David
Trzynaście godzin później, piątek
rano w SLC
Zgodnie
z ich ustaleniami David czekał z tłumem innych oczekujących w hali przylotów
lotniska SLC, by odebrać Lisę.
Kiedy
wreszcie zobaczył ją, schodzącą jako jedna z pierwszych z ruchomych schodów,
ledwie ją rozpoznał.
Miał
cholernie dużo czasu, żeby się jej dobrze przyjrzeć, zanim do niego podeszła,
bo hala była rozległa i jeszcze dość pusta.
Kurwa.
Lisa
była bardzo szczupła, o wiele
szczuplejsza niż pamiętał, była ubrana w wielką, czarną bluzę z kapturem, w
której wręcz ginęła, a płaskie sportowe buty sprawiały, że wydawała się być
mniejsza.
Nie
była umalowana, a na jej twarzy było widać ślady łez i brak snu.
Davida
to cholernie popieprzyło, bo nie był mężczyzną, który mógłby spokojnie patrzeć
na kobiece łzy.
Poznała
go z daleka i od razu skierowała się do niego, idąc przez całą przestrzeń szybkim,
zdecydowanym krokiem.
Nie
biegła.
-
David - powiedziała tylko, kiedy wreszcie do niego dotarła.
Jej
głos był cichy i schrypnięty, ale podniosła wysoko głowę i patrzyła mu prosto w
oczy ze strachem i nadzieją.
David
już to widział.
Wiele
razy.
Taką
samą rozpacz i nadzieję miała w swoich oczach Sophie, kiedy Alex był ciężko ranny,
bo oberwał pieprzoną kulkę w klatkę piersiową, ratując jej życie, a oni czekali
we dwójkę na cholerne wieści pod pieprzoną salą operacyjną.
Taki
sam wzrok miała Ania, kiedy czekała w pieprzonym szpitalu w Nowym Orleanie, zanim
Filip obudził się po postrzale w cholerną tętnicę szyjną.
Kurwa,
tak!
Lisa
kochała Marka.
To
był dowód.
Więc
teraz David wiedział, że nie musiał o nic pytać, ona nie musiała mu niczego
wyjaśniać.
Jej
twarz w tej chwili mówiła wszystko.
-
Lisa - przywitał się David, kierując ich w stronę wyjścia z lotniska - Nie masz
bagażu do odebrania? - dodał.
-
Nie - powiedziała do podłogi - Mam tylko tę torbę.
Ruszyła
ręką, w której trzymała rączkę małej, podręcznej walizki.
David
schylił się i wziął to od niej, nie zatrzymując się.
-
Dziękuję - szepnęła i szła dalej, ale David wyczuł w niej napięcie, które
chciał rozładować.
Potrzebował,
żeby się nie rozpadła, zanim dojechaliby do szpitala.
-
Lisa - mruknął do niej łagodnym tonem - Nie denerwuj się. Będzie dobrze.
Odwróciła
głowę w jego stronę, ale nie zatrzymała się, więc prawie wychodzili z hali
lotniska w stronę parkingu.
-
David - szepnęła ze strachem w głosie, strachem, którego nie opanowała, chociaż
David wiedział, że się starała - Co się stało?
Kurwa.
Nic
jej nie powiedzieli?
Byłoby
lepiej, żeby coś wiedziała.
-
Mark ochraniał rozpieszczonego gówniarza - David postanowił jej powiedzieć tyle
prawdy, ile mógł - Czternastoletniego syna szejka. Gnojek postanowił się
zabawić i uciekł spod ich opieki, a potem wdał się w bójkę. Nie znam
szczegółów. Mark znalazł go w chwili, kiedy tamci wyciągnęli broń. Byli z
gangu. Mark zasłonił gówniarza własnym ciałem.
David
usłyszał, jak Lisa gwałtownie wciągnęła powietrze przez nos, więc cholernie
zastanowił się czy dobrze zrobił.
Kurwa!
Nie
znał jej, ale powiedzieli mu, żeby nie mówił niczego więcej.
Nie
był pewien, czy ta kobieta da radę to opanować, a musieli szybko dojechać do
pieprzonego szpitala.
Lisa
nie zatrzymała się.
Nawet
nie zwolniła i nie podniosła głowy.
David
kierował ją w odpowiednią stronę krótkimi komentarzami, kiedy wyszli z hali i
ruszyli przez parking.
Dotarli
do samochodu i David zapiszczał w zamki, żeby go otworzyć.
Lisa
natychmiast wsiadła na przednie siedzenie pasażera do szarego Grand Cherokee
Davida, który stał na parkingu lotniska, a David wrzucił walizkę Lisy do bagażnika
i wsiadł za kierownicę.
Zatrzasnął
drzwi, spojrzał i zobaczył, że kobieta już zapięła swoje pasy i usiadła prosto,
skupiając wzrok na przedniej szybie.
Dobrze.
Dała
radę.
David
uruchomił silnik i wyjechał z parkingu.
Dojazd
do pieprzonego szpitala i zaparkowanie na tamtejszym cholernie zatłoczonym parkingu
zajęło im prawie dwadzieścia minut.
Całą
pieprzoną drogę przebyli w milczeniu, bo David nie był nadmiernym gadułą, a
Lisa miała o czym myśleć.
Nie
panikowała, była skupiona, chociaż tak cholernie blada.
Prawda
była taka, że David nie lubił jej oszukiwać, ale też nie musiał.
Powiedzieli
jej tylko, że Mark został ranny, a to akurat była prawda.
Plan
był taki, żeby ją ściągnąć prosto do SLC.
-
Wejdziemy bocznym wejściem - mruknął David do Lisy, a ona nie zdziwiła się ani
nie zaprotestowała.
Skinęła
tylko głową.
David
zacisnął usta.
Lisa
była przyzwyczajona do tego, że ktoś inny decydował, jaka droga była najlepsza
i najbardziej bezpieczna.
Racja.
Wysiedli
i przeszli przez parking, wciąż w milczeniu.
Weszli
na odpowiednie piętro i David skierował ich w stronę pieprzonej sali, w której
powinien być jego od-niedawna kumpel.
David
zwolnił, więc Lisa szła przed nim, a on zrobił to z premedytacją, bo zauważył
go pierwszy.
Gówno.
Mark
nie zamierzał zostać w tym pieprzonym szpitalu.
Nie
wtajemniczyli go w tę część planu.
Właśnie
szedł w stronę cholernej windy, w ich
stronę, z ręką na temblaku, ale ubrany już w swoje buty, dżinsy i kurtkę.
Na
zdrowym ramieniu miał przewieszoną sportową torbę, w której najwidoczniej miał
swoje rzeczy.
*****
Lisa
Szłam
za Davidem i nie obchodziło mnie dokąd zmierzaliśmy, bo wierzyłam, że David
zaprowadzi mnie tam, gdzie musieliśmy być.
Byłam
półprzytomna ze zmęczenia i z głodu, ale też od kołujących mi się po głowie
myśli o Marku.
Nie
zjadłam kanapki w samolocie, jak radziła mi Sara, bo nie dałabym rady jej
przełknąć, więc kupiłam sobie tylko wodę.
Bałam
się, że się rozchoruję.
Sara
powiedziała Mark został postrzelony.
Nie
zabity, ale też nie ranny.
To
mogło oznaczać wszystko.
Dlaczego
chcieli, żebym natychmiast
przeleciała pół świata?
Bałam
się.
Przez
całą drogę przez mój umysł przebiegały tylko wspomnienia tego wspaniałego
mężczyzny, nic więcej.
Kochałam
go.
Wiedziałam
to.
Ale
wiedziałam również, że powinnam i że mogłam
żyć bez niego, bo tak byłoby dla niego lepiej, bezpieczniej, a ja już bez niego
żyłam przez ten tydzień.
Pożegnałam
się z nim w duchu.
Ułożyłabym
sobie życie w samotności.
Pod
warunkiem, że wiedziałabym, że on żył gdzieś tam i był szczęśliwy.
A
mógł być szczęśliwy i uszczęśliwić jakąś kobietę.
To
też wiedziałam.
Ta
kobieta byłaby prawdziwą szczęściarą.
Wspominałam
wszystkie te chwile, kiedy udowadniał mi raz za razem, jaki był inteligentny,
jak sprawnie działał, szybko reagował.
Uwielbiałam
jego sprawność.
We
wszystkim.
Zawsze
potrafił mi zapewnić wszystko, czego potrzebowałam, kiedy tylko mu o tym
wspomniałam, nawet jeśli się z tym nie zgadzał.
Umiał
przewidzieć wszelkie sytuacje, nawet najbardziej niezrozumiałe, nietypowe,
dziwaczne lub dziecinne, a także konsekwencje czyjegoś postępowania, nawet tak głupiego,
jak bywało moje.
Myślał
o wszystkim.
A
jednocześnie potrafił być taki delikatny i troskliwy.
Nawet
jego apodyktyczność była teraz dla mnie zrozumiała.
Po
prostu doskonale wiedział, co robił i
wszystko sprawniej działało, jeśli powiedział to krótko i zdecydowanie.
Mogłabym
go słuchać.
Chciałam
móc go słuchać.
Chciałabym
również móc przeprosić go za te okrutne słowa, jakie mu napisałam.
Nie
potrafiłam sobie wyobrazić jego ciepłego, silnego, witalnego ciała, unieruchomionego w jakikolwiek sposób, a zwłaszcza
na zawsze.
Idąc
w zamyśleniu szpitalnym korytarzem, nie od razu zauważyłam, że David został z
tyłu, za mną, że puścił mnie przodem.
Kiedy
się zorientowałam, podniosłam głowę z patrzenia w podłogę i zaczęłam się
odwracać w jego stronę.
Wtedy
go zobaczyłam.
Mark.
Był
tam.
Szedł…
Przytomny…
Żywy…
Zdrowy…
No
prawie, bo zauważyłam temblak, podtrzymujący jego lewe przedramię.
Stanęłam
jak wryta, zaczęłam dygotać, a potem moje opanowanie, które podtrzymywało mnie
przez te kilkanaście godzin i przez całą drogę przez pół świata, rozpadło się.
Nogi
mi się ugięły, ale jeszcze zaczęłam uciekać.
Chciałam
się schować, żeby mógł żyć beze mnie.
Na
miękkich kolanach, chwiejnie odwróciłam się i, zataczając się, zaczęłam iść w
stronę pobliskiej windy.
Nie
widziałam wyraźnie.
Nagle
zostałam otoczona ciepłymi, kochanymi, silnymi ramionami, z których jedno było
owinięte opatrunkiem.
-
Lisa - usłyszałam w uchu kochany,
czuły szept.
Zemdlałam.
*****
David
Kurwa,
tylko tego brakowało.
Kiedy
Lisa odwróciła się i ruszyła, zataczając się w stronę windy, David ruszył w jej
stronę, ale Mark był szybszy.
Rzucił
na podłogę swoją torbę i zrobił kilka wielkich, szybkich kroków.
Upadała,
kiedy mężczyzna ją schwycił, ale miał tylko jedno sprawne ramię, więc oboje
schylili się w stronę podłogi.
David
podtrzymał ją z drugiej strony, kiedy usłyszał jego szept.
Lisa.
To
była ich chwila, tak pełna intymności
i znaczenia, że David poczuł się intruzem, ale nie martwił się tym, że tam był,
bo Lisa zemdlała.
Nie
upadła.
David
złapał ją nad podłogą, ujął pod kolanami jedną ręką, a pod plecami drugą i
ruszył w stronę sali, którą właśnie opuścił Mark.
Odwiedzał
go, widywali się, rozmawiali.
Po
raz pierwszy odwiedził go niecały tydzień wcześniej w jego domu.
Kiedy
Lisa zadzwoniła do Evy, Eva zadzwoniła do niego, a potem uruchomiła coś, co
David znał z wcześniejszych sytuacji różnych kobiet z ich grupy i lubił to.
Najpierw
rozdzwonił się telefon.
Po
kolei, wybrane starannie według znanego tylko im klucza, kobiety z ich grupy zostały
poinformowane ze szczegółami, co zaszło i jak mogą pomóc.
Dbały
o siebie wzajemnie, znały się i angażowały w pierwszej kolejności te, które
mogły coś zrobić.
Nie
panikowały bez sensu.
Nie
plotkowały.
Potem,
a może jednocześnie z tym, każda z nich od ręki wprowadziła w to swojego
mężczyznę, skoro wszyscy byli akurat w domu, bo był to poniedziałek i mieli
dzień wolny od pracy w straży.
Chociaż
nie wciągnęły w to Sophie, bo była w końcu siódmego miesiąca zagrożonej, to
znaczy bardzo mnogiej, ciąży.
Więc
Alex też nic nie wiedział.
Ale
i tak nie pomógłby.
Filip
został wciągnięty w to popieprzenie przez Davida niezależnie od tego, że był w
pracy, bo jego cholerna praca polegała na siedzeniu przy pieprzonym komputerze.
David
od razu zadzwonił do kumpla, nawet zanim cholerne kobiety się zmobilizowały
między sobą.
Ale
Eva nie wciągnęła w to Ani, bo ta była na uczelni.
Jak
zwykle.
Niezależnie
od tego: jej nie potrzebowali, a Filipa tak.
Więc
Filip zajmował się tym, co spieprzyła babka Lisy, która miała swoich wysoko
opłaconych pieprzonych popleczników, a David miał zająć się osobiście Markiem,
więc zdobył od Taylora adres i natychmiast pojechał do mężczyzny do jego domu.
Eva
powiedziała mu, że Lisa martwiła się tylko tym, co o tym wszystkim myślał Mark,
więc to musiało zostać wyjaśnione.
Po
przyjeździe na miejsce, do dużego, rozległego domu rodzinnego typu bungalow z
przynajmniej sześcioma sypialniami na południowych przedmieściach SLC, David zastał
drzwi otwarte szeroko i pierdolony bałagan.
Mark
leżał nieprzytomny, uchlany w pizdu na zarzyganej podłodze własnej kuchni,
między potłuczonymi butelkami po whisky, w zasyfionym, starym, śmierdzącym
ubraniu i z rozciętym policzkiem.
Pojechał
po pieprzoną gorzałę, uchlał się jak świnia, spierdzielił i zgnoił swój dom w
mniej niż dwanaście godzin, więc musiał cholernie zacząć natychmiast po przeczytaniu
tego pieprzonego e-maila.
Kurwa,
co w nim takiego cholernego było?
Kiedy
David wciągnął go do jego pieprzonej, wymyślnej łazienki, rozebrał go z wierzchnich
ubrań i wsadził pod zimny prysznic, gdzie go musiał cholernie trzymać, Mark nieco oprzytomniał tylko
po to, by na zmianę cholernie śmiać się jak szalony, miotać przekleństwa i
złorzeczyć.
Więc
David, chcąc-nie-chcąc, dowiedział się, że pierwsza pieprzona dziewczyna Marka była
od niego starsza o cholernych pięć lat, kiedy on był prawie-nieletni i wykorzystała
jego naiwność, że jego krótkotrwała pieprzona żona była suką nad sukami, a cholerny
dom, w którym byli, miał być dla rodziny, której Mark już nie spodziewał się
mieć.
Ze
słów tego faceta David dowiedział się jednak również czegoś jeszcze, czego
tamten nie powiedział wprost.
Że
Mark kochał Lisę i zaczął sobie wyobrażać ich wspaniałe wspólne życie.
Mężczyzna
marzył o dużej, kochającej się rodzinie i o tym, by taką dać tej kobiecie z
dalekiego kraju.
A
ona obiecała mu zostawić dom, studia, inne gówno i przyjechać do Stanów, a
potem zniszczyła to wszystko jednym e-mailem.
Prawie
niszcząc Marka.
Kiedy
wreszcie Davidowi udało się doprowadzić Marka do stanu jakiej-takiej
użyteczności, wlał w niego pół litra kawy i ogarnął względnie jego dom, cholernie
wyjaśnił mu, jak zadziałała pieprzona babka Lisy.
Kobieta
albo szczerze nienawidziła Lisę albo po prostu cholernie nie czuła niczego do
nikogo, tylko zdobywała pieprzoną władzę, idąc po trupach.
Mark
wydawał się wreszcie rozumieć, jakim był dupkiem, nie ufając w miłość do siebie
kobiety, która obiecała mu porzucenie wszystkiego, całego jej życia i
przeprowadzkę dla niego na drugi
kraniec świata.
David
miał nadzieję, że mu cholernie wytłumaczył, jakie miał pieprzone szczęście, że
spotkał kogoś takiego.
Przekazał
mu również, że ich największym wrogiem była babka Lisy i że Filip się tym
zajął.
Nie
tylko z wdzięczności za uratowanie dokumentów Johnny’ego przez Lisę z tamtego
pieprzonego pożaru.
Coś,
o czym Mark nie wiedział.
David
wiedział, że jego przyjaciel zajął się tym również dlatego, że Filip po prostu taki
był, chociaż nie przekazał tego Markowi.
Mógł
sam się przekonać, później.
Potem,
po całkowitym otrzeźwieniu, Mark przyznał Davidowi, że od następnego dnia miał
cholernie niebezpieczne ze względu na nieprzewidywalność zadanie ochrony
rozwydrzonego gówniarza.
Zamierzał
to olać.
Po
ich rozmowie i ustaleniach co do dalszych działań pojechał tam, żeby zrobić to
i w ten sposób ostatecznie uwolnić się w cholerę od starych pieprzonych
zobowiązań.
Dla
Lisy.
Zadanie
było do wykonania w Denver, a nie na pieprzonych Antypodach, więc David i Mark umówili
się na częste kontakty, żeby Mark był poinformowany, co Filip ustalił w sprawie
babki Lisy.
Trzymali
rękę na cholernym pulsie.
Filip,
a potem i David dowiedzieli się i ukryli przed niepowołanymi oczami to, że Lisa
sprytnie założyła konto w amerykańskim banku i w tajemnicy przeniosła tam swoje
pieniądze.
Albo
większość z nich.
Ani
ona, ani jej adwokatka nie zdawały sobie pieprzonej sprawy, jak cholernie łatwa
do wykrycia była taka transakcja.
To
było dla niej niebezpieczne, bo świadczyło o tym, że Lisa chciała uciekać przed
babką do Stanów.
Tak
samo łatwe do wytropienia było założenie przez Lisę za pośrednictwem Sary
fundacji dla dzieci.
Jeśli
babce Lisy chodziło o pieniądze, to te jej właśnie tam uciekały.
Oczywiście,
ani David ani Filip nie zamierzali ukrywać tego, że Lisa zakładała taką
fundację, a chodziło im tylko o opóźnienie wypłynięcia informacji o tym, skoro
Lisa najwidoczniej nie chciała upubliczniać zatrudnienia Sary.
Bo
dowiedzieli się też, że Sara właśnie pod naciskiem babki Lisy została zwolniona
ze skutkiem natychmiastowym bez odprawy.
Księżna
Charlotte również zatrudniła za ciężkie pieniądze pieprzonego hakera, by
wytropił wszelkie wiadomości o Marku Taylorze.
Haker
okazał się być godną konkurencją dla Filipa, który był dziwnie z tego powodu zadowolony,
co David mógł zrozumieć, bo sam też lubił czasem takie wyzwania w swojej pracy.
Mark
jednak tym się nie przejął.
Podczas
ich rozmowy przy piwie w pewnym barze w Denver, kiedy David i Filip wybrali się
tam na jeden dzień, by porozmawiać o dostępnych dla nich opcjach i wymienić się
informacjami, Mark powiedział im, że w czasach swojej bardzo wczesnej młodości
pracował dla CIA i Secret Service.
Więc
informacje o jego zatrudnieniu były bardzo
utajnione i jego byli przełożeni nie byliby zachwyceni, gdyby jakiś haker
próbował się do nich dobrać, więc mogli zareagować dość agresywnie.
David,
Filip i Mark postanowili więc mu na to
pozwolić.
Współpracowali.
Więc
teraz, wnosząc Lisę do jego pokoju szpitalnego, David czuł się, jakby pomagał
przyjacielowi w potrzebie.
Bo
Mark nie mógł sam wnieść tutaj swojej kobiety i bez wątpienia to pieprzyło mu w
głowie.
Jego
jedna rana nie była poważna, bo miał na sobie kamizelkę kuloodporną.
Ranili
go w ramię, a kula przeszła czysto przez biceps.
Problemem
była druga rana, bo kula utkwiła między kamizelką a pachą Marka, więc musieli
mu rozciąć mięsień skośny klatki piersiowej, nacięli ścięgna, co wiązało się
bez wątpienia z długą rehabilitacją.
Mark
nie powinien poruszać tą ręką.
Ale
na pewno martwił się omdleniem Lisy.
Do
sali za nimi natychmiast wbiegła pielęgniarka, która zauważyła akcję na
korytarzu, ale David już zdążył sprawdzić, więc wiedział, że puls Lisy był
słaby, ale miarowy i oddychała.
Odsunął
się, żeby Mark mógł stać bliżej łóżka i trzymać swoją kobietę za rękę, kiedy
pielęgniarka badała ją z drugiej strony.
Lisa
w trakcie tego, dosyć szybko ocknęła się, rozejrzała się półprzytomnie, a potem
skupiła wzrok na Marku i wyciągnęła w jego stronę rękę.
Objęła
dłonią jego twarz, na co on pozwolił, pochylając się nad łóżkiem, wciągnęła
urywany wdech i zaczęła cicho płakać.
-
Żyjesz - szepnęła.
-
Tak - odpowiedział Mark niskim głosem - Nic mi nie jest.
-
Mark - szepnęła, przyciągnęła tego głowę do siebie, a on objął ją mocniej,
odpychając całkiem pielęgniarkę i wtulił jej twarz w swoją szyję.
Po
krótkiej chwili puścił ją i popatrzył uważnie na jej twarz.
-
Co to było? - spytał surowo.
Lisa
zagryzła wnętrze dolnej wargi i popatrzyła na Marka ze skruchą.
-
Nie jadłam - przyznała się.
Kurwa.
To
było z głodu?
-
Od jak dawna? - spytał ją Mark nieszczęśliwym tonem.
-
Od… - zawahała się i zamilkła.
-
Lisa! - mruknął Mark takim
ostrzegawczym warknięciem, że David miał ochotę się roześmiać, bo znał to ze
swoich rozmów z Maggie dawno temu.
Nie
zaśmiał się.
-
Od wczorajszego wieczoru - przyznała Lisa szeptem.
-
Kurwa - mruknął Mark, opuszczając głowę.
-
Tylko od wieczora i już pani zemdlała? - zapytała z boku pielęgniarka - Wezwę
lekarza.
-
To dla niej prawie doba - wyjaśnił półgłosem David, a pielęgniarka zamarła -
Ona przyleciała z Anglii - dodał David wyjaśniająco.
-
Cóż - rzuciła stanowczo pielęgniarka - w takim razie kroplówka z glukozą.
-
Nie - zawołała Lisa ze strachem - Ja coś
zjem! Obiecuję.
-
Ale to trzeba już - powiedział pielęgniarka.
Mark
sięgnął do torby, którą przyniósł ze sobą z korytarza i wyciągnął z jej
kieszeni baton energetyczny, który dostarczył mu do szpitala David, kiedy odwiedził
go poprzedniego dnia, kiedy tylko dowiedział się, że Mark tam był.
Mark
nie chciał powiadamiać swojej rodziny.
-
Jedz - powiedział i podał batonika Lisie, która zrobiła na ten widok bardzo
niemądrą minę.
Ale
nie zaprotestowała.
Bardzo
mądrze.
Pielęgniarka
przyniosła jej kubek z wodą, kiedy ta siedziała oparta na podniesionym łóżku i żuła
mozolnie.
-
Mark - szepnęła Lisa po jakiś czasie - Ja muszę ci…
-
Nie teraz, Lady - mruknął do niej Mark.
-
Ale, ja… - zaczęła znowu.
-
Później - powiedział Mark i wyprostował się.
Więc
jadła w ciszy.
Czekali:
David oparty biodrami o parapet, a Mark siedzący na brzegu łóżka.
*****
Mark
Mark
siedział na do niedawna swoim łóżku, skierowany tułowiem w stronę Lisy, która
prawie leżała na nim i jadła batona, jakby go bardzo nie lubiła.
Może
i nie lubiła.
Nie
wiedział.
Nie
obchodziło go to w tej chwili, bo ona potrzebowała energii, a on przeżywał
swoją radość z tego, że ją zobaczył i strach, kiedy zemdlała.
Kiedy
tamtego dnia, prawie tydzień wcześniej, przeczytał tego pieprzonego e-maila,
mógł myśleć tylko o tym, że znowu został wypieprzony, kiedy już przyzwyczaił
się do myśli, że będzie miał rodzinę.
Tak
bardzo chciał dać rodzinę Lisie.
Kochał
ją, chciał ją mieć i chciał dać jej wszystko, ale już wiedział, że właśnie tego nie miała.
Rodziny.
A
on o takiej marzył.
Patrzył
na cień dawnej Lisy, zagubiony w tej wielkiej, brzydkiej, męskiej bluzie i
ogarniała go czułość.
Kochała
go.
Kiedy
siedzieli z Davidem i Filipem w barze nad piwem, ustalili plan, dzięki któremu
Lisa mogła bezpiecznie przylecieć do Stanów, a Mark powiedział im, że martwił
się tymi cholernymi zaręczynami.
Nie
dlatego, że Lisa miała się zaręczyć.
Dla
niego i dla Lisy nie miałoby to znaczenia.
Ale
babka Lisy bez wątpienia wymyśliłaby coś, żeby związać Lisę mocniej z jakimś
fagasem, który byłby posłuszny jej, księżnej Charlotcie i przekazałby jej
pieniądze Lisy.
Bo
okazało się, że Lisa miała więcej, niż ktokolwiek z nich sądził po tym, jak
spotykali ją w Stanach w różnych sytuacjach.
Filip
przyznał podczas ich rozmowy w barze, że pewne ruchy babki właśnie na to
wskazywały.
Więc
pieprzona księżna miała po prostu
chrapkę na majątek Lisy.
A
Lisa okazała się sprytna, mądra i przebiegła.
Sama
wymyśliła, jak ukryć większość swojego majątku, dużą część przeznaczyła na wybrane
przez siebie cele, znalazła dwie kobiety, którym mogła ufać i wypisała na nie
upoważnienia.
Wystarczyło
teraz, żeby Filip to kontrolował.
Praca
w ochronie pieprzonego gnojka, rozpieszczonego synalka szejka, była wrzodem na
Marka tyłku nie tylko dlatego, że była.
Gówniarz
okazał się być gorszy, mniej przewidywalny i bardziej szalony, niż Mark sobie
mógł wyobrazić, a wyobrażał sobie dużo złego.
Więc
te cztery dni były bardzo frustrujące.
Ale
nie ma tego złego…
Dzięki tamtej krótkiej pracy Lisy w Opiece Społecznej SLC i dzięki temu pieprzonemu pożarowi, poznała naprawdę fantastycznych ludzi, więc Mark musiał powiedzieć, że jego Lady miała dużo szczęścia.
Mark
dzięki niej też.
Więc
właśnie z pomocą tych ludzi, przy współpracy z Frankiem i Sarą, Mark wymyślił,
żeby ściągnąć Lisę do Stanów przed
zaręczynami.
Wszystko
było ustalone.
Miała
polecieć do Nowego Jorku, spędzić tam kilka dni, przyczaić się i ukryć, a potem
przylecieć do Denver, skąd Mark odebrałby ją samochodem.
A
potem Mark został ranny.
Wydawało
się, że jego pieprzony plan się rozsypał, kiedy gnojek uciekł spod ich kurateli
i poszedł do szemranego klubu nocnego z łatwymi panienkami, które okazały się
nie-za-darmo, a potem głupio wdał się w cholerną awanturę z narąbanymi
członkami jednego z pieprzonych gangów Denver.
Mark
go uratował i nie stało się nic poważnego.
Ale
został raniony i wylądował w cholernym szpitalu akurat wtedy, kiedy miał
sprowadzić Lisę do swojego domu.
Właśnie
patrzył na popieprzone efekty alternatywnego cholernego planu, jaki wcielili w
życie ich przyjaciele.
-
Tak się bałam - wyszeptała Lisa,
krztusząc się kęsami batonika i ciągnąc nosem - Myślałam…
Mark
zamknął oczy i pochylił głowę.
-
Sorki, stary - mruknął za jego plecami David - To nie był mój pomysł. Nie
chciałem jej okłamywać.
Mark
otworzył oczy, by spojrzeć na swoją Lady, która nie patrząc na niego, posłusznie
żuła bez smaku i połykała kawałki batonika, popijając go wodą.
-
Już dobrze - warknął, wciąż zły na to, że przestraszyli Lisę.
Nie
mógł sobie nawet wyobrazić, co czuła lecąc kilkanaście godzin tyle tysięcy mil,
sądząc, że on jest poważnie ranny, a może nawet, że umierał.
-
Powiedzieli mi tylko, że zostałeś postrzelony - szepnęła Lisa - To ja
wymyśliłam, co mogło się stać.
-
Już dobrze, Lady - mruknął do niej Mark i spojrzał w jej oczy.
Zielone,
piękne oczy, które były zapadnięte z niewyspania, łez, głodu i cholera
wiedziała czego jeszcze.
-
Powinnam była… - zaczęła Lisa, ale Mark pokręcił głową i przerwała.
-
Pomyśl, stary, tak… - zaczął znowu David za jego plecami - Masz właśnie najlepszy
dowód na to, że ona cię kocha.
Mark
zobaczył, że Lisa najpierw zatrzymała oddech, a potem zaczerwieniła się, by
następnie opuścić oczy na kubek z wodą i wciągnąć urywany wdech.
-
Ja to wiedziałem - szepnął Mark tak, żeby usłyszała to tylko ona.
Podniosła
oczy na niego i uśmiechnęła się tak, jakby jasność rozlewała się po całej jej
twarzy.
Stopniowo
uśmiech odejmował jej usta, oczy, policzki, aż cała jej twarz stała się
łagodna, ciepła i piękna.
Kurwa,
nie, nie piękna.
Zawsze
była piękna.
Teraz
stała się oszałamiająca.
-
Jedźmy do naszego domu - szepnął jeszcze do niej Mark, a na to jej twarz się rozpadła i do oczu rzuciły jej się łzy.
Mark
objął bok jej głowy prawą dłonią, przyciągnął ją do swoich ust i pocałował ją delikatnie.
A
potem ją puścił, pozwolił, żeby drżącą ręką włożyła resztkę batonika do ust i
wstał, żeby zabrać papiery od pielęgniarki, powiedzieć, że wszystko było w
porządku i wypierdzielać do domu.
Do
ich domu.
*****
Lisa
Kiedy
wreszcie pozwolili mi zejść z tamtego łóżka i wypuścili nas ze szpitala,
zeszliśmy na przyszpitalny parking do samochodu Davida i zaczęliśmy do niego wsiadać.
Początkowo
David otworzył przednie drzwi pasażera, ale oboje z Markiem, nie rozmawiając o
tym, podeszliśmy do tylnych drzwi i wsiedliśmy tam razem.
David
zatrzasnął przednie drzwi, uśmiechnął się dziwnie do swoich butów, przeszedł do
drzwi kierowcy i wsiadł za kierownicę tylko po to, żeby natychmiast odwrócić
się na siedzeniu i popatrzeć na nas, siedzących z tyłu.
Chodziło
mu zapewne to, że oboje co prawda zapięliśmy pasy, ale nie siedzieliśmy na
odległych miejscach.
Ja
siedziałam na środkowym, zapięłam pas na brzuchu i oparłam się o prawy bok
Marka tak, żeby leżeć na nim, więc miałam twarz mocno wtuloną w jego klatkę
piersiową, kiedy wyjeżdżaliśmy wreszcie z parkingu.
Jechaliśmy
krótko, a je nie zauważyłam co się stało, kiedy po kilku minutach usłyszałam niski,
cichy pomruk Marka:
-
Chyba sobie jaja robisz.
Podniosłam
trochę głowę, a właściwie odwróciłam ją tak, by patrzeć i zobaczyłam, że
wjeżdżaliśmy na parking Walmartu.
David
miał zamiar robić zakupy?
-
Stary - powiedział David niskim głosem, patrząc na Marka w lusterku wstecznym z
cieniem uśmiechu, co widziałam, skoro wciąż miałam głowę na jego klatce
piersiowej - Byłem u ciebie w domu i wiem, że jak chcesz, żeby Lisa nie umarła
z głodu, to musisz najpierw zrobić zakupy.
Kończył
parkowanie, kiedy się tak przekomarzali.
Zaprzyjaźnili
się!
-
Jezu - mruknął Mark bez złości i popatrzył na podsufitkę - Ale ty masz gadane,
facet.
David
uśmiechnął się do niego w lusterku, wyszczerzając komplet zębów spomiędzy
czarnej brody i wąsów.
Pomyślałam,
że było to bardzo atrakcyjne i zastanowiłam się, jak Mark wyglądałby z brodą.
Na
razie nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się podporządkować.
-
Przepraszam, Lady - mruknął Mark, odsuwając się lekko, by wydostać się spode
mnie - Muszę wykonać drobne zadanie logistyczne.
-
Ja chcę zrobić zakupy - powiedziałam
nagle rześkim, pełnym głosem i prostując plecy.
I
bardzo chciałam.
Jechaliśmy
z Markiem do naszego domu, gdzie będę
miała moją kuchnię, więc chciałam
zrobić zakupy, by tam gotować śniadanie, lunch i kolację dla mojego mężczyzny.
To
było takie super.
Najlepsze
uczucie na świecie.
Uzupełnione
o najlepsze uczucie na świecie, jakim było ciepłe, silne i witalne ciało Marka obok mojego, było genialne, nieporównywalne z
niczym.
-
Robiłaś już kiedyś zakupy? - zapytał nagle David ze śmiechem w głosie.
-
Nie całkiem - przyznałam się, ale przecież byłam z Sarą i Frankiem, kiedy oni
robili zakupy, jak mieszkaliśmy w SLC - Ale chcę spróbować.
-
Okej - mruknął nie rozbawiony Mark - To chodźmy.
Odpięłam
swój pas i pas Marka, którego zapięcie miałam pod biodrem, Mark wysiadł i
wyciągnął do mnie rękę, a potem wyciągnął mnie na asfalt parkingu przy Walmarcie.
Stanęłam
na nogach obok samochodu, podniosłam głowę, żeby widzieć jego oczy i
uśmiechnęłam się do niego promiennie.
Pokręcił
głową z małym uśmiechem, złapał mnie za rękę i poszliśmy za Davidem, który po
drodze zapiszczał w zamki, by zamknąć samochód.
Wzięliśmy
wózek spod daszku, gdzie było dużo wózków spiętych jeden z drugim za pomocą
łańcuszków, a ja to widziałam po raz pierwszy, bo zwykle robił to Frank i nigdy
nie widziałam skąd się bierze wózek.
Nie
przyznałam się do tego.
Weszliśmy
do sklepu i skierowaliśmy się od razu do działu spożywczego.
Mówiłam
po drodze, co moglibyśmy kupić, wymyślając jakie dania chciałabym ugotować i
pamiętając przepisy z mojego kursu gotowania, a David czasem chichotał pod
nosem, ale wrzucał wszystko do wózka, podpowiadając mi też, jeśli coś
proponowałam, a on uważał, że lepsze byłoby coś innego.
Mark
raczej się nie wtrącał w nasze przekomarzanie, chociaż sam wrzucił do wózka
kilka paczek różnych makaronów.
Mieliśmy
więc produkty na chili, na lasagne, zapiekankę ziemniaczaną i makaronową, na
risotto, na tosty francuskie, na omlety, ale też owsiankę, bekon, pieczywo i
sery, kiedy weszliśmy w aleję z kawami i herbatami.
-
Lisa lubi herbatę - mruknął do Davida Mark.
-
Jak Eva - odmruknął David - …więc kupimy to, co kupowałem kiedyś dla Evy, jak
nie mogła sama, a Jimmy był ranny.
Robił
to?
Zapatrzyłam
się na niego, bo nie wyobrażałam sobie wcześniej tego, jak mogły wyglądać
sytuacje, w których pomagali sobie wzajemnie.
Przypomniałam
sobie, co kobiety mówiły o tym, że David je uratował.
Nie
sądziłam, żeby myślały wtedy o robieniu zakupów.
Więc
David był mężczyzną, który raczej nie zajmował się zakupami.
Ale
je również potrafił zrobić.
Odwróciłam
się do półek z kawami.
-
Mark… - zawahałam się, biorąc z półki kawę ziarnistą, której markę znałam z
domu - Czy masz ekspres do kawy?
-
Musimy kupić - mruknął Mark i odwróciliśmy się w stronę sprzętu AGD.
W
tej samej chwili stanęliśmy oboje zszokowani, bo David wybuchnął głośnym,
huczącym śmiechem.
-
Kurwa! - ryknął na cały sklep - Uwielbiam to.
Ojej!
*****
Kiedy
wjechaliśmy na podjazd domu Marka, wysiadłam oszołomiona.
Nie
wiedziałam, czego się spodziewałam, ale po spędzeniu kilku tygodni w SLC miałam
jakieś pojęcie, jak wyglądały przeciętne domy w tym mieście.
Dom
Marka nie był przeciętny.
Był
duży w sensie rozległy.
Wyglądało
na to, że miał więcej niż dwie sypialnie, o wiele
więcej, a do tego miał duży trawnik, taras i garaż na trzy samochody.
Był
płaski, bo, sądząc po rozmieszczeniu okien, miał trzy poziomy, ale były to
półpiętra, czyli do kolejnych pomieszczeń raczej nie wchodziło się wysoko, a
jedynie kilka stopni w dół i w górę.
Był
jasnożółty, pokryty w całości brązowym dachem z ładną dachówką, miał ganek z przednim
tarasem przykrytym takim samym dachem i atrakcyjną ścieżkę z płaskich piaskowców
prowadzącą do głównego wejścia od podjazdu.
Był
piękny.
Idealny.
-
Witaj w domu - powiedział Mark, kiedy dotarł do mnie po wyjęciu z bagażnika
naszych toreb.
Staliśmy
tak obok siebie przez dwie sekundy, a potem odwróciłam się przodem do Marka i
spojrzałam w jego piękne, prawie czarne oczy.
-
Jest idealny - szepnęłam - Dziękuję.
-
Może wejdziemy? - zagrzmiał z boku głos Davida, więc obejrzałam się w jego
stronę, żeby zobaczyć, że nie był zły.
Oczy
mu się śmiały i wyglądał, jak ktoś, komu ulżyło.
Tak.
David
był dobrym przyjacielem.
Dobrze,
że był przyjacielem Marka.
Zaczęliśmy
wspólnie rozpakowywać torby z bagażnika, ale Mark się w końcu zdenerwował i
zagonił mnie do drzwi wejściowych.
Otworzył
je, pokazał mi jak rozbroić alarm i go z powrotem zabezpieczyć.
Weszliśmy
wprost do kuchni z pierwszymi torbami, odłożyliśmy je na blaty i faceci poszli
po pozostałe.
Zaczęłam
wyjmować kupione przez nas produkty, otwierałam po kolei szafki i starałam się
odgadnąć, gdzie co Mark trzymał i serce mi zamierało.
Kuchnia
był bardzo słabo wyposażona.
Mark
właściwie nic w niej nie miał oprócz
najbardziej istotnych sprzętów.
Lodówka
była całkiem pusta, co mogło być zrozumiałe, skoro przecież Mark pracował przez
ostatni tydzień w Denver, co wiedziałam, że miał robić, ale poza tym w szafkach
nie było nic.
Żadnych
puszek, soli, cukru, mąki, kaszy, ryżu, makaronu…
Żadnych
produktów trwałych, z których można by ugotować coś na szybko po powrocie z
pracy, nawet jeśli to była praca gdzieś daleko i długo.
Nikt
o Marka nie dbał?
A
co z jego mamą i siostrą?
Przecież
wiedziałam, że mieszkały w tym mieście.
Kiedy
wreszcie faceci przynieśli wszystko do domu z bagażnika, David pożegnał się,
mówiąc, że musiał jechać do Maggie i do dzieci.
Oczywiście,
że musiał.
Podziękowaliśmy
mu i wygoniliśmy go, żeby się do nich pospieszył, a ja przekazałam ode mnie
pozdrowienia dla Maggie.
Kiedy
zostaliśmy sami, wróciłam do rozpakowywania rzeczy do szafek, ale Mark podszedł
do moich pleców i stanął tak blisko, ze czułam jego gorące ciało na całej moje
długości, a raczej wysokości.
-
Chcesz zobaczyć nasz dom? - zapytał w moją szyję, a ja poczułam szczęśliwy
dreszcz.
Tak,
chciałam.
Podniosłam
głowę, odłożyłam na blat wszystko, co właśnie trzymałam i odwróciłam się do
niego, obejmując jedną dłonią jego prawe przedramię, a drugą lewe biodro.
-
Chcę - szepnęłam prosto w jego usta, bo był tak blisko.
-
To chodźmy - powiedział i pociągnął mnie za sobą, odsuwając się i robiąc krok
do tyłu, a potem kolejny, by przejść przez dużą kuchnię, połączoną wyspą z
jadalnią, która łączyła się łukowym przejściem z salonem.
Po
drugiej stronie wejścia do domu była część rodzinna, która zaczynała się
obniżeniem, w którym mogła być kiedyś bawialnia z wyjściem na tylni taras.
Wszystko
było rozległe, przestrzenne i… puste.
-
To dom dla dużej rodziny - powiedział mi Mark w zamyśleniu, kiedy staliśmy w dużych
przeszklonych drzwiach wychodzących na tylni taras i patrzyliśmy na zaniedbany
trawnik.
-
Bardzo mi się podoba - powiedziałam mu półgłosem.
Uścisnął
mnie delikatnie prawą ręką.
Zrobiło
mi się nagle bardzo smutno z jego powodu.
Nie
wiedziałam dlaczego miał taki dom, ale podejrzewałam, że chciał mieć dużą
rodzinę.
Babka
Charlotta powiedziała mi, że Mark zostawił swojej byłej żonie wszystko, ale tego domu jej nie oddał.
Więc
to ona nie chciała mieć dużej
rodziny.
Może
to był jeden lub główny powód ich rozstania?
Nie
mogłam pytać.
Nie
chciałam być nadmiernie wścibska.
Jak
nadejdzie czas, to Mark sam opowie mi, dlaczego miał taki duży dom i dlaczego ten dom stał pusty.
-
Muszę zrobić dla nas lunch - powiedziałam i odwróciłam się do Marka przodem, by
zobaczyć, jak jego twarz stawała się łagodna, pogodna i ciepła w taki sposób,
że był jeszcze przystojniejszy.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń