wtorek, 18 października 2022

12 - Lubiłam to

 

 Rozdział 12

Lubiłam to

Lisa

 

 

Przyjechaliśmy z Markiem na siedzeniu pasażera do domu Evy i Jimmy’ego prowadzeni GPS’em samochodowym w Nissanie Navarra Marka.

Dowiedziałam, jak nazywał się jego samochód z napisu na jego tyle, kiedy weszliśmy do garażu i zobaczyłam go po raz pierwszy.

Nie znałam się na samochodach.

A potem udawałam, że wszystko było dobrze, ale nie było.

Kiedy wsiadłam za kierownicę tego olbrzyma, spanikowałam.

Martwiłam się tym, jak ja miałam to-to wyprowadzić z garażu, prowadzić między innymi samochodami, zaparkować gdziekolwiek, wymanewrować z powrotem na ulicę, w ogóle jechać nim.

Wyregulowałam sobie fotel i lusterka pod czujnym okiem Marka, ale wiedziałam, że mi ufał, bo siedział swobodny i nie odzywał się.

Po prostu chciał mi pomóc w razie czego.

Powiedział pierwsze słowo, kiedy zabierałam się do uruchomienia zapłonu, a było to zwykłe wskazanie, gdzie się to robi.

Byłam naprawdę zadowolona, że mi ufał i bardzo chciałam go nie zawieść, więc byłam jeszcze bardziej zdenerwowana.

Martwiłam się, że mogłabym go zawieść.

Ale udało mi się bez większych problemów, chociaż pomalutku, wyjechać z garażu, przerzucić samochód, który był automatem na bieg parkuj, zamknąć garaż pilotem, a potem dojechać do salonu sprzedaży samochodów Audi, kiedy Mark wskazywał mi drogę.

Najbardziej cieszyłam się z wszelkich czujników i z kamerek, które mi podpowiadały, jak daleko byłam od innych aut i od przeszkód.

Czułam się bezpieczniej.

W salonie samochodowym dowiedziałam się, że Mark wcześniej przemyślał sprawę samochodu dla mnie, bo od razu zapytał dealera o kilka modeli i polecił mi je obejrzeć.

W nieskończoność wsiadałam do kolejnych samochodów, „przymierzałam” je, oglądałam różne urządzenia na deskach rozdzielczych i słuchałam objaśnień sprzedawcy, udając, że coś rozumiałam.

Dowiedziałam się przy okazji, że to były same SUV-y, że tak wyglądały SUV-y, ale większość z nich była dla mnie za duża.

Potem dowiedziałam się, co Mark mi powiedział z niezrozumiałym rozbawieniem w głosie, że jego samochód był pickupem.

Że niby pickup ma taki otwarty bagażnik na tyle.

Nie wiedziałam, co było w tym śmiesznego, że tego nie wiedziałam.

Ostatecznie wybraliśmy, a może raczej ja wybrałam srebrne Audi Q4 Sportback, które było piękne również w środku, nie tylko na zewnątrz, a jedocześnie wydawało się być na tyle bezpieczne, że Mark to aprobował.

Zwrócił mi uwagę, że miał napęd na cztery koła i inne takie.

Nigdy nie pomyślałabym o tym sama, a chodziło o jazdę zimą.

Lubiłam to, że Mark planował mój pobyt tam zimą.

Mieli nam dostarczyć ten samochód do domu następnego dnia rano, bo, przez ramię Marka, nie mogliśmy go odebrać od razu.

Mark zapłacił.

Mark apodyktycznie nakazał im, żeby to było rano, czyli między ósmą a dziewiątą i nie później.

Ojej!

Następnie pojechaliśmy do salonu z telefonami, o czym sama myślałam już od poprzedniego dnia, gdzie kupiliśmy dla mnie czerwony Smartfon Xiaomi Redmi Note 10 z abonamentem na rozmowy i Internet.

Podobno miał super wytrzymałą baterię, więc nie musiałbym go co chwilę ładować.

Mark znowu zapłacił.

Niedaleko tego salonu zauważyłam sklep sportowy i zapytałam Marka, czy moglibyśmy tam wejść.

Zrobił dziwną minę, ale się zgodził.

Nie chciałam kupować żadnych sprzętów sportowych.

Potrzebowałam ubrań.

Po kilku minutach chodzenia po tym niewielkim sklepie, znalazłam to, czego potrzebowałam i zabrałam to do przymierzalni.

Wtedy dowiedziałam się, dlaczego Mark zrobił taką dziwną minę, kiedy powiedziałam, że chciałam tam wejść.

Cóż, był męskim mężczyzną, a to oznaczało, że nie lubił zakupów, które wymagały wybierania i przymierzania.

I powiedział mi to.

Lubiłam, jak mówił mi wprost, co myślał.

Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że kiedyś mnie to irytowało.

Pomyślałam jednak, że na przyszłość powinnam znaleźć sobie jakieś koleżanki, a może Eva lub Maggie zgodziłyby się na pójście ze mną na zakupy.

Ostatecznie kupiłam sobie tam wygodne spodnie do jogi, by mieć w czym chodzić w domu i koszulkę oraz sandałki sportowe, które miałam ochotę od razu założyć, ale nie chciałam przedłużać wizyty w tym sklepie.

Mogłam je zmienić później.

Przy okazji tych zakupów odzieżowych mieliśmy krótkie spięcie, bo wyjęłam z torebki swoją kartę płatniczą, kiedy staliśmy przy kasie, a Mark popatrzył na to srogo i pokręcił na mnie głową.

Co?

Nie pozwolił mi zapłacić nawet za moje własne ubrania.

Uch.

To wszystko zajęło nam prawie cztery godziny, więc nadeszła pora, by pojechać do Evy.

Mark stwierdził, że powinniśmy coś zjeść i proponował, żebyśmy wstąpili na pancakesy, ale ja nie chciałam, chociaż pomyślałam, że był głodny.

- Mark, kochanie, uwierz mi. Znam ją - mówiłam mu, kiedy jechaliśmy w stronę gór Uinta Wasatch, bo tam był dom Evy i Jimmy’ego, prowadzeni ponownie przez nawigację samochodową - Eva będzie miała naszykowanego tyle jedzenia, że nie dasz rady go w sobie zmieścić, a ona gotowa się obrazić, jeśli nie zjesz wystarczająco dużo.

- Przypomina mi to moją mamę - wymamrotał Mark, a ja bokiem zerknęłam na niego, już pogodzonego z tym i zrelaksowanego na siedzeniu pasażera.

Lubiłam to.

Zarówno to, że był zrelaksowany, jak i to, że miał taką mamę.

Uśmiechnęłam się do niego, a potem spojrzałam z powrotem na drogę, kiedy poczułam, że złapał moją rękę i podniósł ją.

Kiedy zerknęłam na niego po raz drugi, był skręcony na swoim siedzeniu w moją stronę, żeby dosięgnąć mnie prawą dłonią, i przykładał moje palce do ust.

- Cieszę się, że je poznałaś - powiedział i puścił moją rękę, by usiąść wygodniej na swoim siedzeniu - Masz przyjaciółki.

A ja cieszyłam się, że on miał przyjaciół.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, a czułam już się pewniej za kierownicą tego olbrzyma, więc jechałam szybciej, i wjeżdżałam na podjazd, było dopiero pięć minut do dwunastej.

Jednak kiedy wyłączyłam silnik, drzwi domu się otworzyły i wyszedł przez nie Jimmy, którego widziałam tylko raz - wtedy, kiedy go poznałam, ale rozpoznałam go natychmiast.

Był to jeden z tych niezwykle przystojnych strażaków, których naprawdę trudno było zapomnieć.

W ciągu dnia temperatura wzrosła już do dwudziestu stopni Celsjusza, ale rano nie miałam innych butów, więc musiałam założyć swoje botki do dżinsów i koszulki, w co byłam ubrana od rana.

Początkowo wzięłam też ze sobą kurtkę, ale teraz leżała zbędna na tylnym siedzeniu, obok mojej torebki i laptopa, którego Mark kazał mi zabrać z domu, bo ktoś miał go obejrzeć.

Wysiedliśmy na podjeździe, przywitałam się z Jimmym i przedstawiłam mu Marka, a wtedy dowiedzieliśmy się, że David trochę o nim wspomniał swojemu przyjacielowi.

Wzięłam torebkę i torbę z butami, weszliśmy do domu, a tam w progu powitała nas Eva, której również przedstawiłam Marka.

Popatrzyła na jego ramię, ale nie skomentowała tego.

Od razu dowiedzieliśmy się, że Maria i Matt byli w szkole, a Davie pierwszy raz, na kilka godzin, w przedszkolu.

Mark miał okazję przekonać się, że oni przez cały czas myśleli o dzieciach, jak każda normalna rodzina.

Cóż, Mark to znał, a ja nie.

Poczułam wcześniej, że mi było za ciepło w nogi, więc zabrałam do domu Evy i Jimmy’ego swoje nowe sandałki, przeprosiłam i poprosiłam, bym mogła je zmienić.

Po zdjęciu botków odetchnęłam z ulgą.

Kiedy schowałam je do samochodu Marka i wróciłam do domu, dołączyłam do nich wszystkich, którzy byli już w kuchni.

Uznałam to za dziwny obyczaj, ale już poprzednio Eva biegała między kuchnią a salonem, w którym siedzieliśmy z Sarą i Frankiem, więc powinnam wiedzieć, że taka była.

Lubiła gotować dla swoich gości.

Mężczyźni siedzieli przy wyspie, która stanowiła stół kuchenny, a Eva stała przy blacie i wyjmowała z szafek różne sprzęty.

Weszłam do kuchni, prowadzona ciepłym wzrokiem Marka, uśmiechnęłam się do niego i zostawiłam torebkę na końcu blatu.

Podeszłam do Evy i obejrzałam to, co wyjęła.

- Co robisz? - spytałam z ciekawością, bo wyglądało na to, że dopiero zaczynała przygotowywać lunch.

- Pancakesy - odparła.

- Mogę pomóc? - spytałam i odwróciła do mnie głowę z łagodnym uśmiechem, a potem skinęła głową.

Musiała pamiętać, jak jej opowiadałam, że próbowałam nauczyć się gotować, kiedy byliśmy w SLC kilka tygodni temu.

- Pewnie - powiedziała, a zaraz potem dodała - Wyjmij z lodówki cztery jajka i mleko.

Poszłam w stronę lodówki, zauważając po drodze, że Mark przyglądał się temu z lekkim uśmiechem i łagodnym uśmiechem na twarzy.

Wyjęłam jajka i butelkę z mlekiem, a potem podeszłam do zlewu, żeby umyć jajka, co Eva przyjęła ze skinieniem głową i uśmiechem.

Wsypywałyśmy po kolei produkty do dużej miski.

Mężczyźni nie siedzieli z nami długo, bo niedługo potem przyjechali Maggie i David bez dzieci, które zostały u Alice, więc Maggie została z nami, by szykować lunch, a oni we trzech przeszli do bawialni, gdzie jak podejrzewałam, włączyli jakiś mecz w telewizji.

Nie mogłam być tego pewna, bo nie widziałam, żeby Mark oglądał jakiś sport w telewizji, ale tak było, kiedy poprzednio odwiedzałam Evę i Jimmy’ego.

Pracowałyśmy we trzy, a ja obserwowałam, jak mijały się, doskonale wiedząc, co było potrzebne i jak obie sprzątały i wycierały blaty natychmiast po ich zwolnieniu.

 Wkrótce później dołączyła do nas Sophie, a właściwie wtoczyła się do kuchni, bo jej brzuch stał się olbrzymi, chociaż nadal była bardzo ruchliwa, więc wiedziałam, że do mężczyzn dołączył Alex.

Uzyskałam pewność, kiedy przyszedł do nas, żeby się przywitać, a wtedy zauważyłam, że odnosił się do Evy jak do mamy, chociaż nie znałam jego mamy.

Sophie, oczywiście, nie pomagała nam w gotowaniu, tylko skubała już pancakes’a z pierwszej partii, jaką zdjęłyśmy z Evą z patelni.

Potem Alex nas opuścił i rozmawiałyśmy w czasie pracy, a ja opowiadałam im trochę o moich problemach, jakie zostawiłam w domu, ale niewiele.

Nie było czego wspominać.

To była przeszłość.

Kobiety mówiły również o tym, jak wymieniały się opieką nad dziećmi, więc dowiedziałam się, że Maggie czasem opiekowała się dziećmi Alice.

To była wspaniale zgrana grupa przyjaciółek.

Lubiłam to.

- Wprowadzam się do Marka - wypaliłam trochę bezmyślnie, kiedy o tym myślałam, a wtedy usłyszałam, że zachichotały.

- Myślałam, że już mieszkacie razem - stwierdziła Sophie bez ogródek.

- No, tak - przyznałam - Ale jego dom jest pusty.

- Co takiego? - Maggie zamarła na chwilę, a i Eva spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

Nie zamierzałam im tego tłumaczyć, bo musiałabym opowiadać to, czego dowiedziałam się o Marku bez jego wiedzy.

Nie chciałam tego robić.

Ale potrzebowałam pomocy przyjaciółek, a wiedziałam, że te kobiety mogły mi to dać.

- Sophie - powróciłam się do pękatej Włoszki, która objadała się za naszymi plecami - Eva mówiła, że możesz nam pomóc w remoncie domu.

- Tak, mogę - powiedziała, po przełknięciu kęsa - Już trochę zaczęliśmy prace na nowych budowach, ale mogę ci podesłać dwóch chłopaków do malowania, czy jakie tam gówno potrzebujesz. Zrobią co trzeba.

Byłam pewna, że nie potrzebowałam gówna, ale skupiłam się na pierwszej części jej wypowiedzi.

- Ojej - powiedziałam zmartwiona - nie chcę ci zabierać pracowników…

Przerwała mi stanowczo, machając nad talerzem ręką z widelcem.

- Zatrudniłam kilku nowych, więc mam kim robić - to też zabrzmiało dla mnie dziwnie, ale tego również nie skomentowałam, skoro ona wiedziała, co robiła i co mówiła - Umówimy się na jutro rano, powiedzmy na siódmą trzydzieści, żeby Sammy podjechał tam i obejrzał co jest najpilniejsze.

- Dobrze - szepnęłam i skinęłam głową, chociaż trochę mnie zaskoczyło tempo, jakie narzuciła.

Nie wiedziałam również kim był Sammy.

- Masz jakąś wizję? - spytała mnie dziwnie.

- Co mam? - spytałam w odpowiedzi, bo nie zrozumiałam pytania.

- Czy wyobrażałaś sobie, jak powinien wyglądać twój dom? - zapytała mnie Eva łagodnym tonem - Będziesz tam mieszkała, więc musisz tam się czuć dobrze.

- Och, tak - powiedziałam.

A potem, niespodziewanie dla mnie samej, zwierzyłam im się absurdalnie szczerze, bo zwykle tego nie robiłam.

- Mark powiedział, żebym sama wybrała. Żebym zrobiła to tak, jak chcę.

Zobaczyłam, jak na ich twarze wypływał ten sam wyraz łagodności i czułości, jaki widziałam, kiedy rozmawiałyśmy o tym, że David mnie uratował.

Były szczęśliwe z tego powodu, że oboje z Markiem to znaleźliśmy.

Cieszyło je nasze szczęście.

Lubiłam to.

Naprawdę!

- Okej - szepnęła Sophie z uznaniem.

- Więc, jak to widzisz? - spytała Maggie, zwracając moją uwagę na siebie - Bo wiesz, Sophie buduje nam dom - wyznała wtedy, a ja zmartwiłam się, bo nie chciałam zabierać pracowników od niej - Nasz dom urządzamy na wzór domu, w którym mieszkamy, ale zrobił się za mały - i położyła dłoń na swoim wyraźnym już ciężarnym brzuszku - Chcemy mieć podobny.

- Hmmm - zamruczałam, nagle niepewna, czy dobrze zrobiłam, prosząc Sophie o pomoc.

Miała tyle zobowiązań wobec swoich przyjaciółek.

- Lisa - powiedziała zza moich pleców Eva, więc odwróciłam się w jej stronę, żeby zobaczyć, jak zdejmowała następną porcję pancakes’ów z patelni - Mówiłam ci, że pomagamy sobie wzajemnie. Jak rozmawiałyśmy od razu powiedziałam ci, że musisz poprosić Sophie. I od razu powiem, bo możesz tego nie rozumieć. Nie zapłacisz.

- No, wiesz! - nagle oburzonym głosem odezwała się Sophie, więc odwróciłam się w jej stronę, żeby zobaczyć, że nie jadła, tylko wyprostowała się, a na jej twarzy dominował wyraz urazy - Chyba nie chciałaś z tym gównem iść do kogoś innego? I nie zamierzam wziąć pieniędzy za takie gówno od przyjaciółki. Przecież nie będziemy budować domu.

Zawstydziłam się swoich myśli.

- N-nie - wymamrotałam - Po prostu nie chcę sprawiać problemów…

- Nie sprawiasz - powiedziała cicho Maggie.

Spojrzałam z powrotem w jej ciepłe oczy i poczułam, że moje własne zaczęły szczypać dokładnie tak, jak w salonie w Aspen.

Miałam przyjaciółki.

Lubiłam to.

- No, to, co z twoją wizją? - zapytała rzeczowo Sophie, wytrącając mnie z tej myśli i pomagając mi się opanować.

- Ja, hmmm, lubię styl wiktoriański - przyznałam - Urządziłam sobie tak salon, biuro i sypialnię w Anglii.

- Sama urządziłaś? - zapytała Maggie z podziwem w głosie.

Spojrzałam na nią zdziwiona, bo niedawno przyznała, że umiała określić Sophie w jakim stylu miał być ich dom.

- No, cóż, ja to tylko opisałam i wybrałam meble - wyjaśniłam - Tu potrzebuję parkietu, boazerii, malowania…

- Super - zawołała Sophie - Lubię, jak klientka wie czego chce.

Rozjaśniłam się.

To było dobre, więc odetchnęłam z ulgą.

Resztę ustaleń mieliśmy zrobić z tym Sammy’m, który miał przyjechać do nas następnego dnia bardzo wcześnie rano.

- Potrzebuję też mebli do bawialni, salonu, jadalni… - wymieniałam wciągnięta w urządzanie naszego domu.

- A masz tam pomalowane ściany? - zapytała rzeczowo Eva.

- Nie - przyznałam niechętnie.

- Więc zostaw to na później - powiedziała mi - Zajmij się tym, co najważniejsze.

- Nie mam też kuchni - powiedziałam im coś, co mnie dręczyło - …ani kominka - dodałam po namyśle, bo to nie wydawało mi się najważniejsze.

- Więc kuchnia? - zapytała Sophie.

- Sypialnia - odparłam natychmiast, bo to wydało mi się nagle bardzo potrzebne.

Sophie na to uśmiechnęła się tak jakoś wszechwiedząco, co mnie z niewiadomych powodów zawstydziło.

- Ale kuchnia też pewno nie pomalowana - mruknęła do siebie Eva, zajmując się pancakes’ami.

- Pomalowana… chyba - przyznałam, chociaż nie byłam pewna, bo do tej pory zajęłam się szafkami i ich wyposażeniem, a nie ścianami.

Sophie usłyszała głównie moją niepewność.

- Zobaczy się jutro - mruknęła do siebie.

- W sprawie mebli koniecznie musisz zadzwonić do Soniji - stwierdziła stanowczo Eva, ucinając tamten temat.

- Wiem - powiedziałam jej - Już kiedyś mi pomogła - przypomniałam im - Ale nie mam swojego telefonu, więc nie mam jej numeru.

Sophie natychmiast sięgnęła do tylnej kieszeni swoich dżinsów, wyjęła swój telefon i zaczęła go przewijać.

Eva podeszła do lodówki i zdjęła z niej notesik, przyczepiony tam na magnes z ołówkiem, po czym wrócił do mnie i mi go podała.

Zapisałam numer do Soniji na kartce, którą później wsunęłam do torebki, którą postawiłam na końcu blatu kuchennego.

Podziękowałam, a one wyglądały, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, niewarta wzmianki.

Może była, nie wiedziałam.

A potem, wciąż rozmawiając, pracując na dwóch patelniach, dokończyłyśmy robić ogromną stertę pancakes’ów.

Potem wszystkie przeszłyśmy z półmiskami wypełnionymi nimi oraz z syropem klonowym, kawą, herbatą i sokami do jadalni.

Dołączyli do nas mężczyźni, usiedliśmy i zjedliśmy.

Mark siedział koło mnie, więc mogłam mu dokładać, bo martwiłam się wcześniej, że był głodny, a to spotkało się z ciepłym uśmiechem Evy i dziwnie zadowolonym wyrazem twarzy Davida.

Potem wszyscy przeszliśmy do bawialni, gdzie ogólna rozmowa toczyła się wokół domów, dzieci, miejsc wypoczynku i tym podobnych spraw i nie była ani przez chwilę nudna.

Podczas pożegnania, bo Mark umówił się z kimś jeszcze, dowiedziałam się, że Sophie znała kogoś, kto mógł nam zrobić zabudowę w garderobie i kogoś, kto mógł nam zrobić kominek w salonie.

Mark wydawał się bardzo zadowolony, że o tym rozmawialiśmy.

O domu.

A ja to lubiłam.

Ale, żegnając się przy drzwiach z Evą umówiłam się z nią na następny dzień na zakupy do butiku Aleka i Sama bez Marka.

Eva to rozumiała, więc nie była to wyłącznie jego cecha.

Mówiłam, męski mężczyzna.

*****

Naszym następnym przystankiem tego dnia było mieszkanie Filipa.

Nie poznałam go wcześniej i trochę byłam go ciekawa, bo był tym dobrym mężczyzną, który chciał zaopiekować się Johnny’m i stworzyć dla niego dom.

Mark go znał.

Kiedy jechaliśmy, w samochodzie, Mark opowiedział mi, że Filip pomagał Davidowi, że oni dwaj pracowali razem i że to Filip namierzał tego hakera, którego zatrudniła moja cioteczna babka Charlotta.

Nagle przeszłość się o mnie upomniała.

Nie chciałam tego, nie lubiłam tego, ale musiałam przez to przejść.

Wjechaliśmy na parking podziemny, zaparkowałam na miejscu wskazanym mi przez Marka, wysiedliśmy, zabrałam z tylnego siedzenia swoją torebkę, a Mark mojego laptopa.

Zamknęłam pickupa i poszliśmy do windy.

Kiedy weszliśmy do mieszkania, przeżyłam dwa zaskoczenia.

Pierwszym był wygląd Filipa.

W swoich wyobrażeniach byłam zafiksowana na tych wszystkich mężczyznach, których poznałam w SLC.

Natomiast Filip był raczej niskim mężczyzną, prawie mojego wzrostu, o wyglądzie nieco chłopięcym, bo był bardzo szczupły, wręcz chudy.

Miał brązowe, długie, lekko falujące włosy, które były związane w kucyk oraz piwne oczu, którymi patrzył badawczo, jakby oceniająco, a przy tym trochę ironicznie.

Ubrany był całkowicie na czarno: w czarny t-shirt, dżinsy i buty.

Jego postawa na pierwszy rzut okiem przypomniała mi Roberta Flesh’a, bo był tak samo przygarbiony.

Drugie zaskoczenie dotyczyło jego mieszkania, bo miało ono co prawda wydzielony kącik z kanapą narożną i stolikiem, ale główną przestrzeń zajmował sprzęt, jaki widziałam kiedyś tylko w pewnym pokoju ochrony w dużym hotelu.

Na licznych biurkach i stolikach były rozstawione duże monitory, pod nimi stało kilka komputerów, a na jednej ze ścian wisiał wielki ekran z wydzielonymi sekcjami, na których było widać obraz z kilku kamer.

To musiało kosztować majątek.

Zaczęliśmy od tego, że Mark mnie przedstawił, na co Filip posłał mi ciepłe spojrzenie, jakby mnie znał.

Nie wiedziałam, ile o mnie wiedział, ale wiedziałam, że był przyjacielem Davida, więc zapewne rozmawiali o mnie i troszczyli się o Marka.

Lubiłam to, że Mark miał przyjaciół, którzy się o niego troszczyli.

Mark zabrał z samochodu również mój nowy telefon, więc Filip od razu zaczął go składać i włożył do niego kartę.

Posadził mnie w tym czasie przy jednym z komputerów i nakazał założenie konta na Messengerze na imię Lisa J bez zdjęcia.

Filip powiedział mi, że Sara wiedziała, że miałam mieć takie konto, więc miałyśmy właśnie na nim nawiązać rozmowę.

Mark w tym czasie usiadł za mną i słuchał uważnie, nie wtrącając się, więc pomyślałam, że szanował pracę Filipa, więc i ja powinnam ją docenić.

Mark znał się na takich rzeczach.

Kiedy mój smartfon był złożony i uruchomiony, okazało się, że trzeba był go podładować, ale Filip, nawet po podłączeniu go do zasilacza, natychmiast zaczął wpisywać do niego kontakty.

Poczynając od Marka, Davida i siebie.

Dopiero później poprosiłam jeszcze o numery Maggie, Evę i Sophie.

Wtedy przypomniałam sobie kartkę z numerem telefonu do Soniji, którą miałam w torebce, ale postanowiłam zadzwonić do niej później i wpisać przy tym jej numer do listy kontaktów.

Zresztą, wydawało się, że lista moich kontaktów szybko się rozszerzy, bo następnego dnia miałam poznać kilka nowych osób.

Do tego czasu miałam założone nowe konto na Messengerze i napisałam do Sary z prośbą o dołączenie mnie tam do jej kontaktów.

Filip powiedział, że to było bezpieczne.

Filip w drugiej kolejności zajął się moim laptopem, pytając mnie przed włączeniem go, jakie aplikacje uruchomią się od razu.

Powiedziałam, a on nie włączył go tak, jak ja to robiłam, ale przez dziwne okno, o którym nawet nie wiedziałam, że tam było.

Więc tak, znał się na tym.

Kiedy czekaliśmy na połączenie z Sarą, rozmawialiśmy o różnych rzeczach, a wtedy, przy innym temacie, powiedziałam im o wizycie Roberta Flesh’a i o jego ocenie moich zabezpieczeń.

Na warknięte żądanie Marka opowiedziałam im tą krótką wizytę ze szczegółami, więc i to, że moja sypialnia została wysprzątana bez mojej wiedzy.

Mark natychmiast się spiął tak bardzo, że prawie tego pożałowałam.

Nie powinnam była mu nic mówić.

Chociaż to oznaczało, że Robert Flesh nie miał racji.

Miałam kogoś.

- Jakiś obcy facet wszedł do twojego apartamentu? - zawarczał Mark z wściekłością w głosie - I nie wzbudził alarmu?

Nie miałam wyjścia, musiałam potwierdzić.

- A Frank nie zareagował? - Mark nadal warczał, a Filip zrobił przy tym dość ponurą minę, więc wiedziałam, że się z nim zgadzał - Ani nikt inny?

- Nie złość się - szepnęłam i pochyliłam się w stronę Marka całym ciałem na kanapie, na której usiedliśmy, żeby poczekać na odezwanie się Sary.

- Zabiję go - warknął Mark swoją groźbę, a ja się wystraszyłam, bo mu uwierzyłam.

Mark umiał wszystko, więc na pewno umiałby też zabić w razie potrzeby.

- Mark - nadal szeptałam - Nie ma lepszego ochroniarza od ciebie. A ciebie nie mogłam tam mieć.

Mark nagle przestał być wściekły i zapatrzył się na mnie prawie zdziwiony.

Nie wiedziałam, o co mu chodziło.

Przecież musiał wiedzieć, że był najlepszy.

- Nigdy nie miałam tak dobrego ochroniarza jak ty - powiedziałam mu prawdę - Frank bywa nieuważny, niestaranny, więc przegapia różne rzeczy. Jest ze mną, bo mogę mu ufać, ale jakbym miała wybierać, to wolałabym kogoś takiego jak ty.

Niestety, nie mogłam mu tego dokładniej powiedzieć, bo odezwał się sygnał przychodzącego połączenia z Messengera.

Rzuciliśmy się wszyscy do komputera, Filip natychmiast zaczął coś przełączać na innym, a ja wcisnęłam bez zastanowienia przycisk z kamerką.

Mark stał obok mnie, a Filip siedział przy sąsiednim biurku, więc zobaczyłam na ekranie najpierw tylko siebie, a potem Sarę.

Moja przyjaciółka była uśmiechnięta od ucha do ucha.

- Lisa! - krzyknęła - Udało się!

- Tak - odpowiedziałam - Witaj, Saro.

- Tak się cieszę - powiedziała mi Sara coś, co zdążyłam zauważyć.

- Ja też - odparłam z uśmiechem.

- Przepraszam, że cię nastraszyliśmy - powiedziała Sara poważniejąc.

- Wszystko dobrze się skończyło - powiedziałam jej - Mieszkam z Markiem, David mu wszystko wyjaśnił, spotkaliśmy się z Evą, Maggie i Sophie, układam sobie tutaj życie.

- Jestem naprawdę szczęśliwa - szepnęła Sara z uczuciem, a ja wiedziałam, że tak było.

- No, opowiedz mi o burzy, jaka tam przeszła, jak uciekłam - rozkazałam jej łagodnym głosem.

- Twoja babka jest wściekła - powiedziała Sara to, czego się spodziewałam - Tym bardziej, że Frank jej nie wpuścił do twojego domu. Zjawiła się tam prosto po tej kolacji, na której miały być twoje zaręczyny, więc wiemy, że nikt jej wcześniej nie powiedział, że poleciałaś do Stanów.

Spojrzałam na Marka, żeby zobaczyć, że, zadowolony, patrzył na Filipa, więc podążyłam za jego wzrokiem.

Filip uśmiechał się do siebie pod nosem, wciąż patrząc w monitor swojego komputera i nagle, z tym łobuzerskim uśmieszkiem, stał się bardzo przystojny.

Wciągnęłam zaskoczony, krótki wdech, bo wyglądało na to, że to on stał za tym, że do mojej babki nie docierały wszystkie informacje, ale potem wróciłam do rozmowy z przyjaciółką.

- Nie wiemy, co ona jeszcze kombinuje - wyznała Sara i usłyszałam zaniepokojenie w jej głosie - Tym bardziej, że twoja adwokatka poprosiła mnie, żebyś się z nią pilnie skontaktowała.

Zacisnęłam wargi i tym razem, kiedy spojrzałam na Marka, zobaczyłam, że patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

Też się martwił.

- Nie wiesz, o co jej chodzi? - zapytałam, ale wiedziałam, że Sara nie wiedziała, bo powiedziałaby mi to od razu.

- Nie - wyznała niechętnie Sara, a ja przypomniałam sobie, jak bardzo lubiła wszystko wiedzieć, żebym była dobrze poinformowana.

- Nic nie szkodzi - powiedziałam jej, żeby ją uspokoić - Postaram się do niej zadzwonić.

Wiedziałam, że będę musiała znowu zdać się na Filipa, bo telefonowanie do niej bezpośrednio ze Stanów nie było mądre.

Jeszcze musiałam być ostrożna.

Jeszcze trochę.

Spojrzałam na Marka i uśmiechnęłam się zapewniająco.

- Jest tam Mark? - zapytała Sara, a on pochylił się nade mną i pokazał Sarze.

- Hej - mruknął przy tym.

- Cześć, Mark - zawołała Sara radośnie, ale on już wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne przy moim boku.

Poczułam przenikające mnie od środka ciepło i szczęśliwość, ale musiałam skupić się na rozmowie.

- Sara - poprosiłam - Czy moglibyście jakoś z Frankiem zorganizować transport tutaj paru moich rzeczy? Przemycić je jakoś z mojego domu.

- Tak? - spytała Sara, chociaż zmarszczyła brwi - Jak co?

Pomyślałam, że już szukała sposobu, żeby wypełnić moją prośbę.

Mogłam na nią liczyć, nawet jeśli już nie pracowała jako moja asystentka, ale ja sama nie zastanowiłam się nad tą moją prośbą, nie przemyślałam tego.

- No, wiesz, jakieś letnie ubrania, bielizna, trochę zdjęć, starych dokumentów… - wymieniłam na chybił trafił - Wolałabym, żebyś ty to wybrała.

Może tutaj, w dużym mieście, dało się wszystko kupić, ale nadal miałam w domu kilka rzeczy, które bardzo lubiłam, a Sara je znała.

- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziała Sara po zastanowieniu - Myślę, że możemy coś stamtąd wynieść niezauważenie. A! - zawołała jakby coś sobie przypomniała - …tak à propos, Eleonora okazała się być twoim lojalnym pracownikiem.

Zamarłam.

- Słucham? - spytałam.

Byłam całkowicie zaskoczona.

- Okazało się, że twoja babka ją wyrzuciła na bruk - powiedziała Sara, ale to niczego nie wyjaśniało - Eleonora skontaktowała się ze mną, żeby mi przekazać, że nie będzie już przychodziła do pacy. Przycisnęłam ją. Księżna Charlotta zatrudniła ją wyłącznie dlatego, że dziewczyna była z domu dziecka i twoja babka miała nadzieję, że będzie ci jej żal, i że się przed nią wygadasz. Jej plan się nie powiódł. Również dlatego, że Eleonora chciała się wykazać przed tobą i odmówiła jej dostarczenia informacji dotyczących twojej poczty i w ogóle jakichkolwiek.

To było coś nowego.

Zrobiło mi się niemiło, że byłam dla niej nieuprzejma, chociaż nadal nie do końca jej ufałam.

Filip dał mi znać ze swojego stanowiska, że powinnyśmy kończyć, więc tylko chciałam przesłać jej pozdrowienia, ale na koniec miałam do Sary jeszcze jedną prośbę.

- Muszę kończyć - powiedziałam pospiesznie do niej - Niech Eleonora pracuje. Obserwuj ją, zajmuj się nią i wypłacaj jej pensję. Może się czegoś nauczy. Może ty ją czegoś nauczysz. Do zobaczenia.

Zobaczyłam, że twarz mojej przyjaciółki złagodniała.

- Do zobaczenia Lisa - powiedziała i wiedziałam, że lubiła to, że kazałam jej otoczyć Eleonorę opieką, bo dokładnie tego dotyczyła moja prośba.

Rozumiałyśmy się w pół słowa.

Rozłączyłyśmy się, a ja patrzyłam w pusty ekran jeszcze przez kilka sekund, zanim zostałam odwrócona z fotelem do Marka i widziałam tylko jego ciepłe, zatroskane oczy.

Uśmiechnęłam się do nich.

*****

Dwie godziny później

Kiedy wreszcie wróciliśmy do domu, byliśmy tak zmęczeni, że oboje położyliśmy się na materacu w sypialni i od razu zasnęliśmy.

Lubiłam to, że nie musiałam kłaść się sama, że miałam, o kim pomyśleć, że ktoś myślał o mnie.

Obudziłam się, kiedy Mark zaczął poruszać się pode mną, więc dowiedziałam się, że znowu spałam na nim, chociaż położyłam się obok niego.

Przespaliśmy całą godzinę, ale dobrze, że mnie obudził, bo musiałam wstać, żebym mogła o niego zadbać, bo był dużym mężczyzną, rekonwalescentem i potrzebował dużo siły.

Musiałam go nakarmić.

Wstaliśmy i poszliśmy do kuchni, gdzie zaczęłam przygotowywać dla nas na kolację danie, które było proste i zapamiętałam przepis na nie w czasie mojego kursu, wykorzystując to, że pożyczyłam od Evy naczynie żaroodporne.

Mark poszedł do swojego biura.

A ja kroiłam i mieszałam.

Robiłam zapiekankę makaronową z grzybami, mięsem mielonym i serem.

Po raz pierwszy w życiu, więc byłam bardzo skupiona.

Wstawiłam ją do piekarnika, ustawiłam odpowiednio grzanie, oglądając przy okazji ten sprzęt i poznając go.

Rozejrzałam się też po samej kuchni i stwierdziłam, że nadawała się do użytku, chociaż ja urządziłabym ją inaczej.

Zwłaszcza po tym, jak obejrzałam kuchnię Evy.

A potem poszłam do torebki po swój nowy telefon, by zadzwonić do Soniji.

Powinna o tej porze być już w domu.

Mark był wciąż w swoim biurze i robił coś przy komputerze.

Postanowiłam nie przeszkadzać mu w pracy i po prostu umówić się z Soniją na następny dzień w jej sklepie.

Od Evy wiedziałam, że Sonija pracowała od rana do wieczora, bo klienci ją lubili, a ona zarabiała najwięcej na dywidendach ze sprzedaży mebli.

Kiedy się do niej dodzwoniłam, okazało się, że właśnie dojechała do domu i rozmawiała ze mną na parkingu.

Ojej!

Była już prawie szósta wieczorem.

Umówiłyśmy się na popołudnie następnego dnia, a kiedy skończyłam z nią rozmawiać, do kuchni wszedł Mark, pchając przed sobą swój fotel na kółkach.

- Z kim rozmawiałaś? - zapytał z autentyczną ciekawością w głosie, kiedy go zostawił przy wyspie i podszedł bliżej do mnie, więc wiedziałam, że się naprawdę tym interesował.

- Z Soniją - odparłam, zaglądając przez szybę do piekarnika do zapiekanki, chociaż wiedziałam, że potrzebowała jeszcze około dziesięciu minut.

- Umówiłam się z nią na jutro w jej sklepie - wyznałam mu, prostując się i patrząc w jego oczy, bo stał bardzo blisko - Umówiłam się również z Evą w butiku Aleka i Sama, by kupić sobie trochę ubrań.

Jego mina wskazywała, że się nie cieszył.

Rozumiałam to.

- Nie musisz jechać ze mną - powiedziałam, podchodząc bliżej niego i podnosząc ręce, by oprzeć je na jego piersi, a on objął mnie w pasie prawą ręką.

- Wolałbym tam nie jechać - wyznał mi - ale lubię spędzać z tobą czas.

- Ja też to lubię - wyznałam mu - Ale muszę coś sobie kupić, na pewno będę dużo przymierzała, a ty tego nie lubisz.

Mark westchnął ciężko i nie odezwał się.

Rozumiałam, że najbardziej obawiał się o moje bezpieczeństwo, bo zawsze się o to martwił.

To był impas.

W tej właśnie chwili, jak na zamówienie, żeby nas z niego wyrwać, zadzwonił telefon Marka z tylnej kieszeni jego dżinsów.

Mark wyjął go, spojrzał na wyświetlacz i wymamrotał - Przepraszam - po czy odebrał mówiąc do niego - Taylor - i odwracając się z powrotem w stronę swojego biura.

Zostałam w kuchni i zabrałam się za szykowanie dla nas talerzy, sztućców i szklanek, a potem wyłączyłam piekarnik i czekałam, żeby Mark wrócił.

Rozglądając się po kuchni, robiłam mentalną listę urządzeń, jakie chciałabym mieć w swojej kuchni.

Kiedy kilka minut później zobaczyłam w drzwiach Marka, wracającego z telefonem w dłoni i wyłączającego go po drodze, schyliłam się do piekarnika i zaczęłam wyjmować zapiekankę.

Postawiłam ją na desce na blacie i otworzyłam naczynie, a wtedy w nozdrza uderzył mnie wspaniały, kuszący zapach.

Aż poleciała mi ślinka.

Udało mi się.

Uśmiechnęłam się do siebie z zadowoleniem, wzięłam łyżkę i talerz, a potem zaczęłam nakładać jedzenie dla Marka.

Przez ten czas podszedł do mnie, stanął za moimi plecami i wciągnął powietrze przez nos.

- Jezu, kobieto - powiedział z podziwem w głosie - nie wiedziałem, że tak fantastycznie gotujesz.

- Zaczekaj, aż spróbujesz - powiedziałam zachowawczo - Może zapach jest lepszy niż smak.

- Niemożliwe - mruknął Mark i zabrał napełniony talerz z moich rąk.

Odstawił go niedaleko mnie i wyjął widelec z szuflady.

Zaczęłam zauważać, więc zobaczyłam, że kuchnia miała całkiem porządnie wykończone szafki, z płynnie i cicho otwierającymi się szufladami.

Jeszcze nakładałam sobie na talerz, kiedy Mark spróbował zapiekanki, wciąż stojąc za moimi plecami, i nagle zamruczał głębokim głosem z takim zachwytem, że poczułam ciepło z zadowolenia.

Ucieszyłam się.

Dobrze.

Było dobre.

- Pyszne, kochanie - powiedział Mark i podszedł do mnie, chwycił łyżkę i zaczął dokładać sobie kopiec zapiekanki na talerz, który postawił obok naczynia - Więc moja Lady potrafi również gotować - mówił przy tym.

Również?

Patrzyłam na to, co robił z otwartymi szeroko oczami, bo nie sądziłam, żeby mógł tyle zjeść, a jednocześnie z zaskoczenia jego słowami, ale on przerwał nakładanie, odwrócił się do wyspy i podszedł do fotela na kółkach, który tam wcześniej przyprowadził.

Usiadłam na krześle i jadłam, jednocześnie patrząc z zadowoleniem, jak jadł, wyraźnie delektując się smakiem.

Lubiłam to.

Naprawdę miło było gotować dla kogoś, kto to doceniał.

Prawie żałowałam, że nie odkryłam tego wcześniej, ale też nie żałowałam, bo to było coś, co mieliśmy my, we dwoje.

- Zadzwonił do mnie dawny klient - powiedział niespodziewanie Mark, wybijając mnie z moich myśli.

- Tak? - spytałam ostrożnie, bo nie byłam pewna, czy to było dobre.

- Usłyszał, że zamknąłem kontrakt ze Śliskim - Mark powiedział niezrozumiale, ale domyśliłam się, że chodziło o jego ostatniego szefa - I że miałem wypadek. Ma dla mnie propozycję pracy.

- Jaką? - zapytałam bardzo zainteresowana i wręcz podekscytowana, bo to oznaczało, że Mark był poszukiwany jako ochroniarz, a to utwierdzało mnie we wcześniejszym przekonaniu.

Był najlepszy.

Chcieli go zatrudnić nawet wtedy, kiedy nie był w pełni sprawny.

- Mam wyszkolić ekipę do ochrony jego córki - powiedział mi Mark coś, co to dodatkowo potwierdzało - przez tydzień musiałbym nimi kierować, a potem tylko nadzorować z daleka.

- To znaczy? - zapytałam ostrożniej, bo nagle wystraszyłam się, że to oznaczało, że wyjechałby i zostawił mnie tu samą.

- To w Aspen - powiedział Mark i oboje uśmiechnęliśmy się do naszych wspólnych wspomnień - Mógłbym tam jeździć codziennie i wracać tutaj.

- Ale jak… - zaczęłam, bo zmartwiło mnie słowo jeździć.

- Przysłaliby po mnie samochód - Mark wyjaśnił moje wątpliwości, zanim je wyraziłam na głos.

Zapatrzyłam się na niego, a potem wyprostowałam się i uśmiechnęłam.

To byłoby dla niego dobre.

Nawet bardzo dobre.

Mimo, że bardzo chciałam go mieć przy sobie przez cały czas, przez cały dzień, to on powinien przyjąć tę pracę.

Wiedziałam to.

Nie dla pieniędzy, ale po to, żeby poczuć się dobrze.

Mark patrzył na mój uśmiech bez słowa z zamkniętą twarzą.

- Jedź - powiedziałam, a on poderwał głowę i zmarszczył brwi.

Musiałam mu to wyjaśnić.

- Przez ten tydzień tutaj, w naszym domu, stale będę miała kogoś, dwóch, może czterech mężczyzn, bo będą nam remontowali sypialnię i urządzali garderobę, a może nawet zaczną kominek - powiedziałam - A poza tym muszę pojeździć z kobietami po sklepach. Więc, jeśli będziesz do mnie wracał, może lepiej byłoby, żebyś nie siedział tutaj sam, czekając na mnie i żebyś się nie denerwował. Noce i tak spędzalibyśmy razem.

- Tak myślisz? - Mark nadal nie był przekonany.

- Nawiążesz kontakty, zobaczą, że pracujesz bez szefa, nie będziesz tkwił w miejscu - mówiłam do niego i wstałam z krzesła, by się do niego przysunąć - Doceniają twoją pracę tak bardzo, że cię szukali - dodałam ciszej.

- Lisa - Mark patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a potem przycisnął mnie do siebie prawą ręką i wyjaśnił mi, co o tym myślał - Mają tylu świetnych ochroniarzy. To nie muszę być ja. Nie chcę stąd wyjeżdżać.

- Przecież nie wyjedziesz - przypomniałam mu - Będą cię codziennie zabierali i odwozili samochodem. A to musisz być ty, bo jesteś najlepszy.

Skrzywił się i zamierzał schować twarz w moim biuście, ale mu nie pozwoliłam, odchylając się tak, że brodę przysnęłam do swojej piersi, ale utrzymałam jego wzrok.

Bo tego nie lubiłam.

- Czemu tego nie widzisz? - zapytałam retorycznie i od razu podałam mu argumenty na to, że powinien to widzieć - Myślisz, że ja po tylu latach współpracy z różnymi ochroniarzami nie umiem tego rozpoznać? Jesteś najlepszy. Jesteś bystry, inteligentny, działasz bardzo szybko, sprawnie, myślisz o wszystkim i przewidujesz nawet kilka kroków naprzód, a do tego jesteś delikatny i troskliwy. I umiesz powiedzieć wprost, co myślisz.

- Myślałem, że nie lubiłaś, jak tobą rządziłem - powiedział mi Mark z zakłopotaniem, a ja pomyślałam, że zauważał więcej, niż mi się wydawało.

- Tak, wtedy nie lubiłam - przyznałam mu rację - Bo byłam zadufaną w sobie małolatą.

Mark zamarł na sekundę, a potem przycisnął mnie bliżej, odchylił głowę i wybuchnął śmiechem.

No, dobra.

Jego śmiech w ogóle był czymś fantastycznym, ale odczuwany z takiej bliskości, kiedy przenikał mnie do głębi przez drgania w brzuchu, był czymś genialnym.

Lubiłam to.

Nie, kochałam to.

I chciałam to czuć zawsze.

3 komentarze: