piątek, 21 października 2022

15 - Dla ciebie wszystko

 

 

Rozdział 15

Dla ciebie wszystko

(WalkingThe Wire)

Lisa

 

 

Następnego dnia w południe

Byłam przygotowana do mojego wystąpienia.

Siedziałam w pokoju przylegającym do sali konferencyjnej, w której zgromadzili się już dziennikarze i czekałam na sygnał od Marka, że jest gotowy i mogę wyjść do nich, by zacząć spotkanie.

Poprzedniego wieczoru Sara przysłała mi gotowe oświadczenie, ale nie zamierzałam go wykorzystać.

Przynajmniej nie w całości.

Kiedy Mark wrócił do apartamentu, już zdecydowałam, co chciałam powiedzieć i ułożyłam to w zdania, które spisałam na komputerze.

Potem poszłam do łazienki i spędziłam tam trochę czasu, wciąż mając nadzieję, że to Mark rozbierze mnie do snu, a potem sama rozebrałam się i położyłam do łóżka, ale tam czekałam na jego przyjście.

Wrócił bardzo późno.

Kiedy już zdjął garnitur i powiesił go na stojącym wieszaku, umył zęby i zrobił, co potrzebował w łazience, wszedł do mnie do łóżka, przytulił mnie pod kołdrą front do frontu i poczułam, że jego ciało było napięte.

Mój Mark bał się o mnie i przez cały dzień dzwonił, wychodził, rozmawiał z różnymi ludźmi, bo starał się zapewnić mi bezpieczeństwo.

Poczułam się bardzo źle, bo to ja go na to naraziłam.

Przytulałam więc go, głaskałam jego plecy, przyciskałam do siebie oburącz i czekałam, aż da mi znać, że poczuł się lepiej, że mogliśmy rozmawiać.

Odprężył się dopiero po kilku minutach, a wtedy poluzował swoje ramiona wokół mnie, pogłaskał bok mojej głowy i poczułam w ciemnościach naszej sypialni, że patrzył na mnie.

- Wszystko dobrze, Lady? - zapytał łagodnym tonem.

Ojej, martwił się tym, że ja byłam zdenerwowana.

- Tak - szepnęłam - Tylko… Martwiłam się, że cię tak długo nie było.

- Musiałem załatwić kilka spraw - wyjaśnił mi, niczego nie wyjaśniając, ale zaraz potem pospieszył z udostępnianiem mi kilku informacji.

- Mamy kontakt z Robertem Flesh’em - powiedział - Filip go namierzył, porozumieli się. Dowiedział się, co robią tamci.

- Och - westchnęłam.

- Facet ma przyjaciół, którzy potrafią robić różne rzeczy - mówi mi Mark - Dowiadują się o różnych ludziach tego, co tamci chcą ukryć. Przeważnie chodzi o pranie brudów, plotki do prasy brukowej, wszystko, na czym można zarobić.

- Ojej - mruknęłam, bo nie byłam pewna, czy mi się to podobało, skoro sama byłam przez długi czas osobą narażoną na wścibstwo takich ludzi.

Przycisnęłam czoło do jego policzka i milczałam.

- Taaa - mruknął Mark.

Przez krótką chwilę on też milczał, a potem podjął wtajemniczanie mnie.

- Dowiedzieli się tego, co Filip wiedział już wcześniej - powiedział - O tym hakerze, który mnie badał. Dowiedzieli się jednak też czegoś nowego - Mark napiął mięśnie karku, więc się przygotowałam - Po pierwsze twoja babka szukała cię, a my nie do końca wiemy, po co, co mogłaby ci zrobić. Boimy się, że chce ci coś zrobić - Mark westchnął ciężko, a ja pomyślałam, że moja babka mogła mnie nie lubić, mogła chcieć wydać mnie za mąż wbrew mojej woli, ale nie zrobiłaby nic takiego, żeby mi się stała krzywda.

Nie w sposób ostateczny.

Mark leżał tak przez chwilę, jakby badał moją reakcję.

Nie drgnęłam i nie odpowiedziałam.

Wyglądało, jakby odpuścił ten temat.

Bo poczułam jego uśmiech na swoim czole, więc wyprostowałam się - Po drugie, część jej planu się nie powiodła. Haker księżnej Charlotty ma niezłe kłopoty, bo próbował się włamać do serwera Secret Service.

- Po co? - zapytałam zdziwiona i podniosłam głowę, żeby widzieć go przez cienie sypialni, a on opuścił brodę, więc zobaczyłam, że jego usta i oczy śmiały się łobuzersko.

To wyglądało prawie tak, jak mina Filipa, kiedy byli z Markiem zadowoleni, że babka nie dowiedziała się o moim wylocie do Stanów.

Chyba powinniśmy kiedyś o tym porozmawiać.

Teraz jednak po prostu patrzyłam.

Zapatrzyłam się na sekundę, zanim mi odpowiedział, bo był z tym taki przystojny, że nagle nie chciałam rozmawiać, tylko robić całkiem coś innego.

- Lady - mruknął do mnie przez swój uśmieszek - Pracowałem kiedyś dla nich i dla CIA, a to nie są miejsca, gdzie włamujesz się bez konsekwencji.

Co?

Pracował?

- Och - westchnęłam, wypychając powietrze wprost w jego usta, co dało mi jego warknięcie, mocny uchwyt jego dłoni we włosach i pochylenie głowy zakończony pocałunkiem.

Mocnym, głębokim, gorącym pocałunkiem, który rozgrzał mnie w ciągu sekundy, więc kontynuowałam go i pogłębiałam.

Między nogami zrobiło mi się mokro, na brzuchu poczułam twardość, mówiącą mi, że Mark też się rozgrzał, a potem jego dłonie zawędrowały pod moją koszulkę i nagle byłam naga na plecach, a Mark był na mnie.

Doceniłam to, że jego ręka była dużo sprawniejsza, kiedy oparł się na prawym przedramieniu obok mojej głowy, a palcami lewej dłoni znalazł moją pierś, by ująć ją, podciągnąć sobie do ust, a potem zassać wargami i przygryźć zębami mój sutek.

Genialne.

Tak genialne, że wygięłam się do niego, wbiłam paznokcie w jego ramiona i krzyknęłam z rozkoszy.

A potem nie byłam w stanie niczego kontrolować, bo Mark się wszystkim zajął, zabierając nas na sam szczyt i zrobił to fantastycznie.

Ale, kiedy odpoczywaliśmy, leżałam wtulona w jego bok, z nogą przerzuconą przez jego biodro i głaskałam jego gładki policzek, wypaliłam coś, co chodziło mi po głowie przez cały wieczór.

- Zgoliłeś brodę - stwierdziłam, chociaż nie mógł tego przegapić.

- Tak - mruknął sennie.

- Lubiłam twoją brodę - powiedziałam mu.

- Więc wyhoduję dla ciebie nową - odparł swobodnie.

- Tak? - zapytałam bez tchu.

- Tak, Lady - potwierdził - Dla ciebie wszystko.

Dla ciebie wszystko.

I już.

- Kocham cię - wyszeptałam nagle przytłoczona wszystkimi emocjami, jakie zaczęły mnie dławić.

- Lady - mruknął, przyciskając policzek do mojego czoła - To nic wielkiego. Tylko broda.

Leżałam tak przez tak długą chwilę, aż zaczęła mnie ogarniać senność, chociaż poczułam to bardzo mocno i bardzo dobrze.

Jak owinięta ochronnym kokonem.

Może to była tylko broda, ale dla mnie było to coś wielkiego.

Dla ciebie wszystko.

Nigdy nie miałam nic takiego, nikogo takiego, kto po prostu dawałby mi wszystko, tylko dlatego, że byłam.

Nie musiałam na to zasłużyć, zapracować.

Zaczynałam rozumieć, co to znaczyło kochać kogoś.

Właśnie to.

Jeśli kogoś kochasz, to zrobisz dla niego wszystko, tylko dlatego, że był.

- Właściwie to lubię cię również bez brody - wybełkotałam półprzytomnie.

Poczułam jego uśmiech na czole, uściśnięcie ręki na talii i Mark się rozluźnił pode mną.

Potem zasnęliśmy i spaliśmy do chwili, kiedy zadzwonił alarm w moim telefonie, ustawiony na wpół do siódmej, co Mark przywitał niezadowolonym mruknięciem i wturlaniem się na mnie.

- Mark! - zawołałam - Muszę to wyłączyć.

Puścił mnie niechętnie, ale po tym, jak odwróciłam się do niego tyłem, wyciągnęłam rękę i wyłączyłam budzik w telefonie leżącym na szafce obok mnie, wciągnął mnie z powrotem plecami w swoje ciało.

- Mark - zawołałam - muszę wstać.

- Później - wymamrotał w moje włosy na karku, a mnie przeszedł rozkoszny dreszcz, czego nie mogłam i nie chciałam ukryć.

- Później? - spytałam z nadzieją, dysząc ciężko.

- Tak - mruknął Mark i poczułam jego dłoń na moim brzuchu, potem piersiach, potem palce na sutku i ścisnął - Najpierw cię wypieprzę.

Ojej!

Poczułam nagle, że w ogóle nie musiałam wstawać, a nawet nie powinnam, bo nogi mi drżał i rozjeżdżały się.

Nie mówiąc o tym, że byłam bardzo mokra.

- Och - westchnęłam, wypięłam biodra w jego stronę i przekręciłam głowę, ale Mark mnie nadal mocno przyciskał do swojego przodu - Co zro…

- Nie mamy czasu - powiedział Mark, przez cały czas badając rękoma moje ciało - więc nie będę się z tobą kochał. To będzie szybkie. Wypieprzę cię.

- Och - westchnęłam z zachwytem, a potem jęknęłam z rozkoszy, kiedy palce jego jednej ręki znalazły drogę do mojej szparki, łechtaczkę i zatoczyły tam kółko.

Palce drugiej ręki nie próżnowały i również zatoczyły kółko na drugim moim wrażliwym miejscu.

Na sutku.

Potem podniósł się na łokciu, obrócił mnie na brzuch, podciągnął moje biodra w górę, więc klęczałam, a on uklęknął za moją pupą i wbił się w moją gotową, pulsującą z niecierpliwości wilgoć.

A potem mnie wypieprzył.

I było niesamowicie.

Niestety, wkrótce później musieliśmy wstać i przygotować się na konferencję prasową, którą tak nierozważnie pozwoliłam zwołać.

Kiedy wzięliśmy prysznic, postanowiłam wmasować w niego tę porcję maści na jego blizny, której nie wtarłam tam poprzedniego wieczoru.

Mark siedział rozluźniony z nagim torsem, a ja stałam nad nim i jedną ręką smarowałam go, uciskając okolice blizny tak, jak pokazał mi lekarz.

Drugą ręką trzymałam otwartą tubkę z maścią.

Mark lewą rękę trzymał grzecznie nieruchomo, ale jego prawa ręka wędrowała po moim boku, coraz bardziej nachalnie wsuwając się pod moją koszulkę.

Podobało mi się to i lubiłabym mieć możliwość kontynuacji, ale tego dnia mieliśmy lot do domu, więc musiałam pomóc Theresie nas spakować, miałam umówionego fryzjera, a wcześniej przymiarkę sukienki, a rzeczniczka prasowa umówiła mnie z wizażystką.

Musieliśmy się pospieszyć.

Więc odsunęłam się.

- Przepraszam, kochanie - powiedziałam więc cicho do Marka, pochylając się, by pocałować jego policzek, na co on przekręcił głowę, żebym pocałowała jego usta - ale nie. Musimy iść do naszych zajęć.

- Wiem - mruknął Mark, również się odsuwając.

Westchnęłam i zabrałam tubkę, by przejść do stolika, na którym zostawiłam nowy opatrunek, jaki Mark nosił zamiast bandaża.

- Lady - mruknął ponownie Mark, zacieśniając chwyt na moim biodrze - Co cię martwi?

- Nic - odpowiedziałam cicho i to była prawda.

- Przecież widzę - stwierdził Mark, zaglądając mi w oczy.

Westchnęłam, odwróciłam się z powrotem przodem do niego, podniosłam ręce do jego ramion i spojrzałam na niego.

- Po prostu źle czuję się z tym, że naraziłam cię na to wszystko - powiedziałam mu cicho, ale szczerze.

- Po rozmowie z Filipem stwierdzam, że może to nawet lepiej, że tak się stało - powiedział mi Mark, wciągając mnie całkiem między swoje nogi.

- Czemu? - zmarszczyłam brwi.

- Twoja babka nie będzie mogła dłużej udawać, że nie wie, gdzie jesteś - powiedział mi - Zmusimy ją do jakiejś reakcji, a potem będziesz spokojnie mogła żyć swoim życiem.

- Ale ty… - zaczęłam niepewnie, bo przez cały czas chodziło mi po głowie to, że Mark będzie mnie chciał chronić, zapewnić mi bezpieczeństwo.

A potem pomyślałam, że Mark mógł chcieć zapewnić mi również takie bezpieczeństwo.

Bezpieczną, swobodną przyszłość.

I odpuściłam.

- Masz rację, kochanie - powiedziałam więc i pochyliłam się, żeby go pocałować tym razem prosto w usta i nie-tak-krótko.

A potem odeszłam, by naszykować nowy opatrunek do naklejenia mu na ramię i by ruszyć dalej szykować się na nasz dzień.

Mark powiedział mi, że da mi znać, kiedy wszystko będzie przygotowane, więc siedziałam w pokoju przylegającym do sali konferencyjnej, gdzie rzeczniczka prasowa hotelu sprowadziła wizażystkę, która poprawiła mój makijaż.

Miałam na sobie prostą, jasnozieloną, płócienną sukienkę typu szmizjerka z małym kołnierzykiem i małymi niby rękawkami, zapinaną do samego dołu na ciemnozielone, kwadratowe guziki, włosy spięłam ponownie w luźny kok na karku i powtarzałam w myślach moje oświadczenie.

Nie zamierzałam czytać z kartki.

W college’u mieliśmy zajęcia z autoprezentacji, mowy ciała i komunikacji niewerbalnej, z których korzystałam później bardzo często, kiedy miałam przyjąć do pracy kogoś, albo sama zaprezentować się komuś.

Jak dziennikarzom.

Więc siedziałam wyprostowana, ale swobodna, z lekkim uśmiechem na twarzy, udając, że uważnie słuchałam rzeczniczki.

Ustaliłyśmy, że wygłoszę oświadczenie, ale nie będę odpowiadała na żadne pytania ze strony dziennikarzy.

Miała mnie przed tym uchronić.

Ale nie ufałam jej umiejętnościom, bo podskakiwała nerwowo co chwilę, powtarzała się i jąkała.

Była zbyt nerwowa, jak na doświadczoną rzeczniczkę.

Tęskniłam za Sarą.

Ona zawsze umiała mnie wybronić przed nachalnością prasy.

Była bezkonkurencyjna.

Wszedł Mark i nagle wszystko wróciło na swoje miejsce.

Poczułam, że na usta wypłynął mi uśmiech, a wyraz twarzy stał się łagodny.

Nie powinnam tego pokazywać po sobie, ale nie mogłam się powstrzymać.

Kochałam go.

- Gotowa? - zapytał Mark, a ja skinęłam głową, podniosłam się z krzesła, na którym siedziałam przed toaletką z lustrem i podeszłam do niego, wyciągając rękę.

Ujął ją, wciąż patrząc mi w oczy, a potem się uśmiechnął.

- Będzie dobrze - powiedział i wiedziałam, że będzie.

Mark przepuścił mnie w drzwiach i weszliśmy do sali konferencyjnej.

*****

Mark

Mark stał przy bocznej ścianie sali konferencyjnej i obserwował ludzi w niej zgromadzonych.

Na Lisę spojrzał tylko jeden, jedyny raz, kiedy już zajął swoją pozycję, ale jej obraz był wyryty w jego pamięci.

Siedziała niby swobodnie, naturalnie, ale on ją znał, więc zobaczył lekkie napięcie jej pleców, nieco zbyt mocno zaciśnięte mięśnie karku i pobielałe koniuszki palców, które niezauważalnie dociskała do stołu.

Denerwowała się, a on nie wiedział czemu.

Rzeczniczka prasowa hotelu rozpoczęła już konferencję, powiedziała tradycyjne formułki, a potem poprosiła Lisę o zabranie głosu.

W sali zrobiło się całkowicie cicho.

Mark już wcześniej zauważył, że ludzie słuchali jego Lady.

Miała charyzmę, potrafiła utrzymać uwagę zgromadzonych nawet, jeśli mówiła bardzo cicho.

Teraz również nie mówiła głośno, tylko delikatnie modulując głos.

- …jak wszyscy wiecie, moja mama zmarła, kiedy miałam zaledwie cztery latka. Mój tata był wspaniały, kochany i miałam również cudowne opiekunki, ale nikt nie zastąpi dziecku kochającej go mamy. Kobiety, która je niekoniecznie urodziła, ale przytulała je przed snem, brała na kolana, pocieszała. Po prostu kochała je takim, jakie jest. Dlatego właśnie zawsze myślałam i nadal myślę o dzieciach. O tych dzieciach, które straciły mamę, albo nawet oboje rodziców, o tych, które nie są kochane, więc powinny zmienić rodzinę. A szczególnie myślę o dzieciach podwójnie pokrzywdzonych przez los. Tych, które są chore, więc nie mają szansy na adopcję. Na to, żeby mieć mamę….

Lisa mówiła, a Mark czuł każde słowo do głębi swoich wnętrzności.

Każde pieprzone słowo.

Lisa mówiła o swoich podróżach, analizowaniu sposobów ochrony takich dzieci przez prawo w różnych krajach, o spotkaniach ze wspaniałymi ludźmi, którzy odczuwali krzywdę takich dzieci w sposób podobny do niej, a Mark myślał tylko o tym, jak bardzo chciał dać jej rodzinę.

Chciał dać jej wszystko.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego na początku tego się bał, bo to było cudowne uczucie, które jego też zadowalało.

Dawało mu spełnienie.

Tak, stojąc tam pod ścianą tej pieprzonej sali konferencyjnej, Mark uświadomił sobie, że z tym, że miał Lisę, stał się pełny, kompletny.

Nawet wcześniej nie widział tego, że nie był.

To była prawdziwa miłość.

To, co czuł do Vivian, było tylko zauroczeniem, wydawała się spełnieniem marzeń, ale nie było miłością.

Głos Lisy umilkł i Mark naszykował się na to, że będą kończyli.

- Milady - usłyszał nagle - Jedno pytanie.

Spojrzał szybko na siedzących w krzesłach dziennikarzy, by zobaczyć, że jeden z nich podniósł rękę i wyprostował się.

- Nie będziemy… - zaczęła rzeczniczka, ale dziennikarz nie dał sobie przerwać, a w sali zabrzęczał gwar głosów.

Kobieta stanowczo nie nadawała się na swoje stanowisko.

Mark zauważył, że Lisa się wyprostowała, pochyliła do mikrofonu, na jej twarzy pojawiła się wyraz stanowczości, jaki Mark zauważył już kilka razy, zanim pojechali do Aspen.

- Przepraszam - powiedziała, a sala na nowo ucichła - Powiedziałam na początku, że nie będę odpowiadała na pytania.

- Tylko jedno - zastrzegł dziennikarz.

- No, dobrze - powiedziała Lisa - ale potem państwa pożegnam.

To był sygnał dla Marka, że powinien przesunąć się bliżej jej stanowiska, bo zamierzała wyjść z sali i potrzebowała jego wsparcia.

Więc to zrobił.

- Wiemy, że przyleciała pani do Stanów dość nagle, bez zapowiedzi - zaczął dziennikarz, a na to zarówno Lisa jak i Mark spięli się - Podobno zamierza pani tutaj zostać na stałe… - na to Lisa nagle przybrała postawę, którą Mark doskonale znał i której nie lubił.

Królowa Lodu.

- …podobno to ze względu na jakiegoś mężczyznę. Czy to ten, który był z panią na tamtym zdjęciu z Londynu? Proszę nam powiedzieć tylko, kim jest pani wybranek - dokończył dziennikarz i Mark zamarł, ale wyraz twarzy Lisy zmienił się i to nie było złe.

Potem wyglądało, jakby podjęła decyzję, spojrzała przez sekundę wprost na Marka, uniosła lekko brwi, a on niezauważalnie skinął głową.

Chciała o nim powiedzieć, więc niech to zrobi.

Nie mieli nic do ukrycia.

- To pan kapitan Mark Taylor - wyznała Lisa krótko - A teraz państwa zostawię. Do widzenia.

Dziennikarze, oczywiście nie zamierzali odpuścić i wykrzykiwali kolejne pytania, ale Lisa już wstała i szybkim krokiem skierowała się do wyjścia poprzedzana przez oniemiałą rzeczniczkę, więc Mark poszedł szybko w tamtą stronę i ochronnie zasłonił ją ramieniem, przepuszczając ją w drzwiach.

Podniosła na niego wzrok, kiedy przechodziła tuż obok niego.

Mark nie patrzył bezpośrednio na nią, ale i tak dostrzegł ciepło i głębię uczucia, jakie czaiło się w jej oczach.

Zatrudnieni przez niego ochroniarze stworzyli mur, zasłaniając ich przed obiektywami kamer i aparatów.

Mark zamknął za nimi drzwi.

- Mark - westchnęła, kiedy znalazł się tuż obok niej, ale to nie było dobre.

Bała się, że zrobiła źle.

- Wszystko dobrze, Lady - mruknął do niej i znalazł się blisko niej,  by objąć ją ramionami, patrząc z góry w jej oczy.

- Tak - westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do niego.

- Byłaś świetna - powiedział, odpowiedziała Dziękuję, pocałował ja krótko, a potem puścił ją, bo musieli dostać się do ich apartamentu.

Lisa zatrzymała się jeszcze na minutę, kiedy z boku odezwała się rzeczniczka i, jąkając się, zaczęła przepraszać.

Lady półgłosem zapewniła ją, że nic się nie stało, ale potem nie rozmawiała z nią już dłużej, tylko podeszła do Marka, by mogli wyjść stamtąd, udać się do ich apartamentu, a potem wypierdalać na lotnisko.

Dwie godziny później siedzieli w samolocie, który zabrał ich do domu.

*****

Sześć godzin później

Mark wysiadł siedzenia kierowcy ze swojej Navarry, którą właśnie wrócili z lotniska po tym, jak przylecieli do SLC, kiedy Lisa została jeszcze na siedzeniu pasażera.

Trzy dni wcześniej zostawili samochód na parkingu przy lotnisku, żeby na kłopotać przyjaciół odwożeniem ich i odbieraniem.

Była szósta po południu, Mark był zmęczony i bardzo chciał zabrać Lisę do domu, żeby odpoczęli razem w ciszy ich sypialni.

Ale na podjeździe czekał na nich samochód, którego się nie spodziewali.

Toyota Tacoma w wojskowym zielonym kolorze była pickupem taty Marka, a on nie zapowiedział swojego przybycia.

Tata Marka siedział w samochodzie i bawił się swoim telefonem, więc Mark wiedział, że czekał na nich.

Lisa nie znała tego pickupa i była ostrożna.

Mark podszedł do jej drzwi, otworzył je i wyciągnął do niej rękę.

- To mój tata - powiedział jej, a ona powiedziała ciche Och!, zanim ujęła jego dłoń, wyciągnęła się z siedzenia i zeskoczyła na beton podjazdu.

Mark pociągnął ją do siebie, zatrzasnął jej drzwi i ruszył z nią w stronę pickupa swojego taty, by zobaczyć, że wysiadał z niego.

- Hej, Mark, Lisa - Daniel Taylor zawołał do nich z daleka.

- Hej, panie Taylor - powiedziała Lisa.

- Daniel, proszę Lisa - powiedział tata Marka, biorąc dłoń, którą mu podawała, kiedy już do niego dotarli, co dało jej lekki uśmiech i skinienie głowy Taylora seniora.

- Czemu tu jesteś tato? - spytał Mark.

- Mama chciała przyjechać i zaprosić Lisę na zakupy mebli, więc wolałem przyjechać i was uprzedzić - powiedział jego tata, a Mark to zrozumiał.

- Och, ale ja… - niepewnie zaczęła Lisa - No, może któregoś dnia - dokończyła szeptem.

- Lady - mruknął Mark, przekręcając głowę i zginając kark, by spojrzeć na nią czule - Nie musisz. Zapewniam cię. Jak dałem tacie klucz, żeby wpuścił ekipę ze sprzętem AGD do kuchni, a on dał ten klucz jej, skończyło się to szafkami i zabudową w kuchni, którą widziałaś.

- Och - szepnęła Lisa i jej oczy stały się olbrzymie.

- Tak - przytaknął Mark - A jak nieopatrznie poprosiłem ją, żeby dopilnowała zainstalowania pieca na gaz i bojlera, bo  wyjeżdżałem, zrobiła wykończenie łazienki, którą widziałaś.

- Ale… - Lisa zawahała się, spojrzała w bok, a potem jej wzrok wrócił do niego i dokończyła - Podoba mi się ta łazienka.

- Cóż, ja ją wymyśliłem i zacząłem, więc się cieszę. Ona to dokończyła. Możesz pójść któregoś dnia z moją mamą na zakupy. Ale podoba ci się też urządzanie domu z twoimi przyjaciółkami - Mark powiedział jej coś, co wiedzieli oboje - A masz na niego własne pomysły i mnie one się podobają.

- Dobrze - powiedziała cicho Lisa, patrząc wprost na niego z łagodnym wyrazem twarzy i z rozjaśnionymi oczami.

- Więc, tato - powiedział Mark, odwracając się do swojego taty - Zróbmy tak. Wejdziesz, zobaczysz, jak dużo już mamy wykończone, żebyś mógł zaświadczyć mamie i Chloe, że naprawdę mieszkamy razem z Lisą. A my za kilka dni zadzwonimy, żeby was zaprosić na parapetówę.

- Okej - Daniel Taylor patrzył na nich przez cały ten dialog i stawał się coraz bardziej rozluźniony, więc Mark wiedział, że chodziło też o kontrolę.

Tata Marka niepokoił się o syna, ale przyjechał z gównianą wymówką.

Zanim jednak weszli do domu, Mark wyciągnął z bagażnika ich walizki i wyjaśnił swojemu tacie, że byli z Lisą kilka dni w DC, żeby odebrać tam jej rzeczy, przesłane pocztą lotniczą z Anglii.

Obaj mężczyźni zgodnie odsunęli Lisę od noszenia ciężarów, Mark zamknął swoje auto, a potem zgodnie poszli do drzwi.

*****

Lisa

Następnego dnia

Tego samego dnia, którego wróciliśmy z Markiem z Washington, zadzwoniłam do Evy, żeby powiedzieć jej o odebraniu pierwszej partii moich rzeczy, jaką przyjaciele przesłali mi z Anglii.

Dowiedziałam się podczas tej rozmowy, że Sophie poprzedniego dnia urodziła trojaczki.

- Och, jak wspaniale! - krzyknęłam, na co Mark, który stał niedaleko mnie, bo sprzątaliśmy razem po naszej kolacji, spojrzał na mnie z uśmiechem, ale i podniesieniem brwi, więc powiedziałam do niego szeptem: Sophie urodziła, a potem zapytałam Evę - Kiedy wrócą do domu?

- Nie za szybko - powiedziała mi Eva z powagą w głosie, więc spięłam się, bo wcześniej nie pomyślałam o tym, ale teraz przyszło mi do głowy, że coś mogło pójść źle, albo ona lub dzieci mogły być chore - To normalne przy trojaczkach - dodała Eva uspokajającym, łagodnym tonem - Dzieci muszą być w inkubatorach przez parę tygodni, bo są małe. Sophie miała cesarskie cięcie, więc musi odpoczywać.

- Och - szepnęłam.

Mark przysunął się do mnie i ręką na moim biodrze odwrócił mnie do siebie, więc zobaczyłam jego czujne, badawcze spojrzenie.

- Wszystko jest w porządku - zapewniła mnie Eva przez telefon - Po prostu przy ciąży mnogiej dzieci rodzą się mniejsze, niż normalnie.

Pomyślałam wtedy, że była to jedna z tych rzeczy, o których nie wiedziałam, więc nie zwróciłam na to uwagi w pracach nad naszą fundacją.

Może należało się dowiedzieć, czy to niesie jakieś komplikacje, czy trojaczki też mają problemy ze znalezieniem rodziców adopcyjnych i wielu innych rzeczy.

Rozmawiałyśmy potem bardzo krótko, tylko by umówić się na następny dzień na wizytę w szpitalu u Sophie i jej dzieci.

A potem odwróciłam się do kochanych, wspierających ramion Marka, by zapewnić go, że wszystko było w porządku i wyjaśnić, co się stało.

Okazało się, że Mark od rana musiał spotkać się z Filipem, który miał dla nas jakieś nowe informacje, więc zaplanowaliśmy wizytę najpierw u niego, a potem w szpitalu, u Sophie.

Dlatego właśnie następnego dnia po naszym powrocie do SLC rano wzięliśmy prysznic, ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do mieszkania Filipa.

Nie byliśmy tam długo, ale Filip najwyraźniej nie lubił dzielić się swoją wiedzą przez telefon, więc musieliśmy spotkać się z nim osobiście.

Okazało się, że informacje pochodziły od Roberta Flesh’a i dotyczyły ludzi zatrudnianych przez moją babkę.

Według ich słów, wszystkich z nich, moja cioteczna babka Charlotta rzekomo planowała pozbyć się mnie ostatecznie.

Ostatecznie!

Nie wierzyłam w to.

Mark uwierzył.

Widziałam, jak się tym przejął i wiedziałam, że będzie to oznaczało wzmożoną opiekę nade mną z jego strony.

Nie wiedziałam jednak jak bardzo.

Kiedy pojechaliśmy do szpitala, Mark nie zostawił mnie tam, ale wszedł ze mną, chociaż nie spodziewałabym się tego po nim.

Nie mogliśmy wejść do Sophie ani tym bardziej do dzieci, ale pozwolono nam je obejrzeć przez chwilkę, kiedy Alex z pielęgniarką przyprowadzili wózki z inkubatorami do sali, z której było ich widać z korytarza przez duże okno.

Jakie to były maleństwa!

Każde z nich nie było wiele większe niż dłoń Alexa, chociaż nie mogłam być tego pewna, skoro nie dotykał ich, a jedynie trzymał tą plastikową osłonkę nad nimi.

Ale bardzo podobał mi się wyraz jego twarzy, kiedy na nie patrzył.

Pełen dumy i miłości.

Przed tym oknem dołączyła do nas Maggie i Eva, a potem przyszła jeszcze kobieta w fartuchu, który był inny niż lekarzy czy pielęgniarek, ale widać było, że zna się z tymi ludźmi.

Była trochę ode mnie niższa, uśmiechnięta, o ładnych, delikatnych rysach twarzy, ciemnoblond włosach i ciemnoniebieskich oczach.

Przywitała się serdecznie z Maggie i Evą, a potem zostaliśmy przedstawieni.

Była to Ania, kobieta, z którą Filip miał zaadoptować Johnny’ego, tego chłopca, którego dokumenty miałam przepisać przed tamtym pożarem.

Z tego, jak rozmawiała z nami, wiedziałam, że nie słyszała o mnie.

Co było bardzo dobre.

- Hej - zawołała cicho Eva, kiedy już pozachwycaliśmy się trojaczkami i skierowaliśmy się do wyjścia ze szpitala - może pojedziemy na kawę?

- Muszę pojechać do domu - mruknął do mnie Mark.

- Lisa może pojechać ze mną - powiedziała mu Maggie.

Mark spojrzał na mnie znacząco.

- Hmmm… - zamruczałam - może powinnam pojechać z Markiem - powiedziałam kobietom, chociaż miałam straszną ochotę pojechać z nimi na kawę, bo chciałam z nimi porozmawiać.

Najlepiej bez Marka.

Mark zauważył to.

- Lady… - powiedział cicho do mnie - jak bardzo chcesz, to możesz pojechać z nimi.

- Chcę, ale… - szepnęłam, ale nie byłam pewna, czy powinnam, więc popatrzyłam na niego niepewnie.

Pamiętałam o tym, czym groziła nam babka Charlotta i nie chciałam go denerwować, ale potrzebowałam porozmawiać z przyjaciółkami.

- Lisa - powiedział z naciskiem Mark - Jak chcesz, to jedź.

- Tak - westchnęłam w końcu, bo wiedział co robił, więc mogłam jechać, skoro mówił, że mogłam i spojrzałam z wdzięcznością w jego ciemne oczy.

Uścisnął mnie lekko, pochylił się, więc podniosłam głowę i dałam mu usta do pocałunku.

A potem wyszliśmy na parking, Mark poszedł do swojego pickupa, a jak poszłam z Maggie do jej niebieskiego SUV-a Compass’a.

Eva czekała jeszcze przy drzwiach szpitala na Anię, która kończyłam właśnie dyżur i mogła pojechać z nami, kiedy my we dwie wsiadłyśmy, by pojechać do baru, który najwidoczniej one wszystkie doskonale znały.

*****

Wieczorem tego samego dnia

Moje spotkanie z kobietami wyglądało dokładnie tak, jak się spodziewałam po tym, jak zapamiętałam moje wcześniejsze spotkania z nimi.

Na początku nieco hałaśliwe.

Z momentami śmiechu i przekomarzania się.

Pełne szczerych, dobrych porad i ciepła.

Dokładnie to, za co je lubiłam.

Kiedy bowiem usiadłyśmy w barze, najpierw we dwie z Maggie, potem we cztery z Evą i Anią, a potem jeszcze z Alice, zestawiłyśmy ze sobą dwa stoliki, co najwidoczniej było normalne, bo nikt nie zaprotestował, a przez dobre piętnaście minut wszystkie cztery mówiły chyba jednocześnie.

Potem zamówiłyśmy kawę, ciastka i desery, zapłaciłyśmy i rozsiadłyśmy się, a wszyscy dookoła odetchnęli z ulgą, kiedy te szalone kobiety wreszcie ucichły.

- No, dobrze - powiedziała Maggie, zwracając się do mnie - To o czym chciałaś porozmawiać?

Spojrzałam na nią zaskoczona, a potem rozejrzałam się i zobaczyłam, że wszystkie patrzyły na mnie oczekująco, ale ciepło, gotowe dać mi wsparcie, w czymkolwiek go potrzebowałam.

Znałam już to, więc rozpoznałam i teraz.

Przyjaciółki.

- Mark i Filip uważają, że moja babka chce mojej śmierci - wyjawiłam im, a potem zauważyłam, jak ich oczy stawały się olbrzymie i wszystkie wciągnęły powietrze.

- Ojej - szepnęła Maggie.

- Lisa - wymamrotała ze współczuciem Eva.

- Znasz Filipa? - zapytała z zaskoczeniem Ania.

- No, tak - powiedziałam jej z zakłopotaniem - Pomagał Davidowi w ochronie informacji o mnie, kiedy maja babka zatrudniła jakiegoś hakera.

Wyraz twarzy Ani zmienił się, jakby zrozumiała więcej, niż jej mówiłam, ale zobaczyłam też dumę, jaka błysnęła w jej oczach.

- Tak - powiedziała - mój Filip jest w tym najlepszy.

- Wiemy o tym - powiedziała delikatnie Eva - ale może Lisa wróciłaby do tej części opowieści, kiedy mowa była o jej babci?

- Cóż, to moja cioteczna babka - wyjaśniłam im - księżna Charlotta.

Uznałam wtedy, że powinnam i że mogłam wyjawić im nieco więcej szczegółów, więc to zrobiłam.

Może nie powiedziałam im wszystkiego, ale i tak mówiłam tak długo, że prawie kończyłyśmy jeść nasze ciastka, pić naszą kawę, a ja uznałam, że najwyższy czas odezwać się do Marka, żeby się nie martwił.

Więc przyspieszyłam.

W telegraficznym skrócie powiedziałam im o funduszu powierniczym, o Robercie Flesh’u i o mojej konferencji prasowej.

A potem o ostatnich nowinach, które przekazał nam Filip tego ranka.

I zobaczyłam po ich twarzach, że mnie rozumiały.

Ania i Maggie zdecydowanie rozumiały już w pół słowa wszystko to, co chciałam im powiedzieć.

Alice rozumiała, co mogłam czuć.

A Eva po prostu była ze mną, wspierała mnie i odczuwała głęboko to wszystko, co mówiłam i czego nie dopowiedziałam.

- Wiesz, Lisa - powiedziała do mnie - Już to przeżywałyśmy. Z Maggie - skinęła głową w stronę Maggie, która ochronnie owinęła ramiona wokół swojego brzucha - z Sophie, z Anią.

Spojrzałam w stronę Ani, bo nie znałam jej, nie wiedziałam nic o jej problemach, o zagrożeniu, jakie jej groziło.

- Mark sobie z tym wszystkim poradzi - powiedziałam jej - Jest w tym najlepszy. Nie znam lepszego ochroniarza od niego.

Zobaczyłam, że oczy Ani stały się ciepłe, a potem spojrzałam na pozostałe kobiety i przekonałam się, że wszystkie wyglądały tak samo.

Cieszyły się, że tak mówiłam.

- Ale nie wiem, jak go zapewnić, że tak jest - wypaliłam bezmyślnie.

Ania złapała nad stolikiem moją dłoń.

- Cichy, to znaczy Filip też nie wierzył, że jest najlepszy - powiedziała mi, a ja poczułam, że oczy otworzyły mi się na tę rewelację, bo pamiętałam tamten łobuzerski uśmieszek Filipa, świadczący o tym, że lubił rywalizację.

- I co zrobiłaś? - spytałam, pewna, że rozumie, o co pytałam.

- Często mu to powtarzałam - wyjawiła mi swój sekret.

- Mhm - zamruczała obok mnie Maggie, więc spojrzałam na nią.

- David też? - spytałam z niedowierzaniem.

Skinęła głową z małym uśmiechem.

- Jimmy też - mruknęła Eva do resztek swojej latte.

Popatrzyłam na nią, a potem na Alice, która mi kiwnęła głową, więc wiedziałam, że ona też mówiła swojemu mężowi, że był najlepszy.

Każda z nich powtarzała to swojemu mężczyźnie, bo nie wierzyli, że byli najlepsi w tym, co robili.

Musiałam dać to swojemu.

Rozumiałam to i zamierzałam to zrobić, ale miałam jeszcze jedną rzecz do omówienia, zanim musiałybyśmy się rozstać.

- Mmmm - zamruczałam.

- No wypluj to wreszcie - powiedziała niecierpliwie Alice - Przecież widzimy, że coś cię jeszcze gnębi.

- Bo Mark się o mnie boi - powiedziałam im, a one skinęły głowami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - a ja chciałabym mu dać trochę ulgi. Zrobić coś, żeby się tak nie denerwował.

- Skoro jest najlepszy, to go słuchaj - powiedziała Alice.

To było oczywiste.

- Melduj się - powiedziała Maggie - Noś z sobą przenośny GPS.

- Mam taki - powiedziałam jej, złapałam swoją torebkę i zaczęłam ją przeszukiwać, żeby jej go pokazać.

- Okej - mruknęła Maggie - ale powinnaś go nosić w kieszeni. Na przykład w tych spodniach.

Och, nie pomyślałam o tym.

Natychmiast włożyłam małe urządzenie do kieszeni krótkich, letnich spodni, w których byłam.

- No, ja swój miałam w torebce, przypięty jako brelok do kluczy - wyjawiła mi Ania - Nie poznali się na tym i zostawili mi torebkę. Chociaż jak mnie wywozili w inne miejsce, moja torebka została w tamtym - to ostatnie zdanie wymamrotała, jakby przyznawała, że pomysł Maggie był lepszy.

- Ja swój miałam w kieszeni płaszcza - powiedział Maggie - Kiedy go potrzebowałam, moja torebka odleciała daleko ode mnie.

Słuchałam ich i czułam, że moje oczy staję się wielkie jak spodeczki, a oddech miałam doprawdy dziwny.

- A przede wszystkim - powiedziała Eva, odwracając moją uwagę w jej stronę - rozmawiaj z nim.

- Mhm - mruknęła Maggie.

- No tak - przyznała Ania.

Alice skinęła głową z uśmiechem.

- Mów mu o wszystkim, co cię niepokoi - mówiła dalej Eva - O tym, co czujesz. W ogóle rozmawiaj z nim. Niech czuje cię blisko.

Przytaknęłam.

- Może Filip powinien namierzać twój samochód? - zapytała Ania.

- Mark ma już system naprowadzania z mojego Audi podłączony do swojego tabletu - wyznałam jej.

- Dobrze - powiedziała Ania z uśmiechem.

- Lisa - nagle Eva złapała moją rękę i potrząsnęła nią, a potem zadała pytanie, które świadczyło o ytm, że zauważała - Co cię tak naprawdę trapi?

Popatrzyłam na nie wszystkie po kolei, a one patrzyły na mnie ciepło, uważnie i oczekująco.

Wciągnęłam trochę powietrza do płuc i zdecydowałam się.

- Kocham go - wyznałam, a one znowu miały na twarzach ten łagodny, czuły wyraz, który świadczył o tym, że były dobrymi przyjaciółkami - Nie chcę być dla niego ciężarem.

- Nie jesteś - cicho przerwała mi Maggie.

- Chcę dać mu wszystko - kontynuowałam swoje wyznanie - Zasługuje na to, co najlepsze.

- Dajesz mu to - zapewniła mnie Eva.

Skinęłam głową, ale nie mogłam się uśmiechnąć.

Nie byłam przekonana.

W tej chwili zadzwonił telefon Maggie, wyjęła go z torebki, spojrzała, odebrała, a potem już musiałyśmy się spieszyć, bo musiała wracać do domu.

Więc pożegnałyśmy się pospiesznie i poszłyśmy do jej SUV-a.

Kiedy jechałyśmy, Maggie opowiedziała mi o tym, jak Mark zareagował na tamten e-mail, który mu wysłałam.

Opowiedziała mi, że David pojechał do Marka tamtego dnia i znalazł go w opłakanym stanie, bo mocno się przejął tym, że go nie chciałam.

To był mój największy koszmar i wyrzut sumienia.

Ale Maggie na tym nie skończyła.

Powiedziała mi również, że po tamtym naszym pierwszym rozstaniu, Mark nie żył swobodnie, ale też się załamał, jak ja.

Maggie powiedziała mi, że to był najlepszy dowód na to, że Mark mnie kochał, ale ja nie byłam tego taka pewna.

Miał żonę, którą kochał.

Może kiedyś mnie również znienawidzi, jak ją?

Na razie mogłam mieć tylko cień nadziei, że tak się nie stanie.

Na razie chciałam dać mu wszystko.

Ile zdołam.

Więc wieczorem przygotowałam chili z czterech rodzajów fasoli, do którego zrobienia zabierałam się od kilku dni.

Rozmawiałam z nim o urządzeniu salonu, bo zamierzałam kupić meble, skoro mieliśmy tam skończony kominek i pomalowane ściany.

Mark miał szybko kupić telewizor.

Powiedziałam mu, że marzę, by położyć się tam z nim na kanapie przed telewizorem i tak spędzić cały wieczór bez trosk.

I wyglądało na to, ze spodobał mu się ten pomysł, bo warknął pochylił się, wziął moje usta, a potem wziął resztę mnie.

Na blacie w kuchni, bo tam właśnie byliśmy.

I było znowu genialnie.



2 komentarze: