czwartek, 6 października 2022

Prolog - Księżniczki nie płaczą (cz.1)

 

Prolog

Księżniczki nie płaczą

 

 

Wielka Brytania

Siedziałam w dębowym, powyginanym, wyściełanym tkaniną w beżowo brązową kratę fotelu przy pasującym do niego stoliku do kawy w moim prywatnym gabinecie, który urządzony był w ciepłym i przytulnym stylu wiktoriańskim z długimi kremowymi storami w dużych, białych oknach ze szprosami, a drugi taki sam fotel zajmowała moja asystentka.

Była pora na południową herbatę i zrobiłam sobie przerwę w pracy.

Na stoliku oprócz herbaty stał biszkopt domowej roboty, przygotowany specjalnie dla mnie w kuchni, ale go nie jadłam.

Pracowałam w swoim domu, ze swojego gabinetu, przy swoim biurku, ale i tak byłam ubrana w wełniane, czarne spodnie zaprasowane na kant, butelkowo zieloną, jedwabną bluzkę koszulową z długim rękawem, którą miałam zawiązaną pod szyją kokardę i w ciemnozielone czółenka na niskim obcasie.

Włosy miałam spięte w kok wysoko na tyle głowy, by odsłaniał kark.

I miałam delikatny, ale pełen makijaż.

Zawsze robiłam to tak samo.

- Sara, moja droga, czy potwierdzono naszą rezerwację w hotelu Marriott w Washington D. C.? - zapytałam, chociaż wiedziałam, że narażam się na to, że moja osobista asystentka, Sara McFeguson, poczuje się urażona.

Spojrzałam przy tym na nią, żeby zobaczyć, znaną mi szczupłą sylwetkę drobnej ciemnej blondynki o regularnych rysach twarzy, brązowych oczach i wąskich, ale wciąż ładnie wykrojonych ustach.

Była starsza ode mnie o jakieś trzy lata i ukończyła z pierwszą lokatą college na Harvardzie.

Nie była moją przyjaciółką, jak to się czasem zdarzało między asystentką a młodą pracodawczynią, ale to nie była jej wina.

Po prostu została wybrana na to stanowisko dla mnie przez mojego tatę tuż przed jego śmiercią, a ja nie ufałam nikomu, kogo wybrał dla mnie mój tata.

Ale była kompetentna i lubiłam ją.

Zawsze wszystkiego pilnowała i przez te ponad trzy lata, kiedy dla mnie pracowała, nie zdarzyło się ani razu, by nie miała wszystkich moich spraw dopiętych na ostatni guzik.

Po prostu nie mogłam się powtrzymać.

- Tak jest, milady - odpowiedziała sztywno suchym tonem, a ja skarciłam się w myślach za pochopne wyrażanie moich myśli na głos.

Musiałam ją udobruchać.

- Oczywiście, że potwierdziłaś - odparłam łagodnie - Jesteś najlepszą asystentką, jaką mogłabym mieć. Po prostu jestem zdenerwowana tym wyjazdem i zmęczona ciągłą pracą - postarałam się złagodzić złe wrażenie - Czy możesz mi przypomnieć plan podróży?

- Oczywiście milady - powiedziała Sara łagodniejszym tonem, poszła do swojego gabinetu, który był w wejściu do mojego i wzięła ze swojego biurka terminarz z rozkładem moich zajęć na najbliższe dni.

Byłam pewna, że wszystko miała wpisane do tabletu, który nosiła zawsze przy sobie, a ja miałam to przesłane na e-mail.

Właściwie nie musiałam tego słuchać.

Sara doskonale panowała nad wszystkim i codziennie rano zaraz po tym, jak ubrałam się po wstaniu z łóżka, kiedy jadłam śniadanie, siedziała naprzeciwko mnie, przypominając mi, jakie obowiązki mnie czekały.

To była nasza rutyna.

Wstawałam zawsze o tej samej porze, wpół do siódmej rano, brałam prysznic, myłam głowę, suszyłam i układałam włosy, robiłam makijaż, ubierałam się, a dopiero potem razem jadłyśmy śniadanie i omawiałyśmy przy tym rozkład mojego dnia.

Wyjątek stanowiły tylko niedziele, kiedy Sara miała wolne.

Ale właśnie za dwa dni zaczynałam służbową podróż po Ameryce i miałam nadzieję na krótkie, albo nieco dłuższe wakacje.

- Wylot z lotniska Heathrow, jak pani sobie życzyła rejsowym samolotem, zaplanowany jest… - zaczęła Sara.

Wyłączyłam się.

Tak naprawdę chciałam, żeby mi to opowiedziała nie po to, żebym się czegoś dowiedziała, ale dlatego, że musiałam wszystko przemyśleć, a to była jedyna możliwość, żebym mogła poudawać, że byłam zajęta.

Miesiąc temu, w drugiej połowie grudnia, skończyłam „magiczne” dwadzieścia jeden lat.

Oczywiście, wyprawiono mi z tej okazji uroczysty bankiet, w czasie którego usłyszałam tysiące nieszczerych życzeń.

Babcia się postarała, bo przecież księżniczka musiała mieć swój bankiet w dniu dwudziestych pierwszych urodzin, nawet jeśli to oznaczało, że właśnie stawała się starą panną.

Nie miałam nikogo z rodziny lub przyjaciół, kto składałby mi szczere życzenia, ale też nie zamierzałam się nad tym rozczulać.

Przyzwyczaiłam się.

Mój tata już dawno temu, wychowując mnie w zasadzie samotnie, jeśli nie liczyć guwernantek i prywatnych nauczycieli, po tym, jak wiele lat temu zmarła moja mama, wpoił mi do głowy zasadę Księżniczki nie płaczą.

Cóż, byłam księżniczką.

Dokładniej Księżną Yorku, a moje całe nazwisko brzmiało hrabina Caroline Elizabeth Stephanie Luisa Anna Jones.

Brrr.

Okropne.

Nieprawdaż?

Mój tata zmarł niecałe trzy lata temu i był hrabią, księciem Yorku, ósmym w kolejce do tronu Anglii.

Z tego powodu przez cały czas wypominał mi, że moje zachowanie i wychowanie, włącznie z wykształceniem, musiały być odpowiednie do mojego „statusu społecznego”.

Nigdy nie był ze mnie w pełni zadowolony.

Uważał, że mogłabym być lepsza, gdybym się postarała.

Zapewne dlatego właśnie od zawsze każdy dzień miałam zajęty co do ostatniej minuty lekcjami i zajęciami „rozwijającymi moje umiejętności i osobowość”.

Nawet niedziele.

Lekcje gry na fortepianie, tańca towarzyskiego, pływania i jazdy konnej, której nie lubiłam, ale nie nienawidziłam, były z tego najprzyjemniejsze.

Z tego względu również o jeden semestr wcześniej skończyłam college na Harvardzie, zdobywając tytuł licencjata z Administracji i Zarządzania, a za kilka tygodni miałam zacząć studia na Harvard Business School.

Może powinnam to skończyć o rok wcześniej, a nie tylko jeden semestr, ale była nieodpowiedzialna i zachorowałam, więc miałam pół roku przerwy w studiowaniu.

Ale teraz chciałam sobie zrobić wakacje.

Takie prawdziwe.

Za dwa dni wyjeżdżałam do Stanów Zjednoczonych na tygodniową wizytę, która miała być związana z moimi przyszłymi studiami i miała dać mi możliwość dokończenia mojego projektu, więc to nie były wakacje.

 Miałam plan, aby to zmienić i musiałam zacząć go realizować.

Właśnie teraz.

 Zaczęłam od niewinnego pytania, jakie zadałam mojej asystentce na koniec referowania przez nią moich planów na następny tydzień.

- Saro, czy nie sądzisz, że mogłabym zrobić sobie tydzień wakacji, skoro już będę w Stanach? - zapytałam ją, udając zamyślenie, jakby ten pomysł właśnie przyszedł mi do głowy.

- Słucham? - zapytała Sara z zaskoczeniem, co było niemałym osiągnięciem, bo ona nigdy nie bywała zaskoczona.

A przynajmniej nie okazywała tego.

- No, nie wiem… - udawałam, że się waham - Leci z nami jeden ochroniarz - stwierdziłam coś, co dobrze wiedziała - Tam dostanę kolejnego od ambasadora. Mogłabyś zarezerwować domek w… powiedzmy w Aspen? - udawałam, że pytałam ją o radę - Moglibyśmy spędzić tam kilka dni, a ja pojeździłabym na nartach.

Przez dobre dwie minuty trwała cisza.

Napiłam się herbaty, którą miałam nalaną do filiżanki od pewnego czasu, ale jeszcze nie ostygła i nie patrzyłam na swoją asystentkę.

Wiedziałam jednak, że myślała.

Musiała to przetworzyć, a ja musiałam to zrobić tak, żeby pomyślała, że to wszystko to był jej pomysł i nie poganiać jej.

- Och, nieważne. Zapomnij o tym - powiedziałam cicho, bo księżniczki nie mruczały, a miałam na to ochotę - Po prostu kiedyś mówiłaś, że za mało czasu spędzam na świeżym powietrzu. Hmmm. Dziękuję za herbatę.

Udawałam, że zabierałam się do pracy, więc odstawiłam pustą już filiżankę i wstałam z fotela, żeby przejść do biurka i zabrać się do wypisywania i przeglądania dokumentów.

Musiałam też trochę popracować przy komputerze, bo miałam tam rozpoczęty projekt reformy opieki nad dziećmi z niepełnych i rozbitych rodzin oraz z rodzin zastępczych, nad którym pracowałam, ale to chciałam zrobić.

- Nie, to prawda - przerwała mi Sara - Milady stanowczo za dużo ostatnio pracowała i stanowczo spędza za mało czasu na świeżym powietrzu, więc ta wizyta powinna być okazją do tygodniowego wypoczynku w Aspen.

Wiedziałam, że połknęła haczyk, ale nie mogłam okazywać ani trochę zadowolenia.

Odwróciłam się lekko w jej stronę.

- Jak uważasz, moja droga - westchnęłam i dodałam zmęczonym tonem - Przepraszam cię, ale muszę zająć się pracą.

- Oczywiście - powiedziała Sara - Nie przeszkadzam. Zajmę się wszystkim, by milady miała tydzień wakacji w Aspen.

Skinęłam głową, jakby mnie to nie obchodziło, chociaż miałam ochotę krzyknąć - Tak! - i wygiąć rękę, jak to widziałam na jakimś amerykańskim filmie.

To właśnie mnie pociągało w Stanach.

Swoboda.

Jak oni to mówili „luz”.

Ale na razie musiałam zająć się swoimi obowiązkami.

*****

Washington, dwa dni później

Stałam twarzą w stronę wysokich okien podzielonych ciemnymi szprosami, wychodzących na piękny, dobrze utrzymany ogród miejski, aktualnie pokryty śniegiem, ale nadal wypełniony turystami, w pięknie urządzonym w stylu wiktoriańskim gabinecie, do którego zaproszono nas w celu powitania przez obecnego ambasadora UK w Stanach Zjednoczonych.

To był wymóg tej wizyty.

Byłam częściowo zwrócona w jego stronę, żeby wskazać mu moje zainteresowanie i czasami kiwałam mu lekko głową.

- …a na koniec odwiedzimy wybraną przez nas rodzinę zastępczą, jak sobie milady życzyła - kończył swoje sprawozdanie do przygotowania mojej wizyty w Stanach pan ambasador Dominic Josephson, postawny, ciemnowłosy mężczyzna, o bystrym spojrzeniu i reprezentacyjnym wyglądzie.

Szanowałam go za kompetentność i poważanie w naszym rządzie, ale nie znaliśmy się osobiście.

Mogłam być jego córką, ale nadal traktował mnie z niezasłużonym przeze mnie szacunkiem i nieskrywaną ciekawością.

Rzadko zdarzało się, żeby ktoś z bliskiej rodziny królewskiej po przyjeździe do Stanów „zniżał się” do odwiedzin w zwykłym domu, zwłaszcza zastępczym, albo zechciał, jak ja, zobaczyć biuro Opieki Społecznej w normalnie funkcjonującym dniu pracy.

Oprócz tych zajęć, które sama wymusiłam, musiałam znieść jeden bal na moją cześć, jedną oficjalną kolację, pokazać się na zimowej, po-noworocznej imprezie charytatywnej dla niepełnosprawnych dzieci w jakimś tutejszym parku i przyjąć na „audiencji” kilka osób.

Osób, które najwyraźniej nie wiedziały, że nie mogłam udzielać audiencji, bo nie należałam do ścisłego grona oczekujących na sukcesję tronu, skoro rodzina syna królowej szybko się powiększała, więc raczej określiłabym nasze spotkanie jako oficjalny brunch.

Nie byłam nawet pewna, czy, po ostatnich narodzinach dzieci w najbliższej rodzinie królewskiej, klasyfikowałam się jeszcze chociażby w pierwszej dziesiątce, chociaż być może byli tacy, którzy to wiedzieli.

Mnie to nie obchodziło.

Sara notowała skrzętnie wszystkie sugestie ambasadora, podawała nasze warunki i modyfikowała ustalenia, które były dokonane miesiąc temu.

Miałam ochotę westchnąć, ale, oczywiście, nie mogłam tego zrobić.

Udawałam, że słuchałam, uśmiechałam się i potakiwałam uprzejmie.

A później się pożegnaliśmy i ambasador wyszedł.

- Saro - odezwałam się, kiedy zostałyśmy uwolnione od obecności bardzo zajętego ambasadora - Czy już wiesz, kto będzie naszym ochroniarzem przydzielonym od rządu amerykańskiego?

- Dostaliśmy jego portfolio, chociaż jest bardzo krótkie - niechętnie przyznała Sara - To kapitan Mark Taylor, lat dwadzieścia osiem, stanu wolnego, ale nie znamy jego kariery zawodowej, bo ją utajnili.

Zdziwiłam się, ale nie pokazałam tego po sobie.

Zwykle Sara dostawała wszystkie informacje, o jakie się starała.

Umiała je wydobyć z każdego.

- Może skieruje się pani w stronę wyjścia, milady - zasugerowała cicho Sara - Udamy się do hotelu i tam poczekamy na tego ochroniarza.

To nie była zwykła sugestia.

Po prostu nie miałam innego wyjścia, jak tylko wyjść z ambasady, gdzie powoli zaczęłam przeszkadzać w pracy i dać się zawieźć wynajętą specjalnie dla mnie limuzyną bez specjalnych oznaczeń do hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany apartament królewski z dwoma pokojami przylegającymi do niego z korytarza.

Więc przyjęłam płaszcz, który zarzucono mi na ramiona i zrobiłam to.

W apartamencie powinien być oddzielny pokój dla Sary, a z pokojów ochroniarzy powinno dać się przejść do salonu apartamentu i wyjść bezpośrednio na korytarz.

Zajmowało to wszystko pół piętra i było oddzielone od drugiej połowy rozsuwanymi drzwiami zamkniętymi na zamek szyfrowy.

Takie były zasady, które poznałam podczas trzech lat poprzednich wizyt w różnych krajach.

W Stanach jeszcze nigdy nie byłam sama, jako dorosła, ale Marriott wszędzie był taki sam.

To była namiastka domu daleko od samego domu.

Przyjechaliśmy do ambasady prosto z lotniska, a to i tak było wyjątkowe, bo ambasadorzy odwiedzanych przeze mnie krajów bardzo często lubili witać mnie już na samym lotnisku.

Było to też trochę z mojej winy, bo to ja nalegałam na to, żebyśmy przylecieli tu samolotem rejsowym, a nie czarterem i nie chciałam robić zamieszania w sali VIP na lotnisku.

Tytuł „rodzina królewska” budził sensację.

Frank przeprowadził mnie i Sarę przez ambasadę, na której korytarzach było dość pusto, ale przed nią, oczywiście, stała grupka dziennikarzy.

Jechaliśmy prawie bez eskorty, bo tylko z jednym motocyklem policyjnym.

Wysadzono mnie z limuzyny mercedesa z przyciemnionymi szybami przy głównym wejściu do hotelu, gdzie czekała już grupka reporterów, którzy zawsze niezawodnie potrafili zwęszyć temat dla rubryk plotkarskich.

Sara miała na nich swój sposób, więc przemknęłam do drzwi, jak tylko Frank, mój prawie osobisty ochroniarz, otworzył mi drzwi samochodu i zasłonił mnie częściowo przed wzrokiem wścibskich paparazzi.

Przeszliśmy sprawnie przez krótki chodnik, wyłożony czerwonym dywanem i przez drzwi, ignorując błysk fleszy i wykrzykiwane pytania.

W hallu hotelu również nie zatrzymałam się, nie zawahałam, kierowana przez Franka w stronę windy ruszyłam szybkim krokiem, lekko tylko skinąwszy głową ogólnie wszystkim zebranym ludziom i oddzielnie odźwiernemu, a potem recepcjoniście i obsłudze windy.

Stałam plecami do nich, przy tylnych lustrach windy obok Sary, która zdążyła do nas dołączyć po zabraniu kart z kodami z rąk recepcjonisty, a Frank stał przede mną, więc widziałam tylko jego plecy, kiedy ktoś przytrzymał drzwi windy, żeby się nie zasunęły, a potem mruknął coś do Franka i wszedł, by stanąć plecami do mnie w takiej samej postawie jak Frank.

Podejrzewałam, że był to mój drugi, tajemniczy, ochroniarz.

Kapitan Mark Taylor.

Mężczyzna był wysoki, bo ja miałam metr siedemdziesiąt, byłam w sznurowanych botkach na niezbyt wysokim obcasie, ale on nadal był wyższy ode mnie o ponad dziesięć centymetrów.

Był równie wysoki, co Frank i tak samo barczysty.

Od tyłu widziałam tylko jego szerokie ramiona, ubrane w czarny garnitur, który był doskonale skrojony i czarne, krótko obcięte włosy, ale czułam też pociągający zapach jego wody kolońskiej.

Cytrusowy, wodny, przypominający zielone rośliny, odświeżający, męski.

Winda zatrzymała się na naszym piętrze, windziarz wyszedł, a za nim Frank i nowy, a ja poczekałam, aż Frank pozwolił mi wysiąść.

Kiedy po dwóch sekundach dał mi znać skinieniem głowy, że jest bezpiecznie, zrobiłam kilka kroków do przodu, a wtedy zostałam zaatakowana gorącem męskiego ciała, które tak gwałtownie przysunęło się do mnie z przeciwnej strony niż stał Frank, że cofnęłam się o pół kroku do windy.

Zobaczyłam ciemne, zagniewane oczy skierowane na mnie przez ułamek sekundy, a potem mężczyzna cofnął się i znowu zrobiłam krok w stronę korytarza.

Frank szedł przed nami, Sara tuż za mną, a nowy na końcu.

Milcząc przeszliśmy szybko do głównych do drzwi mojego apartamentu i Frank otworzył je kodem na panelu bezpieczeństwa, wszedł pierwszy, a potem zobaczyłam jego skinienie i weszłam za nim.

Po przejściu kilku kroków wgłąb pomieszczenia, odwróciłam się przodem do amerykańskiego ochroniarza.

Czekałam, zdejmując rękawiczki, milcząc i patrząc na niego zimno.

Był przystojny, a jego twarz miała męskie, ostre rysy z twardo zarysowaną, wręcz kwadratową, gładko ogoloną szczęką i prostym nosem, chociaż wyglądało na to, że został on kiedyś złamany i nie zrósł się całkiem prawidłowo, więc pozostało niewielkie zgrubienie.

Jednak w danej chwili surowy wyraz tej twarzy powodował, że nie widziałam jego ust, bo były prawie niewidoczne, tak mocno je zaciskał, a mięśnie na jego żuchwie drgały z napięcia, jakby był wściekły.

- Kapitan Mark Taylor, milady - przedstawiła go Sara.

Zobaczyłam, że się wyprostował po wojskowemu, jakby miał przyjąć pozycję na baczność i uderzyć obcasami o siebie, co rozpoznałam po częstym przebywaniu w towarzystwie wojskowych w różnym wieku.

- Panie kapitanie - powiedziałam półgłosem i skinęłam mu głową na powitanie - Proszę wybaczyć, że się cofnęłam do windy, ale nikt nie wkracza w moją przestrzeń osobistą - dodałam równie zimno, jak na niego patrzyłam.

- Madame - po tym powitaniu kapitan Taylor uniósł nieco swoje czarne, gęste brwi, ale to była jedyna jego reakcja na moje słowa.

W tej samej chwili wyczułam ruch za plecami, więc odwróciłam się, żeby zobaczyć pokojówkę przemykającą chyłkiem pod ścianą w stronę drzwi.

Najwidoczniej przestraszyła się mojego ostrego tonu, a może została pouczona, że ma być niewidzialna dla gości, bo starała się nie robić hałasu i nie podnosiła głowy.

Była bardzo młoda, dość niska, szczupła, bardzo zgrabna i zwinna.

Miała ciemne, kręcące się włosy spięte z tyłu głowy i typowy strój pokojówki z Marriotta składający się z białej bluzki i czarnej spódnicy, a do tego czarne buty na płaskim obcasie.

- Dzień dobry - powiedziałam odwracając się do niej przodem, a ona nieomalże potknęła się o własne nogi z wrażenia.

Zatrzymała się, zerknęła na mnie krótko z wyraźnym przerażeniem w oczach i dygnęła nisko, nieskładnie mamrocząc pod nosem - Dzień dobry, wasza wysokość - z tego, co mogłam zrozumieć, a co mnie rozbawiło.

Nie zaśmiałam się, chociaż być może drgnęły mi wargi.

- Nie jestem waszą wysokością - wyjaśniłam jej cicho, zauważając mimochodem, że Sara, znając moje zwyczaje, popatrzyła na mnie, a potem, kiedy prawie niezauważalnie skinęłam głową, natychmiast podeszła do stolika przy drzwiach i podniosła słuchawkę telefonu hotelowego, by wezwać menagera lub dyrektora hotelu do naszego apartamentu na rozmowę.

Z mojej drugiej strony w stronę drzwi wejściowych do apartamentu podszedł Frank, który również wiedział, czego należało się spodziewać.

Rzuciłam rękawiczki na stolik do kawy razem z torebką i podniosłam wzrok z powrotem na zamarłą ze strachu dziewczynę.

- Jak masz na imię? - zaczęłam wywiad spokojnym tonem.

- Theresa, proszę pani - wyjąkała pokojówka i znowu dygnęła.

Robiła to całkiem sprawnie, więc, albo długo ćwiczyła, albo miała wrodzoną grację, a mnie to się podobało.

Jedno i drugie.

- Milady - poprawiła ją Sara cicho, najwidoczniej czekając na sygnał połączenia ze słuchawką przytkniętą do ucha.

Kapitan Taylor bardzo mądrze nie odzywał się i nie poruszał, obserwując nasze działania zgranego zespołu.

Jednak jego brwi były zmarszczone, a mina ponura, co zauważyłam przelotnie i bez zainteresowania.

Ale zauważyłam.

- Tak… - pokojówka jąkała się jeszcze bardziej - Przepraszam. Milady.

I znowu dygnęła.

- Ile masz lat? - pytałam ją dalej, jakby ten przerywnik się nie wydarzył.

- Dziewiętnaście, milady - pokojówka prawie szeptała, całkiem już przerażona tym, co wydawało się tam dziać.

- Masz dziecko, męża, rodzinę? - dopytywałam się.

- Czy to… - zaczął kapitan, ale rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie i zamilkł, splatając ramiona na piersi i zaciskając usta.

- Odpowiedz - nalegałam delikatnie, patrząc ponownie na pokojówkę.

- Nie, milady - dziewczyna szeptała teraz z rezygnacją i łzami w głosie.

- Mam dla ciebie propozycję - zaczęłam nieco głośniej, by wreszcie przejść do konkretów - A ponieważ nie masz nikogo, do kogo musiałabyś wracać, więc może ją rozważysz. Chciałabym, żebyś została moją osobistą pokojówką.

Dziewczyna nagle szarpnęła głową do góry, oczy jej się zaświeciły jakby z radości, a usta otworzyły ze zdziwienia.

Widziałam to już niejeden raz.

Bała się, że każę ją zwolnić, a teraz miała nadzieję.

Mogła się tego podjąć, ale nie znała jeszcze moich warunków.

- Potrzebuję, żebyś była dostępna dla mnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w ciągu tego tygodnia, kiedy tu będziemy - wyjaśniłam jej bez zwłoki - Mam tu apartament, ja zajmuję jedną sypialnię, a moja asystentka, Sara, drugą - skinęłam głową w stronę Sary, która właśnie skończyła rozmawiać i dała mi znać, że powinniśmy zaraz spodziewać się czyjejś wizyty.

Frank zauważył naszą wymianę gestów i otworzył drzwi prowadzące do korytarzyka wyjściowego, szykując się na naszego gościa.

- Mam również dwa pokoje przylegające do apartamentu, w których zamieszkają panowie stanowiący moją ochronę - wyjaśniałam dalej pokojówce to, co mogła już wiedzieć, skoro tu sprzątała, skinąwszy lekko głową w stronę ochroniarzy - Będziesz o to dbała. Być może dałoby się załatwić, żebyś miała na tym piętrze swój pokój, w którym będziesz spała, bo chciałabym, żebyś była dostępna niezwłocznie na każde moje wezwanie.

Wcześniej odłożyłam torebkę na stolik do kawy, a teraz zdjęłam z siebie płaszcz i skierowałam się w stronę nieco dalej stojącego fotela, żeby go tam odłożyć na oparcie.

Wiedziałam, że Sara jest w stanie w Marriotcie znaleźć taki pokój dla mojej pokojówki na naszym piętrze, bo zwykle to robiłyśmy i płaciłyśmy za niego wraz z całą jego obsługą, włączając posiłki.

- Dzisiaj mam zaplanowaną jedną wizytę, za godzinę - mówiłam przez cały ten czas do pokojówki - Będziesz wtedy miała czas, by się przenieść, osiedlić, powiadomić tych, których musisz powiadomić.

Odwróciłam się do dziewczyny całkiem przodem i spojrzałam na nią uważniej.

- Zapłacę ci za nadgodziny - wyjaśniłam - Dobrze zapłacę. Również za twój pokój i posiłki. Sara dopilnuje podpisania z tobą umowy na dodatkową pracę, a zaraz załatwimy sprawę z kierownictwem hotelu, żebyś mogła w czasie godzin pracy u nich być tylko na tej części piętra, gdzie nie mieszka nikt inny, a po jej zakończeniu w ciągu tego tygodnia mogłabyś pracować dla mnie. Pytanie brzmi, czy się zgadzasz i muszę to wiedzieć teraz.

Dziewczyna stała nieruchomo, najwyraźniej oszołomiona moimi słowami.

Kiedy cisza się przedłużała do drugiej minuty, poczułam rozczarowanie.

Zwykle trafnie dobierałam służbę czasową w takich miejscach.

To nie było tak, że wybierałam zawsze pierwszą przemykającą pokojówkę.

- Tak - wyszeptała wreszcie Theresa - Zgadzam się.

- Dobrze - skinęłam głową, starając się nie okazywać mojej radości i ulgi, że nie będę musiała szukać innej - Więc podasz Sarze swoje dane osobowe, podpiszesz dokumenty i poznasz szczegóły moich wymagań.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Dzień dobry - usłyszałam męski głos - Hrabina wzywała mnie. Jestem Terry Black, senior menager hotelu.

- Proszę wejść - odezwał się Frank, który bez wątpienia wcześniej dokonał obowiązkowych oględzin gościa.

W tym czasie usiadłam wyprostowana w drugim fotelu, przodem do drzwi, nie opierając się, z lekko wysuniętą jedną nogą, dłońmi luźno opartymi na kolanach, w pozie oczekiwania na audiencję, która zawsze peszyła mężczyzn z jakąś-tam władzą.

Sara przeszła przez salon szybkim krokiem, zabrała z fotela mój płaszcz i zaniosła go do sypialni, a natychmiast potem wróciła i stanęła za moimi plecami, jak wiedziałam, z tabletem w dłoni.

Miałyśmy to opanowane.

Stanowiła asystę księżniczki.

Kiedy zajmowała swoją pozycję, do pokoju wszedł dość niski, okrągły mężczyzna w średnim wieku i po pierwsze obrzucił Theresę wściekłym wzrokiem.

- Wasza wysokość - zaczął z niskim ukłonem, ale tym razem nikt go nie poprawił - Jestem Terry Black, senior menager hotelu. Cokolwiek zrobiła nasza pracownica, proszę o przyjęcie moich najszczerszych przeprosin. Podejmiemy…

Nie miałam ochoty tego słuchać, bo to też mi się przytrafiło.

Nie jeden raz.

- Przepraszam, że panu przerywam - zaczęłam cichym, ale stanowczym głosem, nie spuszczając wzroku z Blacka, który natychmiast zamilkł i zgiął się nawet mocniej - Panie Black, chciałabym, żeby Theresa została moją osobistą pokojówką.

Zobaczyłam zmianę wyrazu jego twarzy.

Ulga, niedowierzanie, przebiegłość.

- Och - doparł natychmiast - Oczywiście, ale może dobierzemy kogoś bardziej kompetentnego…

- Nie! - znowu mu przerwałam i nadal mówiłam cicho - To ma być Theresa. Jeśli nie może mi pan zagwarantować jej wyłączności, przeniesiemy się do innego hotelu.

Ten blef zawsze działał, bo mało który palant na takim stanowisku wiedział, ile w gruncie rzeczy zawiłości logistycznych wymagałyby takie przenosiny.

Tak, trochę nimi pogardzałam.

Z Marriotta mieliśmy samochodem zaledwie dziesięć, piętnaście minut do ambasady i to w godzinach natężonego ruchu.

Nie mówiąc o innych sprawach.

- Och - menager poddał się dokładnie tak, jak się tego spodziewałam - Natychmiast ustalę z przełożoną pokojówek, by ją tu przypisała.

- Dobrze - powiedziałam obojętnie - Proszę wszystko omówić z Sarą - podniosłam nieco głowę w stronę mojej asystentki - A teraz proszę o wybaczenie. Muszę coś uzgodnić z moim nowym pracownikiem.

Podniosłam nieco prawą dłoń, by delikatnym skinieniem czubków palców wskazać im drogę do drzwi małego gabinetu, który sąsiadował z salonem.

Sara ruszyła w tamtą stronę, a pan Black zgiął się w pół i, starając się iść przodem do mnie, chyłkiem podążył za nią.

Poczekałam przez chwilę, a kiedy wyszli i zamknęli za sobą drzwi, spojrzałam na Theresę z lekkim uśmiechem, czającym mi się na ustach i lekko pochyliłam się w jej stronę całym tułowiem.

- Theresa - powiedziałam do niej konspiracyjnym półgłosem - myślę, że masz tę pracę.

Dziewczyna się rozpromieniła, prawie podskoczyła, ale w ostatniej chwili się opanowała i znowu dygnęła.

Nie wiedziałam dlaczego, ale po raz pierwszy w moim dorosłym życiu, zapragnęłam, by się nie opanowała i by rzuciła mi się na szyję w czystej radości.

- Możesz już odejść - powiedziałam do niej łagodnie.

Dygnęła jeszcze raz, a potem pobiegła do drzwi i wybiegła na korytarz.

Tak, nikt jej nigdy nie powiedział, że w obecności księżniczek się nie biega.

Szczęściara.

Wstałam z fotela, a Frank odprowadził Theresę do korytarzyka, prawie się uśmiechając i zamykał za nią drzwi, kiedy odwróciłam się w stronę kapitana Marka Taylora.

Zgasiłam swój uśmiech.

- Chciał pan coś powiedzieć, kapitanie? - zapytałam zimno, spoglądając na niego surowo, ale zaskoczył mnie.

Całkowicie.

I nie dałam rady tego ukryć dostatecznie szybko, więc to zauważył.

A potem zmarszczył brwi.

Bo kiedy na niego spojrzałam, wyraz jego twarzy był łagodny i ciepły, jakby był zadowolony, jakby naprawdę podobało mu się to, co zrobiłam, jakbym go tym zaskoczyła.

Rysy mu się wygładziły, a wtedy stał się bardzo przystojny.

- Nie, milady - powiedział, a ja uświadomiłam sobie, że jego głos był niski, dudniący, ale nie szorstki, raczej miły dla ucha - Myślę, że zostało już wszystko powiedziane.

- Dobrze - skinęłam mu głową i zwróciłam się do niego bokiem, by przejść do mojej hotelowej sypialni.

- Sara da panu mój rozkład tygodnia - powiedziałam na pożegnanie - Frank powie panu, jakie są moje wymagania. Reszta, no cóż, zobaczy się - i zaczęłam się odwracać do niego tyłem, bo skończyłam.

- Mark - powiedział, a ja gwałtownie zamrugałam zaskoczona nagłą zmianą tematu.

Szczęśliwie, nie byłam wtedy odwrócona do niego przodem, więc może tego nie zauważył.

- Słucham? - spytałam sucho i odwróciłam głowę do niego.

- Mam na imię Mark - skinął głową w stronę wchodzącego do salonu Franka - mówi pani do wszystkich po imieniu, więc mówię, że moje brzmi Mark.

- Dobrze - ponownie skinęłam mu głową i odwróciłam się, by wejść do swojej sypialni.

Nie wiedziałam, czemu nie chciałam do niego mówić po imieniu.

Nie wiedziałam, czemu przy nim czułam się zdenerwowana, rozproszona, tak jakoś… dziwnie, jak nie czułam się od sześciu, siedmiu lat.

Od czasów…

Nie, nie zamierzałam do tego wracać ani jedną myślą.

Podeszłam do fotela, na którym Sara w pospiechu porzuciła mój płaszcz, wzięłam go, a potem z nim do szafy, w której musiałam wybrać ubrania na dalsze spotkania, jakie miałam zaplanowane w danym dniu.

Najpierw miałam odbyć kilka nudnych, oficjalnych spotkań z kobietami z tutejszych kręgów zbliżonych do rodziny królewskiej.

Obowiązki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz