niedziela, 16 października 2022

10 - Dom

 

 Rozdział 10

Dom

David

 

 

Trzynaście godzin później, piątek rano w SLC

Zgodnie z ich ustaleniami David czekał z tłumem innych oczekujących w hali przylotów lotniska SLC, by odebrać Lisę.

Kiedy wreszcie zobaczył ją, schodzącą jako jedna z pierwszych z ruchomych schodów, ledwie ją rozpoznał.

Miał cholernie dużo czasu, żeby się jej dobrze przyjrzeć, zanim do niego podeszła, bo hala była rozległa i jeszcze dość pusta.

Kurwa.

Lisa była bardzo szczupła, o wiele szczuplejsza niż pamiętał, była ubrana w wielką, czarną bluzę z kapturem, w której wręcz ginęła, a płaskie sportowe buty sprawiały, że wydawała się być mniejsza.

Nie była umalowana, a na jej twarzy było widać ślady łez i brak snu.

Davida to cholernie popieprzyło, bo nie był mężczyzną, który mógłby spokojnie patrzeć na kobiece łzy.

Poznała go z daleka i od razu skierowała się do niego, idąc przez całą przestrzeń szybkim, zdecydowanym krokiem.

Nie biegła.

- David - powiedziała tylko, kiedy wreszcie do niego dotarła.

Jej głos był cichy i schrypnięty, ale podniosła wysoko głowę i patrzyła mu prosto w oczy ze strachem i nadzieją.

David już to widział.

Wiele razy.

Taką samą rozpacz i nadzieję miała w swoich oczach Sophie, kiedy Alex był ciężko ranny, bo oberwał pieprzoną kulkę w klatkę piersiową, ratując jej życie, a oni czekali we dwójkę na cholerne wieści pod pieprzoną salą operacyjną.

Taki sam wzrok miała Ania, kiedy czekała w pieprzonym szpitalu w Nowym Orleanie, zanim Filip obudził się po postrzale w cholerną tętnicę szyjną.

Kurwa, tak!

Lisa kochała Marka.

To był dowód.

Więc teraz David wiedział, że nie musiał o nic pytać, ona nie musiała mu niczego wyjaśniać.

Jej twarz w tej chwili mówiła wszystko.

- Lisa - przywitał się David, kierując ich w stronę wyjścia z lotniska - Nie masz bagażu do odebrania? - dodał.

- Nie - powiedziała do podłogi - Mam tylko tę torbę.

Ruszyła ręką, w której trzymała rączkę małej, podręcznej walizki.

David schylił się i wziął to od niej, nie zatrzymując się.

- Dziękuję - szepnęła i szła dalej, ale David wyczuł w niej napięcie, które chciał rozładować.

Potrzebował, żeby się nie rozpadła, zanim dojechaliby do szpitala.

- Lisa - mruknął do niej łagodnym tonem - Nie denerwuj się. Będzie dobrze.

Odwróciła głowę w jego stronę, ale nie zatrzymała się, więc prawie wychodzili z hali lotniska w stronę parkingu.

- David - szepnęła ze strachem w głosie, strachem, którego nie opanowała, chociaż David wiedział, że się starała - Co się stało?

Kurwa.

Nic jej nie powiedzieli?

Byłoby lepiej, żeby coś wiedziała.

- Mark ochraniał rozpieszczonego gówniarza - David postanowił jej powiedzieć tyle prawdy, ile mógł - Czternastoletniego syna szejka. Gnojek postanowił się zabawić i uciekł spod ich opieki, a potem wdał się w bójkę. Nie znam szczegółów. Mark znalazł go w chwili, kiedy tamci wyciągnęli broń. Byli z gangu. Mark zasłonił gówniarza własnym ciałem.

David usłyszał, jak Lisa gwałtownie wciągnęła powietrze przez nos, więc cholernie zastanowił się czy dobrze zrobił.

Kurwa!

Nie znał jej, ale powiedzieli mu, żeby nie mówił niczego więcej.

Nie był pewien, czy ta kobieta da radę to opanować, a musieli szybko dojechać do pieprzonego szpitala.

Lisa nie zatrzymała się.

Nawet nie zwolniła i nie podniosła głowy.

David kierował ją w odpowiednią stronę krótkimi komentarzami, kiedy wyszli z hali i ruszyli przez parking.

Dotarli do samochodu i David zapiszczał w zamki, żeby go otworzyć.

Lisa natychmiast wsiadła na przednie siedzenie pasażera do szarego Grand Cherokee Davida, który stał na parkingu lotniska, a David wrzucił walizkę Lisy do bagażnika i wsiadł za kierownicę.

Zatrzasnął drzwi, spojrzał i zobaczył, że kobieta już zapięła swoje pasy i usiadła prosto, skupiając wzrok na przedniej szybie.

Dobrze.

Dała radę.

David uruchomił silnik i wyjechał z parkingu.

Dojazd do pieprzonego szpitala i zaparkowanie na tamtejszym cholernie zatłoczonym parkingu zajęło im prawie dwadzieścia minut.

Całą pieprzoną drogę przebyli w milczeniu, bo David nie był nadmiernym gadułą, a Lisa miała o czym myśleć.

Nie panikowała, była skupiona, chociaż tak cholernie blada.

Prawda była taka, że David nie lubił jej oszukiwać, ale też nie musiał.

Powiedzieli jej tylko, że Mark został ranny, a to akurat była prawda.

Plan był taki, żeby ją ściągnąć prosto do SLC.

- Wejdziemy bocznym wejściem - mruknął David do Lisy, a ona nie zdziwiła się ani nie zaprotestowała.

Skinęła tylko głową.

David zacisnął usta.

Lisa była przyzwyczajona do tego, że ktoś inny decydował, jaka droga była najlepsza i najbardziej bezpieczna.

Racja.

Wysiedli i przeszli przez parking, wciąż w milczeniu.

Weszli na odpowiednie piętro i David skierował ich w stronę pieprzonej sali, w której powinien być jego od-niedawna kumpel.

David zwolnił, więc Lisa szła przed nim, a on zrobił to z premedytacją, bo zauważył go pierwszy.

Gówno.

Mark nie zamierzał zostać w tym pieprzonym szpitalu.

Nie wtajemniczyli go w tę część planu.

Właśnie szedł w stronę cholernej windy, w ich stronę, z ręką na temblaku, ale ubrany już w swoje buty, dżinsy i kurtkę.

Na zdrowym ramieniu miał przewieszoną sportową torbę, w której najwidoczniej miał swoje rzeczy.

*****

Lisa

Szłam za Davidem i nie obchodziło mnie dokąd zmierzaliśmy, bo wierzyłam, że David zaprowadzi mnie tam, gdzie musieliśmy być.

Byłam półprzytomna ze zmęczenia i z głodu, ale też od kołujących mi się po głowie myśli o Marku.

Nie zjadłam kanapki w samolocie, jak radziła mi Sara, bo nie dałabym rady jej przełknąć, więc kupiłam sobie tylko wodę.

Bałam się, że się rozchoruję.

Sara powiedziała Mark został postrzelony.

Nie zabity, ale też nie ranny.

To mogło oznaczać wszystko.

Dlaczego chcieli, żebym natychmiast przeleciała pół świata?

Bałam się.

Przez całą drogę przez mój umysł przebiegały tylko wspomnienia tego wspaniałego mężczyzny, nic więcej.

Kochałam go.

Wiedziałam to.

Ale wiedziałam również, że powinnam i że mogłam żyć bez niego, bo tak byłoby dla niego lepiej, bezpieczniej, a ja już bez niego żyłam przez ten tydzień.

Pożegnałam się z nim w duchu.

Ułożyłabym sobie życie w samotności.

Pod warunkiem, że wiedziałabym, że on żył gdzieś tam i był szczęśliwy.

A mógł być szczęśliwy i uszczęśliwić jakąś kobietę.

To też wiedziałam.

Ta kobieta byłaby prawdziwą szczęściarą.

Wspominałam wszystkie te chwile, kiedy udowadniał mi raz za razem, jaki był inteligentny, jak sprawnie działał, szybko reagował.

Uwielbiałam jego sprawność.

We wszystkim.

Zawsze potrafił mi zapewnić wszystko, czego potrzebowałam, kiedy tylko mu o tym wspomniałam, nawet jeśli się z tym nie zgadzał.

Umiał przewidzieć wszelkie sytuacje, nawet najbardziej niezrozumiałe, nietypowe, dziwaczne lub dziecinne, a także konsekwencje czyjegoś postępowania, nawet tak głupiego, jak bywało moje.

Myślał o wszystkim.

A jednocześnie potrafił być taki delikatny i troskliwy.

Nawet jego apodyktyczność była teraz dla mnie zrozumiała.

Po prostu doskonale wiedział, co robił i wszystko sprawniej działało, jeśli powiedział to krótko i zdecydowanie.

Mogłabym go słuchać.

Chciałam móc go słuchać.

Chciałabym również móc przeprosić go za te okrutne słowa, jakie mu napisałam.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić jego ciepłego, silnego, witalnego ciała, unieruchomionego w jakikolwiek sposób, a zwłaszcza na zawsze.

Idąc w zamyśleniu szpitalnym korytarzem, nie od razu zauważyłam, że David został z tyłu, za mną, że puścił mnie przodem.

Kiedy się zorientowałam, podniosłam głowę z patrzenia w podłogę i zaczęłam się odwracać w jego stronę.

Wtedy go zobaczyłam.

Mark.

Był tam.

Szedł…

Przytomny…

Żywy…

Zdrowy…

No prawie, bo zauważyłam temblak, podtrzymujący jego lewe przedramię.

Stanęłam jak wryta, zaczęłam dygotać, a potem moje opanowanie, które podtrzymywało mnie przez te kilkanaście godzin i przez całą drogę przez pół świata, rozpadło się.

Nogi mi się ugięły, ale jeszcze zaczęłam uciekać.

Chciałam się schować, żeby mógł żyć beze mnie.

Na miękkich kolanach, chwiejnie odwróciłam się i, zataczając się, zaczęłam iść w stronę pobliskiej windy.

Nie widziałam wyraźnie.

Nagle zostałam otoczona ciepłymi, kochanymi, silnymi ramionami, z których jedno było owinięte opatrunkiem.

- Lisa - usłyszałam w uchu kochany, czuły szept.

Zemdlałam.

*****

David

Kurwa, tylko tego brakowało.

Kiedy Lisa odwróciła się i ruszyła, zataczając się w stronę windy, David ruszył w jej stronę, ale Mark był szybszy.

Rzucił na podłogę swoją torbę i zrobił kilka wielkich, szybkich kroków.

Upadała, kiedy mężczyzna ją schwycił, ale miał tylko jedno sprawne ramię, więc oboje schylili się w stronę podłogi.

David podtrzymał ją z drugiej strony, kiedy usłyszał jego szept.

Lisa.

To była ich chwila, tak pełna intymności i znaczenia, że David poczuł się intruzem, ale nie martwił się tym, że tam był, bo Lisa zemdlała.

Nie upadła.

David złapał ją nad podłogą, ujął pod kolanami jedną ręką, a pod plecami drugą i ruszył w stronę sali, którą właśnie opuścił Mark.

Odwiedzał go, widywali się, rozmawiali.

Po raz pierwszy odwiedził go niecały tydzień wcześniej w jego domu.

Kiedy Lisa zadzwoniła do Evy, Eva zadzwoniła do niego, a potem uruchomiła coś, co David znał z wcześniejszych sytuacji różnych kobiet z ich grupy i lubił to.

Najpierw rozdzwonił się telefon.

Po kolei, wybrane starannie według znanego tylko im klucza, kobiety z ich grupy zostały poinformowane ze szczegółami, co zaszło i jak mogą pomóc.

Dbały o siebie wzajemnie, znały się i angażowały w pierwszej kolejności te, które mogły coś zrobić.

Nie panikowały bez sensu.

Nie plotkowały.

Potem, a może jednocześnie z tym, każda z nich od ręki wprowadziła w to swojego mężczyznę, skoro wszyscy byli akurat w domu, bo był to poniedziałek i mieli dzień wolny od pracy w straży.

Chociaż nie wciągnęły w to Sophie, bo była w końcu siódmego miesiąca zagrożonej, to znaczy bardzo mnogiej, ciąży.

Więc Alex też nic nie wiedział.

Ale i tak nie pomógłby.

Filip został wciągnięty w to popieprzenie przez Davida niezależnie od tego, że był w pracy, bo jego cholerna praca polegała na siedzeniu przy pieprzonym komputerze.

David od razu zadzwonił do kumpla, nawet zanim cholerne kobiety się zmobilizowały między sobą.

Ale Eva nie wciągnęła w to Ani, bo ta była na uczelni.

Jak zwykle.

Niezależnie od tego: jej nie potrzebowali, a Filipa tak.

Więc Filip zajmował się tym, co spieprzyła babka Lisy, która miała swoich wysoko opłaconych pieprzonych popleczników, a David miał zająć się osobiście Markiem, więc zdobył od Taylora adres i natychmiast pojechał do mężczyzny do jego domu.

Eva powiedziała mu, że Lisa martwiła się tylko tym, co o tym wszystkim myślał Mark, więc to musiało zostać wyjaśnione.

Po przyjeździe na miejsce, do dużego, rozległego domu rodzinnego typu bungalow z przynajmniej sześcioma sypialniami na południowych przedmieściach SLC, David zastał drzwi otwarte szeroko i pierdolony bałagan.

Mark leżał nieprzytomny, uchlany w pizdu na zarzyganej podłodze własnej kuchni, między potłuczonymi butelkami po whisky, w zasyfionym, starym, śmierdzącym ubraniu i z rozciętym policzkiem.

Pojechał po pieprzoną gorzałę, uchlał się jak świnia, spierdzielił i zgnoił swój dom w mniej niż dwanaście godzin, więc musiał cholernie zacząć natychmiast po przeczytaniu tego pieprzonego e-maila.

Kurwa, co w nim takiego cholernego było?

Kiedy David wciągnął go do jego pieprzonej, wymyślnej łazienki, rozebrał go z wierzchnich ubrań i wsadził pod zimny prysznic, gdzie go musiał cholernie trzymać, Mark nieco oprzytomniał tylko po to, by na zmianę cholernie śmiać się jak szalony, miotać przekleństwa i złorzeczyć.

Więc David, chcąc-nie-chcąc, dowiedział się, że pierwsza pieprzona dziewczyna Marka była od niego starsza o cholernych pięć lat, kiedy on był prawie-nieletni i wykorzystała jego naiwność, że jego krótkotrwała pieprzona żona była suką nad sukami, a cholerny dom, w którym byli, miał być dla rodziny, której Mark już nie spodziewał się mieć.

Ze słów tego faceta David dowiedział się jednak również czegoś jeszcze, czego tamten nie powiedział wprost.

Że Mark kochał Lisę i zaczął sobie wyobrażać ich wspaniałe wspólne życie.

Mężczyzna marzył o dużej, kochającej się rodzinie i o tym, by taką dać tej kobiecie z dalekiego kraju.

A ona obiecała mu zostawić dom, studia, inne gówno i przyjechać do Stanów, a potem zniszczyła to wszystko jednym e-mailem.

Prawie niszcząc Marka.

Kiedy wreszcie Davidowi udało się doprowadzić Marka do stanu jakiej-takiej użyteczności, wlał w niego pół litra kawy i ogarnął względnie jego dom, cholernie wyjaśnił mu, jak zadziałała pieprzona babka Lisy.

Kobieta albo szczerze nienawidziła Lisę albo po prostu cholernie nie czuła niczego do nikogo, tylko zdobywała pieprzoną władzę, idąc po trupach.

Mark wydawał się wreszcie rozumieć, jakim był dupkiem, nie ufając w miłość do siebie kobiety, która obiecała mu porzucenie wszystkiego, całego jej życia i przeprowadzkę dla niego na drugi kraniec świata.

David miał nadzieję, że mu cholernie wytłumaczył, jakie miał pieprzone szczęście, że spotkał kogoś takiego.

Przekazał mu również, że ich największym wrogiem była babka Lisy i że Filip się tym zajął.

Nie tylko z wdzięczności za uratowanie dokumentów Johnny’ego przez Lisę z tamtego pieprzonego pożaru.

Coś, o czym Mark nie wiedział.

David wiedział, że jego przyjaciel zajął się tym również dlatego, że Filip po prostu taki był, chociaż nie przekazał tego Markowi.

Mógł sam się przekonać, później.

Potem, po całkowitym otrzeźwieniu, Mark przyznał Davidowi, że od następnego dnia miał cholernie niebezpieczne ze względu na nieprzewidywalność zadanie ochrony rozwydrzonego gówniarza.

Zamierzał to olać.

Po ich rozmowie i ustaleniach co do dalszych działań pojechał tam, żeby zrobić to i w ten sposób ostatecznie uwolnić się w cholerę od starych pieprzonych zobowiązań.

Dla Lisy.

Zadanie było do wykonania w Denver, a nie na pieprzonych Antypodach, więc David i Mark umówili się na częste kontakty, żeby Mark był poinformowany, co Filip ustalił w sprawie babki Lisy.

Trzymali rękę na cholernym pulsie.

Filip, a potem i David dowiedzieli się i ukryli przed niepowołanymi oczami to, że Lisa sprytnie założyła konto w amerykańskim banku i w tajemnicy przeniosła tam swoje pieniądze.

Albo większość z nich.

Ani ona, ani jej adwokatka nie zdawały sobie pieprzonej sprawy, jak cholernie łatwa do wykrycia była taka transakcja.

To było dla niej niebezpieczne, bo świadczyło o tym, że Lisa chciała uciekać przed babką do Stanów.

Tak samo łatwe do wytropienia było założenie przez Lisę za pośrednictwem Sary fundacji dla dzieci.

Jeśli babce Lisy chodziło o pieniądze, to te jej właśnie tam uciekały.

Oczywiście, ani David ani Filip nie zamierzali ukrywać tego, że Lisa zakładała taką fundację, a chodziło im tylko o opóźnienie wypłynięcia informacji o tym, skoro Lisa najwidoczniej nie chciała upubliczniać zatrudnienia Sary.

Bo dowiedzieli się też, że Sara właśnie pod naciskiem babki Lisy została zwolniona ze skutkiem natychmiastowym bez odprawy.

Księżna Charlotte również zatrudniła za ciężkie pieniądze pieprzonego hakera, by wytropił wszelkie wiadomości o Marku Taylorze.

Haker okazał się być godną konkurencją dla Filipa, który był dziwnie z tego powodu zadowolony, co David mógł zrozumieć, bo sam też lubił czasem takie wyzwania w swojej pracy.

Mark jednak tym się nie przejął.

Podczas ich rozmowy przy piwie w pewnym barze w Denver, kiedy David i Filip wybrali się tam na jeden dzień, by porozmawiać o dostępnych dla nich opcjach i wymienić się informacjami, Mark powiedział im, że w czasach swojej bardzo wczesnej młodości pracował dla CIA i Secret Service.

Więc informacje o jego zatrudnieniu były bardzo utajnione i jego byli przełożeni nie byliby zachwyceni, gdyby jakiś haker próbował się do nich dobrać, więc mogli zareagować dość agresywnie.

David, Filip i Mark postanowili więc mu na to pozwolić.

Współpracowali.

Więc teraz, wnosząc Lisę do jego pokoju szpitalnego, David czuł się, jakby pomagał przyjacielowi w potrzebie.

Bo Mark nie mógł sam wnieść tutaj swojej kobiety i bez wątpienia to pieprzyło mu w głowie.

Jego jedna rana nie była poważna, bo miał na sobie kamizelkę kuloodporną.

Ranili go w ramię, a kula przeszła czysto przez biceps.

Problemem była druga rana, bo kula utkwiła między kamizelką a pachą Marka, więc musieli mu rozciąć mięsień skośny klatki piersiowej, nacięli ścięgna, co wiązało się bez wątpienia z długą rehabilitacją.

Mark nie powinien poruszać tą ręką.

Ale na pewno martwił się omdleniem Lisy.

Do sali za nimi natychmiast wbiegła pielęgniarka, która zauważyła akcję na korytarzu, ale David już zdążył sprawdzić, więc wiedział, że puls Lisy był słaby, ale miarowy i oddychała.

Odsunął się, żeby Mark mógł stać bliżej łóżka i trzymać swoją kobietę za rękę, kiedy pielęgniarka badała ją z drugiej strony.

Lisa w trakcie tego, dosyć szybko ocknęła się, rozejrzała się półprzytomnie, a potem skupiła wzrok na Marku i wyciągnęła w jego stronę rękę.

Objęła dłonią jego twarz, na co on pozwolił, pochylając się nad łóżkiem, wciągnęła urywany wdech i zaczęła cicho płakać.

- Żyjesz - szepnęła.

- Tak - odpowiedział Mark niskim głosem - Nic mi nie jest.

- Mark - szepnęła, przyciągnęła tego głowę do siebie, a on objął ją mocniej, odpychając całkiem pielęgniarkę i wtulił jej twarz w swoją szyję.

Po krótkiej chwili puścił ją i popatrzył uważnie na jej twarz.

- Co to było? - spytał surowo.

Lisa zagryzła wnętrze dolnej wargi i popatrzyła na Marka ze skruchą.

- Nie jadłam - przyznała się.

Kurwa.

To było z głodu?

- Od jak dawna? - spytał ją Mark nieszczęśliwym tonem.

- Od… - zawahała się i zamilkła.

- Lisa! - mruknął Mark takim ostrzegawczym warknięciem, że David miał ochotę się roześmiać, bo znał to ze swoich rozmów z Maggie dawno temu.

Nie zaśmiał się.

- Od wczorajszego wieczoru - przyznała Lisa szeptem.

- Kurwa - mruknął Mark, opuszczając głowę.

- Tylko od wieczora i już pani zemdlała? - zapytała z boku pielęgniarka - Wezwę lekarza.

- To dla niej prawie doba - wyjaśnił półgłosem David, a pielęgniarka zamarła - Ona przyleciała z Anglii - dodał David wyjaśniająco.

- Cóż - rzuciła stanowczo pielęgniarka - w takim razie kroplówka z glukozą.

- Nie - zawołała Lisa ze strachem - Ja coś zjem! Obiecuję.

- Ale to trzeba już - powiedział pielęgniarka.

Mark sięgnął do torby, którą przyniósł ze sobą z korytarza i wyciągnął z jej kieszeni baton energetyczny, który dostarczył mu do szpitala David, kiedy odwiedził go poprzedniego dnia, kiedy tylko dowiedział się, że Mark tam był.

Mark nie chciał powiadamiać swojej rodziny.

- Jedz - powiedział i podał batonika Lisie, która zrobiła na ten widok bardzo niemądrą minę.

Ale nie zaprotestowała.

Bardzo mądrze.

Pielęgniarka przyniosła jej kubek z wodą, kiedy ta siedziała oparta na podniesionym łóżku i żuła mozolnie.

- Mark - szepnęła Lisa po jakiś czasie - Ja muszę ci…

- Nie teraz, Lady - mruknął do niej Mark.

- Ale, ja… - zaczęła znowu.

- Później - powiedział Mark i wyprostował się.

Więc jadła w ciszy.

Czekali: David oparty biodrami o parapet, a Mark siedzący na brzegu łóżka.

*****

Mark

Mark siedział na do niedawna swoim łóżku, skierowany tułowiem w stronę Lisy, która prawie leżała na nim i jadła batona, jakby go bardzo nie lubiła.

Może i nie lubiła.

Nie wiedział.

Nie obchodziło go to w tej chwili, bo ona potrzebowała energii, a on przeżywał swoją radość z tego, że ją zobaczył i strach, kiedy zemdlała.

Kiedy tamtego dnia, prawie tydzień wcześniej, przeczytał tego pieprzonego e-maila, mógł myśleć tylko o tym, że znowu został wypieprzony, kiedy już przyzwyczaił się do myśli, że będzie miał rodzinę.

Tak bardzo chciał dać rodzinę Lisie.

Kochał ją, chciał ją mieć i chciał dać jej wszystko, ale już wiedział, że właśnie tego nie miała.

Rodziny.

A on o takiej marzył.

Patrzył na cień dawnej Lisy, zagubiony w tej wielkiej, brzydkiej, męskiej bluzie i ogarniała go czułość.

Kochała go.

Kiedy siedzieli z Davidem i Filipem w barze nad piwem, ustalili plan, dzięki któremu Lisa mogła bezpiecznie przylecieć do Stanów, a Mark powiedział im, że martwił się tymi cholernymi zaręczynami.

Nie dlatego, że Lisa miała się zaręczyć.

Dla niego i dla Lisy nie miałoby to znaczenia.

Ale babka Lisy bez wątpienia wymyśliłaby coś, żeby związać Lisę mocniej z jakimś fagasem, który byłby posłuszny jej, księżnej Charlotcie i przekazałby jej pieniądze Lisy.

Bo okazało się, że Lisa miała więcej, niż ktokolwiek z nich sądził po tym, jak spotykali ją w Stanach w różnych sytuacjach.

Filip przyznał podczas ich rozmowy w barze, że pewne ruchy babki właśnie na to wskazywały.

Więc pieprzona księżna miała po prostu chrapkę na majątek Lisy.

A Lisa okazała się sprytna, mądra i przebiegła.

Sama wymyśliła, jak ukryć większość swojego majątku, dużą część przeznaczyła na wybrane przez siebie cele, znalazła dwie kobiety, którym mogła ufać i wypisała na nie upoważnienia.

Wystarczyło teraz, żeby Filip to kontrolował.

Praca w ochronie pieprzonego gnojka, rozpieszczonego synalka szejka, była wrzodem na Marka tyłku nie tylko dlatego, że była.

Gówniarz okazał się być gorszy, mniej przewidywalny i bardziej szalony, niż Mark sobie mógł wyobrazić, a wyobrażał sobie dużo złego.

Więc te cztery dni były bardzo frustrujące.

Ale nie ma tego złego…

Dzięki tamtej krótkiej pracy Lisy w Opiece Społecznej SLC i dzięki temu pieprzonemu pożarowi, poznała naprawdę fantastycznych ludzi, więc Mark musiał powiedzieć, że jego Lady miała dużo szczęścia.

Mark dzięki niej też.

Więc właśnie z pomocą tych ludzi, przy współpracy z Frankiem i Sarą, Mark wymyślił, żeby ściągnąć Lisę do Stanów przed zaręczynami.

Wszystko było ustalone.

Miała polecieć do Nowego Jorku, spędzić tam kilka dni, przyczaić się i ukryć, a potem przylecieć do Denver, skąd Mark odebrałby ją samochodem.

A potem Mark został ranny.

Wydawało się, że jego pieprzony plan się rozsypał, kiedy gnojek uciekł spod ich kurateli i poszedł do szemranego klubu nocnego z łatwymi panienkami, które okazały się nie-za-darmo, a potem głupio wdał się w cholerną awanturę z narąbanymi członkami jednego z pieprzonych gangów Denver.

Mark go uratował i nie stało się nic poważnego.

Ale został raniony i wylądował w cholernym szpitalu akurat wtedy, kiedy miał sprowadzić Lisę do swojego domu.

Właśnie patrzył na popieprzone efekty alternatywnego cholernego planu, jaki wcielili w życie ich przyjaciele.

- Tak się bałam  - wyszeptała Lisa, krztusząc się kęsami batonika i ciągnąc nosem - Myślałam…

Mark zamknął oczy i pochylił głowę.

- Sorki, stary - mruknął za jego plecami David - To nie był mój pomysł. Nie chciałem jej okłamywać.

Mark otworzył oczy, by spojrzeć na swoją Lady, która nie patrząc na niego, posłusznie żuła bez smaku i połykała kawałki batonika, popijając go wodą.

- Już dobrze - warknął, wciąż zły na to, że przestraszyli Lisę.

Nie mógł sobie nawet wyobrazić, co czuła lecąc kilkanaście godzin tyle tysięcy mil, sądząc, że on jest poważnie ranny, a może nawet, że umierał.

- Powiedzieli mi tylko, że zostałeś postrzelony - szepnęła Lisa - To ja wymyśliłam, co mogło się stać.

- Już dobrze, Lady - mruknął do niej Mark i spojrzał w jej oczy.

Zielone, piękne oczy, które były zapadnięte z niewyspania, łez, głodu i cholera wiedziała czego jeszcze.

- Powinnam była… - zaczęła Lisa, ale Mark pokręcił głową i przerwała.

- Pomyśl, stary, tak… - zaczął znowu David za jego plecami - Masz właśnie najlepszy dowód na to, że ona cię kocha.

Mark zobaczył, że Lisa najpierw zatrzymała oddech, a potem zaczerwieniła się, by następnie opuścić oczy na kubek z wodą i wciągnąć urywany wdech.

- Ja to wiedziałem - szepnął Mark tak, żeby usłyszała to tylko ona.

Podniosła oczy na niego i uśmiechnęła się tak, jakby jasność rozlewała się po całej jej twarzy.

Stopniowo uśmiech odejmował jej usta, oczy, policzki, aż cała jej twarz stała się łagodna, ciepła i piękna.

Kurwa, nie, nie piękna.

Zawsze była piękna.

Teraz stała się oszałamiająca.

- Jedźmy do naszego domu - szepnął jeszcze do niej Mark, a na to jej twarz się rozpadła i do oczu rzuciły jej się łzy.

Mark objął bok jej głowy prawą dłonią, przyciągnął ją do swoich ust i pocałował ją delikatnie.

A potem ją puścił, pozwolił, żeby drżącą ręką włożyła resztkę batonika do ust i wstał, żeby zabrać papiery od pielęgniarki, powiedzieć, że wszystko było w porządku i wypierdzielać do domu.

Do ich domu.

*****

Lisa

Kiedy wreszcie pozwolili mi zejść z tamtego łóżka i wypuścili nas ze szpitala, zeszliśmy na przyszpitalny parking do samochodu Davida i zaczęliśmy do niego wsiadać.

Początkowo David otworzył przednie drzwi pasażera, ale oboje z Markiem, nie rozmawiając o tym, podeszliśmy do tylnych drzwi i wsiedliśmy tam razem.

David zatrzasnął przednie drzwi, uśmiechnął się dziwnie do swoich butów, przeszedł do drzwi kierowcy i wsiadł za kierownicę tylko po to, żeby natychmiast odwrócić się na siedzeniu i popatrzeć na nas, siedzących z tyłu.

Chodziło mu zapewne to, że oboje co prawda zapięliśmy pasy, ale nie siedzieliśmy na odległych miejscach.

Ja siedziałam na środkowym, zapięłam pas na brzuchu i oparłam się o prawy bok Marka tak, żeby leżeć na nim, więc miałam twarz mocno wtuloną w jego klatkę piersiową, kiedy wyjeżdżaliśmy wreszcie z parkingu.

Jechaliśmy krótko, a je nie zauważyłam co się stało, kiedy po kilku minutach usłyszałam niski, cichy pomruk Marka:

- Chyba sobie jaja robisz.

Podniosłam trochę głowę, a właściwie odwróciłam ją tak, by patrzeć i zobaczyłam, że wjeżdżaliśmy na parking Walmartu.

David miał zamiar robić zakupy?

- Stary - powiedział David niskim głosem, patrząc na Marka w lusterku wstecznym z cieniem uśmiechu, co widziałam, skoro wciąż miałam głowę na jego klatce piersiowej - Byłem u ciebie w domu i wiem, że jak chcesz, żeby Lisa nie umarła z głodu, to musisz najpierw zrobić zakupy.

Kończył parkowanie, kiedy się tak przekomarzali.

Zaprzyjaźnili się!

- Jezu - mruknął Mark bez złości i popatrzył na podsufitkę - Ale ty masz gadane, facet.

David uśmiechnął się do niego w lusterku, wyszczerzając komplet zębów spomiędzy czarnej brody i wąsów.

Pomyślałam, że było to bardzo atrakcyjne i zastanowiłam się, jak Mark wyglądałby z brodą.

Na razie nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy się podporządkować.

- Przepraszam, Lady - mruknął Mark, odsuwając się lekko, by wydostać się spode mnie - Muszę wykonać drobne zadanie logistyczne.

- Ja chcę zrobić zakupy - powiedziałam nagle rześkim, pełnym głosem i prostując plecy.

I bardzo chciałam.                                                        

Jechaliśmy z Markiem do naszego domu, gdzie będę miała moją kuchnię, więc chciałam zrobić zakupy, by tam gotować śniadanie, lunch i kolację dla mojego mężczyzny.

To było takie super.

Najlepsze uczucie na świecie.

Uzupełnione o najlepsze uczucie na świecie, jakim było ciepłe, silne i witalne ciało Marka obok mojego, było genialne, nieporównywalne z niczym.

- Robiłaś już kiedyś zakupy? - zapytał nagle David ze śmiechem w głosie.

- Nie całkiem - przyznałam się, ale przecież byłam z Sarą i Frankiem, kiedy oni robili zakupy, jak mieszkaliśmy w SLC - Ale chcę spróbować.

- Okej - mruknął nie rozbawiony Mark - To chodźmy.

Odpięłam swój pas i pas Marka, którego zapięcie miałam pod biodrem, Mark wysiadł i wyciągnął do mnie rękę, a potem wyciągnął mnie na asfalt parkingu przy Walmarcie.

Stanęłam na nogach obok samochodu, podniosłam głowę, żeby widzieć jego oczy i uśmiechnęłam się do niego promiennie.

Pokręcił głową z małym uśmiechem, złapał mnie za rękę i poszliśmy za Davidem, który po drodze zapiszczał w zamki, by zamknąć samochód.

Wzięliśmy wózek spod daszku, gdzie było dużo wózków spiętych jeden z drugim za pomocą łańcuszków, a ja to widziałam po raz pierwszy, bo zwykle robił to Frank i nigdy nie widziałam skąd się bierze wózek.

Nie przyznałam się do tego.

Weszliśmy do sklepu i skierowaliśmy się od razu do działu spożywczego.

Mówiłam po drodze, co moglibyśmy kupić, wymyślając jakie dania chciałabym ugotować i pamiętając przepisy z mojego kursu gotowania, a David czasem chichotał pod nosem, ale wrzucał wszystko do wózka, podpowiadając mi też, jeśli coś proponowałam, a on uważał, że lepsze byłoby coś innego.

Mark raczej się nie wtrącał w nasze przekomarzanie, chociaż sam wrzucił do wózka kilka paczek różnych makaronów.

Mieliśmy więc produkty na chili, na lasagne, zapiekankę ziemniaczaną i makaronową, na risotto, na tosty francuskie, na omlety, ale też owsiankę, bekon, pieczywo i sery, kiedy weszliśmy w aleję z kawami i herbatami.

- Lisa lubi herbatę - mruknął do Davida Mark.

- Jak Eva - odmruknął David - …więc kupimy to, co kupowałem kiedyś dla Evy, jak nie mogła sama, a Jimmy był ranny.

Robił to?

Zapatrzyłam się na niego, bo nie wyobrażałam sobie wcześniej tego, jak mogły wyglądać sytuacje, w których pomagali sobie wzajemnie.

Przypomniałam sobie, co kobiety mówiły o tym, że David je uratował.

Nie sądziłam, żeby myślały wtedy o robieniu zakupów.

Więc David był mężczyzną, który raczej nie zajmował się zakupami.

Ale je również potrafił zrobić.

Odwróciłam się do półek z kawami.

- Mark… - zawahałam się, biorąc z półki kawę ziarnistą, której markę znałam z domu - Czy masz ekspres do kawy?

- Musimy kupić - mruknął Mark i odwróciliśmy się w stronę sprzętu AGD.

W tej samej chwili stanęliśmy oboje zszokowani, bo David wybuchnął głośnym, huczącym śmiechem.

- Kurwa! - ryknął na cały sklep - Uwielbiam to.

Ojej!

*****

Kiedy wjechaliśmy na podjazd domu Marka, wysiadłam oszołomiona.

Nie wiedziałam, czego się spodziewałam, ale po spędzeniu kilku tygodni w SLC miałam jakieś pojęcie, jak wyglądały przeciętne domy w tym mieście.

Dom Marka nie był przeciętny.

Był duży w sensie rozległy.

Wyglądało na to, że miał więcej niż dwie sypialnie, o wiele więcej, a do tego miał duży trawnik, taras i garaż na trzy samochody.

Był płaski, bo, sądząc po rozmieszczeniu okien, miał trzy poziomy, ale były to półpiętra, czyli do kolejnych pomieszczeń raczej nie wchodziło się wysoko, a jedynie kilka stopni w dół i w górę.

Był jasnożółty, pokryty w całości brązowym dachem z ładną dachówką, miał ganek z przednim tarasem przykrytym takim samym dachem i atrakcyjną ścieżkę z płaskich piaskowców prowadzącą do głównego wejścia od podjazdu.

Był piękny.

Idealny.

- Witaj w domu - powiedział Mark, kiedy dotarł do mnie po wyjęciu z bagażnika naszych toreb.

Staliśmy tak obok siebie przez dwie sekundy, a potem odwróciłam się przodem do Marka i spojrzałam w jego piękne, prawie czarne oczy.

- Jest idealny - szepnęłam - Dziękuję.

- Może wejdziemy? - zagrzmiał z boku głos Davida, więc obejrzałam się w jego stronę, żeby zobaczyć, że nie był zły.

Oczy mu się śmiały i wyglądał, jak ktoś, komu ulżyło.

Tak.

David był dobrym przyjacielem.

Dobrze, że był przyjacielem Marka.

Zaczęliśmy wspólnie rozpakowywać torby z bagażnika, ale Mark się w końcu zdenerwował i zagonił mnie do drzwi wejściowych.

Otworzył je, pokazał mi jak rozbroić alarm i go z powrotem zabezpieczyć.

Weszliśmy wprost do kuchni z pierwszymi torbami, odłożyliśmy je na blaty i faceci poszli po pozostałe.

Zaczęłam wyjmować kupione przez nas produkty, otwierałam po kolei szafki i starałam się odgadnąć, gdzie co Mark trzymał i serce mi zamierało.

Kuchnia był bardzo słabo wyposażona.

Mark właściwie nic w niej nie miał oprócz najbardziej istotnych sprzętów.

Lodówka była całkiem pusta, co mogło być zrozumiałe, skoro przecież Mark pracował przez ostatni tydzień w Denver, co wiedziałam, że miał robić, ale poza tym w szafkach nie było nic.

Żadnych puszek, soli, cukru, mąki, kaszy, ryżu, makaronu…

Żadnych produktów trwałych, z których można by ugotować coś na szybko po powrocie z pracy, nawet jeśli to była praca gdzieś daleko i długo.

Nikt o Marka nie dbał?

A co z jego mamą i siostrą?

Przecież wiedziałam, że mieszkały w tym mieście.

Kiedy wreszcie faceci przynieśli wszystko do domu z bagażnika, David pożegnał się, mówiąc, że musiał jechać do Maggie i do dzieci.

Oczywiście, że musiał.

Podziękowaliśmy mu i wygoniliśmy go, żeby się do nich pospieszył, a ja przekazałam ode mnie pozdrowienia dla Maggie.

Kiedy zostaliśmy sami, wróciłam do rozpakowywania rzeczy do szafek, ale Mark podszedł do moich pleców i stanął tak blisko, ze czułam jego gorące ciało na całej moje długości, a raczej wysokości.

- Chcesz zobaczyć nasz dom? - zapytał w moją szyję, a ja poczułam szczęśliwy dreszcz.

Tak, chciałam.

Podniosłam głowę, odłożyłam na blat wszystko, co właśnie trzymałam i odwróciłam się do niego, obejmując jedną dłonią jego prawe przedramię, a drugą lewe biodro.

- Chcę - szepnęłam prosto w jego usta, bo był tak blisko.

- To chodźmy - powiedział i pociągnął mnie za sobą, odsuwając się i robiąc krok do tyłu, a potem kolejny, by przejść przez dużą kuchnię, połączoną wyspą z jadalnią, która łączyła się łukowym przejściem z salonem.

Po drugiej stronie wejścia do domu była część rodzinna, która zaczynała się obniżeniem, w którym mogła być kiedyś bawialnia z wyjściem na tylni taras.

Wszystko było rozległe, przestrzenne i… puste.

- To dom dla dużej rodziny - powiedział mi Mark w zamyśleniu, kiedy staliśmy w dużych przeszklonych drzwiach wychodzących na tylni taras i patrzyliśmy na zaniedbany trawnik.

- Bardzo mi się podoba - powiedziałam mu półgłosem.

Uścisnął mnie delikatnie prawą ręką.

Zrobiło mi się nagle bardzo smutno z jego powodu.

Nie wiedziałam dlaczego miał taki dom, ale podejrzewałam, że chciał mieć dużą rodzinę.

Babka Charlotta powiedziała mi, że Mark zostawił swojej byłej żonie wszystko, ale tego domu jej nie oddał.

Więc to ona nie chciała mieć dużej rodziny.

Może to był jeden lub główny powód ich rozstania?

Nie mogłam pytać.

Nie chciałam być nadmiernie wścibska.

Jak nadejdzie czas, to Mark sam opowie mi, dlaczego miał taki duży dom i dlaczego ten dom stał pusty.

- Muszę zrobić dla nas lunch - powiedziałam i odwróciłam się do Marka przodem, by zobaczyć, jak jego twarz stawała się łagodna, pogodna i ciepła w taki sposób, że był jeszcze przystojniejszy.

1 komentarz: