze królewskim w Anglii, nie w ścisłym otoczeniu królowej, ale wystarczająco blisko. Rozpoznałem ją… - Benji zrobił pauzę z reporterskiego nawyku, na co David prawie westchnął z niecierpliwości - To hrabina Caroline Elizabeth Stephanie Luisa Anna Jones. Księżna Yorku. Jedna z księżniczek w długiej linii sukcesji tronu Anglii.

- Pieprzysz - warknął głośno David w absolutnym szoku, a potem natychmiast tego pożałował, kiedy usłyszał Jima, wołającego z podłogi „pieszy-pieszy-pieszy” i wyobraził sobie, co powie na ten temat Maggie.

Kurwa.

- Nie pieprzę - stwierdził Benji - Mieszka tu koło mnie, więc mam ją na kamerkach. Lat dwadzieścia jeden. Właśnie skończyła college. Ma tytuł licencjata z Administracji i Zarządzania na Harvardzie. Rodzice nie żyją. Brak rodzeństwa. Dziesiąta w kolejce do tronu. A jeśli jest tutaj incognito, a to incognito właśnie się rozpieprzyło, to kobieta potrzebuje większej ochrony, niż ta para Anglików, co mieszkają obok niej. Myślę, że jak dzisiaj twoja kobieta wróci do domu, to ci o nich opowie.

Dobrze było wiedzieć, że Benji naprawdę trzymał rękę na plusie.

- Zajmę się tym - mruknął David.

- I jeszcze jedno - Benji nie skończył przekazywać nie-tak-dobrych wieści - Ten młody blondyn, co jest z wami na zdjęciu…

- Tom - mruknął David, bo tylko jego mógł nie znać Benji.

- Tak, on - westchnął Benji - Co o nim wiesz?

- Niewiele - przyznał David - Pracuje z nami dopiero od stycznia.

- Spędził u niej dzisiejszą noc - strzelił Benji - Więc lepiej się dowiedz.

- Kurwa - mruknął pod nosem David, tym razem bardzo starając się, by Jim tego nie usłyszał.

- Dokładnie - przyznał Benji.

David podjął decyzję, więc musiał skończyć tę rozmowę.

- Czuję się, jakbym nie dawał sobie rady z dziećmi… - stwierdził - i chyba muszę pojechać po moją kobietę.

- Zadzwonię - pożegnał się Benji.

- Albo ja - pożegnał się David.

Rozłączyli się.

David, oglądając wędrówkę syna po podłodze ich salonu i podążając za nim, od razu wybrał numer do swoich kumpli z wojska, z którymi czasem z Filipem coś jeszcze robili, a potem numer swojej żony.

Poczynił pewne ustalenia.

A później zapakował dzieci do samochodu i pojechał do kompleksu, na parkingu którego czekał już na niego wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z wyraźnym brytyjskim akcentem.

*****

Lisa / Caroline

Następnego dnia rano

Tego dnia, kiedy Tom pokazał wszystkim zgromadzonym w moim mieszkaniu, że byliśmy blisko siebie, przebywając stale w mojej przestrzeni, chociaż nie dotykając mnie i właściwie nie przytulając, kobiety nie zostały z nami bardzo długo.

Musiały zająć się swoimi mężami, dziećmi, swoim życiem.

Tom został trochę dłużej, bo odszedł dopiero około piątej po południu, jadąc do swojego domu, by się przyszykować, bo, jak powiedział, szedł na szóstą do pracy i miał ją skończyć o szóstej rano, więc wiedziałam, że również nie przyjdzie do mnie aż po lunchu następnego dnia.

Co mi odpowiadało na tyle, że mogłam trochę spokojnie pomyśleć.

Przemyśleć swoje postępowanie i opcje wyjścia z tej sytuacji, jeśli chciałabym z niej wyjść.

Sara nie wspomniała ani słowem, co o tym sądziła, ale wiedziałam, że nie aprobowała mojego zachowania, bo pozwalałam mu na to, na stwarzanie pozorów naszej bliskości, na porozumiewawcze uśmiechy, zbliżenia, czułe słówka.

Porozmawiałyśmy o tym dopiero wtedy, kiedy wieczorem zostałyśmy tylko we dwie, bo Frank wyszedł coś załatwić na mieście lub gdziekolwiek indziej poszedł, a my miałyśmy popracować na laptopie nad moim projektem i innymi sprawami.

Zabronił nam opuszczania mojego mieszkania.

Cóż, wyglądało na to, że Frank też potrafił bywać apodyktyczny.

- Lisa… - zaczęła z wahaniem Sara, kiedy byłyśmy same, więc podniosłam głowę i spojrzałam w jej stronę zachęcająco.

- Co jest z tym Tomem? - spytała cicho, a ja zastanowiłam się, jak jej miałam powiedzieć to, co czułam i co się działo.

Chociaż właściwie nie co, bo nie było nic do ukrywania, ale właśnie jak.

Tym bardziej, że właściwie sama nie wiedziałam, co czułam.

- Jest miły, delikatny… - zaczęłam, patrząc na nią i starając się nie wykrzywiać, kiedy zobaczyłam jej wykrzywienie, kiedy usłyszała, co miałam do powiedzenia jako pierwsze - Lubię z nim spędzać czas. I został ze mną na noc, kiedy czuł, że tego potrzebowałam, ale nie chciał niczego więcej.

- Został na noc? - wydyszała Sara, najwidoczniej rozumiejąc więcej, niż jej chciałam powiedzieć.

- Do niczego nie doszło - uściśliłam cichym głosem.

Zobaczyłam po jej minie, że ulżyło jej i, co było dla mnie nawet ważniejsze, że uwierzyła mi.

- Racja - powiedziała i wyprostowała się - A nie sądzisz, że robisz mu niepotrzebną nadzieję?

Zmarszczyłam brwi i wyprostowałam plecy.

- Dlaczego niepotrzebną? - spytałam raczej zimno, ale jej to nie odstraszyło.

Znała moje tarcze i nie bała się ich, a ja przecież tak naprawdę nie chciałam jej zrazić do siebie, odstraszyć, bo wiedziałam, że o mnie dbała.

- Nie kochasz go - zauważyła Sara.

Rozluźniłam się nieco.

Pomyślałam przez sekundę.

- Nie wiem - odparłam szczerze.

- Jak nie wiesz - wyjawiła mi Sara - to nie kochasz.

Nie zgadzałam się z tym.

- Nie - zaprzeczyłam natychmiast, tym razem bez zawahania się - Jak nie wiem, to nie wiem, bo nigdy nie kochałam. Może kocham.

Wzruszyłam przy tym ramionami.

Sara westchnęła.

Wyciągnęła do mnie swoją rękę i chwyciła moje palce, które trzymałam na stole obok laptopa.

- Nie chcę, żebyś cierpiała - szepnęła.

Wtedy uwierzyłam jej.

Była jedyną osobą na całym świecie, która troszczyła się o mnie, jako mnie.

Nie księżniczkę, hrabinę Caroline.

Ale na tym zakończyłyśmy tę rozmowę i wróciłyśmy do naszej pracy, a godzinę później wrócił Frank ze złymi nowinami.

Przyniósł gazetę, w której był zamieszczony artykuł o podpaleniach w SLC, w którym wspomniano o mnie, chociaż bez nazwiska i obok moje zdjęcie z karetki, kiedy opatrywano mi rękę.

Szczęśliwie, zdjęcie nie było najlepszej jakości, a mnie na nim częściowo zasłaniali stojący dookoła strażacy, ale nadal ktoś, kto mnie znał, mógł mnie rozpoznać.

Miałam nadzieję, chociaż słabą, że nie dotarłoby to do mojej babki.

Wiedziałam, że moje dni w Stanach były i tak policzone, a nadal nie znalazłam odpowiedzi na swoje pytania.

Nasz pobyt w SLC miał być wydłużony o czas niezbędny dla wyleczenia mojej rany, która okazała się być niezbyt rozległa i głęboka, ale to mogło mi pomóc w zdobyciu moich odpowiedzi.

Z raną chodziło o to, że rękaw bluzki, którą miałam wtedy na sobie, zawinął się, a trzymałam ręką nieruchomo mokry ręcznik przy twarzy, więc nie zauważyłam, że działało na mnie gorące powietrze z palącej się ściany.

Większość skóry po prostu była lekko lub nieco mocniej podrażniona, ale część na nadgarstku, od strony małego palca, miała poważniejsze oparzenie, na którym pojawiły się bąble.

Na tym właśnie miałam zakładany i wymieniany żelowy opatrunek, dzięki któremu miało nie pozostać nawet śladu po ranie.

Żadnej blizny.

A fakt, że Sara przeniosła mnie z przychodni w szpitalu do prywatnego lekarza, mógł pomóc teraz, kiedy moją tożsamość chcieli bez wątpienia ustalić reporterzy.

Dodatkowy plus.

Ale moja cioteczna babka Charlotta, jeśli dowiedziałaby się, gdzie byłam, natychmiast wezwałaby mnie do siebie.

A ja, zapewne, posłuchałabym.

Przecież byłam grzeczną, dobrze wychowaną księżniczką.

Sara niechętnie wychodziła, kiedy zrobiło się tak późno, że należało iść spać, a ja wiedziałam, że obawiała się, że nie będę mogła spać.

Musiałam przy niej połknąć tabletkę przeciwbólową, chociaż sama pomyślałabym, że nie była mi potrzebna, bo nie bolało mnie aż tak bardzo.

Kiedy wyszli, zaczęłam się szykować do snu, ale najpierw sprawdziłam po raz ostatni, czy wszędzie wyłączyłam światło, czy zamknęłam drzwi i czy nie kapie nigdzie woda, a dopiero później poszłam do sypialni.

Tam później leżałam długo w łóżku, kręcąc się pod kołdrą i myślałam o tym, co powiedziała mi Sara o Tomie.

Widzicie, nie byłam dziewicą, ale to nie było tak, że miałam tylko jednego chłopaka w wieku piętnastu lat i już nic potem.

Miewałam dość licznych kochanków przez ostatnie trzy lata i to dość regularnie, bo mniej więcej jednego na dwa, trzy miesiące.

Uprawiałam seks, bo tego potrzebowałam, żeby rozładować nadmiar swojego temperamentu, a potem móc udawać Królową Lodu, za którą mnie wszyscy uważali.

Ale był to płatny seks.

Bez uczuć.

Bez zobowiązań innych niż finansowe.

Płaciłam kochankom z pewnej bardzo dyskretnej, ekskluzywnej agencji towarzyskiej, która bywała wśród kuguarzyc określana mianem „stajni ogierów”, za dyskrecję i „upojne” godziny.

Usłyszałam, jak rozmawiały o tym kiedyś w szatni, kiedy szykowałam się do swojej godziny na basenie, a one wychodziły po aqua-aerobiku czy czymś takim, ale nie wiedziały, że tam byłam.

Byłam młoda.

Miałam inne potrzeby, niż one.

Nie zależało mi na komplementach, zalotach, czy uwodzeniu.

Ale zapamiętałam numer telefonu do agencji, który jedna dyktowała drugiej, bo robiła to głośno.

Najpierw przemyślałam swoje potrzeby, zrobiłam poszukiwania w Internecie, a potem zadzwoniłam ten pierwszy raz.

Tamtejsi pracownicy byli mili, wyrozumiali, dyskretni, więc to przez nich umawiałam się zawsze w sekretnym bardzo prywatnym apartamencie w centrum Londynu, zawsze to było w środku nocy, przy zgaszonym świetle i nigdy nie przekraczało godziny lub dwóch.

Tylko seks i to z wszelkimi możliwymi zabezpieczeniami, testami itp.

Wyżywałam się tam, a potem wracałam do swojego życia grzecznej, dobrze wychowanej księżniczki i to było tyle.

Umożliwiał mi to również fakt, że miałam już wtedy własny, mały Mini Cooper, który zwykle stał zaparkowany w małym garażu przy tylnej bramie do mojej posiadłości.

Ale od kilku tygodni, a właściwie to już od paru miesięcy, nie miałam tego.

Będąc w Stanach, a nawet tydzień wcześniej, nie uprawiałam seksu na żaden ze sposobów i brakowało mi go, a nic nie mogłam z tym zrobić.

Więc myśląc o Tomie, pomyślałam również o możliwościach, jakie mogłabym mieć, skoro miałam go mieć w swoim łóżku następnej nocy.

I wtedy do mnie dotarło, że nie chciałam go.

Nie chciałam Toma.

Jeśli mogłabym mieć kogoś, to musiałby być Mark.

A jego nie miałam już spotkać.

Czy oznaczało to, że byłam stracona dla wszystkich mężczyzn jako kobieta, skoro marzyłam o tym, który mnie nie chciał i nie miałam go już nigdy spotkać?

Przez całą noc rzucałam się bezsennie po łóżku, bijąc się z myślami.

Powinnam coś zrobić, żeby zapomnieć o Marku.

Ale nie wiedziałam co to miałoby być.

Rano wstałam, poszłam pod prysznic i nadal nie rozstrzygnęłam swoich wątpliwości.

Więc przestałam o tym myśleć.

*****

Kilka dni później

Właśnie wszystko się skończyło.

Przez te ostatnie kilka dni byłam wśród przyjaciół i czułam to wyraźnie, chociaż nie do końca byli to moi przyjaciele, bo ja nie byłam z nimi szczera i miałam przed nimi dość istotną tajemnicę.

Ale każda z tych kobiet, które tu poznałam, dbała o pozostałe, myślała o nich, znała ich życie i rozumiała ich uczucia.

Następnego dnia zostaliśmy wszyscy we trójkę zaproszeni na lunch do domu Evy i Jimmy’ego, więc miałam okazję poznać ich dzieci i porozmawiać trochę bardziej swobodnie z tą kobietą.

Kiedy weszliśmy do jej domu, Eva była w trakcie przygotowywania jakiegoś deseru, ale natychmiast do nas przybiegła i przywitała się serdecznie, a nie tak jakbyśmy się poznali zaledwie wczoraj.

Oprowadziła nas po ich domu, ale nie wchodziliśmy do części sypialnej, na co i tak bym nie nalegała, bo Jimmy spał po dyżurze i nawet dzieci przemykały tam cicho po schodach.

Nie wyglądało to jednak tak, jakby się go bały, ale tak jakby martwiły się, że ich tata się nie wyśpi.

Eva mówiła o tym z czułością, więc uznałam, że to ona nauczyła dzieci, jak dbać o wygodę i dobre samopoczucie tego mężczyzny.

Jimmy był otoczony miłością.

Na parterze dom miał bardzo dużą część dzienną, podzieloną na oficjalny salon z otwartym kominkiem, bawialnię, w której królowały zabawki i przybory dzieci, nieoficjalny pokój rodzinny, z wejściem na tylni taras, jadalnię z olbrzymim stołem, który zdawał się mieć możliwość rozciągnięcia do rozmiarów dla dwudziestu osób, bo tyle krzeseł stało przy ścianach i z wyjściem na tylni taras, kuchnię z wyspą, przy której stało z osiem stołków i korytarz do innej części domu, której nie oglądaliśmy.

Całość była ciepła i przytulna, chociaż tak bardzo rozległa.

Wszystko też wyglądało na stale intensywnie używane.

W jadalni na ścianie mogliśmy obejrzeć grafiki, które przedstawiały plaże i miasta znad Morza Śródziemnego, a ja znałam tamte widoki.

Eva zauważyła moje zainteresowanie i powiedziała mi, że dostała je od swojego pierwszego męża.

- Mój mąż i moja córka, która była w ciąży… - powiedziała nam prawie pogodnie, z zaledwie nikłą nutką smutku w głosie - zginęli w Polsce w wypadku samochodowym.

Kiedy na tę wiadomość obie z Sarą wciągnęłyśmy lekko powietrze i zrobiłyśmy zmartwione miny, Eva zapewniła nas:

- To już nie boli - i uśmiechnęła się zapewniająco - Teraz, kiedy mam nową rodzinę, dzieci, wnuki, męża, który mnie kocha, mogę o tym mówić.

- Alek mówił, że miałaś w Polsce kłopoty… - zaczęłam, ale przerwałam niepewna, czy powinnam o tym wspominać.

- Tak - Eva ponownie się uśmiechnęła - Ale to było tam. Mój syn złożył pozew po wypadku i wygraliśmy duże odszkodowanie, a ponieważ sprawa wpłynęła na prawo drogowe, więc zrobiła się medialna. Prasa nie dawała nam spokoju. To dlatego przyjechałam do Stanów. Żeby się ukryć.

Zamilkła na kilka sekund, kiedy ja myślałam o tym, że prasa nie dawała jej spokoju i o tym, ile Eva straciła, tracąc tam rodzinę.

- I udało mi się - szepnęła, spoglądając za moje ramię do bawialni, gdzie widzieliśmy bawiące się dzieci.

Spojrzała z powrotem na mnie, uśmiechnęła się szerzej, więc wiedziałam, że nie chodziło jej o to, że udało jej się schować przed prasą, nie tylko o to, ale też o to, że udało jej się ułożyć sobie na nowo życie z nową rodziną.

Prawie jej zazdrościłam.

Prawie, bo nie chciałabym przeżywać utraty córki i jej nienarodzonego dziecka, a nie wiedziałam, co Eva czuła do swojego pierwszego męża.

Chodziło o to nowe życie, które tu miała.

O rodzinę.

Nie wiedziałam, czy umiałabym, ale bardzo chciałam mieć rodzinę.

A potem przeszliśmy do pokoju rodzinnego i tam rozsiedliśmy się na bardzo wygodnych kanapach i fotelach.

Poznaliśmy dzieci.

Jej najstarszym synem był Matt, który skończył właśnie trzynaście lat i był bardzo poważnym chłopcem, który uwielbiał piłkę nożną, ale nie taką jak w Stanach, tylko tą z Europy.

Szybko znaleźli wspólne tematy z Frankiem.

Zanim opowiedzieli sobie o różnych zagraniach i podaniach, Jimmy wstał po drzemce po pracy i dołączył do nas, więc później siedzieliśmy w pokoju dziennym w pięć dorosłych osób i z trójką dzieci.

Mogliśmy się przekonać, jak bardzo Matt był podobny do Jimmy’ego.

Eva zrobiła dla nas naleśniki, które były płaskie, zawinięte jak mini-tortille i wypełnione twarożkiem z różnymi musami owocowymi lub kremem czekoladowym - do wyboru, bo dzieci chyba wolały te z czekoladą.

Zrobiła również ciasto z jabłkami, które różniło się od ciast, jakie jadałam, więc przy tej okazji porozmawiałyśmy o pieczeniu.

Eva opowiedziała mi, że przy pieczeniu i gotowaniu bardzo dużo pomagała jej Maria, co mnie bardzo zdziwiło, bo dziewczynka wyglądała na jakieś pięć lat.

Miała sześć.

Ale zachowywała się, jakby miała z osiem.

Była drobniutka, delikatna, ale bardzo poważna, a przy tym tak słodka, że miałam ochotę przez cały czas się do niej uśmiechać.

Kiedy powędrowała z najmłodszym, Davie’m w odległy kąt pokoju, bo opiekowała się nim, jakby była jego drugą mamą, Eva po cichu powiedziała nam, że została przez nich adoptowana dwa lata wcześniej, po śmierci ostatniej z jej rodziny - cioci, która zginęła w pożarze.

Eva spojrzała przy tym na Jimmy’ego, jak na bohatera, więc podejrzewałam, że stał za tym, że dziewczynka była z nimi, ale nie powiedziała nic więcej na ten temat.

Nie pytaliśmy, bo dzieci wróciły w pobliże nas, by pochwalić się jakimiś kolorowankami w zeszytach, które mieli porozkładane po całym pokoju.

Maria pomagała dwu i pół letniemu Davie’mu rysować, znajdowała mu kredki, przynosiła nam, dorosłym niektóre do zatemperowania, więc wszyscy byliśmy wciąż zajęci.

Później Eva pokazała nam dwa dziecinne rysunki, które dumnie wisiały na ścianie bawialni i opowiedziała nam o nich.

Pierwszy, podobno starszy, przedstawiał postać super bohatera w pelerynie żółtej, niczym strój strażaków, która leciała nad płonącym domem.

Eva powiedziała nam, że narysował go Matt, kiedy Jimmy uratował z płonącego domu Marię.

Chodziło o ten pożar, w którym zginęła ciocia Marii.

Więc Jimmy był bohaterem i wciąż to słyszał od bliskich.

Drugi narysowała Maria, był zatytułowany Rodzina i przedstawiał cztery postaci, z których jedna miała pomarańczowe włosy i kółko na brzuchu.

To kółko było podpisane ONA, więc Eva, śmiejąc się, opowiedziała nam, że Maria była przekonana, że będzie miała siostrę.

Kiedy patrzyliśmy na nich, wiedzieliśmy, że nie żałowała tego, że miała zamiast tego młodszego brata.

Jimmy i Eva byli cudownymi, szczodrymi ludźmi, którzy stworzyli rodzinę nie tylko dla siebie, ale również dla tych dzieci.

Dla mnie oboje byli bohaterami.

Czas w tej rodzinie upłynął nam bardzo szybko, a ja z trudem powstrzymałam się, by nie okazać żalu, że musieliśmy wracać do mieszkania, skoro miał tam przyjechać Tom.

Trochę cieszyłam się z tego, że miał do mnie przyjechać i miałam nadzieję, że zostanie ze mną na noc, głównie dlatego jak czułam się poprzedniej nocy, kiedy go nie było.

A czułam się bardzo samotna, opuszczona.

Więc może to była odpowiedź na pytanie Sary i go kochałam.

Chociaż nie byłam pewna, czy nie cieszyłam się za mało.

Następny dzień mieliśmy spędzić głównie razem z Tomem, chociaż ja musiałam popracować, mieliśmy coś do omówienia z Sarą i Frankiem po publikacji tego artykułu o podpaleniach i musiałam pojechać do lekarza na wizytę kontrolną i zmianę opatrunku.

I tak się stało.

Było bardzo miło.

A potem Tom znowu został ze mną na noc i znowu spaliśmy w jednym łóżku, ale do niczego nie doszło.

Więc nadal nie wiedziałam, co czułam.

A właśnie tego dnia, parę godzin temu, Tom, wstając do pracy o piątej rano, obudził mnie, ale kazał mi zostać w łóżku, kiedy przygotowywał się do wyjścia.

Posłuchałam go, więc zasnęłam z powrotem zanim wyszedł.

Nawet nie wiedziałam, kiedy to się stało.

Wstałam trzy godziny później, wyspana i zaskoczona tym, że nie słyszałam, jak zamykał drzwi.

Podeszłam do nich i sprawdziłam, a wtedy przekonałam się, że zamknął je na klucz, który zapasowy leżał na półce pod lustrem w korytarzyku wejściowym, i zabrał go ze sobą.

Nie byłam pewna, czy mi się podobało to, że mnie nie zapytał o zgodę.

Jednak później przeszłam nad tym do porządku, bo uznałam, że to było lepsze, niż gdyby zostawił mnie śpiącą w niezamkniętym mieszkaniu.

Więc kiedy przyszła Sara, bo miałyśmy uzupełnić raport ze stażu, a potem ustalić, co nowego wydarzyło się po tamtym artykule, nie powiedziałam jej nawet o wydarzeniach z poranka.

 A z artykułem, zadziwiająco, nic się nie działo.

Nie miałam żadnych telefonów, nikt nie dopytywał się o nic Joanne, do której zadzwoniłam, żeby ją delikatnie wybadać, czy ktoś się do niej nie zgłosił po informacje, nie było żadnych niepokojących wieści ze szpitala, dokąd zadzwoniła Sara.

Więc wszystko wyglądało na uspokojone.

Dobre.

Na późne popołudnie byłam umówiona z kobietami, bo chyba poważnie zdecydowały się mnie wciągnąć do swojej grupy.

Jeszcze wolałam z nimi nie rozmawiać na temat przyszłości, więc zdecydowałam się nasze spotkanie nazwać potencjalnym pożegnaniem, związanym z tym, że mój pobyt w Stanach się kończył.

Pierwsza dotarła do mojego mieszkania Maggie i od razu powiedziała mi, że przyjedzie również Alice, której jeszcze nie poznałam.

Powiedziała mi również, że mężczyźni będą bezpośrednio po pracy, więc będą głodni i musiałyśmy naszykować dla nich kolację.

Moje mieszkanie było za małe na takie duże spotkanie, więc od razu przenieśliśmy się do mieszkania Sary i Franka, chociaż najpierw zadzwoniłam do Sary, żeby ją uprzedzić.

Ona nawet się z tego ucieszyła.

Powiedzmy szczerze, Frank nie był zadowolony z tego, że miałby spędzić kilka godzin pośród gotujących i plotkujących kobiet, więc wyszedł.

Najpierw do swojej sypialni, ale kiedy przyjechały Eva i Sophie, całkiem wyszedł z mieszkania.

I udał się w nieznanym kierunku.

Ponownie.

A zanim dotarły do nas Eva i Sophie, Maggie opowiedziała mi i Sarze, jak David uratował jej życie.

- Wiesz, Lisa - zaczęła, kiedy stałyśmy we trzy przy blacie w kuchni i ona podsmażała mielone mięso, Sara kroiła cebulę, a ja ziemniaki, bo przygotowywałyśmy zapiekankę mięsną - Miałam kiedyś chłopaka, zanim poznałam Davida. Mieszkałam z nim przez kilka lat.

Spojrzałam na nią, a potem na Sarę, bo z jakiegoś dziwnego powodu, intuicyjnie, uznałam, że to dotyczyło mojego zachowania wobec Toma i jego niewerbalnej deklaracji.

- Utrzymywałam go, gotowałam mu, prałam - wyjawiła nam - Myślałam, że to miłość, więc robiłam wszystko, żeby go zatrzymać i żeby mnie lubił.

Odłożyła na blat łopatkę, którą mieszała mięso na patelni i odwróciła się przodem do mnie, więc ja również opuściłam ręce i popatrzyłam na nią.

- Ale to nie była miłość - podkreśliła z mocą - Z mojej strony to była desperacja, bo chciałam być z kimś. Bałam się samotności. A z jego strony… cóż, on uważał mnie za swoją własność - wzruszyła ramionami.

Przestałam na sekundę oddychać po tym wyznaniu, chociaż już wiedziałam, co chciała mi powiedzieć.

Miałam rację.

Mówiła o moim zachowaniu i zachowaniu Toma.

Bałam się być sama, więc pozwalałam Tomowi, by sądził, że jesteśmy razem, że to coś więcej.

Narażałam się na to, że będzie zły, kiedy mu powiem, że go nie kocham.

I nie było wiadomo, co zrobiłby wtedy, bo go nie znałam.

Ale też nie znałam siebie i nie wiedziałam, czy go kochałam.

 Maggie wróciła do tego, co robiła z mięsem na patelni i przestała na mnie patrzeć, ale wyraz jej twarzy stał się łagodny i czuły.

- A potem poznałam Davida - wyznała - …i dowiedziałam się, co to znaczy kogoś kochać. A kiedy mnie uratował, dowiedziałam się, co to znaczy, kiedy mężczyzna cię kocha.

- Tak? - westchnęłam, bo nie mogłam się opanować.

- Tak - przytaknęła, ale nie spojrzała na mnie - Tamten pierwszy chłopak był zły, że jego własność mu uciekła, więc postanowił mnie ukarać. Paskudnie. David go unieszkodliwił.

Obie z Sarą patrzyłyśmy na nią i na siebie wzajemnie, ale przecież David mnie też wyprowadził z płomieni, uratował, więc znałam jego odwagę i potem, kiedy zobaczyłam jego reakcję na wiadomość o dzieciach, które miały zostać adoptowane, poznałam jego dobroć.

Tylko mogło mnie zaniepokoić słowo „unieszkodliwił”, bo mogło ono oznaczać, że David nie był prostym strażakiem.

W mojej głowie pojawiła się niechciana myśli o Marku, ale zablokowałam ją, bo Marka tu nie było i nie miało być.

Maggie wyłączyła kuchenkę pod patelnią, podeszła do lodówki i zaczęła wyjmować produkty, jakich potrzebowała do zalewy zapiekanki, więc zaczęłyśmy rozmawiać o gotowaniu, ale w mojej głowie kołatała myśl chciałam być z kimś.

Może one obie miały rację i powinnam porozmawiać z Tomem, by wyjaśnić mu to, co mogłam czuć, żeby nie dawać mu nadmiernej nadziei.

Może oszukiwałam sama siebie.

A potem przyszły Eva, Sophie i Alice, które przyniosły wrapy do tortilli i produkty, którymi chciały je napełnić, więc zabrałyśmy się za podsmażanie piersi kurczaka i krojenie, a ponieważ był nas w kuchni dużo, a Sophie była tam tylko po to, by podkradać jedzenie i je „znikać”, więc zrobiło się głośno i wesoło.

Lubiłam to.

Dochodziła szósta piętnaście, kiedy przez nasze rozbawienie przedarł się męski głos, który nas rozproszył.

W powstałej ciszy usłyszałam przyjazny, uspokajający głos Franka, który mówił do kogoś:

- Ona ma się dobrze, stary.

Zaciekawiło mnie to, bo było niespotykane ze strony Franka.

Wyjrzałam więc przez ramię do tyłu, by zobaczyć salon, a potem na to, kogo tam zobaczyłam, odłożyłam wszystko, co trzymałam i odwróciłam się całkiem przodem do nich.

I cały świat zniknął.

Na środku salonu, ubrany w granatowe dżinsy, czarne, skórzane, wiązane wysoko buty, czarną, skórzaną kurtkę stał Mark.

Jego ciemne włosy były świeżo krótko obcięte, a jego ciemne oczy właśnie podniosły się na mnie, kiedy jego usta ułożyły się w atrakcyjny, arogancki uśmieszek.

Taki przystojny.

Nie obchodziło mnie nic poza tym, co czułam.

Bo właśnie wtedy, patrząc na niego, wiedziałam, o czym mówiła Maggie.

Zyskałam tę pewność.

To była miłość.

Kochałam Marka.

Odsunęłam dłonią jedną z kobiet, ale nie widziałam którą, zrobiłam pierwszy krok w jego stronę i wzrok Marka skupił się na mnie, a potem zrobiłam kolejny krok, kiedy wyraz jego twarzy zmienił się i oczy mu rozbłysły, a potem widziałam w nich tylko radość.

Byłam ubrana w niebieskie, obcisłe dżinsy i zwykłą koszulkę z długim rękawem, miałam tylko baleriny na nogach, a włosy miałam rozpuszczone na ramiona, potargane i twarz miałam rozgrzaną od gotowania, ale wyraz jego twarzy mówił, że mu się to podobało.

Była na niej radość i zachwyt.

Więc przestałam się hamować i kolejne moje kroki to był bieg.

Zapomniałam o tym, że księżniczki nie biegały.

Pobiegłam przez salon do Marka, by rzucić mu się w ramiona i pozwolić mu się objąć, zarzucając mu ręce na szyję.

A potem widziałam już tylko jego piękne, czarne oczy z bardzo bliska, czułam jego zapach, jego ciepło, siłę jego męskiego ciała i uśmiechnęłam się promiennie.

- Hej - powiedziałam cicho.

Nie odpowiedział.

Nie werbalnie.

Nagle poczułam, że jedna z jego rąk z moich pleców przesunęła się na mój kark, gdzie objął mnie dłonią pod włosami i pochylił się do mnie.

I pocałował mnie.

Gwałtownie, mocno, z otwartymi ustami, więc ja też otworzyłam swoje, by wsunął język do środka, a potem wysunęłam swój język i zaczęliśmy walkę.

Nasze języki przepychały się, głaskały, walczyły o dominację.

Był pyszny.

Zapomniałam o całym świecie.

Zapomniałam, że staliśmy po środku cudzego salonu, pośród wielu nie-do-końca mi znanych osób.

Liczyliśmy się tylko my dwoje.

Kiedy przerwaliśmy nasz pocałunek, nasze oddechy były przyspieszone, wargi mi mrowiły i chciałam więcej.

- No, to jest powitanie - mruknął Mark, niewątpliwie odnosząc się do naszego pierwszego spotkania.

Uśmiechnęłam się szeroko i przesunęłam dłonie na przód jego ramion, zauważając poniewczasie, że trzymałam kark Marka i jedną z dłoni wsunęłam w jego miękkie włosy.

- Tym razem nie usłyszałem nic o niewkraczaniu do twojej przestrzeni osobistej - dodał żartobliwie, a ja zachichotałam.

Mój chichot umarł, kiedy z boku usłyszeliśmy głos Toma.

Zły, chrapliwy od z trudem tłumionych emocji, brzmiący z bardzo bliska.

Oboje odwróciliśmy głowy w tamtą stronę.

- Nie miałaś problemów, kiedy wkraczałem do twojej przestrzeni osobistej, jak spałem z tobą w twoim łóżku - powiedział, a ja nagle poczułam, że mój oddech zamarł i nie zamierzał wrócić.

Mark napiął chyba wszystkie mięśnie, bo stał się twardy jak skała.

Kiedy Tom mówił, oboje patrzyliśmy na niego, ale później, w dźwięczącej ciszy, która nastąpiła, Mark odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie, więc i ja odwróciłam głowę w jego stronę.

Zobaczyłam w jego oczach błysk bólu, rozczarowanie, odrzucenie i coś jeszcze, ale potem jego twarz stała się całkiem pusta.

Odsunął się.

- Więc, właśnie całowałaś mnie tak, jak mnie całowałaś… - powiedział niebezpiecznym, niskim głosem - po tym jak spałaś z nim? - przerwał na chwilę, by odsunąć się o kolejny krok ode mnie - Masz wszystko, a chcesz więcej, tak, księżniczko?

Moje serce zostało ściśnięte tym tonem jego głosu tak bardzo, że myślałam, że już nigdy nie będzie biło właściwie.

Moje ręce były puste.

- Możesz go mieć - Mark warknął pogardliwie, odwrócił się do drzwi i, nie patrząc na mnie, rzucił ogólnie - Cześć.

Nie mogłam się ruszyć, ani odezwać.

Żaden z moich mięśni nie funkcjonował normalnie.

Wiedziałam, co to było.

Wreszcie to zrozumiałam.

Przez cały ten czas, aż do tej chwili, żyłam za szkłem, w ochronnej szklanej kuli tłumiącej uczucia, w której przez kilka tygodni były uchylone drzwi, więc oglądałam i czułam normalne życie, przyjaźń, miłość.

Kiedy Mark przyszedł poczułam, jakby ciepło z zewnątrz mojej kuli dotykało mnie, więc zrobiłam krok, by je zdobyć i skierowało się do mnie.

Pobiegłam, sięgnęłam i miałam to przez chwilę.

Miałam to.

A teraz zostałam ponownie wepchnięta za szkło i drzwi się zatrzasnęły.

Mogłam tylko patrzeć zza szyby, jak inni czuli, kochali, przyjaźnili się, ale to nie było dla mnie.

Musiałam to przetrwać, stłumić emocje.

Byłam księżniczką.

A księżniczki nie płaczą.

Odwróciłam się sztywno, spojrzałam na kobiety, które stały na progu kuchni w różnych pozach niedowierzania i przestrachu, a potem równie sztywno spojrzałam na Toma.

- Myślę, że powinieneś już iść - powiedziałam do niego zimno, wargami, w których nie miałam czucia.

- Lisa… - powiedział łagodnie - porozmawiajmy… - ale ja nie chciałam go słuchać.

Było na to za późno.

- Powiedziałeś już dosyć - powiedziałam mu, a potem odwróciłam się w stronę sypialni Sary.

- Przepraszam na chwilę - powiedziałam do wszystkich przez ramię i ruszyłam tam, bo zebrać swoje siły do stawienia czoła następnemu, co miało nadejść i następnemu, a potem jeszcze następnemu.

1 komentarz: