Prolog
Wielka Brytania
Siedziałam
w dębowym, powyginanym, wyściełanym tkaniną w beżowo brązową kratę fotelu przy pasującym
do niego stoliku do kawy w moim prywatnym gabinecie, który urządzony był w
ciepłym i przytulnym stylu wiktoriańskim z długimi kremowymi storami w dużych,
białych oknach ze szprosami, a drugi taki sam fotel zajmowała moja asystentka.
Była
pora na południową herbatę i zrobiłam sobie przerwę w pracy.
Na
stoliku oprócz herbaty stał biszkopt domowej roboty, przygotowany specjalnie
dla mnie w kuchni, ale go nie jadłam.
Pracowałam
w swoim domu, ze swojego gabinetu, przy swoim biurku, ale i tak byłam ubrana w
wełniane, czarne spodnie zaprasowane na kant, butelkowo zieloną, jedwabną bluzkę
koszulową z długim rękawem, którą miałam zawiązaną pod szyją kokardę i w
ciemnozielone czółenka na niskim obcasie.
Włosy
miałam spięte w kok wysoko na tyle głowy, by odsłaniał kark.
I
miałam delikatny, ale pełen makijaż.
Zawsze
robiłam to tak samo.
-
Sara, moja droga, czy potwierdzono naszą rezerwację w hotelu Marriott w
Washington D. C.? - zapytałam, chociaż wiedziałam, że narażam się na to, że moja
osobista asystentka, Sara McFeguson, poczuje się urażona.
Spojrzałam
przy tym na nią, żeby zobaczyć, znaną mi szczupłą sylwetkę drobnej ciemnej blondynki
o regularnych rysach twarzy, brązowych oczach i wąskich, ale wciąż ładnie
wykrojonych ustach.
Była
starsza ode mnie o jakieś trzy lata i ukończyła z pierwszą lokatą college na
Harvardzie.
Nie
była moją przyjaciółką, jak to się czasem zdarzało między asystentką a młodą
pracodawczynią, ale to nie była jej wina.
Po
prostu została wybrana na to stanowisko dla mnie przez mojego tatę tuż przed
jego śmiercią, a ja nie ufałam nikomu, kogo wybrał dla mnie mój tata.
Ale
była kompetentna i lubiłam ją.
Zawsze
wszystkiego pilnowała i przez te ponad trzy lata, kiedy dla mnie pracowała, nie
zdarzyło się ani razu, by nie miała wszystkich moich spraw dopiętych na
ostatni guzik.
Po
prostu nie mogłam się powtrzymać.
-
Tak jest, milady - odpowiedziała sztywno suchym tonem, a ja skarciłam się w
myślach za pochopne wyrażanie moich myśli na głos.
Musiałam
ją udobruchać.
-
Oczywiście, że potwierdziłaś - odparłam łagodnie - Jesteś najlepszą asystentką,
jaką mogłabym mieć. Po prostu jestem zdenerwowana tym wyjazdem i zmęczona
ciągłą pracą - postarałam się złagodzić złe wrażenie - Czy możesz mi
przypomnieć plan podróży?
-
Oczywiście milady - powiedziała Sara łagodniejszym tonem, poszła do swojego
gabinetu, który był w wejściu do mojego i wzięła ze swojego biurka terminarz z
rozkładem moich zajęć na najbliższe dni.
Byłam
pewna, że wszystko miała wpisane do tabletu, który nosiła zawsze przy sobie, a
ja miałam to przesłane na e-mail.
Właściwie
nie musiałam tego słuchać.
Sara
doskonale panowała nad wszystkim i codziennie rano zaraz po tym, jak ubrałam
się po wstaniu z łóżka, kiedy jadłam śniadanie, siedziała naprzeciwko mnie, przypominając
mi, jakie obowiązki mnie czekały.
To
była nasza rutyna.
Wstawałam
zawsze o tej samej porze, wpół do siódmej rano, brałam prysznic, myłam głowę,
suszyłam i układałam włosy, robiłam makijaż, ubierałam się, a dopiero potem razem jadłyśmy śniadanie i
omawiałyśmy przy tym rozkład mojego dnia.
Wyjątek
stanowiły tylko niedziele, kiedy Sara miała wolne.
Ale
właśnie za dwa dni zaczynałam służbową podróż po Ameryce i miałam nadzieję na
krótkie, albo nieco dłuższe wakacje.
-
Wylot z lotniska Heathrow, jak pani sobie życzyła rejsowym samolotem, zaplanowany
jest… - zaczęła Sara.
Wyłączyłam
się.
Tak
naprawdę chciałam, żeby mi to opowiedziała nie po to, żebym się czegoś
dowiedziała, ale dlatego, że musiałam wszystko przemyśleć, a to była jedyna
możliwość, żebym mogła poudawać, że
byłam zajęta.
Miesiąc
temu, w drugiej połowie grudnia, skończyłam „magiczne” dwadzieścia jeden lat.
Oczywiście,
wyprawiono mi z tej okazji uroczysty bankiet, w czasie którego usłyszałam
tysiące nieszczerych życzeń.
Babcia
się postarała, bo przecież księżniczka musiała
mieć swój bankiet w dniu dwudziestych pierwszych urodzin, nawet jeśli to
oznaczało, że właśnie stawała się starą panną.
Nie
miałam nikogo z rodziny lub przyjaciół, kto składałby mi szczere życzenia, ale
też nie zamierzałam się nad tym rozczulać.
Przyzwyczaiłam
się.
Mój
tata już dawno temu, wychowując mnie w zasadzie samotnie, jeśli nie liczyć
guwernantek i prywatnych nauczycieli, po tym, jak wiele lat temu zmarła moja
mama, wpoił mi do głowy zasadę Księżniczki
nie płaczą.
Cóż,
byłam księżniczką.
Dokładniej
Księżną Yorku, a moje całe nazwisko brzmiało hrabina Caroline Elizabeth
Stephanie Luisa Anna Jones.
Brrr.
Okropne.
Nieprawdaż?
Mój
tata zmarł niecałe trzy lata temu i był hrabią, księciem Yorku, ósmym w kolejce
do tronu Anglii.
Z
tego powodu przez cały czas wypominał mi, że moje zachowanie i wychowanie,
włącznie z wykształceniem, musiały być odpowiednie do mojego „statusu
społecznego”.
Nigdy
nie był ze mnie w pełni zadowolony.
Uważał,
że mogłabym być lepsza, gdybym się postarała.
Zapewne
dlatego właśnie od zawsze każdy dzień
miałam zajęty co do ostatniej minuty lekcjami i zajęciami „rozwijającymi moje
umiejętności i osobowość”.
Nawet
niedziele.
Lekcje
gry na fortepianie, tańca towarzyskiego, pływania i jazdy konnej, której nie
lubiłam, ale nie nienawidziłam, były z tego najprzyjemniejsze.
Z
tego względu również o jeden semestr wcześniej skończyłam college na
Harvardzie, zdobywając tytuł licencjata z Administracji i Zarządzania, a za
kilka tygodni miałam zacząć studia na Harvard Business School.
Może
powinnam to skończyć o rok wcześniej,
a nie tylko jeden semestr, ale była nieodpowiedzialna
i zachorowałam, więc miałam pół roku przerwy w studiowaniu.
Ale
teraz chciałam sobie zrobić wakacje.
Takie
prawdziwe.
Za
dwa dni wyjeżdżałam do Stanów Zjednoczonych na tygodniową wizytę, która miała
być związana z moimi przyszłymi studiami i miała dać mi możliwość dokończenia
mojego projektu, więc to nie były
wakacje.
Miałam plan, aby to zmienić i musiałam zacząć go
realizować.
Właśnie
teraz.
Zaczęłam od niewinnego pytania, jakie zadałam
mojej asystentce na koniec referowania przez nią moich planów na następny
tydzień.
-
Saro, czy nie sądzisz, że mogłabym zrobić sobie tydzień wakacji, skoro już będę
w Stanach? - zapytałam ją, udając zamyślenie, jakby ten pomysł właśnie
przyszedł mi do głowy.
-
Słucham? - zapytała Sara z zaskoczeniem, co było niemałym osiągnięciem, bo ona nigdy nie bywała zaskoczona.
A
przynajmniej nie okazywała tego.
-
No, nie wiem… - udawałam, że się waham - Leci z nami jeden ochroniarz -
stwierdziłam coś, co dobrze wiedziała - Tam dostanę kolejnego od ambasadora.
Mogłabyś zarezerwować domek w… powiedzmy w Aspen?
- udawałam, że pytałam ją o radę - Moglibyśmy spędzić tam kilka dni, a ja
pojeździłabym na nartach.
Przez
dobre dwie minuty trwała cisza.
Napiłam
się herbaty, którą miałam nalaną do filiżanki od pewnego czasu, ale jeszcze nie
ostygła i nie patrzyłam na swoją
asystentkę.
Wiedziałam
jednak, że myślała.
Musiała
to przetworzyć, a ja musiałam to zrobić tak, żeby pomyślała, że to wszystko to
był jej pomysł i nie poganiać jej.
-
Och, nieważne. Zapomnij o tym - powiedziałam cicho, bo księżniczki nie
mruczały, a miałam na to ochotę - Po prostu kiedyś mówiłaś, że za mało czasu
spędzam na świeżym powietrzu. Hmmm. Dziękuję
za herbatę.
Udawałam,
że zabierałam się do pracy, więc odstawiłam pustą już filiżankę i wstałam z
fotela, żeby przejść do biurka i zabrać się do wypisywania i przeglądania
dokumentów.
Musiałam
też trochę popracować przy komputerze, bo miałam tam rozpoczęty projekt reformy
opieki nad dziećmi z niepełnych i rozbitych rodzin oraz z rodzin zastępczych,
nad którym pracowałam, ale to
chciałam zrobić.
-
Nie, to prawda - przerwała mi Sara - Milady stanowczo za dużo ostatnio
pracowała i stanowczo spędza za mało czasu na świeżym powietrzu, więc ta wizyta
powinna być okazją do tygodniowego
wypoczynku w Aspen.
Wiedziałam,
że połknęła haczyk, ale nie mogłam okazywać ani trochę zadowolenia.
Odwróciłam
się lekko w jej stronę.
-
Jak uważasz, moja droga - westchnęłam i dodałam zmęczonym tonem - Przepraszam
cię, ale muszę zająć się pracą.
-
Oczywiście - powiedziała Sara - Nie przeszkadzam. Zajmę się wszystkim, by
milady miała tydzień wakacji w Aspen.
Skinęłam
głową, jakby mnie to nie obchodziło, chociaż miałam ochotę krzyknąć - Tak! - i wygiąć rękę, jak to widziałam
na jakimś amerykańskim filmie.
To
właśnie mnie pociągało w Stanach.
Swoboda.
Jak
oni to mówili „luz”.
Ale
na razie musiałam zająć się swoimi obowiązkami.
*****
Washington, dwa dni później
Stałam
twarzą w stronę wysokich okien podzielonych ciemnymi szprosami, wychodzących na
piękny, dobrze utrzymany ogród miejski, aktualnie pokryty śniegiem, ale nadal
wypełniony turystami, w pięknie urządzonym w stylu wiktoriańskim gabinecie, do
którego zaproszono nas w celu powitania przez obecnego ambasadora UK w Stanach
Zjednoczonych.
To
był wymóg tej wizyty.
Byłam
częściowo zwrócona w jego stronę, żeby wskazać mu moje zainteresowanie i
czasami kiwałam mu lekko głową.
-
…a na koniec odwiedzimy wybraną przez nas rodzinę zastępczą, jak sobie milady
życzyła - kończył swoje sprawozdanie do przygotowania mojej wizyty w Stanach pan
ambasador Dominic Josephson, postawny, ciemnowłosy mężczyzna, o bystrym
spojrzeniu i reprezentacyjnym wyglądzie.
Szanowałam
go za kompetentność i poważanie w naszym rządzie, ale nie znaliśmy się
osobiście.
Mogłam
być jego córką, ale nadal traktował mnie z niezasłużonym przeze mnie szacunkiem
i nieskrywaną ciekawością.
Rzadko
zdarzało się, żeby ktoś z bliskiej rodziny królewskiej po przyjeździe do Stanów
„zniżał się” do odwiedzin w zwykłym domu, zwłaszcza zastępczym, albo zechciał,
jak ja, zobaczyć biuro Opieki Społecznej w normalnie funkcjonującym dniu pracy.
Oprócz
tych zajęć, które sama wymusiłam, musiałam znieść jeden bal na moją cześć, jedną
oficjalną kolację, pokazać się na zimowej, po-noworocznej imprezie
charytatywnej dla niepełnosprawnych dzieci w jakimś tutejszym parku i przyjąć
na „audiencji” kilka osób.
Osób,
które najwyraźniej nie wiedziały, że nie mogłam udzielać audiencji, bo nie
należałam do ścisłego grona oczekujących na sukcesję tronu, skoro rodzina syna
królowej szybko się powiększała, więc raczej określiłabym nasze spotkanie jako
oficjalny brunch.
Nie
byłam nawet pewna, czy, po ostatnich narodzinach dzieci w najbliższej rodzinie
królewskiej, klasyfikowałam się jeszcze chociażby w pierwszej dziesiątce,
chociaż być może byli tacy, którzy to wiedzieli.
Mnie
to nie obchodziło.
Sara
notowała skrzętnie wszystkie sugestie ambasadora, podawała nasze warunki i
modyfikowała ustalenia, które były dokonane miesiąc temu.
Miałam
ochotę westchnąć, ale, oczywiście, nie mogłam tego zrobić.
Udawałam,
że słuchałam, uśmiechałam się i potakiwałam uprzejmie.
A
później się pożegnaliśmy i ambasador wyszedł.
-
Saro - odezwałam się, kiedy zostałyśmy uwolnione od obecności bardzo zajętego
ambasadora - Czy już wiesz, kto będzie naszym ochroniarzem przydzielonym od
rządu amerykańskiego?
-
Dostaliśmy jego portfolio, chociaż jest bardzo krótkie - niechętnie przyznała
Sara - To kapitan Mark Taylor, lat dwadzieścia osiem, stanu wolnego, ale nie
znamy jego kariery zawodowej, bo ją utajnili.
Zdziwiłam
się, ale nie pokazałam tego po sobie.
Zwykle
Sara dostawała wszystkie informacje,
o jakie się starała.
Umiała
je wydobyć z każdego.
-
Może skieruje się pani w stronę wyjścia, milady - zasugerowała cicho Sara - Udamy
się do hotelu i tam poczekamy na tego ochroniarza.
To
nie była zwykła sugestia.
Po
prostu nie miałam innego wyjścia, jak tylko wyjść z ambasady, gdzie powoli
zaczęłam przeszkadzać w pracy i dać się zawieźć wynajętą specjalnie dla mnie
limuzyną bez specjalnych oznaczeń do hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany
apartament królewski z dwoma pokojami przylegającymi do niego z korytarza.
Więc
przyjęłam płaszcz, który zarzucono mi na ramiona i zrobiłam to.
W
apartamencie powinien być oddzielny pokój dla Sary, a z pokojów ochroniarzy
powinno dać się przejść do salonu apartamentu i wyjść bezpośrednio na korytarz.
Zajmowało
to wszystko pół piętra i było oddzielone od drugiej połowy rozsuwanymi drzwiami
zamkniętymi na zamek szyfrowy.
Takie
były zasady, które poznałam podczas trzech lat poprzednich wizyt w różnych
krajach.
W
Stanach jeszcze nigdy nie byłam sama, jako dorosła, ale Marriott wszędzie był
taki sam.
To
była namiastka domu daleko od samego domu.
Przyjechaliśmy
do ambasady prosto z lotniska, a to i tak było wyjątkowe, bo ambasadorzy
odwiedzanych przeze mnie krajów bardzo często lubili witać mnie już na samym
lotnisku.
Było
to też trochę z mojej winy, bo to ja nalegałam na to, żebyśmy przylecieli tu
samolotem rejsowym, a nie czarterem i nie chciałam robić zamieszania w sali VIP
na lotnisku.
Tytuł
„rodzina królewska” budził sensację.
Frank
przeprowadził mnie i Sarę przez ambasadę, na której korytarzach było dość
pusto, ale przed nią, oczywiście, stała grupka dziennikarzy.
Jechaliśmy
prawie bez eskorty, bo tylko z jednym motocyklem policyjnym.
Wysadzono
mnie z limuzyny mercedesa z przyciemnionymi szybami przy głównym wejściu do
hotelu, gdzie czekała już grupka reporterów, którzy zawsze niezawodnie
potrafili zwęszyć temat dla rubryk plotkarskich.
Sara
miała na nich swój sposób, więc przemknęłam do drzwi, jak tylko Frank, mój prawie osobisty ochroniarz, otworzył mi
drzwi samochodu i zasłonił mnie częściowo przed wzrokiem wścibskich paparazzi.
Przeszliśmy
sprawnie przez krótki chodnik, wyłożony czerwonym dywanem i przez drzwi,
ignorując błysk fleszy i wykrzykiwane pytania.
W
hallu hotelu również nie zatrzymałam się, nie zawahałam, kierowana przez Franka
w stronę windy ruszyłam szybkim krokiem, lekko tylko skinąwszy głową ogólnie
wszystkim zebranym ludziom i oddzielnie odźwiernemu, a potem recepcjoniście i
obsłudze windy.
Stałam
plecami do nich, przy tylnych lustrach windy obok Sary, która zdążyła do nas
dołączyć po zabraniu kart z kodami z rąk recepcjonisty, a Frank stał przede
mną, więc widziałam tylko jego plecy, kiedy ktoś przytrzymał drzwi windy, żeby
się nie zasunęły, a potem mruknął coś do Franka i wszedł, by stanąć plecami do
mnie w takiej samej postawie jak Frank.
Podejrzewałam,
że był to mój drugi, tajemniczy, ochroniarz.
Kapitan
Mark Taylor.
Mężczyzna
był wysoki, bo ja miałam metr siedemdziesiąt, byłam w sznurowanych botkach na niezbyt
wysokim obcasie, ale on nadal był wyższy ode mnie o ponad dziesięć centymetrów.
Był
równie wysoki, co Frank i tak samo barczysty.
Od
tyłu widziałam tylko jego szerokie ramiona, ubrane w czarny garnitur, który był
doskonale skrojony i czarne, krótko obcięte włosy, ale czułam też pociągający
zapach jego wody kolońskiej.
Cytrusowy,
wodny, przypominający zielone rośliny, odświeżający, męski.
Winda
zatrzymała się na naszym piętrze, windziarz wyszedł, a za nim Frank i nowy, a
ja poczekałam, aż Frank pozwolił mi wysiąść.
Kiedy
po dwóch sekundach dał mi znać skinieniem głowy, że jest bezpiecznie, zrobiłam kilka
kroków do przodu, a wtedy zostałam zaatakowana gorącem męskiego ciała, które
tak gwałtownie przysunęło się do mnie z przeciwnej strony niż stał Frank, że
cofnęłam się o pół kroku do windy.
Zobaczyłam
ciemne, zagniewane oczy skierowane na mnie przez ułamek sekundy, a potem
mężczyzna cofnął się i znowu zrobiłam krok w stronę korytarza.
Frank
szedł przed nami, Sara tuż za mną, a nowy na końcu.
Milcząc
przeszliśmy szybko do głównych do drzwi mojego apartamentu i Frank otworzył je
kodem na panelu bezpieczeństwa, wszedł pierwszy, a potem zobaczyłam jego
skinienie i weszłam za nim.
Po
przejściu kilku kroków wgłąb pomieszczenia, odwróciłam się przodem do
amerykańskiego ochroniarza.
Czekałam,
zdejmując rękawiczki, milcząc i patrząc na niego zimno.
Był
przystojny, a jego twarz miała męskie, ostre rysy z twardo zarysowaną, wręcz
kwadratową, gładko ogoloną szczęką i prostym nosem, chociaż wyglądało na to, że
został on kiedyś złamany i nie zrósł się całkiem prawidłowo, więc pozostało
niewielkie zgrubienie.
Jednak
w danej chwili surowy wyraz tej twarzy powodował, że nie widziałam jego ust, bo
były prawie niewidoczne, tak mocno je zaciskał, a mięśnie na jego żuchwie
drgały z napięcia, jakby był wściekły.
-
Kapitan Mark Taylor, milady - przedstawiła go Sara.
Zobaczyłam,
że się wyprostował po wojskowemu, jakby miał przyjąć pozycję na baczność i uderzyć
obcasami o siebie, co rozpoznałam po częstym przebywaniu w towarzystwie
wojskowych w różnym wieku.
-
Panie kapitanie - powiedziałam półgłosem i skinęłam mu głową na powitanie - Proszę
wybaczyć, że się cofnęłam do windy, ale nikt
nie wkracza w moją przestrzeń osobistą - dodałam równie zimno, jak na niego
patrzyłam.
-
Madame - po tym powitaniu kapitan Taylor uniósł nieco swoje czarne, gęste brwi,
ale to była jedyna jego reakcja na moje słowa.
W
tej samej chwili wyczułam ruch za plecami, więc odwróciłam się, żeby zobaczyć
pokojówkę przemykającą chyłkiem pod ścianą w stronę drzwi.
Najwidoczniej
przestraszyła się mojego ostrego tonu, a może została pouczona, że ma być
niewidzialna dla gości, bo starała się nie robić hałasu i nie podnosiła głowy.
Była
bardzo młoda, dość niska, szczupła, bardzo zgrabna i zwinna.
Miała
ciemne, kręcące się włosy spięte z tyłu głowy i typowy strój pokojówki z
Marriotta składający się z białej bluzki i czarnej spódnicy, a do tego czarne
buty na płaskim obcasie.
-
Dzień dobry - powiedziałam odwracając się do niej przodem, a ona nieomalże
potknęła się o własne nogi z wrażenia.
Zatrzymała
się, zerknęła na mnie krótko z wyraźnym przerażeniem w oczach i dygnęła nisko, nieskładnie
mamrocząc pod nosem - Dzień dobry, wasza wysokość - z tego, co mogłam
zrozumieć, a co mnie rozbawiło.
Nie
zaśmiałam się, chociaż być może drgnęły mi wargi.
-
Nie jestem waszą wysokością - wyjaśniłam jej cicho, zauważając mimochodem, że
Sara, znając moje zwyczaje, popatrzyła na mnie, a potem, kiedy prawie niezauważalnie
skinęłam głową, natychmiast podeszła do stolika przy drzwiach i podniosła słuchawkę
telefonu hotelowego, by wezwać menagera lub dyrektora hotelu do naszego
apartamentu na rozmowę.
Z
mojej drugiej strony w stronę drzwi wejściowych do apartamentu podszedł Frank,
który również wiedział, czego należało się spodziewać.
Rzuciłam
rękawiczki na stolik do kawy razem z torebką i podniosłam wzrok z powrotem na
zamarłą ze strachu dziewczynę.
-
Jak masz na imię? - zaczęłam wywiad spokojnym tonem.
-
Theresa, proszę pani - wyjąkała pokojówka i znowu dygnęła.
Robiła
to całkiem sprawnie, więc, albo długo ćwiczyła, albo miała wrodzoną grację, a mnie
to się podobało.
Jedno
i drugie.
-
Milady - poprawiła ją Sara cicho, najwidoczniej czekając na sygnał połączenia
ze słuchawką przytkniętą do ucha.
Kapitan
Taylor bardzo mądrze nie odzywał się i nie poruszał, obserwując nasze działania
zgranego zespołu.
Jednak
jego brwi były zmarszczone, a mina ponura, co zauważyłam przelotnie i bez
zainteresowania.
Ale
zauważyłam.
-
Tak… - pokojówka jąkała się jeszcze bardziej - Przepraszam. Milady.
I
znowu dygnęła.
-
Ile masz lat? - pytałam ją dalej, jakby ten przerywnik się nie wydarzył.
-
Dziewiętnaście, milady - pokojówka prawie szeptała, całkiem już przerażona tym,
co wydawało się tam dziać.
-
Masz dziecko, męża, rodzinę? - dopytywałam się.
-
Czy to… - zaczął kapitan, ale rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie i zamilkł, splatając
ramiona na piersi i zaciskając usta.
-
Odpowiedz - nalegałam delikatnie, patrząc ponownie na pokojówkę.
-
Nie, milady - dziewczyna szeptała teraz z rezygnacją i łzami w głosie.
-
Mam dla ciebie propozycję - zaczęłam nieco głośniej, by wreszcie przejść do
konkretów - A ponieważ nie masz nikogo, do kogo musiałabyś wracać, więc może ją
rozważysz. Chciałabym, żebyś została moją osobistą pokojówką.
Dziewczyna
nagle szarpnęła głową do góry, oczy jej się zaświeciły jakby z radości, a usta
otworzyły ze zdziwienia.
Widziałam
to już niejeden raz.
Bała
się, że każę ją zwolnić, a teraz miała nadzieję.
Mogła
się tego podjąć, ale nie znała jeszcze moich warunków.
-
Potrzebuję, żebyś była dostępna dla mnie przez dwadzieścia cztery godziny na
dobę w ciągu tego tygodnia, kiedy tu będziemy - wyjaśniłam jej bez zwłoki - Mam
tu apartament, ja zajmuję jedną sypialnię, a moja asystentka, Sara, drugą -
skinęłam głową w stronę Sary, która właśnie skończyła rozmawiać i dała mi znać,
że powinniśmy zaraz spodziewać się czyjejś wizyty.
Frank
zauważył naszą wymianę gestów i otworzył drzwi prowadzące do korytarzyka
wyjściowego, szykując się na naszego gościa.
-
Mam również dwa pokoje przylegające do apartamentu, w których zamieszkają
panowie stanowiący moją ochronę - wyjaśniałam dalej pokojówce to, co mogła już
wiedzieć, skoro tu sprzątała, skinąwszy lekko głową w stronę ochroniarzy - Będziesz
o to dbała. Być może dałoby się załatwić, żebyś miała na tym piętrze swój pokój,
w którym będziesz spała, bo chciałabym, żebyś była dostępna niezwłocznie na
każde moje wezwanie.
Wcześniej
odłożyłam torebkę na stolik do kawy, a teraz zdjęłam z siebie płaszcz i skierowałam
się w stronę nieco dalej stojącego fotela, żeby go tam odłożyć na oparcie.
Wiedziałam,
że Sara jest w stanie w Marriotcie znaleźć taki pokój dla mojej pokojówki na
naszym piętrze, bo zwykle to robiłyśmy i płaciłyśmy za niego wraz z całą jego
obsługą, włączając posiłki.
-
Dzisiaj mam zaplanowaną jedną wizytę, za godzinę - mówiłam przez cały ten czas
do pokojówki - Będziesz wtedy miała czas, by się przenieść, osiedlić,
powiadomić tych, których musisz powiadomić.
Odwróciłam
się do dziewczyny całkiem przodem i spojrzałam na nią uważniej.
-
Zapłacę ci za nadgodziny - wyjaśniłam - Dobrze zapłacę. Również za twój pokój i
posiłki. Sara dopilnuje podpisania z tobą umowy na dodatkową pracę, a zaraz
załatwimy sprawę z kierownictwem hotelu, żebyś mogła w czasie godzin pracy u
nich być tylko na tej części piętra, gdzie nie mieszka nikt inny, a po jej
zakończeniu w ciągu tego tygodnia mogłabyś pracować dla mnie. Pytanie brzmi,
czy się zgadzasz i muszę to wiedzieć teraz.
Dziewczyna
stała nieruchomo, najwyraźniej oszołomiona moimi słowami.
Kiedy
cisza się przedłużała do drugiej minuty, poczułam rozczarowanie.
Zwykle
trafnie dobierałam służbę czasową w takich miejscach.
To
nie było tak, że wybierałam zawsze pierwszą
przemykającą pokojówkę.
-
Tak - wyszeptała wreszcie Theresa - Zgadzam się.
-
Dobrze - skinęłam głową, starając się nie okazywać mojej radości i ulgi, że nie
będę musiała szukać innej - Więc podasz Sarze swoje dane osobowe, podpiszesz
dokumenty i poznasz szczegóły moich wymagań.
Rozległo
się pukanie do drzwi.
-
Dzień dobry - usłyszałam męski głos - Hrabina wzywała mnie. Jestem Terry Black,
senior menager hotelu.
-
Proszę wejść - odezwał się Frank, który bez wątpienia wcześniej dokonał
obowiązkowych oględzin gościa.
W
tym czasie usiadłam wyprostowana w drugim fotelu, przodem do drzwi, nie
opierając się, z lekko wysuniętą jedną nogą, dłońmi luźno opartymi na kolanach,
w pozie oczekiwania na audiencję, która zawsze peszyła mężczyzn z jakąś-tam
władzą.
Sara
przeszła przez salon szybkim krokiem, zabrała z fotela mój płaszcz i zaniosła
go do sypialni, a natychmiast potem wróciła i stanęła za moimi plecami, jak
wiedziałam, z tabletem w dłoni.
Miałyśmy
to opanowane.
Stanowiła
asystę księżniczki.
Kiedy
zajmowała swoją pozycję, do pokoju wszedł dość niski, okrągły mężczyzna w średnim
wieku i po pierwsze obrzucił Theresę wściekłym wzrokiem.
-
Wasza wysokość - zaczął z niskim ukłonem, ale tym razem nikt go nie poprawił -
Jestem Terry Black, senior menager hotelu. Cokolwiek zrobiła nasza pracownica,
proszę o przyjęcie moich najszczerszych przeprosin. Podejmiemy…
Nie
miałam ochoty tego słuchać, bo to też mi się przytrafiło.
Nie
jeden raz.
-
Przepraszam, że panu przerywam - zaczęłam cichym, ale stanowczym głosem, nie
spuszczając wzroku z Blacka, który natychmiast zamilkł i zgiął się nawet
mocniej - Panie Black, chciałabym, żeby Theresa została moją osobistą
pokojówką.
Zobaczyłam
zmianę wyrazu jego twarzy.
Ulga,
niedowierzanie, przebiegłość.
-
Och - doparł natychmiast - Oczywiście, ale może dobierzemy kogoś bardziej
kompetentnego…
-
Nie! - znowu mu przerwałam i nadal mówiłam cicho - To ma być Theresa. Jeśli nie
może mi pan zagwarantować jej wyłączności, przeniesiemy się do innego hotelu.
Ten
blef zawsze działał, bo mało który palant na takim stanowisku wiedział, ile w
gruncie rzeczy zawiłości logistycznych wymagałyby takie przenosiny.
Tak,
trochę nimi pogardzałam.
Z
Marriotta mieliśmy samochodem zaledwie dziesięć, piętnaście minut do ambasady i
to w godzinach natężonego ruchu.
Nie
mówiąc o innych sprawach.
-
Och - menager poddał się dokładnie tak, jak się tego spodziewałam - Natychmiast
ustalę z przełożoną pokojówek, by ją tu przypisała.
-
Dobrze - powiedziałam obojętnie - Proszę wszystko omówić z Sarą - podniosłam
nieco głowę w stronę mojej asystentki - A teraz proszę o wybaczenie. Muszę coś
uzgodnić z moim nowym pracownikiem.
Podniosłam
nieco prawą dłoń, by delikatnym skinieniem czubków palców wskazać im drogę do
drzwi małego gabinetu, który sąsiadował z salonem.
Sara
ruszyła w tamtą stronę, a pan Black zgiął się w pół i, starając się iść przodem
do mnie, chyłkiem podążył za nią.
Poczekałam
przez chwilę, a kiedy wyszli i zamknęli za sobą drzwi, spojrzałam na Theresę z
lekkim uśmiechem, czającym mi się na ustach i lekko pochyliłam się w jej stronę
całym tułowiem.
-
Theresa - powiedziałam do niej konspiracyjnym półgłosem - myślę, że masz tę pracę.
Dziewczyna
się rozpromieniła, prawie podskoczyła, ale w ostatniej chwili się opanowała i
znowu dygnęła.
Nie
wiedziałam dlaczego, ale po raz pierwszy w moim dorosłym życiu, zapragnęłam, by
się nie opanowała i by rzuciła mi się
na szyję w czystej radości.
-
Możesz już odejść - powiedziałam do niej łagodnie.
Dygnęła
jeszcze raz, a potem pobiegła do drzwi i wybiegła na korytarz.
Tak,
nikt jej nigdy nie powiedział, że w obecności księżniczek się nie biega.
Szczęściara.
Wstałam
z fotela, a Frank odprowadził Theresę do korytarzyka, prawie się uśmiechając i
zamykał za nią drzwi, kiedy odwróciłam się w stronę kapitana Marka Taylora.
Zgasiłam
swój uśmiech.
-
Chciał pan coś powiedzieć, kapitanie? - zapytałam zimno, spoglądając na niego
surowo, ale zaskoczył mnie.
Całkowicie.
I
nie dałam rady tego ukryć dostatecznie szybko, więc to zauważył.
A
potem zmarszczył brwi.
Bo
kiedy na niego spojrzałam, wyraz jego twarzy był łagodny i ciepły, jakby był zadowolony,
jakby naprawdę podobało mu się to, co
zrobiłam, jakbym go tym zaskoczyła.
Rysy
mu się wygładziły, a wtedy stał się bardzo
przystojny.
-
Nie, milady - powiedział, a ja uświadomiłam sobie, że jego głos był niski,
dudniący, ale nie szorstki, raczej miły dla ucha - Myślę, że zostało już
wszystko powiedziane.
-
Dobrze - skinęłam mu głową i zwróciłam się do niego bokiem, by przejść do mojej
hotelowej sypialni.
-
Sara da panu mój rozkład tygodnia - powiedziałam na pożegnanie - Frank powie
panu, jakie są moje wymagania. Reszta, no cóż, zobaczy się - i zaczęłam się odwracać do niego tyłem, bo skończyłam.
-
Mark - powiedział, a ja gwałtownie zamrugałam zaskoczona nagłą zmianą tematu.
Szczęśliwie,
nie byłam wtedy odwrócona do niego
przodem, więc może tego nie zauważył.
-
Słucham? - spytałam sucho i odwróciłam głowę do niego.
-
Mam na imię Mark - skinął głową w stronę wchodzącego do salonu Franka - mówi
pani do wszystkich po imieniu, więc mówię, że moje brzmi Mark.
-
Dobrze - ponownie skinęłam mu głową i odwróciłam się, by wejść do swojej
sypialni.
Nie
wiedziałam, czemu nie chciałam do
niego mówić po imieniu.
Nie
wiedziałam, czemu przy nim czułam się zdenerwowana, rozproszona, tak jakoś…
dziwnie, jak nie czułam się od sześciu, siedmiu lat.
Od
czasów…
Nie,
nie zamierzałam do tego wracać ani jedną myślą.
Podeszłam
do fotela, na którym Sara w pospiechu porzuciła mój płaszcz, wzięłam go, a
potem z nim do szafy, w której musiałam wybrać ubrania na dalsze spotkania,
jakie miałam zaplanowane w danym dniu.
Najpierw
miałam odbyć kilka nudnych, oficjalnych spotkań z kobietami z tutejszych kręgów
zbliżonych do rodziny królewskiej.
Obowiązki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz