sobota, 15 października 2022

8 - Dobrze…

 

 

Rozdział 8

Dobrze

Caroline / Lisa

 

 

Następnego dnia wieczorem

Weszłam do baru, w którym mieliśmy się spotkać z Markiem i natychmiast zostałam ogłuszona głośną muzyką.

Byłam w pełni świadoma tego, że przez całą sobotę czułam się i zachowywałam się jak nastolatka, wybierająca się na swoją pierwszą randkę.

Cóż.

To była moja pierwsza prawdziwa randka.

I nie było ważne to, że byłam dorosła, skoro nie wiedziałam jak być dorosłą w takiej sytuacji.

Więc nie powstrzymywałam się.

Cały dzień spędziłam jakby w radosnym amoku, wykonując bezmyślnie kolejne czynności z nabytą rutyną, więc jakoś udało mi się przez nie przebrnąć.

Przepisałam na czysto do komputera referat, jaki przygotowywałam na ćwiczenia na poniedziałek i wydrukowałam go.

Byłam na basenie i pływałam bez przystanku przez całą godzinę.

Podpisałam z tuzin dokumentów, jakie podsunęła mi Sara, szczęśliwie mogąc jej zaufać, kiedy z uśmiechem wskazywała mi miejsca, gdzie miał znaleźć się mój podpis.

Porozmawiałam z Sarą na temat mojego wieczoru i poczyniłyśmy pewne ustalenia, a potem spotkałam się w tej sprawie z Frankiem i Sarą.

Prawie godzinę spędziłam z Sarą na wybieraniu stroju na wieczór.

Dostałam od Marka dziesiątki drobnych wiadomości, w których szczerze zapewniał mnie, że wszystko się uda i że nie muszę się niczym martwić.

Odpisałam mu na każdą, zapewniając go fałszywie, że dobrze się czułam i wcale, a wcale się nie denerwowałam.

Ani trochę.

Że tylko się cieszyłam.

Ale cieszyłam się naprawdę.

Ogromnie.

Ale również się denerwowałam.

Więc przed ósmą wieczorem wyjechałam z mojego domu w stronę Londynu moim Mini Cooperem z Frankiem jako kierowcą.

Ubrana byłam w wytarte dżinsy z kwiatami wyhaftowanymi na szerokich nogawkach, brązowe, zamszowe botki na niewysokim obcasie, w pożyczoną od Sary, błyszczącą, tęczową bluzkę z małą atłasową, fioletową kamizelką, na którą założyłam moją brązową, skórzaną kurtkę, włosy miałam owinięte fantazyjnie lśniącą, indyjską chustą z frędzlami, a na nosie miałam druciane okulary z żółtymi szkłami.

Dołożyłam do tego niewielką, włóczkową, kolorową torebkę z frędzlami, by zachować hippiesowski styl.

Tak mi poradziła Sara.

Wyglądało to niesamowicie.

W Londynie Frank zatrzymał się w brudnym, prawie ciemnym zaułku i podprowadził mnie do niepozornych bocznych drzwi bez klamki, w które zapukał trzy razy, po czym otworzył je nam ponury, wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym T-shircie, który przepuścił mnie do środka, rozglądając się uważnie nad moją głową po okolicy.

Ochroniarz skinął głową Frankowi i zamknął za mną drzwi.

Frank wrócił do mojego samochodu.

Ja przeszłam krótkim korytarzem do głównej sali.

I stanęłam ogłuszona dymem, muzyką i tłumem.

Nigdy nie byłam w takim miejscu, ale wiedziałam.

To  nie był zwykły bar, czy też pub, ale całkiem modny i uczęszczany klub nocny z dyskoteką.

Po mojej lewej było duże główne wejście, a naprzeciwko mnie był parkiet, na którym podskakiwał tańczący tłum.

Tamta przestrzeń była niżej od miejsca, w którym byłam i schodziło się do niej po kilkunastu stopniach na wprost od dużych, ciemnych drzwi wejściowych.

Całość była wypełniona dymem, na dole oświetlona przytłumionym światłem dyskotekowym, a na górze, w tej przestrzeni, w której byłam, małymi lampkami, które stały na stolikach.

Przestrzeń była dość szeroka, ale wyglądała na galerię nad parkietem, na której był długi bar z lustrem, z półkami z butelkami z tyłu oraz z kilkoma wysokimi stołkami przed nim, a kilka stolików na cztery osoby było umieszczonych przy barierce oddzielającej galerię od parkietu.

Przy ścianie przylegającej do drzwi, przez które właśnie weszliśmy, były wypełnione ludźmi loże z kanapami obitymi bordową skórą lub skajem i z niskim stolikami, na których stało mnóstwo szklanek i kieliszków.

Ochroniarz, który mnie wpuścił do lokalu w którymś momencie zniknął, ale natychmiast potem poczułam na krzyżu znajome i ulubione przeze mnie ciepło dłoni, za którą tęskniłam.

Był tam.

Mark zrobił krok do przodu i nagle nie widziałam nic więcej, tylko jego przystojną twarz, nie słyszałam nic więcej tylko jego niski głos.

- Witaj, Lady - powiedział, pochylił się w moją stronę i prawie pocałował mój policzek, a ja przekręciłam głowę, więc otarłam swoim policzkiem o jego szczękę, a później nagle poczułam kącik jego ust na swoich.

I odsunął się na milimetry, więc nie pocałowaliśmy się, ale przez sekundę staliśmy tak zamrożeni w naszej chwili.

Trzymał swoją dłoń na moich plecach, owijając mnie lewą ręką, a ja złapałam jego prawe ramię, by się nie przewrócić, kiedy zakręciło mi się w głowie od tej jego bliskości.

- Mark - szepnęłam z pragnieniem tak wielkim, że mnie dławiło, ale jednocześnie bardzo boleśnie świadoma tego, że byliśmy w miejscu publicznym i nie mogliśmy mieć nic więcej.

- Chodźmy - Mark mruknął szorstko do mojego ucha i obrócił nas, a potem poprowadził mnie w stronę baru, protekcyjnie trzymając rozłożoną dłoń na moim krzyżu pod moją kurtką.

Przeszliśmy obok stolików, przy których siedziało sporo gości, ale wszyscy byli zajęci sobą, rozmawiając głośno, śmiejąc się i wychylając drinki z kieliszków lub szklanek.

Mark zaprowadził mnie do małego, dwuosobowego stolika, który stał w rogu przy samym barze i był częściowo schowany przez otwierające się wahadłowo drzwi z napisem Private.

Nie było na nim lampki tylko w szklaneczce mała świeczka typu podgrzewacz, ale stały tam dwa krzesła i wazonik z kwiatkiem oraz serwetnik i przybornik z przyprawami.

Jakby był przygotowany specjalnie dla nas.

Mark pomógł mi zdjąć kurtkę, przewiesił ją przez oparcie krzesła, odsunął je dla mnie i pochylił twarz nad moją szyją, kiedy na nim siadałam.

Czułam przez cały czas, że chciał być blisko mnie.

Ja też podświadomie odsłaniałam dla niego kark lub odwracałam głowę, a nawet odchylałam całe ciało w jego stronę.

Chciałam bardziej czuć jego obecność.

Mark usiadł naprzeciwko mnie, ale później przesunął nieznacznie krzesło bliżej mnie poruszając jego oparciem wzdłuż ściany, więc siedzieliśmy stykając się przedramionami.

Podeszła do nas kelnerka i Mark zamówił dla siebie piwo, ale kiedy przed tym zapytał mnie, co ja bym chciała i odpowiedziałam Shirley Temple[1], prawie się zaśmiał.

Widziałam, jak mu zadrgały usta.

Uwielbiałam ten widok.

Nadal, nie wiedziałam, co było w tym śmiesznego.

Milczeliśmy przez chwilę, chłonąc swoją obecność, zbierając myśli, szepcząc drobne wiadomości o tym, jak minął nam dzień na tęsknocie, do chwili kelnerka przyniosła nam drinki.

Mark dostał oszronioną wysoką szklankę z ciemnym piwem, którą natychmiast przechylił do ust, a potem, opróżnioną do połowy, odstawił na bok na stoliku, żeby nam nie przeszkadzała.

Kelnerka odeszła, zanim to zrobił.

Kiedy zostaliśmy sami w otaczającym nas tłumie gdzieś tam bawiących się ludzi, Mark pochylił się w moją stronę, złapał moją dłoń i pokazał mi, że martwił się moim samopoczuciem.

Zrobił to, zadając pytanie, na które odpowiedź była dla mnie nieco żenująca.

- No to, o co chodzi z tym „Siódmym”? - spytał głosem niby-nie-zainteresowanym, niby-swobodnym, ale trochę warczącym, w którym było jednak wystarczająco dużo ciepła, bym poczuła, że się o mnie troszczył.

Westchnęłam, opuściłam oczy na stolik, więc Mark zacisnął palce na moich, by dodać mi odwagi.

Poczułam to i wchłonęłam, więc podniosłam na niego wzrok.

- Kiedy wyjeżdżałam do Stanów wiedziałam, że babka zechce mnie szybko wydać za mąż… - wyjaśniłam mu suchym głosem, bo było mi wstyd przyznawać się do tego, że moje cioteczna babka Charlotta w ten sposób dysponowała mną pomimo mojej pozornej niezależności - bo po moich dwudziestych pierwszych urodzinach powiedziała mi to wprost w oczy. Że przynoszę jej ujmę, wciąż będąc starą panną.

Mark zmarszczył brwi, a ja pomyślałam, że mógł pomyśleć, że to z tego powodu pozwoliłam Tomowi tak bardzo zbliżyć się do mnie.

By za niego wyjść za mąż.

Nie chciałam, żeby Mark tak myślał o mnie.

- Nie chcę na siłę wychodzić za mąż - powiedziałam szybko - Ale to moja jedyna żyjąca bliska krewna.

Nadal nie byłam pewna, czy Mark rozumiał, jak wyglądało moje życie, co miałam w dzieciństwie, bo wiedziałam, że prasa to mocno koloryzowała.

Zagryzłam bok wargi i spojrzałam na blat stolika.

- Mark - zaczęłam z wahaniem, bo powinnam mu szczerze powiedzieć, że w ogóle nie nadawałam się na żonę, partnerkę życiową, matkę… - Ja nie miałam rodziny. I to nie mówię o braku mamy.

Mark wyprostował się, ale tylko o tyle, żeby lepiej widzieć moje oczy i wyciągnął drugą rękę, by czubkami palców podnieść moją brodę.

Podniosłam na niego wzrok.

Bardzo chciałam okazać się godna, dobra dla tego wspaniałego mężczyzny, który miał kochającą rodzinę, ale wiedziałam, że to nie było możliwe.

I musiałam go ostrzec przed sobą.

- Mój tata nie przytulił mnie ani razu od śmierci mojej mamy - mówiłam półgłosem, więc Mark zmarszczył brwi i było widać, że skupił spojrzenie na moich ustach, by rozumieć, co mówiłam, jakby mnie słabo słyszał - Opiekowały się mną różne wynajęte panie, którym na mnie nie zależało. Nigdy nie siadywaliśmy obok siebie z tatą, nie spędzaliśmy razem czasu. Nie rozmawialiśmy. Wymienialiśmy tylko informacje. Nie wiem, czy potrafię…

Byłam pewna, że Mark wiedział o mnie z prasy lub z innych źródeł takie rzeczy jak to, kiedy straciłam mamę i dlaczego.

Wciągnęłam przerywany wdech, bo nigdy z nikim nie rozmawiałam na ten temat i mówienie tego nie było łatwe.

- Nigdy nikt mnie opatulił na dobranoc - przyznałam i przypomniałam sobie to uczucie, kiedy Tom to zrobił, więc przypomniałam sobie również coś innego, co Mark powinien wiedzieć - Nie spałam z nikim, nikt nawet nie wchodził do mojej sypialni. Od dawna sama tam sprzątam, sama zmieniam sobie pościel.

Mark zmarszczył brwi.

Tak.

Był jedyną osobą, która weszła do mojej sypialni od czterech lat.

Od czasu, kiedy zaprojektowałam ją i ekipa remontowa ją odświeżyła, kładąc nowe obicie ścian, montując nowe łóżko i oświetlenie.

Ale wiedziałam również, że musiałam mu to wyjaśnić.

- Sypialnie w hotelach i wynajętych mieszkaniach się nie liczą - powiedziałam, patrząc na niego uważnie, by dowiedzieć się, czy zrozumiał - Nie są moje.

- Więc Tom… - zawahał się Mark, ale na jego twarzy pojawiło się coś ciepłego, dobrego, coś, co lubiłam.

Zaczął rozumieć.

Musiałam dać mu to do końca.

- Tak. To nie była moja sypialnia - uściśliłam cichym głosem, patrząc wciąż w jego piękne, czarne oczy - A poza tym… mówiłam ci, byłam samotna. Potrzebowałam kogoś.

Może to nie było miłe wobec Toma, ale tak właśnie było.

Potrzebowałam wtedy kogoś, kogokolwiek.

A on po prostu był po ręką.

Ale też chyba wreszcie Mark zrozumiał, jak wielkie znaczenie miało to, że był ze mną w mojej sypialni.

Zaciągnęłam go tam.

Nadal nie wiedział o mnie wszystkiego.

Ale tego na razie nie mogłam mu powiedzieć.

- Lisa, skarbie - powiedział Mark cichym, ale zdecydowanym głosem, ściskając jednocześnie moją dłoń i pochylając się bardziej w moją stronę - Więc ci na mnie zależy!

Poczułam wypływającą na moją twarz łagodność, kiedy jeden raz potakująco skinęłam głową.

Ogarnął mnie jednak wstyd, że nie potrafiłam mu powiedzieć szczerze, czego mi brakowało w życiu, czego mnie nie nauczono.

Nadal nie wiedział, jak bardzo byłam wybrakowana.

Nagle Mark zesztywniał, zacisnął usta, wyprostował się i wciągnął powietrze przez nos.

Jakby podjął jakąś decyzję.

Spojrzałam na niego uważniej.

- Musisz coś o mnie wiedzieć - Mark odezwał się poważnym głosem, a jego twarz niespodziewanie przybrała surowy, pusty wyraz, którego nie lubiłam.

Dlatego spięłam się i poczułam, że moja twarz również stała się ostrożnie pusta, jak w chwilach, kiedy spodziewałam się nadejścia nieprzyjemności lub złych wieści.

- Nie mogę dać ci takiego życia, do jakiego jesteś przyzwyczajona - stwierdził Mark, a ja zaczęłam oddychać płytko, ale jednocześnie myślałam Nie, nie, nie.

Bałam się jego następnych słów.

Odrzucał mnie?

- Mieszkam w Stanach - mówił Mark, patrząc na nasze dłonie nadal mocno splecione palcami i leżące na stoliku - Nigdy się nie osiedliłem, bo zawsze miałem tysiące pomysłów i nie wiedziałem kim chcę być, kim jestem. Poszukiwałem swojej drogi, więc byłem kulturystą, bramkarzem, ochroniarzem i jeszcze tysiącem innych. Potem dopiero zacząłem poznawać siebie, więc moje życie jest tam. Tam mam rodzinę i całe życie. A ty… ty tutaj masz wszystko. Masz swoje życie. Jesteśmy pół świata od siebie.

- Mark, nie… - szepnęłam, ale nie skończył, więc nie dał sobie przerwać.

- Chcę być z tobą. Oczywiście, że mógłbym rzucić wszystko i przenieść się tutaj - stwierdził - Ale czy tego chcesz? Czy mam odmienić całe moje życie, a potem stwierdzimy, że to nie to. Tym bardziej, jeśli się okaże, że ja nie pasuję do twojego życia. Że mnie nie kochasz i chciałaś czegoś innego.

Zamilkł i popatrzył na mnie przenikliwie.

A ja milczałam, ale nie dlatego, że się z nim zgadzałam.

Po prostu nie wiedziałam, jakich słów miałam użyć, by przekazać mu przykrą prawdę o sobie.

- Ja… - zaczęłam, kiedy zaczął się ode mnie odsuwać, bo się nie odzywałam - nie wiem kim jestem. Ja… nie mam nic - szepnęłam po sekundzie przerwy i przełknęłam ślinę, kiedy Mark zamarł w bezruchu.

- To, co mam to tylko rzeczy - wykrztusiłam wreszcie - Nie mam rodziny i nigdy nie miałam. Nikogo bliskiego. Może ja, cóż, może nie umiem kochać. Nie wiem. Nigdy dotąd nie kochałam. Nikogo. A ty… ty dałeś mi siebie, dałeś mi swoją rodzinę. Chociaż jeszcze ich nie poznałam - uśmiechnęłam się do niego krzywo, z wysiłkiem - Czuję, jakbym ich znała i są mi bliscy. Tam, w Stanach, również poznałam ludzi, którzy byli gotowi zostać moimi przyjaciółmi, chociaż mnie nie znali.

Westchnęłam i opuściłam głowę nisko do naszych rąk.

- Nie muszę tutaj mieszkać - wyznałam tam szeptem - Nie mogę nawet nazwać tego domem. Nie mam dla kogo tu zostać.

Nie dodałam, że nie wiedziałam, co to tak właściwie był dom.

Nie zdążyłam.

Poczułam, jak jeszcze, zanim powiedziałam ostatnie zdanie, Mark szarpnął głową do góry, a później pociągnął moją rękę, więc spojrzałam na niego.

Trzymał obie nasze ręce nad stolikiem i przyciskał moje palce do ust z takim gorącym spojrzeniem, że prawie roztopiłam się i spłynęłam z krzesła.

- Więc… - powiedział nisko Mark głosem równie gorącym, co jego spojrzenie, patrząc na mnie z radością, którą poczułam do głębi siebie - możesz się przenieść do Stanów?

- Tak - szepnęłam.

Mark opuścił nasze dłonie na stolik i jakby coś sobie przypomniał.

Coś niezbyt przyjemnego.

- Tylko ja… - spochmurniał, a ja ponownie spięłam się, chociaż wydawało mi się, że nie musiałam się obawiać jego odrzucenia - Mam podpisaną umowę. Muszę wywiązać się jeszcze z jednego zadania. Nie chciałem go brać, ale to przedłużyłoby mój kontrakt, aż znalazłbym coś, co pomogłoby mi go zakończyć. Musiałabyś poczekać na mnie.

Nie wiedziałam, czemu to miałby być problem.

Mówił mi już o tym.

- Mark - szepnęłam nagląco - przecież ja też muszę tutaj wszystko pozamykać. Zebrać dokumenty do przeniesienia się na inną uczelnię. Spakować swoje rzeczy do wysłania. Wynająć tam jakiś dom.

Zawstydziłam się, bo zaczęłam planować za daleko.

Nie chciałam mu się narzucać.

- Ja mam dom w SLC - powiedział Mark zdecydowanie - Nie mieszkałem tam, więc nie jest urządzony. Nie mam zdjęć, żeby ci go pokazać, ale może zechciałabyś zamieszkać w nim ze mną. Urządziłabyś go po swojemu.

Zawahałam się, bo chciałam tego, bardzo chciałam, ale nadal bałam się, że to było za szybko.

On nie znał mnie, a ja nie znałam jego.

- Jak nie chcesz… - zaczął Mark, ale mu przerwałam.

- Bardzo chcę - powiedziałam szybko i nieco za głośno.

Dostałam za to najwyższą nagrodę, bo jego oczy zapaliły się ciepłem i wyglądał, jakby z trudem hamował się przed rzuceniem się w moją stronę, by mnie pocałować.

- Chciałam tylko powiedzieć, że mogę poczekać, bo ja też muszę zakończyć różne sprawy, ustalić wszystko - uściśliłam, jednocześnie ściskając jego palce.

- Dobrze - szepnął Mark.

Milczeliśmy przez dwie sekundy i docierało do mnie, że zgodziłam się przenieść pół globu dalej na stałe.

I byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa.

Więc się uśmiechnęłam.

Szeroko.

Mark spojrzał na mój uśmiech i przejechał zębami po swojej dolnej wardze.

- Do bani jest to - mruknął w końcu niskim, szorstkim głosem - że zaraz musimy się rozstać, a ja nawet nie mogę cię pocałować tak, jakby chciał.

- Do bani - powtórzyłam za nim szeptem, nagle myśląc wyłącznie o tym, żeby móc go pocałować dokładnie tak, jakby chciał.

*****

Poniedziałek rano

Ubrałam się w luźne spodnie dresowe i koszulkę zarzuconą na sportowy stanik, a na nogi wsunęłam Snickersy, kiedy wybrałam się ze swojego apartamentu do gabinetu, żeby zjeść śniadanie z Sarą.

Byłam w radosnym nastroju po mojej niedzieli.

W sobotę wieczorem Frank odwiózł mnie do domu po dziewiątej, a ja przez całą drogę uśmiechałam się do przedniej szyby jak szalona.

Kiedy odprowadził mnie do mojego apartamentu, podziękowałam mu serdecznie i z uśmiechem, chociaż nie rzuciłam mu się na szyję z radości, na co miałam ochotę.

W niedzielę rano wstałam jak zwykle o siódmej i ubrałam się tylko w szlafrok na piżamę, kiedy przeszłam do salonu na śniadanie.

A przy drugiej filiżance herbaty zadzwoniłam do Sary tak, jak zrobiłam to tydzień wcześniej.

- Lisa! - Sara powitała mnie takim samym radosnym okrzykiem, a ja na ten dźwięk zachichotałam cicho, ale szczęśliwie.

- Jak było? - Sara dopytywała się, zanim zdążyłam cokolwiek jej odpowiedzieć.

- Wspaniale - wreszcie powiedziałam do niej pierwsze słowa i zrobiłam to z zawstydzeniem - Naprawdę, Saro, dziękuję ci.

- Och… - zaczęła, ale musiałam dokończyć, więc przerwałam jej, chociaż to było trochę niegrzeczne.

- Wiesz… - postanowiłam przedstawić jej to od razu, wprost, chociaż nagle nie byłam taka pewna swojej decyzji - Ja… postanowiłam przeprowadzić się… Na stałe… Do Stanów.

W słuchawce zapadła cisza, na którą pozwoliłam.

Sara musiała to przetworzyć, więc przez kilka sekund nic nie mówiłam, a potem zdecydowałam się jej to wyłożyć.

- Wiesz, że nic mnie tu nie trzyma - mój głos był cichy i łagodny - Mogę przenieść się na inną uczelnię, mogę podjąć pracę z dziećmi w innej części świata.

- Tak - Sara wreszcie się odezwała, ale jej głos nie brzmiał właściwie - masz rację. Zrób tak, byś była szczęśliwa, żeby było dobrze.

- Sara - ton mojego głosu stał się nawet bardziej delikatny - Chcę, żebyś nadal dla mnie pracowała.

- Lisa… - Sara zaczęła mówić z wahaniem, a ja pomyślałam o jej mamie.

Nie mogła jej zostawić, ani zabrać ze sobą i nie mogłam Sary zmuszać do wybierania między mną a nią.

- Nie chcę, żebyś się ze mną przenosiła - powiedziałam szybko i gorąco - Chcę, żebyś pracowała tutaj. Chcę zachować ten dom, moją posiadłość, więc pracowałabyś stąd, pilnowałabyś, żeby wszystko było tutaj w porządku. Nie przenoszę się wyłącznie ze względu na Marka i wiesz o tym. Mogłybyśmy wszystko ułożyć. Po prostu przemyśl to i w poniedziałek rano porozmawiamy.

- Dobrze - powiedziała Sara - pomyślę.

Ogarnęła mnie ulga nie tylko na to, że się nie sprzeciwiała, ale również dlatego, że ja sama wreszcie zrozumiałam.

To nie było tak, że podporządkowywałam się chęciom Marka.

Nie jechałam tam za nim.

Zmieniałam swoje życie dla mnie.

Ale obecność w nim Marka byłabym wspaniałym bonusem.

Porozmawiałam jeszcze przez chwilę z Sarą na ten temat, chociaż nie powiedziałam jej wszystkich swoich przemyśleń, i poprosiłam ją o kontakt do Maggie, z którą Sara rozmawiała przez Messengera.

Sara podała mi jej namiary, informacje dodatkowe, które miały mi pomóc w porozmawianiu z Maggie i rozłączyłyśmy się, by zacząć nasze dni.

Kiedy się rozłączyłyśmy, zajęłam się tym, czym musiałam się zająć, czyli prysznicem i przebraniem się, bo wyruszyłam na kilka godzin do stadniny, by odwiedzić Persefonę.

Również co do niej musiałam podjąć decyzję, co zrobiłabym dalej.

Kiedy dojechałam na miejsce, weszłam do stajni i zaczęłam przygotowywać Persefonę do jazdy, obserwowałam wszystko i zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej były dla mnie ukryte albo nieistotne.

Teraz stały się ważne.

Persefona miała bardzo dobry kontakt ze swoim opiekunem, Liamem, a on ją kochał i to było widać.

Nie traktował jej jako swojej, ale dbał o jej dobre samopoczucie, a ona słuchała go, przychodziła na jego wołanie i zabiegała o jego uwagę.

Wyglądało, jakby ona też go kochała.

Nie mogłam jej tego zabrać.

Nie wiedziałam, jak mogłabym to rozwiązać, bo utrzymanie konia nie było łatwe i tanie, ale przecież mogłam zostawić Liamowi upoważnienie do opieki nad Persefoną i do decydowania co do jej leczenia, karmienia itp.

Musiałam przemyśleć to i porozmawiać z moim adwokatem, jak rozwiązać to prawnie, żeby klaczka była Liama, ale jednocześnie, żeby on nie musiał ponosić kosztów.

Więc byłaby moja, ale nie do końca.

Nie zależało mi na akcie własności, ale mogłabym ponosić obciążenia związane z utrzymaniem konia, a Liam nie byłby „obdarowany” nią na siłę.

Więc może współwłasność?

Przez resztę dnia, nawet po wyjeździe ze stadniny po przejażdżce, myślałam o tym, jak mogłabym załatwić to bez urażania uczuć mojego długoletniego pracownika.

Zanim usiadłam przy stole w swoim salonie w celu zjedzenia lunchu, tuż po prysznicu i przebraniu się, wysłałam do Maggie prośbę o dołączenie do konwersacji na Messengerze.

Wiedziałam, że mogła dopiero wstać albo i nie, bo u nich była dopiero szósta rano, ale Sara uprzedziła mnie, że takie dołączenie wymaga trochę czasu.

Dlatego właśnie zajęłam się codziennymi sprawami, jak przygotowanie się do następnych zajęć na studiach, wysłanie kilku e-maili, porządki w mojej sypialni, a dopiero wczesnym wieczorem włączyłam Messengera z kamerką.

Po południu zawędrowałam jednak również do kuchni.

Nie mogłam powiedzieć, żebym nie wiedziała, gdzie była kuchnia, ale też nigdy do niej nie zaglądałam, jeśli był tam ktoś, kto przygotowywał posiłki, więc nigdy nie weszłam tam za dnia.

Dlatego, kiedy weszłam, wszystkie osoby, które tam były zerwały się na równe nogi i zaczęło się dyganie, ucieczka pokojówek i ogrodnika.

- Przepraszam - powiedziałam do kobiety, która była najspokojniejsza i wyglądała jakby była u siebie, więc uznałam ją za kucharkę - nie chciałam sprawiać kłopotu.

- Och - powiedziała trochę zdziwionym tonem - Nie sprawia pani, milady.

- Czy mogę popatrzeć, jak robi pani kolację? - spytałam, czym ją zaskoczyłam, ale nie była zła, a raczej ciepło zadowolona.

- Oczywiście, milady - powiedziała i odsunęła się w stronę blatu, na którym stały przygotowane produkty spożywcze.

- Co pani robi? - spytałam z zaciekawieniem.

- Proszę, Jane - powiedziała, wskazała dłonią na kilka rzeczy i dodała - duszoną jagnięcinę z ziemniaczkami.

- Och - zachwyciłam się, bo nigdy nie robiłam tego ani nie widziałam, żeby ktoś to robił - Mogę w czymś pomóc?

- Oczywiście, milady - odparła i podeszła do szafy, otworzyła ją, a potem wyjęła z niej złożony, biały fartuch, który rozwinęła i podała mi, mówiąc - Proszę to założyć.

Założyłam fartuch, podeszłam do zlewu, umyłam ręce, a potem podeszłam do mięsa i warzyw ułożonych na blacie, by wykonywać polecenia i nauczyć się robić danie, które było podobno ulubionym posiłkiem mojej mamy.

Okazało się bowiem, że Jane była kucharką od tak dawna w tej posiadłości, ze znała moich rodziców, a moja mama często pomagała tam przy gotowaniu.

Szkoda, że nigdy nie weszłam do kuchni, by porozmawiać z Jane, ale jeszcze miałam czas, by to nadrobić.

Spędziłam w kuchni całą godzinę na gotowaniu i rozmowie, a Jane była osobą, która rozmawiała ze mną tak, jak rozmawiała ze mną Eva.

Lubiłam to.

Przez cały dzień pisałam do Marka krótkie notatki i rzadko dostawałam odpowiedzi, ale nie spodziewałam się niczego innego.

Uprzedził mnie, że tak miało być.

W poniedziałek wylatywali do Stanów, mieli polecieć od razu do domu, a to wymagało od niego dużo pracy i skupienia.

Więc starałam się mu nie przeszkadzać.

Nadal czułam z nim kontakt i wiedziałam, że myślał o mnie, chociaż brakowało mi jego bliskości.

Z drugiej strony nadal czułam niepokój po moim stanowczym zachowaniu wobec babki Charlotty.

Nie byłam pewna jej odpowiedzi, ale mogłam się spodziewać czegoś niezbyt miłego.

Nie lubiła być lekceważona.

Dlatego moja rozmowa z Maggie rozpoczęła się może niezbyt dobrze z mojej strony.

- Hej, Maggie - powiedziałam ostrożnie i z rezerwą, kiedy zobaczyłam jej twarz na ekranie.

- Hej, Lisa! - zawołała wesoło Maggie - jak strasznie cieszę się, że wszystko się udało.

Dopiero ten tekst mi uświadomił, że miałam za co jej podziękować.

Gdyby nie jej zaangażowanie, jej interwencja, Mark nie przyjechałby do Anglii, nie zobaczylibyśmy się i nie porozumieli.

Więc podziękowałam jej i to było szczere.

Ale potem pomyślałam, że właściwie to nie z Maggie chciałam porozmawiać, bo w moich następnych poczynaniach bardziej potrzebowałabym pomocy i rady Evy.

Dlatego powiedziałam Maggie krótko o moich planach przeprowadzki do Stanów i poprosiłam ją o pomoc w połączeniu się z Evą, żebym mogła z nią porozmawiać.

Dowiedziałam się, że Maggie, w porozumieniu z Sarą, już wcześniej powiedziała Evie kim byłam i dlaczego byłam w SLC.

Nie mówiły o tym pozostałym, ale to głównie dlatego, że nie chciały rozmawiać o tym za moimi plecami, a Eva wyczuła coś, co było między mną a Sarą i Frankiem, więc Maggie nie chciała jej kłamać i przyznała się do tego, co wiedziała.

Tylko poczekała z tym, aż Sara jej na to pozwoliła.

Więc mogłam rozmawiać z Evą otwarcie, mówić jej o swoich kłopotach i zadawać pytania.

Cieszyłam się z tego.

Pół godziny później patrzyłam w pogodne i ciepłe oczy pierwszej z kobiet, którą poznałam z tamtej grupy i to takiej, o której myślałam, że mogłaby mnie najlepiej zrozumieć.

Wyjawiłam jej moje plany i problemy.

- Wiesz, Lisa… - mówiła do mnie Eva, skupiając się wyłącznie na rozmowie, chociaż wiedziałam, że miała w domu całą rodzinę, w tym jej małego synka - ja po prostu sprzedałam wszystko. Dom, samochody, meble… wszystko. Nie chciałam mieć żadnych powiązań z tamtym miejscem, chociaż nadal mam tam przyjaciółki. Zabrałam to tylko drobiazgi.

Spojrzałam na nią inaczej, z lepszym zrozumieniem, bo z całą mocą właśnie dotarło do mnie to, co powiedział mi Alek o tym, że Eva miała w Europie kłopoty przez szum medialny i musiała porzucić swoje dawne życie.

Całe życie.

Straciła naprawdę wszystko.

Zostały jej tylko rzeczy, więc pozbyła się ich i przeniosła tam, gdzie mogła zbudować sobie nowe życie.

Rozumiałam to, że nie przywiązywała wagi do rzeczy.

- Ja mam zamiar zostawić tutaj dom i działające biuro - przyznałam jej - Mark ma dom w SLC, chociaż podobno stoi pusty, bo nikt w nim nie mieszkał. Mamy zamieszkać tam razem.

Zobaczyłam, że oczy Evy złagodniały, a na jej ustach pojawił się delikatny, czuły uśmiech.

Wyglądała dokładnie tak, jak kiedyś, dawno temu, wyobrażałam sobie, że wyglądałaby moja mama, kiedy marzyłam o tym, by móc powiedzieć jej o czymś, co mnie uszczęśliwiało.

Była szczęśliwa z mojego powodu.

Ojej!

- Więc co właściwie chciałabyś przewieźć? - spytała mnie w końcu, a ton jej głosu był również łagodny - Bo, wiesz, SLC to duże miasto. Możesz tu kupić wszystko. W każdym stylu, jaki ci się podoba.

- No właśnie nie wiem, co bym chciała stąd zabrać - przyznałam - Może trochę pamiątek po mamie. Ubrań. Pościeli. Nie myślałam o tym.

- Więc to przemyśl - powiedziała zdecydowanie Eva - Meble, wyposażenie do domu pomożemy wam wybrać i kupić tutaj. Ubrania też możesz dokupić, jakie będziesz chciała, zwłaszcza, jeśli faktycznie chcesz zostawić tam dom i czasem tam wracać.

Zaczęłyśmy rozmawiać o szczegółach, a ja poczułam się nagle pewniej, kiedy miałam kogoś, kto chciał i umiał ze mną rozmawiać, a nie tylko słuchał moich poleceń.

Eva mi doradzała, ale też słuchała tego, o czym marzyłam.

Mówiła mi o możliwościach współpracy z Sophie przy remoncie i wyposażaniu domu, skoro dom Marka stał nie używany od dawna, bo nikt tam nie mieszkał, oraz z Soniją z umeblowaniem go, o czym już przecież wiedziałam.

Pomogła nam wcześniej.

Kiedy się rozłączyłyśmy, napisałam e-maila o tym wszystkim do Marka bez nadziei, że mi odpowie.

Po prostu chciałam, żeby wiedział, że myślałam o nim i o naszym przyszłym wspólnym życiu.

Razem.

Jak to pięknie brzmiało.

Więc teraz był poniedziałek rano, a ja wchodziłam do swojego gabinetu z głową wypełnioną wizjami wolnego, wspólnego z Markiem, życia w Stanach.

- Hej, Sara - powitałam moją asystentkę, która już siedziała za swoim biurkiem i czytała pocztę.

- Hej, Lisa - odparła Sara pogodnie, kiedy poderwała głowę i natychmiast zaczęła wstawać, żebyśmy obie przeszły do mojego gabinetu na śniadanie.

Usiadłyśmy, nalewałyśmy herbatę, jadłyśmy śniadanie i przez cały czas mówiłyśmy na zmianę, bo ja opowiedziałam jej moje rozmowy z Maggie i Evą, a ona wyjawiła mi swoje przemyślenia.

Zgodziłyśmy się co do tego, żeby Sara została jako kierowniczka mojego biura w Anglii i codziennie wieczorem przekazywała mi raporty z przebiegu naszego nowego przedsięwzięcia.

Bowiem wymyśliłam, co mogłabym zrobić jako księżniczka oprócz zwykłego wspierania jednego domu dziecka.

Zaplanowałam założenie fundacji, która finansowałaby lub może współfinansowała małe placówki zastępcze dla dzieci, które nie nadawały się z jakichkolwiek względów do adopcji.

Musiałyśmy jeszcze z Sarą ustalić szczegóły, ale wiedziałyśmy już z naszych wcześniejszych prac, że dzieci chore na chorobę wrodzoną lub zagrożone chorobą dziedziczną zwykle nie znajdowały opiekunów adopcyjnych i zostawały w domach dziecka.

Wsparcie finansowe dla małych rodzin zastępczych dałoby tym dzieciom szansę na miłość, a przynajmniej bliskość zamiast życia w dużych skupiskach, gdzie taka bliskość nie była możliwa.

To było do dopracowania na przyszłość.

A potem musiałam pójść pod prysznic, ubrać się, uczesać, umalować i naszykować się na mój dzień.

Miałam zajęcia na uczelni.

*****

Kilka godzin później

Byłam bardzo zajęta i nie miałam nawet chwilki, żeby pomyśleć spokojnie.

Nawet południową kawę wypiłam w biegu, nie mając czasu na przeczytanie lub chociażby przejrzenie najświeższej  prasy.

Przez cały dzień bardzo brakowało mi jednak tylko tego jednego, do czego przyzwyczaiłam się przez miniony tydzień.

Nie pisałam i nie rozmawiałam z Markiem, chociaż wysłałam mu kilka emoji, by wyrazić moje uczucia i tęsknotę.

Wiedziałam, że był zajęty i niedostępny, bo mieli w niedzielne południe wylecieć do Stanów, wieczorem wylądować w Nowy Jorku, a niedługo potem polecieć do Denver.

Więc był zajęty i to miał być zajęty przez cały dzień aż do wieczora.

Do Nowego Jorku leciało się siedem, osiem godzin, a do Denver kolejne cztery, pięć godzin.

Jeśli dodałabym godziny, jakie spędzali na lotniskach, gdzie Mark był bardzo zajęty jako ochroniarz, nie miałam żadnej nadziei na to, by znalazł nawet minutę na napisanie do mnie czegokolwiek lub przeczytanie czegoś ode mnie przez prawie całą dobę.

Musiałam poczekać.

Ale przecież to wiedziałam, bo mnie uprzedził.

Obiecałam mu, że poczekam.

Musiała mi wystarczyć świadomość, że chciał być ze mną.

Z tą myślą wracałam samochodem do mojego domu na lunch z Jamie’m jako kierowcą, a Frankiem jako ochroną na przednim siedzeniu.

Jak zwykle.

Kiedy wjeżdżaliśmy na podjazd zobaczyłam jednak coś, co postawiło moje całe ciało w stan gotowości nieomalże bojowej.

Czarna limuzyna Mercedesa klasy S, z kierowcą w uniformie i czapce z daszkiem stojącym przy drzwiach w gotowości.

Samochód mojej babki Charlotty.

Jamie podjechał do drzwi wejściowych, pod markizę, Frank wysiadł jako pierwszy, otworzył moje drzwi i spojrzał mi prosto w oczy, kiedy wysiadałam.

Wiedział, czego mogliśmy się spodziewać po tych odwiedzinach.

Popatrzyłam na niego, zacisnęłam usta i ruszyłam szybkim krokiem w stronę domu z Frankiem idącym o krok za mną.

Przeszliśmy przez hall wejściowy, zostawiając lokajowi po drodze nasze okrycia wierzchnie, a potem korytarzami wprost do mojego gabinetu, gdzie skinęłam Frankowi, żeby poczekał na zewnątrz.

Mógł odejść do swoich zajęć.

Miałam tam wsparcie Sary, chociaż to było moje.

To ja musiałam sama konsekwentnie stawić czoła mojej ciotecznej babce po tym, jak powiedziałam jej ostatnio, czego sobie nie życzyłam.

Jeszcze mogłam mieć cień nadziei, że wzięła pod uwagę moje uczucia i poddała się, jeśli chodziło o jej pomysły na moje dalsze życie.

Ale tylko cień.

Nie miałam bowiem wielkich złudzeń co do tego, czy poddałaby bez walki swoją kontrolę nade mną.

Kiedy weszłam do swojego biura, Sara wstała zza swojego biurka i patrzyła na mnie z niepokojem.

Jej twarz była blada, oczy wystraszone, a ciało napięte ze zdenerwowania.

Drzwi do mojego gabinetu były otwarte i to tam siedziała moja babka, zajmująca jeden z foteli przy stoliku, na którym już stała taca z parującym imbrykiem z herbatą, z dwiema filiżankami i z talerzem z biszkoptami, a jej asystentka stała za jej plecami i patrzyła na mnie złośliwie.

Babka nie była łaskawa nawet odwrócić głowy w moją stronę.

Skinęłam głową Sarze, żeby ją zapewnić, że wszystko było w porządku, a potem weszłam do swojego gabinetu.

- Dzień dobry, babciu Charlotto - przywitałam się oficjalnym tonem, ignorując obecność jej asystentki.

- Witaj, Caroline - odpowiedziała babka, sznurując usta i patrząc na mnie z dezaprobatą.

Jak zwykle.

- Ale nie powiedziałabym, że to taki dobry dzień - dodała natychmiast moja cioteczna babcia bardzo niezwykłe jak na nią.

Jej asystentka zrobiła krok do przodu, podała jej jakąś zwiniętą gazetę, a potem, nie patrząc na mnie, wyszła z mojego gabinetu, cicho i starannie zamykając za sobą drzwi.

Usiadłam w drugim fotelu i sięgnęłam do imbryka, by nalać sobie herbaty, bo bardzo starałam się powstrzymać niepokój, jaki ogarniał mnie coraz bardziej i bardziej.

- Myślę, moja droga - zaczęła babka, najwyraźniej wyjątkowo nie bawiąc się w zwykłe dla niej puste rozmówki i przechodząc od razu do rzeczy - że spodziewałaś się mojej wizyty po czymś takim.

Bardzo starałam się powstrzymać wyraz zdziwienia, żeby nie wypłynął na moją twarz, ale doprawdy nie wiedziałam, o co jej chodziło.

Miałam się dowiedzieć.

Babka Charlotta rozwinęła gazetę i podała mi ją.

- Widzę, że nie czytałaś. Trzecia strona - wyjawiła sucho - Nie wydarzenie dnia, ale nadal taka ciekawostka to niezwykły kąsek dla wszelkich plotkarzy.

Wzięłam od niej gazetę i otworzyłam na trzeciej stronie.

Księżniczka Caroline ma nowego mężczyznę. Czy to wreszcie prawdziwa, dojrzała miłość?” - brzmiał nagłówek, a pod nim był artykuł zilustrowany zdjęciem.

Na zdjęciu byłam ja z Markiem przy stoliku w klubie.

Byłam w pstrokatej chuście a na nosie miałam żółte okulary, ale nadal było widać, że to ja.

Mark był wyprostowany, pochylony w moją stronę i wyglądał niezwykle męsko i przystojnie.

Wyglądaliśmy na bardzo zakochanych, zapatrzonych w siebie, nie zauważających reszty świata.

Dokładnie tak, jak było.

Przed oczami zrobiło mi się ciemno.

Zabrakło mi tchu i ledwo słyszałam komentarz babki.

- Oczywiście - syczała zjadliwie - Jakiś kapitan. Nie jesteś w stanie utrzymać się naszej sfery. Wszystko czego chciałam od ciebie to, żebyś okazała się godna naszej rodziny.

Oddychałam płytko, starając się opanować.

Myślałam przy tym intensywnie.

Znowu mnie to spotkało.

Ktoś mnie zdradził.

Kto poza Markiem mógł wiedzieć o naszym spotkaniu?

Sarze i Frankowi ufałam.

Babka Charlotta jednak nie skończyła.

- Zerwiesz z nim wszelkie kontakty - oświadczyła zdecydowanie, a ja skupiłam się na niej - Nie jest wart panny z naszej rodziny. Kto to w ogóle jest? - prychnęła pogardliwie - Amerykanin, rozwodnik, bez dobrej pracy, z wątpliwą reputacją.

Co?

Usłyszałam tylko rozwodnik.

Zahuczało mi w uszach i cieszyłam się, że nie trzymałam filiżanki.

A babka Charlotta złośliwie zauważyła moje skupienie na tym słowie, bo wciągnęłam wtedy gwałtownie powietrze.

- Nie wiedziałaś - mruknęła z satysfakcją - Tak, moja droga, miał żonę, rozwiódł się i zostawił jej wszystko. Więc to musiało być z jego winy.

Przerwała na parę sekund.

Skupiłam się na tym, żeby przy niej w ogóle nie reagować, a zwłaszcza nie zachorować, więc nie docierały do mnie w pełni jej słowa.

Myślałam tylko Mark miał żonę!

Może ją kochał.

Może musiał z nią zerwać.

- Masz szczególny talent do wikłania się w romanse z niewłaściwymi mężczyznami - babka znowu brzmiała na niezadowoloną ze mnie.

Siedziałam nieruchomo, wpatrzona przed siebie.

- Napiszesz do niego, że zrywacie - warknęła do mnie niespodziewanie babka, a ja zamrugałam, bo nawet nie wiedziałam, że potrafiła tak mówić.

Ale przynajmniej opanowałam swój żołądek.

- Nie… - zaczęłam protestować, bo chciałam porozmawiać z Markiem, dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodziło.

Nie wierzyłam w to.

Wiedziałam doskonale, że każdą informację można było podać na różne sposoby i, nawet mówiąc prawdę, można nią manipulować.

Znałam Marka i wiedziałam, że nie skrzywdziłby żadnej kobiety.

Nie świadomie.

To musiało być coś więcej.

- Jak tego nie zrobisz - babka pochyliła się w moją stronę, więc się przygotowałam - Zniszczę go. A uwierz mi, ja mam możliwości, żeby to zrobić. Kontroluję twoje e-maile i twój telefon, więc będę wiedziała, czy i co do niego napiszesz. Mogę nawet więcej. Więc mogę również wpłynąć na tę jego dziwną pracę i jego rodzinę.

Te dwa słowa, tak ważne dla Marka i dla mnie, babka wymówił z pogardą.

Oczywiście, cała ona.

Zatrzymałam oddech na kilka sekund, bo nie wiedziałam, jakie możliwości miała babka Charlotta i jak mogłaby zaszkodzić Markowi.

Wiedziałam tylko, że ja nie byłam warta tego, żeby ze względu na mnie on miał przeżywać jakiekolwiek kłopoty.

Kiedykolwiek.

Był wspaniały, troskliwy, miał rodzinę, która go kochała i którą on kochał.

Powinien dla nich i dla tych, których ochraniał w tak cudowny, dopracowany, kompetentny sposób, żyć swobodnie dobrym życiem, a to mógł zrobić tylko beze mnie.

Więc skinęłam głową na zgodę.

- Teraz - syknęła babka.

Wstałam sztywno z fotela i podeszłam do swojego biurka.

Usiadłam w obrotowym fotelu, który tam stał.

Uruchomiłam swój komputer, wpisałam hasło, poczekałam na otwarcie systemów i zalogowałam się do swojej poczty.

Babka przez ten czas stanęła za moimi plecami i położyła mi dłoń na ramieniu, a potem zaczęła mi dyktować, a ja pisałam.

Kiedy słyszałam te okrutne słowa, jakie miałam do niego wysłać, serce mi się kurczyło z bólu.

Mark,

Pomyliłam się i nie będę z tobą.

Nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry.

Spotkałam kogoś, kto zapewni mi życie na poziomie, jakiego potrzebuję.

Jest dla mnie idealny.

W piątek ogłosimy nasze zaręczyny.

Nie kontaktuj się ze mną.

Nie odpowiem.

Caroline

Zawahałam się, więc babka ujęła moją dłoń, otulającą myszkę i sama kliknęła wyślij.

A mnie huczało w głowie słowo zaręczyny.

- No, dobrze - powiedziała babka Charlotta zadowolonym tonem - Oczekuję, że na piątek przygotujesz jakąś ładną sukienkę na swoje zaręczyny.

Sztywno podeszła do drzwi i tam odwróciła się do mnie.

- Caroline? - podniosła brwi, patrząc na mnie ze zwykłą dezaprobatą.

- Dobrze, babciu - szepnęłam pustym głosem.



[1] Drink bezalkoholowy z piwa imbirowego i grenadyny z kruszonym lodem, wykończony wisienką maraschino.

1 komentarz:

  1. uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu może do piątku babcia umrze hahahahha

    OdpowiedzUsuń