Rozdział 8
Caroline
/ Lisa
Następnego dnia wieczorem
Weszłam
do baru, w którym mieliśmy się spotkać z Markiem i natychmiast zostałam
ogłuszona głośną muzyką.
Byłam
w pełni świadoma tego, że przez całą sobotę czułam się i zachowywałam się jak
nastolatka, wybierająca się na swoją pierwszą randkę.
Cóż.
To
była moja pierwsza prawdziwa randka.
I
nie było ważne to, że byłam dorosła, skoro nie wiedziałam jak być dorosłą w
takiej sytuacji.
Więc
nie powstrzymywałam się.
Cały
dzień spędziłam jakby w radosnym amoku, wykonując bezmyślnie kolejne czynności
z nabytą rutyną, więc jakoś udało mi się przez nie przebrnąć.
Przepisałam
na czysto do komputera referat, jaki przygotowywałam na ćwiczenia na
poniedziałek i wydrukowałam go.
Byłam
na basenie i pływałam bez przystanku przez całą godzinę.
Podpisałam
z tuzin dokumentów, jakie podsunęła mi Sara, szczęśliwie mogąc jej zaufać,
kiedy z uśmiechem wskazywała mi miejsca, gdzie miał znaleźć się mój podpis.
Porozmawiałam
z Sarą na temat mojego wieczoru i poczyniłyśmy pewne ustalenia, a potem
spotkałam się w tej sprawie z Frankiem i Sarą.
Prawie
godzinę spędziłam z Sarą na wybieraniu stroju na wieczór.
Dostałam
od Marka dziesiątki drobnych wiadomości, w których szczerze zapewniał mnie, że
wszystko się uda i że nie muszę się niczym martwić.
Odpisałam
mu na każdą, zapewniając go fałszywie, że dobrze się czułam i wcale, a wcale się nie denerwowałam.
Ani
trochę.
Że
tylko się cieszyłam.
Ale
cieszyłam się naprawdę.
Ogromnie.
Ale
również się denerwowałam.
Więc
przed ósmą wieczorem wyjechałam z mojego domu w stronę Londynu moim Mini
Cooperem z Frankiem jako kierowcą.
Ubrana
byłam w wytarte dżinsy z kwiatami wyhaftowanymi na szerokich nogawkach, brązowe,
zamszowe botki na niewysokim obcasie, w pożyczoną od Sary, błyszczącą, tęczową
bluzkę z małą atłasową, fioletową kamizelką, na którą założyłam moją brązową,
skórzaną kurtkę, włosy miałam owinięte fantazyjnie lśniącą, indyjską chustą z
frędzlami, a na nosie miałam druciane okulary z żółtymi szkłami.
Dołożyłam
do tego niewielką, włóczkową, kolorową torebkę z frędzlami, by zachować
hippiesowski styl.
Tak
mi poradziła Sara.
Wyglądało
to niesamowicie.
W
Londynie Frank zatrzymał się w brudnym, prawie ciemnym zaułku i podprowadził
mnie do niepozornych bocznych drzwi bez klamki, w które zapukał trzy razy, po
czym otworzył je nam ponury, wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym T-shircie,
który przepuścił mnie do środka, rozglądając się uważnie nad moją głową po
okolicy.
Ochroniarz
skinął głową Frankowi i zamknął za mną drzwi.
Frank
wrócił do mojego samochodu.
Ja
przeszłam krótkim korytarzem do głównej sali.
I
stanęłam ogłuszona dymem, muzyką i tłumem.
Nigdy
nie byłam w takim miejscu, ale wiedziałam.
To nie był zwykły bar, czy też pub, ale całkiem
modny i uczęszczany klub nocny z
dyskoteką.
Po
mojej lewej było duże główne wejście, a naprzeciwko mnie był parkiet, na którym
podskakiwał tańczący tłum.
Tamta
przestrzeń była niżej od miejsca, w którym byłam i schodziło się do niej po
kilkunastu stopniach na wprost od dużych, ciemnych drzwi wejściowych.
Całość
była wypełniona dymem, na dole oświetlona przytłumionym światłem dyskotekowym, a
na górze, w tej przestrzeni, w której byłam, małymi lampkami, które stały na
stolikach.
Przestrzeń
była dość szeroka, ale wyglądała na galerię nad parkietem, na której był długi
bar z lustrem, z półkami z butelkami z tyłu oraz z kilkoma wysokimi stołkami
przed nim, a kilka stolików na cztery osoby było umieszczonych przy barierce
oddzielającej galerię od parkietu.
Przy
ścianie przylegającej do drzwi, przez które właśnie weszliśmy, były wypełnione
ludźmi loże z kanapami obitymi bordową skórą lub skajem i z niskim stolikami,
na których stało mnóstwo szklanek i kieliszków.
Ochroniarz,
który mnie wpuścił do lokalu w którymś momencie zniknął, ale natychmiast potem
poczułam na krzyżu znajome i ulubione przeze mnie ciepło dłoni, za którą
tęskniłam.
Był
tam.
Mark
zrobił krok do przodu i nagle nie widziałam nic więcej, tylko jego przystojną
twarz, nie słyszałam nic więcej tylko jego niski głos.
-
Witaj, Lady - powiedział, pochylił się w moją stronę i prawie pocałował mój
policzek, a ja przekręciłam głowę, więc otarłam swoim policzkiem o jego
szczękę, a później nagle poczułam kącik jego ust na swoich.
I
odsunął się na milimetry, więc nie pocałowaliśmy się, ale przez sekundę staliśmy
tak zamrożeni w naszej chwili.
Trzymał
swoją dłoń na moich plecach, owijając mnie lewą ręką, a ja złapałam jego prawe ramię,
by się nie przewrócić, kiedy zakręciło mi się w głowie od tej jego bliskości.
-
Mark - szepnęłam z pragnieniem tak wielkim, że mnie dławiło, ale jednocześnie
bardzo boleśnie świadoma tego, że byliśmy w miejscu publicznym i nie mogliśmy
mieć nic więcej.
-
Chodźmy - Mark mruknął szorstko do mojego ucha i obrócił nas, a potem poprowadził
mnie w stronę baru, protekcyjnie trzymając rozłożoną dłoń na moim krzyżu pod
moją kurtką.
Przeszliśmy
obok stolików, przy których siedziało sporo gości, ale wszyscy byli zajęci
sobą, rozmawiając głośno, śmiejąc się i wychylając drinki z kieliszków lub
szklanek.
Mark
zaprowadził mnie do małego, dwuosobowego stolika, który stał w rogu przy samym
barze i był częściowo schowany przez otwierające się wahadłowo drzwi z napisem Private.
Nie
było na nim lampki tylko w szklaneczce mała świeczka typu podgrzewacz, ale stały
tam dwa krzesła i wazonik z kwiatkiem oraz serwetnik i przybornik z
przyprawami.
Jakby
był przygotowany specjalnie dla nas.
Mark
pomógł mi zdjąć kurtkę, przewiesił ją przez oparcie krzesła, odsunął je dla
mnie i pochylił twarz nad moją szyją, kiedy na nim siadałam.
Czułam
przez cały czas, że chciał być blisko
mnie.
Ja
też podświadomie odsłaniałam dla niego kark lub odwracałam głowę, a nawet
odchylałam całe ciało w jego stronę.
Chciałam bardziej czuć jego obecność.
Mark
usiadł naprzeciwko mnie, ale później przesunął nieznacznie krzesło bliżej mnie
poruszając jego oparciem wzdłuż ściany, więc siedzieliśmy stykając się
przedramionami.
Podeszła
do nas kelnerka i Mark zamówił dla siebie piwo, ale kiedy przed tym zapytał
mnie, co ja bym chciała i odpowiedziałam Shirley
Temple[1],
prawie się zaśmiał.
Widziałam,
jak mu zadrgały usta.
Uwielbiałam
ten widok.
Nadal,
nie wiedziałam, co było w tym śmiesznego.
Milczeliśmy
przez chwilę, chłonąc swoją obecność, zbierając myśli, szepcząc drobne
wiadomości o tym, jak minął nam dzień na tęsknocie, do chwili kelnerka
przyniosła nam drinki.
Mark
dostał oszronioną wysoką szklankę z ciemnym piwem, którą natychmiast przechylił
do ust, a potem, opróżnioną do połowy, odstawił na bok na stoliku, żeby nam nie
przeszkadzała.
Kelnerka
odeszła, zanim to zrobił.
Kiedy
zostaliśmy sami w otaczającym nas tłumie gdzieś tam bawiących się ludzi, Mark
pochylił się w moją stronę, złapał moją dłoń i pokazał mi, że martwił się moim
samopoczuciem.
Zrobił
to, zadając pytanie, na które odpowiedź była dla mnie nieco żenująca.
-
No to, o co chodzi z tym „Siódmym”? - spytał głosem niby-nie-zainteresowanym, niby-swobodnym,
ale trochę warczącym, w którym było jednak wystarczająco dużo ciepła, bym
poczuła, że się o mnie troszczył.
Westchnęłam,
opuściłam oczy na stolik, więc Mark zacisnął palce na moich, by dodać mi
odwagi.
Poczułam
to i wchłonęłam, więc podniosłam na niego wzrok.
-
Kiedy wyjeżdżałam do Stanów wiedziałam, że babka zechce mnie szybko wydać za
mąż… - wyjaśniłam mu suchym głosem, bo było mi wstyd przyznawać się do tego, że
moje cioteczna babka Charlotta w ten sposób dysponowała mną pomimo mojej
pozornej niezależności - bo po moich dwudziestych pierwszych urodzinach powiedziała
mi to wprost w oczy. Że przynoszę jej ujmę, wciąż będąc starą panną.
Mark
zmarszczył brwi, a ja pomyślałam, że mógł pomyśleć, że to z tego powodu
pozwoliłam Tomowi tak bardzo zbliżyć się do mnie.
By
za niego wyjść za mąż.
Nie
chciałam, żeby Mark tak myślał o mnie.
-
Nie chcę na siłę wychodzić za mąż - powiedziałam szybko - Ale to moja jedyna żyjąca bliska krewna.
Nadal
nie byłam pewna, czy Mark rozumiał, jak wyglądało moje życie, co miałam w
dzieciństwie, bo wiedziałam, że prasa to mocno koloryzowała.
Zagryzłam
bok wargi i spojrzałam na blat stolika.
-
Mark - zaczęłam z wahaniem, bo powinnam mu szczerze powiedzieć, że w ogóle nie nadawałam się na żonę, partnerkę
życiową, matkę… - Ja nie miałam rodziny. I to nie mówię o braku mamy.
Mark
wyprostował się, ale tylko o tyle, żeby lepiej widzieć moje oczy i wyciągnął
drugą rękę, by czubkami palców podnieść moją brodę.
Podniosłam
na niego wzrok.
Bardzo
chciałam okazać się godna, dobra dla tego wspaniałego mężczyzny, który miał kochającą rodzinę, ale wiedziałam,
że to nie było możliwe.
I
musiałam go ostrzec przed sobą.
-
Mój tata nie przytulił mnie ani razu
od śmierci mojej mamy - mówiłam półgłosem, więc Mark zmarszczył brwi i było
widać, że skupił spojrzenie na moich ustach, by rozumieć, co mówiłam, jakby
mnie słabo słyszał - Opiekowały się mną różne wynajęte panie, którym na mnie
nie zależało. Nigdy nie siadywaliśmy obok siebie z tatą, nie spędzaliśmy razem
czasu. Nie rozmawialiśmy.
Wymienialiśmy tylko informacje. Nie wiem, czy potrafię…
Byłam
pewna, że Mark wiedział o mnie z prasy lub z innych źródeł takie rzeczy jak to,
kiedy straciłam mamę i dlaczego.
Wciągnęłam
przerywany wdech, bo nigdy z nikim nie rozmawiałam na ten temat i mówienie tego
nie było łatwe.
-
Nigdy nikt mnie opatulił na dobranoc - przyznałam i przypomniałam sobie to
uczucie, kiedy Tom to zrobił, więc przypomniałam sobie również coś innego, co
Mark powinien wiedzieć - Nie spałam z nikim, nikt nawet nie wchodził do mojej
sypialni. Od dawna sama tam sprzątam, sama zmieniam sobie pościel.
Mark
zmarszczył brwi.
Tak.
Był
jedyną osobą, która weszła do mojej
sypialni od czterech lat.
Od
czasu, kiedy zaprojektowałam ją i ekipa remontowa ją odświeżyła, kładąc nowe
obicie ścian, montując nowe łóżko i oświetlenie.
Ale
wiedziałam również, że musiałam mu to wyjaśnić.
-
Sypialnie w hotelach i wynajętych mieszkaniach się nie liczą - powiedziałam, patrząc na niego uważnie, by dowiedzieć
się, czy zrozumiał - Nie są moje.
-
Więc Tom… - zawahał się Mark, ale na jego twarzy pojawiło się coś ciepłego,
dobrego, coś, co lubiłam.
Zaczął
rozumieć.
Musiałam
dać mu to do końca.
-
Tak. To nie była moja sypialnia -
uściśliłam cichym głosem, patrząc wciąż w jego piękne, czarne oczy - A poza
tym… mówiłam ci, byłam samotna. Potrzebowałam kogoś.
Może
to nie było miłe wobec Toma, ale tak właśnie było.
Potrzebowałam
wtedy kogoś, kogokolwiek.
A
on po prostu był po ręką.
Ale
też chyba wreszcie Mark zrozumiał,
jak wielkie znaczenie miało to, że był ze mną w mojej sypialni.
Zaciągnęłam
go tam.
Nadal
nie wiedział o mnie wszystkiego.
Ale
tego na razie nie mogłam mu
powiedzieć.
-
Lisa, skarbie - powiedział Mark cichym, ale zdecydowanym głosem, ściskając
jednocześnie moją dłoń i pochylając się bardziej w moją stronę - Więc ci na mnie zależy!
Poczułam
wypływającą na moją twarz łagodność, kiedy jeden raz potakująco skinęłam głową.
Ogarnął
mnie jednak wstyd, że nie potrafiłam mu powiedzieć szczerze, czego mi brakowało
w życiu, czego mnie nie nauczono.
Nadal
nie wiedział, jak bardzo byłam wybrakowana.
Nagle
Mark zesztywniał, zacisnął usta, wyprostował się i wciągnął powietrze przez
nos.
Jakby
podjął jakąś decyzję.
Spojrzałam
na niego uważniej.
-
Musisz coś o mnie wiedzieć - Mark odezwał się poważnym głosem, a jego twarz niespodziewanie
przybrała surowy, pusty wyraz, którego nie lubiłam.
Dlatego
spięłam się i poczułam, że moja twarz również stała się ostrożnie pusta, jak w
chwilach, kiedy spodziewałam się nadejścia nieprzyjemności lub złych wieści.
-
Nie mogę dać ci takiego życia, do jakiego jesteś przyzwyczajona - stwierdził
Mark, a ja zaczęłam oddychać płytko, ale jednocześnie myślałam Nie, nie, nie.
Bałam
się jego następnych słów.
Odrzucał
mnie?
-
Mieszkam w Stanach - mówił Mark, patrząc na nasze dłonie nadal mocno splecione
palcami i leżące na stoliku - Nigdy się nie osiedliłem, bo zawsze miałem
tysiące pomysłów i nie wiedziałem kim chcę być, kim jestem. Poszukiwałem swojej
drogi, więc byłem kulturystą, bramkarzem, ochroniarzem i jeszcze tysiącem
innych. Potem dopiero zacząłem poznawać siebie, więc moje życie jest tam. Tam mam rodzinę i całe życie.
A ty… ty tutaj masz wszystko. Masz swoje życie. Jesteśmy pół świata od
siebie.
-
Mark, nie… - szepnęłam, ale nie skończył, więc nie dał sobie przerwać.
-
Chcę być z tobą. Oczywiście, że
mógłbym rzucić wszystko i przenieść się tutaj - stwierdził - Ale czy tego chcesz? Czy mam odmienić całe moje
życie, a potem stwierdzimy, że to nie to. Tym bardziej, jeśli się okaże, że ja nie
pasuję do twojego życia. Że mnie nie kochasz i chciałaś czegoś innego.
Zamilkł
i popatrzył na mnie przenikliwie.
A
ja milczałam, ale nie dlatego, że się z nim zgadzałam.
Po
prostu nie wiedziałam, jakich słów miałam użyć, by przekazać mu przykrą prawdę
o sobie.
-
Ja… - zaczęłam, kiedy zaczął się ode
mnie odsuwać, bo się nie odzywałam - nie
wiem kim jestem. Ja… nie mam nic
- szepnęłam po sekundzie przerwy i przełknęłam ślinę, kiedy Mark zamarł w
bezruchu.
-
To, co mam to tylko rzeczy -
wykrztusiłam wreszcie - Nie mam rodziny i nigdy nie miałam. Nikogo bliskiego. Może ja, cóż, może nie umiem kochać. Nie wiem. Nigdy dotąd nie
kochałam. Nikogo. A ty… ty dałeś mi siebie,
dałeś mi swoją rodzinę. Chociaż
jeszcze ich nie poznałam - uśmiechnęłam się do niego krzywo, z wysiłkiem -
Czuję, jakbym ich znała i są mi bliscy. Tam, w Stanach, również poznałam ludzi,
którzy byli gotowi zostać moimi przyjaciółmi, chociaż mnie nie znali.
Westchnęłam
i opuściłam głowę nisko do naszych rąk.
-
Nie muszę tutaj mieszkać - wyznałam tam szeptem - Nie mogę nawet nazwać tego
domem. Nie mam dla kogo tu zostać.
Nie
dodałam, że nie wiedziałam, co to tak właściwie był dom.
Nie
zdążyłam.
Poczułam,
jak jeszcze, zanim powiedziałam ostatnie zdanie, Mark szarpnął głową do góry, a
później pociągnął moją rękę, więc spojrzałam na niego.
Trzymał
obie nasze ręce nad stolikiem i przyciskał moje palce do ust z takim gorącym
spojrzeniem, że prawie roztopiłam się i spłynęłam z krzesła.
-
Więc… - powiedział nisko Mark głosem równie gorącym, co jego spojrzenie, patrząc
na mnie z radością, którą poczułam do głębi siebie - możesz się przenieść do
Stanów?
-
Tak - szepnęłam.
Mark
opuścił nasze dłonie na stolik i jakby coś sobie przypomniał.
Coś
niezbyt przyjemnego.
-
Tylko ja… - spochmurniał, a ja ponownie spięłam się, chociaż wydawało mi się,
że nie musiałam się obawiać jego odrzucenia - Mam podpisaną umowę. Muszę
wywiązać się jeszcze z jednego
zadania. Nie chciałem go brać, ale to przedłużyłoby mój kontrakt, aż znalazłbym
coś, co pomogłoby mi go zakończyć. Musiałabyś poczekać na mnie.
Nie
wiedziałam, czemu to miałby być
problem.
Mówił
mi już o tym.
-
Mark - szepnęłam nagląco - przecież ja
też muszę tutaj wszystko pozamykać. Zebrać dokumenty do przeniesienia się
na inną uczelnię. Spakować swoje rzeczy do wysłania. Wynająć tam jakiś dom.
Zawstydziłam
się, bo zaczęłam planować za daleko.
Nie
chciałam mu się narzucać.
-
Ja mam dom w SLC - powiedział Mark
zdecydowanie - Nie mieszkałem tam, więc nie jest urządzony. Nie mam zdjęć, żeby
ci go pokazać, ale może zechciałabyś zamieszkać w nim ze mną. Urządziłabyś go
po swojemu.
Zawahałam
się, bo chciałam tego, bardzo
chciałam, ale nadal bałam się, że to było za szybko.
On
nie znał mnie, a ja nie znałam jego.
-
Jak nie chcesz… - zaczął Mark, ale mu przerwałam.
-
Bardzo chcę - powiedziałam szybko i nieco za głośno.
Dostałam
za to najwyższą nagrodę, bo jego oczy zapaliły się ciepłem i wyglądał, jakby z
trudem hamował się przed rzuceniem się w moją stronę, by mnie pocałować.
-
Chciałam tylko powiedzieć, że mogę poczekać, bo ja też muszę zakończyć różne
sprawy, ustalić wszystko -
uściśliłam, jednocześnie ściskając jego palce.
-
Dobrze - szepnął Mark.
Milczeliśmy
przez dwie sekundy i docierało do mnie, że zgodziłam się przenieść pół globu
dalej na stałe.
I
byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa.
Więc
się uśmiechnęłam.
Szeroko.
Mark
spojrzał na mój uśmiech i przejechał zębami po swojej dolnej wardze.
-
Do bani jest to - mruknął w końcu niskim, szorstkim głosem - że zaraz musimy
się rozstać, a ja nawet nie mogę cię pocałować tak, jakby chciał.
-
Do bani - powtórzyłam za nim szeptem, nagle myśląc wyłącznie o tym, żeby móc go pocałować dokładnie tak, jakby chciał.
*****
Poniedziałek rano
Ubrałam
się w luźne spodnie dresowe i koszulkę zarzuconą na sportowy stanik, a na nogi
wsunęłam Snickersy, kiedy wybrałam się ze swojego apartamentu do gabinetu, żeby
zjeść śniadanie z Sarą.
Byłam
w radosnym nastroju po mojej niedzieli.
W
sobotę wieczorem Frank odwiózł mnie do domu po dziewiątej, a ja przez całą
drogę uśmiechałam się do przedniej szyby jak szalona.
Kiedy
odprowadził mnie do mojego apartamentu, podziękowałam mu serdecznie i z
uśmiechem, chociaż nie rzuciłam mu się na szyję z radości, na co miałam ochotę.
W
niedzielę rano wstałam jak zwykle o siódmej i ubrałam się tylko w szlafrok na
piżamę, kiedy przeszłam do salonu na śniadanie.
A
przy drugiej filiżance herbaty zadzwoniłam do Sary tak, jak zrobiłam to tydzień
wcześniej.
-
Lisa! - Sara powitała mnie takim
samym radosnym okrzykiem, a ja na ten dźwięk zachichotałam cicho, ale
szczęśliwie.
-
Jak było? - Sara dopytywała się, zanim zdążyłam cokolwiek jej odpowiedzieć.
-
Wspaniale - wreszcie powiedziałam do niej pierwsze słowa i zrobiłam to z zawstydzeniem
- Naprawdę, Saro, dziękuję ci.
-
Och… - zaczęła, ale musiałam
dokończyć, więc przerwałam jej, chociaż to było trochę niegrzeczne.
-
Wiesz… - postanowiłam przedstawić jej to od razu, wprost, chociaż nagle nie
byłam taka pewna swojej decyzji - Ja… postanowiłam przeprowadzić się… Na stałe… Do Stanów.
W
słuchawce zapadła cisza, na którą pozwoliłam.
Sara
musiała to przetworzyć, więc przez kilka sekund nic nie mówiłam, a potem
zdecydowałam się jej to wyłożyć.
-
Wiesz, że nic mnie tu nie trzyma - mój głos był cichy i łagodny - Mogę
przenieść się na inną uczelnię, mogę podjąć pracę z dziećmi w innej części
świata.
-
Tak - Sara wreszcie się odezwała, ale jej głos nie brzmiał właściwie - masz
rację. Zrób tak, byś była szczęśliwa, żeby było dobrze.
-
Sara - ton mojego głosu stał się nawet bardziej delikatny - Chcę, żebyś nadal
dla mnie pracowała.
-
Lisa… - Sara zaczęła mówić z wahaniem, a ja pomyślałam o jej mamie.
Nie
mogła jej zostawić, ani zabrać ze sobą i nie mogłam Sary zmuszać do wybierania
między mną a nią.
-
Nie chcę, żebyś się ze mną przenosiła - powiedziałam szybko i gorąco - Chcę,
żebyś pracowała tutaj. Chcę zachować
ten dom, moją posiadłość, więc pracowałabyś stąd,
pilnowałabyś, żeby wszystko było tutaj w porządku. Nie przenoszę się wyłącznie
ze względu na Marka i wiesz o tym. Mogłybyśmy wszystko ułożyć. Po prostu
przemyśl to i w poniedziałek rano porozmawiamy.
-
Dobrze - powiedziała Sara - pomyślę.
Ogarnęła
mnie ulga nie tylko na to, że się nie sprzeciwiała, ale również dlatego, że ja
sama wreszcie zrozumiałam.
To
nie było tak, że podporządkowywałam się chęciom Marka.
Nie
jechałam tam za nim.
Zmieniałam
swoje życie dla mnie.
Ale
obecność w nim Marka byłabym wspaniałym bonusem.
Porozmawiałam
jeszcze przez chwilę z Sarą na ten temat, chociaż nie powiedziałam jej
wszystkich swoich przemyśleń, i poprosiłam ją o kontakt do Maggie, z którą Sara
rozmawiała przez Messengera.
Sara
podała mi jej namiary, informacje dodatkowe, które miały mi pomóc w
porozmawianiu z Maggie i rozłączyłyśmy się, by zacząć nasze dni.
Kiedy
się rozłączyłyśmy, zajęłam się tym, czym musiałam się zająć, czyli prysznicem i
przebraniem się, bo wyruszyłam na kilka godzin do stadniny, by odwiedzić
Persefonę.
Również
co do niej musiałam podjąć decyzję, co zrobiłabym dalej.
Kiedy
dojechałam na miejsce, weszłam do stajni i zaczęłam przygotowywać Persefonę do
jazdy, obserwowałam wszystko i zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej były
dla mnie ukryte albo nieistotne.
Teraz
stały się ważne.
Persefona
miała bardzo dobry kontakt ze swoim opiekunem, Liamem, a on ją kochał i to było
widać.
Nie
traktował jej jako swojej, ale dbał o jej dobre samopoczucie, a ona słuchała
go, przychodziła na jego wołanie i zabiegała o jego uwagę.
Wyglądało,
jakby ona też go kochała.
Nie
mogłam jej tego zabrać.
Nie
wiedziałam, jak mogłabym to
rozwiązać, bo utrzymanie konia nie było łatwe i tanie, ale przecież mogłam
zostawić Liamowi upoważnienie do opieki nad Persefoną i do decydowania co do
jej leczenia, karmienia itp.
Musiałam
przemyśleć to i porozmawiać z moim adwokatem, jak rozwiązać to prawnie, żeby
klaczka była Liama, ale jednocześnie, żeby on nie musiał ponosić kosztów.
Więc
byłaby moja, ale nie do końca.
Nie
zależało mi na akcie własności, ale mogłabym ponosić obciążenia związane z
utrzymaniem konia, a Liam nie byłby „obdarowany” nią na siłę.
Więc
może współwłasność?
Przez
resztę dnia, nawet po wyjeździe ze stadniny po przejażdżce, myślałam o tym, jak
mogłabym załatwić to bez urażania uczuć mojego długoletniego pracownika.
Zanim
usiadłam przy stole w swoim salonie w celu zjedzenia lunchu, tuż po prysznicu i
przebraniu się, wysłałam do Maggie prośbę o dołączenie do konwersacji na
Messengerze.
Wiedziałam,
że mogła dopiero wstać albo i nie, bo u nich była dopiero szósta rano, ale Sara
uprzedziła mnie, że takie dołączenie wymaga trochę czasu.
Dlatego
właśnie zajęłam się codziennymi sprawami, jak przygotowanie się do następnych zajęć
na studiach, wysłanie kilku e-maili, porządki w mojej sypialni, a dopiero
wczesnym wieczorem włączyłam Messengera z kamerką.
Po
południu zawędrowałam jednak również do kuchni.
Nie
mogłam powiedzieć, żebym nie wiedziała, gdzie była kuchnia, ale też nigdy do
niej nie zaglądałam, jeśli był tam ktoś, kto przygotowywał posiłki, więc nigdy
nie weszłam tam za dnia.
Dlatego,
kiedy weszłam, wszystkie osoby, które tam były zerwały się na równe nogi i
zaczęło się dyganie, ucieczka pokojówek i ogrodnika.
-
Przepraszam - powiedziałam do kobiety, która była najspokojniejsza i wyglądała
jakby była u siebie, więc uznałam ją za kucharkę - nie chciałam sprawiać kłopotu.
-
Och - powiedziała trochę zdziwionym tonem - Nie sprawia pani, milady.
-
Czy mogę popatrzeć, jak robi pani kolację? - spytałam, czym ją zaskoczyłam, ale
nie była zła, a raczej ciepło zadowolona.
-
Oczywiście, milady - powiedziała i odsunęła się w stronę blatu, na którym stały
przygotowane produkty spożywcze.
-
Co pani robi? - spytałam z zaciekawieniem.
-
Proszę, Jane - powiedziała, wskazała dłonią na kilka rzeczy i dodała - duszoną
jagnięcinę z ziemniaczkami.
-
Och - zachwyciłam się, bo nigdy nie robiłam tego ani nie widziałam, żeby ktoś
to robił - Mogę w czymś pomóc?
-
Oczywiście, milady - odparła i podeszła do szafy, otworzyła ją, a potem wyjęła
z niej złożony, biały fartuch, który rozwinęła i podała mi, mówiąc - Proszę to
założyć.
Założyłam
fartuch, podeszłam do zlewu, umyłam ręce, a potem podeszłam do mięsa i warzyw
ułożonych na blacie, by wykonywać polecenia i nauczyć się robić danie, które
było podobno ulubionym posiłkiem mojej mamy.
Okazało
się bowiem, że Jane była kucharką od tak dawna w tej posiadłości, ze znała
moich rodziców, a moja mama często pomagała tam przy gotowaniu.
Szkoda,
że nigdy nie weszłam do kuchni, by porozmawiać z Jane, ale jeszcze miałam czas,
by to nadrobić.
Spędziłam
w kuchni całą godzinę na gotowaniu i rozmowie, a Jane była osobą, która
rozmawiała ze mną tak, jak rozmawiała ze mną Eva.
Lubiłam
to.
Przez
cały dzień pisałam do Marka krótkie notatki i rzadko dostawałam odpowiedzi, ale
nie spodziewałam się niczego innego.
Uprzedził
mnie, że tak miało być.
W
poniedziałek wylatywali do Stanów, mieli polecieć od razu do domu, a to
wymagało od niego dużo pracy i skupienia.
Więc
starałam się mu nie przeszkadzać.
Nadal
czułam z nim kontakt i wiedziałam, że myślał o mnie, chociaż brakowało mi jego
bliskości.
Z
drugiej strony nadal czułam niepokój po moim stanowczym zachowaniu wobec babki
Charlotty.
Nie
byłam pewna jej odpowiedzi, ale mogłam się spodziewać czegoś niezbyt miłego.
Nie
lubiła być lekceważona.
Dlatego
moja rozmowa z Maggie rozpoczęła się może niezbyt dobrze z mojej strony.
-
Hej, Maggie - powiedziałam ostrożnie i z rezerwą, kiedy zobaczyłam jej twarz na
ekranie.
-
Hej, Lisa! - zawołała wesoło Maggie -
jak strasznie cieszę się, że wszystko
się udało.
Dopiero
ten tekst mi uświadomił, że miałam za co jej podziękować.
Gdyby
nie jej zaangażowanie, jej interwencja, Mark nie przyjechałby do Anglii, nie
zobaczylibyśmy się i nie porozumieli.
Więc
podziękowałam jej i to było szczere.
Ale
potem pomyślałam, że właściwie to nie z Maggie chciałam porozmawiać, bo w moich
następnych poczynaniach bardziej potrzebowałabym pomocy i rady Evy.
Dlatego
powiedziałam Maggie krótko o moich planach przeprowadzki do Stanów i poprosiłam
ją o pomoc w połączeniu się z Evą, żebym mogła z nią porozmawiać.
Dowiedziałam
się, że Maggie, w porozumieniu z Sarą, już wcześniej powiedziała Evie kim byłam
i dlaczego byłam w SLC.
Nie
mówiły o tym pozostałym, ale to głównie dlatego, że nie chciały rozmawiać o tym
za moimi plecami, a Eva wyczuła coś, co było między mną a Sarą i Frankiem, więc
Maggie nie chciała jej kłamać i przyznała się do tego, co wiedziała.
Tylko
poczekała z tym, aż Sara jej na to pozwoliła.
Więc
mogłam rozmawiać z Evą otwarcie, mówić jej o swoich kłopotach i zadawać
pytania.
Cieszyłam
się z tego.
Pół
godziny później patrzyłam w pogodne i ciepłe oczy pierwszej z kobiet, którą
poznałam z tamtej grupy i to takiej, o której myślałam, że mogłaby mnie
najlepiej zrozumieć.
Wyjawiłam
jej moje plany i problemy.
-
Wiesz, Lisa… - mówiła do mnie Eva, skupiając się wyłącznie na rozmowie, chociaż wiedziałam, że miała w domu całą
rodzinę, w tym jej małego synka - ja po prostu sprzedałam wszystko. Dom,
samochody, meble… wszystko. Nie
chciałam mieć żadnych powiązań z tamtym miejscem, chociaż nadal mam tam
przyjaciółki. Zabrałam to tylko drobiazgi.
Spojrzałam
na nią inaczej, z lepszym zrozumieniem, bo z całą mocą właśnie dotarło do mnie
to, co powiedział mi Alek o tym, że Eva miała w Europie kłopoty przez szum
medialny i musiała porzucić swoje dawne życie.
Całe
życie.
Straciła
naprawdę wszystko.
Zostały
jej tylko rzeczy, więc pozbyła się ich i przeniosła tam, gdzie mogła zbudować
sobie nowe życie.
Rozumiałam
to, że nie przywiązywała wagi do rzeczy.
-
Ja mam zamiar zostawić tutaj dom i działające biuro - przyznałam jej - Mark ma
dom w SLC, chociaż podobno stoi pusty, bo nikt w nim nie mieszkał. Mamy
zamieszkać tam razem.
Zobaczyłam,
że oczy Evy złagodniały, a na jej ustach pojawił się delikatny, czuły uśmiech.
Wyglądała
dokładnie tak, jak kiedyś, dawno temu, wyobrażałam sobie, że wyglądałaby moja
mama, kiedy marzyłam o tym, by móc powiedzieć jej o czymś, co mnie
uszczęśliwiało.
Była
szczęśliwa z mojego powodu.
Ojej!
-
Więc co właściwie chciałabyś
przewieźć? - spytała mnie w końcu, a ton jej głosu był również łagodny - Bo,
wiesz, SLC to duże miasto. Możesz tu
kupić wszystko. W każdym stylu, jaki ci się podoba.
-
No właśnie nie wiem, co bym chciała stąd zabrać - przyznałam - Może trochę
pamiątek po mamie. Ubrań. Pościeli. Nie myślałam o tym.
-
Więc to przemyśl - powiedziała zdecydowanie Eva - Meble, wyposażenie do domu
pomożemy wam wybrać i kupić tutaj. Ubrania też możesz dokupić, jakie będziesz
chciała, zwłaszcza, jeśli faktycznie chcesz zostawić tam dom i czasem tam
wracać.
Zaczęłyśmy
rozmawiać o szczegółach, a ja poczułam się nagle pewniej, kiedy miałam kogoś,
kto chciał i umiał ze mną rozmawiać, a nie tylko słuchał moich poleceń.
Eva
mi doradzała, ale też słuchała tego, o czym marzyłam.
Mówiła
mi o możliwościach współpracy z Sophie przy remoncie i wyposażaniu domu, skoro
dom Marka stał nie używany od dawna, bo nikt tam nie mieszkał, oraz z Soniją z
umeblowaniem go, o czym już przecież wiedziałam.
Pomogła
nam wcześniej.
Kiedy
się rozłączyłyśmy, napisałam e-maila o tym wszystkim do Marka bez nadziei, że
mi odpowie.
Po
prostu chciałam, żeby wiedział, że myślałam o nim i o naszym przyszłym wspólnym
życiu.
Razem.
Jak
to pięknie brzmiało.
Więc
teraz był poniedziałek rano, a ja wchodziłam do swojego gabinetu z głową
wypełnioną wizjami wolnego, wspólnego z Markiem, życia w Stanach.
-
Hej, Sara - powitałam moją asystentkę, która już siedziała za swoim biurkiem i
czytała pocztę.
-
Hej, Lisa - odparła Sara pogodnie, kiedy poderwała głowę i natychmiast zaczęła
wstawać, żebyśmy obie przeszły do mojego gabinetu na śniadanie.
Usiadłyśmy,
nalewałyśmy herbatę, jadłyśmy śniadanie i przez cały czas mówiłyśmy na zmianę,
bo ja opowiedziałam jej moje rozmowy z Maggie i Evą, a ona wyjawiła mi swoje
przemyślenia.
Zgodziłyśmy
się co do tego, żeby Sara została jako kierowniczka mojego biura w Anglii i codziennie
wieczorem przekazywała mi raporty z przebiegu naszego nowego przedsięwzięcia.
Bowiem
wymyśliłam, co mogłabym zrobić jako księżniczka oprócz zwykłego wspierania
jednego domu dziecka.
Zaplanowałam
założenie fundacji, która finansowałaby lub może współfinansowała małe placówki
zastępcze dla dzieci, które nie nadawały się z jakichkolwiek względów do
adopcji.
Musiałyśmy
jeszcze z Sarą ustalić szczegóły, ale wiedziałyśmy już z naszych wcześniejszych
prac, że dzieci chore na chorobę wrodzoną lub zagrożone chorobą dziedziczną
zwykle nie znajdowały opiekunów adopcyjnych i zostawały w domach dziecka.
Wsparcie
finansowe dla małych rodzin zastępczych dałoby tym dzieciom szansę na miłość, a
przynajmniej bliskość zamiast życia w dużych skupiskach, gdzie taka bliskość
nie była możliwa.
To
było do dopracowania na przyszłość.
A
potem musiałam pójść pod prysznic, ubrać się, uczesać, umalować i naszykować
się na mój dzień.
Miałam
zajęcia na uczelni.
*****
Kilka godzin później
Byłam
bardzo zajęta i nie miałam nawet chwilki, żeby pomyśleć spokojnie.
Nawet
południową kawę wypiłam w biegu, nie mając czasu na przeczytanie lub chociażby
przejrzenie najświeższej prasy.
Przez
cały dzień bardzo brakowało mi jednak tylko tego jednego, do czego
przyzwyczaiłam się przez miniony tydzień.
Nie
pisałam i nie rozmawiałam z Markiem, chociaż wysłałam mu kilka emoji, by
wyrazić moje uczucia i tęsknotę.
Wiedziałam,
że był zajęty i niedostępny, bo mieli w niedzielne południe wylecieć do Stanów,
wieczorem wylądować w Nowy Jorku, a niedługo potem polecieć do Denver.
Więc
był zajęty i to miał być zajęty przez
cały dzień aż do wieczora.
Do
Nowego Jorku leciało się siedem, osiem godzin, a do Denver kolejne cztery, pięć
godzin.
Jeśli
dodałabym godziny, jakie spędzali na lotniskach, gdzie Mark był bardzo zajęty jako ochroniarz, nie
miałam żadnej nadziei na to, by znalazł nawet minutę na napisanie do mnie
czegokolwiek lub przeczytanie czegoś ode mnie przez prawie całą dobę.
Musiałam
poczekać.
Ale
przecież to wiedziałam, bo mnie uprzedził.
Obiecałam
mu, że poczekam.
Musiała
mi wystarczyć świadomość, że chciał być ze mną.
Z
tą myślą wracałam samochodem do mojego domu na lunch z Jamie’m jako kierowcą, a
Frankiem jako ochroną na przednim siedzeniu.
Jak
zwykle.
Kiedy
wjeżdżaliśmy na podjazd zobaczyłam jednak coś, co postawiło moje całe ciało w
stan gotowości nieomalże bojowej.
Czarna
limuzyna Mercedesa klasy S, z kierowcą w uniformie i czapce z daszkiem stojącym
przy drzwiach w gotowości.
Samochód
mojej babki Charlotty.
Jamie
podjechał do drzwi wejściowych, pod markizę, Frank wysiadł jako pierwszy,
otworzył moje drzwi i spojrzał mi prosto w oczy, kiedy wysiadałam.
Wiedział,
czego mogliśmy się spodziewać po tych odwiedzinach.
Popatrzyłam
na niego, zacisnęłam usta i ruszyłam szybkim krokiem w stronę domu z Frankiem
idącym o krok za mną.
Przeszliśmy
przez hall wejściowy, zostawiając lokajowi po drodze nasze okrycia wierzchnie,
a potem korytarzami wprost do mojego gabinetu, gdzie skinęłam Frankowi, żeby
poczekał na zewnątrz.
Mógł
odejść do swoich zajęć.
Miałam
tam wsparcie Sary, chociaż to było moje.
To
ja musiałam sama konsekwentnie stawić
czoła mojej ciotecznej babce po tym, jak powiedziałam jej ostatnio, czego sobie
nie życzyłam.
Jeszcze
mogłam mieć cień nadziei, że wzięła pod uwagę moje uczucia i poddała się, jeśli
chodziło o jej pomysły na moje dalsze życie.
Ale
tylko cień.
Nie
miałam bowiem wielkich złudzeń co do tego, czy poddałaby bez walki swoją
kontrolę nade mną.
Kiedy
weszłam do swojego biura, Sara wstała zza swojego biurka i patrzyła na mnie z
niepokojem.
Jej
twarz była blada, oczy wystraszone, a ciało napięte ze zdenerwowania.
Drzwi
do mojego gabinetu były otwarte i to tam siedziała moja babka, zajmująca jeden
z foteli przy stoliku, na którym już stała taca z parującym imbrykiem z herbatą,
z dwiema filiżankami i z talerzem z biszkoptami, a jej asystentka stała za jej
plecami i patrzyła na mnie złośliwie.
Babka
nie była łaskawa nawet odwrócić głowy w moją stronę.
Skinęłam
głową Sarze, żeby ją zapewnić, że wszystko było w porządku, a potem weszłam do
swojego gabinetu.
-
Dzień dobry, babciu Charlotto - przywitałam się oficjalnym tonem, ignorując
obecność jej asystentki.
-
Witaj, Caroline - odpowiedziała babka, sznurując usta i patrząc na mnie z
dezaprobatą.
Jak
zwykle.
-
Ale nie powiedziałabym, że to taki dobry dzień - dodała natychmiast moja
cioteczna babcia bardzo niezwykłe jak
na nią.
Jej
asystentka zrobiła krok do przodu, podała jej jakąś zwiniętą gazetę, a potem,
nie patrząc na mnie, wyszła z mojego gabinetu, cicho i starannie zamykając za
sobą drzwi.
Usiadłam
w drugim fotelu i sięgnęłam do imbryka, by nalać sobie herbaty, bo bardzo
starałam się powstrzymać niepokój, jaki ogarniał mnie coraz bardziej i bardziej.
-
Myślę, moja droga - zaczęła babka, najwyraźniej wyjątkowo nie bawiąc się w
zwykłe dla niej puste rozmówki i przechodząc od razu do rzeczy - że spodziewałaś
się mojej wizyty po czymś takim.
Bardzo
starałam się powstrzymać wyraz zdziwienia, żeby nie wypłynął na moją twarz, ale
doprawdy nie wiedziałam, o co jej
chodziło.
Miałam
się dowiedzieć.
Babka
Charlotta rozwinęła gazetę i podała mi ją.
-
Widzę, że nie czytałaś. Trzecia strona - wyjawiła sucho - Nie wydarzenie dnia,
ale nadal taka ciekawostka to niezwykły kąsek dla wszelkich plotkarzy.
Wzięłam
od niej gazetę i otworzyłam na trzeciej stronie.
„Księżniczka Caroline ma nowego mężczyznę. Czy
to wreszcie prawdziwa, dojrzała miłość?” - brzmiał nagłówek, a pod nim był
artykuł zilustrowany zdjęciem.
Na
zdjęciu byłam ja z Markiem przy stoliku w klubie.
Byłam
w pstrokatej chuście a na nosie miałam żółte okulary, ale nadal było widać, że
to ja.
Mark
był wyprostowany, pochylony w moją stronę i wyglądał niezwykle męsko i przystojnie.
Wyglądaliśmy
na bardzo zakochanych, zapatrzonych w siebie, nie zauważających reszty świata.
Dokładnie
tak, jak było.
Przed
oczami zrobiło mi się ciemno.
Zabrakło
mi tchu i ledwo słyszałam komentarz babki.
-
Oczywiście - syczała zjadliwie - Jakiś kapitan.
Nie jesteś w stanie utrzymać się naszej sfery. Wszystko czego chciałam od
ciebie to, żebyś okazała się godna naszej rodziny.
Oddychałam
płytko, starając się opanować.
Myślałam
przy tym intensywnie.
Znowu
mnie to spotkało.
Ktoś
mnie zdradził.
Kto poza Markiem mógł
wiedzieć o naszym spotkaniu?
Sarze
i Frankowi ufałam.
Babka
Charlotta jednak nie skończyła.
-
Zerwiesz z nim wszelkie kontakty -
oświadczyła zdecydowanie, a ja skupiłam się na niej - Nie jest wart panny z naszej rodziny. Kto to w
ogóle jest? - prychnęła pogardliwie - Amerykanin, rozwodnik, bez dobrej pracy,
z wątpliwą reputacją.
Co?
Usłyszałam
tylko rozwodnik.
Zahuczało
mi w uszach i cieszyłam się, że nie trzymałam filiżanki.
A
babka Charlotta złośliwie zauważyła moje skupienie na tym słowie, bo wciągnęłam
wtedy gwałtownie powietrze.
-
Nie wiedziałaś - mruknęła z satysfakcją - Tak, moja droga, miał żonę, rozwiódł się i zostawił jej wszystko. Więc to musiało być z jego
winy.
Przerwała
na parę sekund.
Skupiłam
się na tym, żeby przy niej w ogóle nie reagować, a zwłaszcza nie zachorować, więc nie docierały do mnie w
pełni jej słowa.
Myślałam
tylko Mark miał żonę!
Może
ją kochał.
Może
musiał z nią zerwać.
-
Masz szczególny talent do wikłania się w romanse z niewłaściwymi mężczyznami - babka
znowu brzmiała na niezadowoloną ze mnie.
Siedziałam
nieruchomo, wpatrzona przed siebie.
-
Napiszesz do niego, że zrywacie - warknęła do mnie niespodziewanie babka, a ja
zamrugałam, bo nawet nie wiedziałam, że potrafiła
tak mówić.
Ale
przynajmniej opanowałam swój żołądek.
-
Nie… - zaczęłam protestować, bo chciałam porozmawiać z Markiem, dowiedzieć się,
o co w tym wszystkim chodziło.
Nie
wierzyłam w to.
Wiedziałam
doskonale, że każdą informację można było podać na różne sposoby i, nawet
mówiąc prawdę, można nią manipulować.
Znałam
Marka i wiedziałam, że nie skrzywdziłby żadnej kobiety.
Nie
świadomie.
To
musiało być coś więcej.
-
Jak tego nie zrobisz - babka pochyliła się w moją stronę, więc się przygotowałam
- Zniszczę go. A uwierz mi, ja mam
możliwości, żeby to zrobić. Kontroluję twoje e-maile i twój telefon, więc będę
wiedziała, czy i co do niego napiszesz. Mogę nawet więcej. Więc mogę również wpłynąć
na tę jego dziwną pracę i jego rodzinę.
Te
dwa słowa, tak ważne dla Marka i dla mnie, babka wymówił z pogardą.
Oczywiście,
cała ona.
Zatrzymałam
oddech na kilka sekund, bo nie wiedziałam, jakie możliwości miała babka
Charlotta i jak mogłaby zaszkodzić
Markowi.
Wiedziałam
tylko, że ja nie byłam warta tego,
żeby ze względu na mnie on miał przeżywać jakiekolwiek kłopoty.
Kiedykolwiek.
Był
wspaniały, troskliwy, miał rodzinę, która go kochała i którą on kochał.
Powinien
dla nich i dla tych, których ochraniał w tak cudowny, dopracowany, kompetentny
sposób, żyć swobodnie dobrym życiem, a to mógł zrobić tylko beze mnie.
Więc
skinęłam głową na zgodę.
-
Teraz - syknęła babka.
Wstałam
sztywno z fotela i podeszłam do swojego biurka.
Usiadłam
w obrotowym fotelu, który tam stał.
Uruchomiłam
swój komputer, wpisałam hasło, poczekałam na otwarcie systemów i zalogowałam
się do swojej poczty.
Babka
przez ten czas stanęła za moimi plecami i położyła mi dłoń na ramieniu, a potem
zaczęła mi dyktować, a ja pisałam.
Kiedy
słyszałam te okrutne słowa, jakie miałam do niego wysłać, serce mi się kurczyło
z bólu.
Mark,
Pomyliłam się i nie będę z tobą.
Nie jesteś dla mnie wystarczająco
dobry.
Spotkałam kogoś, kto zapewni mi życie
na poziomie, jakiego potrzebuję.
Jest dla mnie idealny.
W piątek ogłosimy nasze zaręczyny.
Nie kontaktuj się ze mną.
Nie odpowiem.
Caroline
…
Zawahałam
się, więc babka ujęła moją dłoń, otulającą myszkę i sama kliknęła wyślij.
A
mnie huczało w głowie słowo zaręczyny.
-
No, dobrze - powiedziała babka Charlotta zadowolonym tonem - Oczekuję, że na piątek
przygotujesz jakąś ładną sukienkę na swoje zaręczyny.
Sztywno
podeszła do drzwi i tam odwróciła się do mnie.
-
Caroline? - podniosła brwi, patrząc na mnie ze zwykłą dezaprobatą.
-
Dobrze, babciu - szepnęłam pustym głosem.
[1] Drink
bezalkoholowy z piwa imbirowego i grenadyny z kruszonym lodem, wykończony wisienką
maraschino.
uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu może do piątku babcia umrze hahahahha
OdpowiedzUsuń