Rozdział 15
Lisa
Następnego dnia w południe
Byłam
przygotowana do mojego wystąpienia.
Siedziałam
w pokoju przylegającym do sali konferencyjnej, w której zgromadzili się już
dziennikarze i czekałam na sygnał od Marka, że jest gotowy i mogę wyjść do
nich, by zacząć spotkanie.
Poprzedniego
wieczoru Sara przysłała mi gotowe oświadczenie, ale nie zamierzałam go
wykorzystać.
Przynajmniej
nie w całości.
Kiedy
Mark wrócił do apartamentu, już zdecydowałam, co chciałam powiedzieć i ułożyłam
to w zdania, które spisałam na komputerze.
Potem
poszłam do łazienki i spędziłam tam trochę czasu, wciąż mając nadzieję, że to
Mark rozbierze mnie do snu, a potem sama
rozebrałam się i położyłam do łóżka, ale tam czekałam na jego przyjście.
Wrócił
bardzo późno.
Kiedy
już zdjął garnitur i powiesił go na stojącym wieszaku, umył zęby i zrobił, co
potrzebował w łazience, wszedł do mnie do łóżka, przytulił mnie pod kołdrą front
do frontu i poczułam, że jego ciało było napięte.
Mój
Mark bał się o mnie i przez cały dzień dzwonił, wychodził, rozmawiał z różnymi
ludźmi, bo starał się zapewnić mi bezpieczeństwo.
Poczułam
się bardzo źle, bo to ja go na to
naraziłam.
Przytulałam
więc go, głaskałam jego plecy, przyciskałam do siebie oburącz i czekałam, aż da
mi znać, że poczuł się lepiej, że mogliśmy rozmawiać.
Odprężył
się dopiero po kilku minutach, a wtedy poluzował swoje ramiona wokół mnie,
pogłaskał bok mojej głowy i poczułam w ciemnościach naszej sypialni, że patrzył
na mnie.
-
Wszystko dobrze, Lady? - zapytał łagodnym tonem.
Ojej,
martwił się tym, że ja byłam
zdenerwowana.
-
Tak - szepnęłam - Tylko… Martwiłam się, że cię tak długo nie było.
-
Musiałem załatwić kilka spraw - wyjaśnił mi, niczego nie wyjaśniając, ale zaraz
potem pospieszył z udostępnianiem mi kilku informacji.
-
Mamy kontakt z Robertem Flesh’em - powiedział - Filip go namierzył, porozumieli
się. Dowiedział się, co robią tamci.
-
Och - westchnęłam.
-
Facet ma przyjaciół, którzy potrafią robić różne rzeczy - mówi mi Mark - Dowiadują
się o różnych ludziach tego, co tamci chcą ukryć. Przeważnie chodzi o pranie
brudów, plotki do prasy brukowej, wszystko, na czym można zarobić.
-
Ojej - mruknęłam, bo nie byłam pewna, czy mi się to podobało, skoro sama byłam
przez długi czas osobą narażoną na wścibstwo takich ludzi.
Przycisnęłam
czoło do jego policzka i milczałam.
-
Taaa - mruknął Mark.
Przez
krótką chwilę on też milczał, a potem podjął wtajemniczanie mnie.
-
Dowiedzieli się tego, co Filip wiedział już wcześniej - powiedział - O tym
hakerze, który mnie badał. Dowiedzieli się jednak też czegoś nowego - Mark napiął
mięśnie karku, więc się przygotowałam - Po pierwsze twoja babka szukała cię, a
my nie do końca wiemy, po co, co
mogłaby ci zrobić. Boimy się, że chce ci coś zrobić - Mark westchnął ciężko, a
ja pomyślałam, że moja babka mogła mnie nie lubić, mogła chcieć wydać mnie za
mąż wbrew mojej woli, ale nie zrobiłaby nic takiego, żeby mi się stała krzywda.
Nie
w sposób ostateczny.
Mark
leżał tak przez chwilę, jakby badał moją reakcję.
Nie
drgnęłam i nie odpowiedziałam.
Wyglądało,
jakby odpuścił ten temat.
Bo
poczułam jego uśmiech na swoim czole, więc wyprostowałam się - Po drugie, część
jej planu się nie powiodła. Haker księżnej Charlotty ma niezłe kłopoty, bo
próbował się włamać do serwera Secret Service.
-
Po co? - zapytałam zdziwiona i podniosłam głowę, żeby widzieć go przez cienie
sypialni, a on opuścił brodę, więc zobaczyłam, że jego usta i oczy śmiały się
łobuzersko.
To
wyglądało prawie tak, jak mina Filipa, kiedy byli z Markiem zadowoleni, że
babka nie dowiedziała się o moim wylocie do Stanów.
Chyba
powinniśmy kiedyś o tym porozmawiać.
Teraz
jednak po prostu patrzyłam.
Zapatrzyłam
się na sekundę, zanim mi odpowiedział, bo był z tym taki przystojny, że nagle nie chciałam rozmawiać, tylko robić
całkiem coś innego.
-
Lady - mruknął do mnie przez swój uśmieszek - Pracowałem kiedyś dla nich i dla
CIA, a to nie są miejsca, gdzie włamujesz się bez konsekwencji.
Co?
Pracował?
-
Och - westchnęłam, wypychając powietrze wprost w jego usta, co dało mi jego
warknięcie, mocny uchwyt jego dłoni we włosach i pochylenie głowy zakończony
pocałunkiem.
Mocnym,
głębokim, gorącym pocałunkiem, który
rozgrzał mnie w ciągu sekundy, więc kontynuowałam go i pogłębiałam.
Między
nogami zrobiło mi się mokro, na brzuchu poczułam twardość, mówiącą mi, że Mark
też się rozgrzał, a potem jego dłonie zawędrowały pod moją koszulkę i nagle
byłam naga na plecach, a Mark był na mnie.
Doceniłam
to, że jego ręka była dużo sprawniejsza, kiedy oparł się na prawym
przedramieniu obok mojej głowy, a palcami lewej dłoni znalazł moją pierś, by
ująć ją, podciągnąć sobie do ust, a potem zassać wargami i przygryźć zębami mój
sutek.
Genialne.
Tak
genialne, że wygięłam się do niego, wbiłam paznokcie w jego ramiona i
krzyknęłam z rozkoszy.
A
potem nie byłam w stanie niczego kontrolować, bo Mark się wszystkim zajął,
zabierając nas na sam szczyt i zrobił to fantastycznie.
Ale,
kiedy odpoczywaliśmy, leżałam wtulona w jego bok, z nogą przerzuconą przez jego
biodro i głaskałam jego gładki policzek, wypaliłam coś, co chodziło mi po
głowie przez cały wieczór.
-
Zgoliłeś brodę - stwierdziłam, chociaż nie mógł tego przegapić.
-
Tak - mruknął sennie.
-
Lubiłam twoją brodę - powiedziałam mu.
-
Więc wyhoduję dla ciebie nową - odparł swobodnie.
-
Tak? - zapytałam bez tchu.
-
Tak, Lady - potwierdził - Dla ciebie wszystko.
Dla ciebie wszystko.
I
już.
-
Kocham cię - wyszeptałam nagle przytłoczona wszystkimi emocjami, jakie zaczęły
mnie dławić.
-
Lady - mruknął, przyciskając policzek do mojego czoła - To nic wielkiego. Tylko
broda.
Leżałam
tak przez tak długą chwilę, aż zaczęła mnie ogarniać senność, chociaż poczułam
to bardzo mocno i bardzo dobrze.
Jak
owinięta ochronnym kokonem.
Może
to była tylko broda, ale dla mnie było to coś wielkiego.
Dla ciebie wszystko.
Nigdy
nie miałam nic takiego, nikogo
takiego, kto po prostu dawałby mi wszystko, tylko dlatego, że byłam.
Nie
musiałam na to zasłużyć, zapracować.
Zaczynałam
rozumieć, co to znaczyło kochać kogoś.
Właśnie
to.
Jeśli
kogoś kochasz, to zrobisz dla niego wszystko, tylko dlatego, że był.
-
Właściwie to lubię cię również bez brody - wybełkotałam półprzytomnie.
Poczułam
jego uśmiech na czole, uściśnięcie ręki na talii i Mark się rozluźnił pode mną.
Potem
zasnęliśmy i spaliśmy do chwili, kiedy zadzwonił alarm w moim telefonie,
ustawiony na wpół do siódmej, co Mark przywitał niezadowolonym mruknięciem i
wturlaniem się na mnie.
-
Mark! - zawołałam - Muszę to
wyłączyć.
Puścił
mnie niechętnie, ale po tym, jak odwróciłam się do niego tyłem, wyciągnęłam
rękę i wyłączyłam budzik w telefonie leżącym na szafce obok mnie, wciągnął mnie
z powrotem plecami w swoje ciało.
-
Mark - zawołałam - muszę wstać.
-
Później - wymamrotał w moje włosy na karku, a mnie przeszedł rozkoszny dreszcz,
czego nie mogłam i nie chciałam ukryć.
-
Później? - spytałam z nadzieją, dysząc ciężko.
-
Tak - mruknął Mark i poczułam jego dłoń na moim brzuchu, potem piersiach, potem
palce na sutku i ścisnął - Najpierw cię wypieprzę.
Ojej!
Poczułam
nagle, że w ogóle nie musiałam wstawać, a nawet nie powinnam, bo nogi mi drżał
i rozjeżdżały się.
Nie
mówiąc o tym, że byłam bardzo mokra.
-
Och - westchnęłam, wypięłam biodra w jego stronę i przekręciłam głowę, ale Mark
mnie nadal mocno przyciskał do swojego przodu - Co zro…
-
Nie mamy czasu - powiedział Mark, przez cały czas badając rękoma moje ciało -
więc nie będę się z tobą kochał. To będzie szybkie. Wypieprzę cię.
-
Och - westchnęłam z zachwytem, a potem jęknęłam z rozkoszy, kiedy palce jego
jednej ręki znalazły drogę do mojej szparki, łechtaczkę i zatoczyły tam kółko.
Palce
drugiej ręki nie próżnowały i również zatoczyły kółko na drugim moim wrażliwym
miejscu.
Na
sutku.
Potem
podniósł się na łokciu, obrócił mnie na brzuch, podciągnął moje biodra w górę,
więc klęczałam, a on uklęknął za moją pupą i wbił się w moją gotową, pulsującą
z niecierpliwości wilgoć.
A
potem mnie wypieprzył.
I
było niesamowicie.
Niestety,
wkrótce później musieliśmy wstać i przygotować się na konferencję prasową, którą
tak nierozważnie pozwoliłam zwołać.
Kiedy
wzięliśmy prysznic, postanowiłam wmasować w niego tę porcję maści na jego
blizny, której nie wtarłam tam poprzedniego wieczoru.
Mark
siedział rozluźniony z nagim torsem, a ja stałam nad nim i jedną ręką
smarowałam go, uciskając okolice blizny tak, jak pokazał mi lekarz.
Drugą
ręką trzymałam otwartą tubkę z maścią.
Mark
lewą rękę trzymał grzecznie nieruchomo, ale jego prawa ręka wędrowała po moim
boku, coraz bardziej nachalnie wsuwając się pod moją koszulkę.
Podobało
mi się to i lubiłabym mieć możliwość kontynuacji, ale tego dnia mieliśmy lot do
domu, więc musiałam pomóc Theresie nas spakować, miałam umówionego fryzjera, a
wcześniej przymiarkę sukienki, a rzeczniczka prasowa umówiła mnie z wizażystką.
Musieliśmy
się pospieszyć.
Więc
odsunęłam się.
-
Przepraszam, kochanie - powiedziałam więc cicho do Marka, pochylając się, by
pocałować jego policzek, na co on przekręcił głowę, żebym pocałowała jego usta
- ale nie. Musimy iść do naszych zajęć.
-
Wiem - mruknął Mark, również się odsuwając.
Westchnęłam
i zabrałam tubkę, by przejść do stolika, na którym zostawiłam nowy opatrunek,
jaki Mark nosił zamiast bandaża.
-
Lady - mruknął ponownie Mark, zacieśniając chwyt na moim biodrze - Co cię
martwi?
-
Nic - odpowiedziałam cicho i to była prawda.
-
Przecież widzę - stwierdził Mark, zaglądając mi w oczy.
Westchnęłam,
odwróciłam się z powrotem przodem do niego, podniosłam ręce do jego ramion i
spojrzałam na niego.
-
Po prostu źle czuję się z tym, że naraziłam cię na to wszystko - powiedziałam
mu cicho, ale szczerze.
-
Po rozmowie z Filipem stwierdzam, że może to nawet lepiej, że tak się stało -
powiedział mi Mark, wciągając mnie całkiem między swoje nogi.
-
Czemu? - zmarszczyłam brwi.
-
Twoja babka nie będzie mogła dłużej udawać, że nie wie, gdzie jesteś -
powiedział mi - Zmusimy ją do jakiejś reakcji, a potem będziesz spokojnie mogła
żyć swoim życiem.
-
Ale ty… - zaczęłam niepewnie, bo przez cały czas chodziło mi po głowie to, że
Mark będzie mnie chciał chronić, zapewnić mi bezpieczeństwo.
A
potem pomyślałam, że Mark mógł chcieć zapewnić mi również takie bezpieczeństwo.
Bezpieczną,
swobodną przyszłość.
I
odpuściłam.
-
Masz rację, kochanie - powiedziałam więc i pochyliłam się, żeby go pocałować
tym razem prosto w usta i nie-tak-krótko.
A
potem odeszłam, by naszykować nowy opatrunek do naklejenia mu na ramię i by
ruszyć dalej szykować się na nasz dzień.
Mark
powiedział mi, że da mi znać, kiedy wszystko będzie przygotowane, więc
siedziałam w pokoju przylegającym do sali konferencyjnej, gdzie rzeczniczka
prasowa hotelu sprowadziła wizażystkę, która poprawiła mój makijaż.
Miałam
na sobie prostą, jasnozieloną, płócienną sukienkę typu szmizjerka z małym
kołnierzykiem i małymi niby rękawkami, zapinaną do samego dołu na
ciemnozielone, kwadratowe guziki, włosy spięłam ponownie w luźny kok na karku i
powtarzałam w myślach moje oświadczenie.
Nie
zamierzałam czytać z kartki.
W
college’u mieliśmy zajęcia z autoprezentacji, mowy ciała i komunikacji
niewerbalnej, z których korzystałam później bardzo często, kiedy miałam przyjąć
do pracy kogoś, albo sama zaprezentować się komuś.
Jak
dziennikarzom.
Więc
siedziałam wyprostowana, ale swobodna, z lekkim uśmiechem na twarzy, udając, że
uważnie słuchałam rzeczniczki.
Ustaliłyśmy,
że wygłoszę oświadczenie, ale nie będę odpowiadała na żadne pytania ze strony
dziennikarzy.
Miała
mnie przed tym uchronić.
Ale
nie ufałam jej umiejętnościom, bo podskakiwała nerwowo co chwilę, powtarzała
się i jąkała.
Była
zbyt nerwowa, jak na doświadczoną rzeczniczkę.
Tęskniłam
za Sarą.
Ona
zawsze umiała mnie wybronić przed nachalnością prasy.
Była
bezkonkurencyjna.
Wszedł
Mark i nagle wszystko wróciło na swoje miejsce.
Poczułam,
że na usta wypłynął mi uśmiech, a wyraz twarzy stał się łagodny.
Nie
powinnam tego pokazywać po sobie, ale nie mogłam się powstrzymać.
Kochałam
go.
-
Gotowa? - zapytał Mark, a ja skinęłam głową, podniosłam się z krzesła, na
którym siedziałam przed toaletką z lustrem i podeszłam do niego, wyciągając
rękę.
Ujął
ją, wciąż patrząc mi w oczy, a potem się uśmiechnął.
-
Będzie dobrze - powiedział i wiedziałam, że będzie.
Mark
przepuścił mnie w drzwiach i weszliśmy do sali konferencyjnej.
*****
Mark
Mark
stał przy bocznej ścianie sali konferencyjnej i obserwował ludzi w niej
zgromadzonych.
Na
Lisę spojrzał tylko jeden, jedyny
raz, kiedy już zajął swoją pozycję, ale jej obraz był wyryty w jego pamięci.
Siedziała
niby swobodnie, naturalnie, ale on ją znał, więc zobaczył lekkie napięcie jej
pleców, nieco zbyt mocno zaciśnięte mięśnie karku i pobielałe koniuszki palców,
które niezauważalnie dociskała do stołu.
Denerwowała
się, a on nie wiedział czemu.
Rzeczniczka
prasowa hotelu rozpoczęła już konferencję, powiedziała tradycyjne formułki, a
potem poprosiła Lisę o zabranie głosu.
W
sali zrobiło się całkowicie cicho.
Mark
już wcześniej zauważył, że ludzie słuchali
jego Lady.
Miała
charyzmę, potrafiła utrzymać uwagę zgromadzonych nawet, jeśli mówiła bardzo cicho.
Teraz
również nie mówiła głośno, tylko delikatnie modulując głos.
-
…jak wszyscy wiecie, moja mama zmarła, kiedy miałam zaledwie cztery latka. Mój
tata był wspaniały, kochany i miałam również cudowne opiekunki, ale nikt nie
zastąpi dziecku kochającej go mamy. Kobiety, która je niekoniecznie urodziła,
ale przytulała je przed snem, brała na kolana, pocieszała. Po prostu kochała je
takim, jakie jest. Dlatego właśnie
zawsze myślałam i nadal myślę o dzieciach. O tych dzieciach, które straciły
mamę, albo nawet oboje rodziców, o tych, które nie są kochane, więc powinny
zmienić rodzinę. A szczególnie myślę o dzieciach podwójnie pokrzywdzonych przez
los. Tych, które są chore, więc nie mają szansy na adopcję. Na to, żeby mieć
mamę….
Lisa
mówiła, a Mark czuł każde słowo do głębi swoich wnętrzności.
Każde
pieprzone słowo.
Lisa
mówiła o swoich podróżach, analizowaniu sposobów ochrony takich dzieci przez
prawo w różnych krajach, o spotkaniach ze wspaniałymi ludźmi, którzy odczuwali
krzywdę takich dzieci w sposób podobny do niej, a Mark myślał tylko o tym, jak
bardzo chciał dać jej rodzinę.
Chciał
dać jej wszystko.
Nie
mógł zrozumieć, dlaczego na początku tego się bał, bo to było cudowne uczucie,
które jego też zadowalało.
Dawało
mu spełnienie.
Tak,
stojąc tam pod ścianą tej pieprzonej sali konferencyjnej, Mark uświadomił
sobie, że z tym, że miał Lisę, stał się pełny, kompletny.
Nawet
wcześniej nie widział tego, że nie był.
To
była prawdziwa miłość.
To,
co czuł do Vivian, było tylko zauroczeniem, wydawała się spełnieniem marzeń,
ale nie było miłością.
Głos
Lisy umilkł i Mark naszykował się na to, że będą kończyli.
-
Milady - usłyszał nagle - Jedno pytanie.
Spojrzał
szybko na siedzących w krzesłach dziennikarzy, by zobaczyć, że jeden z nich
podniósł rękę i wyprostował się.
-
Nie będziemy… - zaczęła rzeczniczka, ale dziennikarz nie dał sobie przerwać, a
w sali zabrzęczał gwar głosów.
Kobieta
stanowczo nie nadawała się na swoje
stanowisko.
Mark
zauważył, że Lisa się wyprostowała, pochyliła do mikrofonu, na jej twarzy pojawiła
się wyraz stanowczości, jaki Mark zauważył już kilka razy, zanim pojechali do
Aspen.
-
Przepraszam - powiedziała, a sala na nowo ucichła - Powiedziałam na początku,
że nie będę odpowiadała na pytania.
-
Tylko jedno - zastrzegł dziennikarz.
-
No, dobrze - powiedziała Lisa - ale potem państwa pożegnam.
To
był sygnał dla Marka, że powinien przesunąć się bliżej jej stanowiska, bo
zamierzała wyjść z sali i potrzebowała jego wsparcia.
Więc
to zrobił.
-
Wiemy, że przyleciała pani do Stanów dość nagle, bez zapowiedzi - zaczął
dziennikarz, a na to zarówno Lisa jak i Mark spięli się - Podobno zamierza pani
tutaj zostać na stałe… - na to Lisa nagle przybrała postawę, którą Mark
doskonale znał i której nie lubił.
Królowa
Lodu.
-
…podobno to ze względu na jakiegoś mężczyznę. Czy to ten, który był z panią na
tamtym zdjęciu z Londynu? Proszę nam powiedzieć tylko, kim jest pani wybranek -
dokończył dziennikarz i Mark zamarł, ale wyraz twarzy Lisy zmienił się i to nie
było złe.
Potem
wyglądało, jakby podjęła decyzję, spojrzała przez sekundę wprost na Marka,
uniosła lekko brwi, a on niezauważalnie skinął głową.
Chciała
o nim powiedzieć, więc niech to zrobi.
Nie
mieli nic do ukrycia.
-
To pan kapitan Mark Taylor - wyznała Lisa krótko - A teraz państwa zostawię. Do
widzenia.
Dziennikarze,
oczywiście nie zamierzali odpuścić i wykrzykiwali kolejne pytania, ale Lisa już
wstała i szybkim krokiem skierowała się do wyjścia poprzedzana przez oniemiałą
rzeczniczkę, więc Mark poszedł szybko w tamtą stronę i ochronnie zasłonił ją
ramieniem, przepuszczając ją w drzwiach.
Podniosła
na niego wzrok, kiedy przechodziła tuż obok niego.
Mark
nie patrzył bezpośrednio na nią, ale i tak dostrzegł ciepło i głębię uczucia,
jakie czaiło się w jej oczach.
Zatrudnieni
przez niego ochroniarze stworzyli mur, zasłaniając ich przed obiektywami kamer
i aparatów.
Mark
zamknął za nimi drzwi.
-
Mark - westchnęła, kiedy znalazł się tuż obok niej, ale to nie było dobre.
Bała
się, że zrobiła źle.
-
Wszystko dobrze, Lady - mruknął do niej i znalazł się blisko niej, by objąć ją ramionami, patrząc z góry w jej
oczy.
-
Tak - westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do niego.
-
Byłaś świetna - powiedział, odpowiedziała Dziękuję,
pocałował ja krótko, a potem puścił ją, bo musieli dostać się do ich
apartamentu.
Lisa
zatrzymała się jeszcze na minutę, kiedy z boku odezwała się rzeczniczka i,
jąkając się, zaczęła przepraszać.
Lady
półgłosem zapewniła ją, że nic się nie stało, ale potem nie rozmawiała z nią
już dłużej, tylko podeszła do Marka, by mogli wyjść stamtąd, udać się do ich
apartamentu, a potem wypierdalać na lotnisko.
Dwie
godziny później siedzieli w samolocie, który zabrał ich do domu.
*****
Sześć godzin później
Mark
wysiadł siedzenia kierowcy ze swojej Navarry, którą właśnie wrócili z lotniska
po tym, jak przylecieli do SLC, kiedy Lisa została jeszcze na siedzeniu
pasażera.
Trzy
dni wcześniej zostawili samochód na parkingu przy lotnisku, żeby na kłopotać
przyjaciół odwożeniem ich i odbieraniem.
Była
szósta po południu, Mark był zmęczony i bardzo chciał zabrać Lisę do domu, żeby
odpoczęli razem w ciszy ich sypialni.
Ale
na podjeździe czekał na nich samochód, którego się nie spodziewali.
Toyota
Tacoma w wojskowym zielonym kolorze była pickupem taty Marka, a on nie
zapowiedział swojego przybycia.
Tata
Marka siedział w samochodzie i bawił się swoim telefonem, więc Mark wiedział,
że czekał na nich.
Lisa
nie znała tego pickupa i była ostrożna.
Mark
podszedł do jej drzwi, otworzył je i wyciągnął do niej rękę.
-
To mój tata - powiedział jej, a ona powiedziała ciche Och!, zanim ujęła jego dłoń, wyciągnęła się z siedzenia i
zeskoczyła na beton podjazdu.
Mark
pociągnął ją do siebie, zatrzasnął jej drzwi i ruszył z nią w stronę pickupa
swojego taty, by zobaczyć, że wysiadał z niego.
-
Hej, Mark, Lisa - Daniel Taylor zawołał do nich z daleka.
-
Hej, panie Taylor - powiedziała Lisa.
-
Daniel, proszę Lisa - powiedział tata Marka, biorąc dłoń, którą mu podawała,
kiedy już do niego dotarli, co dało jej lekki uśmiech i skinienie głowy Taylora
seniora.
-
Czemu tu jesteś tato? - spytał Mark.
-
Mama chciała przyjechać i zaprosić Lisę na zakupy mebli, więc wolałem
przyjechać i was uprzedzić - powiedział jego tata, a Mark to zrozumiał.
-
Och, ale ja… - niepewnie zaczęła Lisa - No, może któregoś dnia - dokończyła
szeptem.
-
Lady - mruknął Mark, przekręcając głowę i zginając kark, by spojrzeć na nią
czule - Nie musisz. Zapewniam cię. Jak dałem tacie klucz, żeby wpuścił ekipę ze
sprzętem AGD do kuchni, a on dał ten klucz jej,
skończyło się to szafkami i zabudową w kuchni, którą widziałaś.
-
Och - szepnęła Lisa i jej oczy stały się olbrzymie.
-
Tak - przytaknął Mark - A jak nieopatrznie poprosiłem ją, żeby dopilnowała zainstalowania
pieca na gaz i bojlera, bo wyjeżdżałem,
zrobiła wykończenie łazienki, którą widziałaś.
-
Ale… - Lisa zawahała się, spojrzała w bok, a potem jej wzrok wrócił do niego i
dokończyła - Podoba mi się ta łazienka.
-
Cóż, ja ją wymyśliłem i zacząłem, więc się cieszę. Ona to dokończyła. Możesz
pójść któregoś dnia z moją mamą na zakupy. Ale podoba ci się też urządzanie
domu z twoimi przyjaciółkami - Mark powiedział jej coś, co wiedzieli oboje - A
masz na niego własne pomysły i mnie
one się podobają.
-
Dobrze - powiedziała cicho Lisa, patrząc wprost na niego z łagodnym wyrazem
twarzy i z rozjaśnionymi oczami.
-
Więc, tato - powiedział Mark, odwracając się do swojego taty - Zróbmy tak.
Wejdziesz, zobaczysz, jak dużo już mamy wykończone, żebyś mógł zaświadczyć
mamie i Chloe, że naprawdę mieszkamy razem z Lisą. A my za kilka dni
zadzwonimy, żeby was zaprosić na parapetówę.
-
Okej - Daniel Taylor patrzył na nich przez cały ten dialog i stawał się coraz
bardziej rozluźniony, więc Mark wiedział, że chodziło też o kontrolę.
Tata
Marka niepokoił się o syna, ale przyjechał z gównianą wymówką.
Zanim
jednak weszli do domu, Mark wyciągnął z bagażnika ich walizki i wyjaśnił
swojemu tacie, że byli z Lisą kilka dni w DC, żeby odebrać tam jej rzeczy,
przesłane pocztą lotniczą z Anglii.
Obaj
mężczyźni zgodnie odsunęli Lisę od noszenia ciężarów, Mark zamknął swoje auto,
a potem zgodnie poszli do drzwi.
*****
Lisa
Następnego dnia
Tego
samego dnia, którego wróciliśmy z Markiem z Washington, zadzwoniłam do Evy,
żeby powiedzieć jej o odebraniu pierwszej partii moich rzeczy, jaką przyjaciele
przesłali mi z Anglii.
Dowiedziałam
się podczas tej rozmowy, że Sophie poprzedniego dnia urodziła trojaczki.
-
Och, jak wspaniale! - krzyknęłam, na co Mark, który stał niedaleko mnie, bo
sprzątaliśmy razem po naszej kolacji, spojrzał na mnie z uśmiechem, ale i
podniesieniem brwi, więc powiedziałam do niego szeptem: Sophie urodziła, a potem zapytałam Evę - Kiedy wrócą do domu?
-
Nie za szybko - powiedziała mi Eva z powagą w głosie, więc spięłam się, bo
wcześniej nie pomyślałam o tym, ale teraz przyszło mi do głowy, że coś mogło
pójść źle, albo ona lub dzieci mogły być chore - To normalne przy trojaczkach -
dodała Eva uspokajającym, łagodnym tonem - Dzieci muszą być w inkubatorach
przez parę tygodni, bo są małe. Sophie miała cesarskie cięcie, więc musi
odpoczywać.
-
Och - szepnęłam.
Mark
przysunął się do mnie i ręką na moim biodrze odwrócił mnie do siebie, więc
zobaczyłam jego czujne, badawcze spojrzenie.
-
Wszystko jest w porządku - zapewniła mnie Eva przez telefon - Po prostu przy
ciąży mnogiej dzieci rodzą się mniejsze, niż normalnie.
Pomyślałam
wtedy, że była to jedna z tych rzeczy, o których nie wiedziałam, więc nie
zwróciłam na to uwagi w pracach nad naszą fundacją.
Może
należało się dowiedzieć, czy to niesie jakieś komplikacje, czy trojaczki też
mają problemy ze znalezieniem rodziców adopcyjnych i wielu innych rzeczy.
Rozmawiałyśmy
potem bardzo krótko, tylko by umówić się na następny dzień na wizytę w szpitalu
u Sophie i jej dzieci.
A
potem odwróciłam się do kochanych, wspierających ramion Marka, by zapewnić go,
że wszystko było w porządku i wyjaśnić, co się stało.
Okazało
się, że Mark od rana musiał spotkać się z Filipem, który miał dla nas jakieś
nowe informacje, więc zaplanowaliśmy wizytę najpierw u niego, a potem w
szpitalu, u Sophie.
Dlatego
właśnie następnego dnia po naszym powrocie do SLC rano wzięliśmy prysznic,
ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do mieszkania Filipa.
Nie
byliśmy tam długo, ale Filip najwyraźniej nie lubił dzielić się swoją wiedzą
przez telefon, więc musieliśmy spotkać się z nim osobiście.
Okazało
się, że informacje pochodziły od Roberta Flesh’a i dotyczyły ludzi
zatrudnianych przez moją babkę.
Według
ich słów, wszystkich z nich, moja cioteczna babka Charlotta rzekomo planowała
pozbyć się mnie ostatecznie.
Ostatecznie!
Nie
wierzyłam w to.
Mark
uwierzył.
Widziałam,
jak się tym przejął i wiedziałam, że będzie to oznaczało wzmożoną opiekę nade
mną z jego strony.
Nie
wiedziałam jednak jak bardzo.
Kiedy
pojechaliśmy do szpitala, Mark nie zostawił mnie tam, ale wszedł ze mną,
chociaż nie spodziewałabym się tego po nim.
Nie
mogliśmy wejść do Sophie ani tym bardziej do dzieci, ale pozwolono nam je
obejrzeć przez chwilkę, kiedy Alex z pielęgniarką przyprowadzili wózki z
inkubatorami do sali, z której było ich widać z korytarza przez duże okno.
Jakie
to były maleństwa!
Każde
z nich nie było wiele większe niż dłoń Alexa, chociaż nie mogłam być tego
pewna, skoro nie dotykał ich, a jedynie trzymał tą plastikową osłonkę nad nimi.
Ale
bardzo podobał mi się wyraz jego twarzy, kiedy na nie patrzył.
Pełen
dumy i miłości.
Przed
tym oknem dołączyła do nas Maggie i Eva, a potem przyszła jeszcze kobieta w
fartuchu, który był inny niż lekarzy czy pielęgniarek, ale widać było, że zna
się z tymi ludźmi.
Była
trochę ode mnie niższa, uśmiechnięta, o ładnych, delikatnych rysach twarzy,
ciemnoblond włosach i ciemnoniebieskich oczach.
Przywitała
się serdecznie z Maggie i Evą, a potem zostaliśmy przedstawieni.
Była
to Ania, kobieta, z którą Filip miał zaadoptować Johnny’ego, tego chłopca,
którego dokumenty miałam przepisać przed tamtym pożarem.
Z
tego, jak rozmawiała z nami, wiedziałam, że nie słyszała o mnie.
Co
było bardzo dobre.
-
Hej - zawołała cicho Eva, kiedy już pozachwycaliśmy się trojaczkami i
skierowaliśmy się do wyjścia ze szpitala - może pojedziemy na kawę?
-
Muszę pojechać do domu - mruknął do mnie Mark.
-
Lisa może pojechać ze mną - powiedziała mu Maggie.
Mark
spojrzał na mnie znacząco.
-
Hmmm… - zamruczałam - może powinnam pojechać z Markiem - powiedziałam kobietom,
chociaż miałam straszną ochotę pojechać z nimi na kawę, bo chciałam z nimi
porozmawiać.
Najlepiej
bez Marka.
Mark
zauważył to.
-
Lady… - powiedział cicho do mnie - jak bardzo chcesz, to możesz pojechać z
nimi.
-
Chcę, ale… - szepnęłam, ale nie byłam pewna, czy powinnam, więc popatrzyłam na
niego niepewnie.
Pamiętałam
o tym, czym groziła nam babka Charlotta i nie chciałam go denerwować, ale
potrzebowałam porozmawiać z przyjaciółkami.
-
Lisa - powiedział z naciskiem Mark -
Jak chcesz, to jedź.
-
Tak - westchnęłam w końcu, bo wiedział co robił, więc mogłam jechać, skoro
mówił, że mogłam i spojrzałam z wdzięcznością w jego ciemne oczy.
Uścisnął
mnie lekko, pochylił się, więc podniosłam głowę i dałam mu usta do pocałunku.
A
potem wyszliśmy na parking, Mark poszedł do swojego pickupa, a jak poszłam z
Maggie do jej niebieskiego SUV-a Compass’a.
Eva
czekała jeszcze przy drzwiach szpitala na Anię, która kończyłam właśnie dyżur i
mogła pojechać z nami, kiedy my we dwie wsiadłyśmy, by pojechać do baru, który
najwidoczniej one wszystkie doskonale znały.
*****
Wieczorem tego samego dnia
Moje
spotkanie z kobietami wyglądało dokładnie tak, jak się spodziewałam po tym, jak
zapamiętałam moje wcześniejsze spotkania z nimi.
Na
początku nieco hałaśliwe.
Z
momentami śmiechu i przekomarzania się.
Pełne
szczerych, dobrych porad i ciepła.
Dokładnie
to, za co je lubiłam.
Kiedy
bowiem usiadłyśmy w barze, najpierw we dwie z Maggie, potem we cztery z Evą i
Anią, a potem jeszcze z Alice, zestawiłyśmy ze sobą dwa stoliki, co
najwidoczniej było normalne, bo nikt nie zaprotestował, a przez dobre
piętnaście minut wszystkie cztery mówiły chyba jednocześnie.
Potem
zamówiłyśmy kawę, ciastka i desery, zapłaciłyśmy i rozsiadłyśmy się, a wszyscy
dookoła odetchnęli z ulgą, kiedy te szalone kobiety wreszcie ucichły.
-
No, dobrze - powiedziała Maggie, zwracając się do mnie - To o czym chciałaś
porozmawiać?
Spojrzałam
na nią zaskoczona, a potem rozejrzałam się i zobaczyłam, że wszystkie patrzyły
na mnie oczekująco, ale ciepło, gotowe dać mi wsparcie, w czymkolwiek go
potrzebowałam.
Znałam
już to, więc rozpoznałam i teraz.
Przyjaciółki.
-
Mark i Filip uważają, że moja babka chce mojej śmierci - wyjawiłam im, a potem
zauważyłam, jak ich oczy stawały się olbrzymie i wszystkie wciągnęły powietrze.
-
Ojej - szepnęła Maggie.
-
Lisa - wymamrotała ze współczuciem Eva.
-
Znasz Filipa? - zapytała z zaskoczeniem Ania.
-
No, tak - powiedziałam jej z zakłopotaniem - Pomagał Davidowi w ochronie
informacji o mnie, kiedy maja babka zatrudniła jakiegoś hakera.
Wyraz
twarzy Ani zmienił się, jakby zrozumiała więcej, niż jej mówiłam, ale
zobaczyłam też dumę, jaka błysnęła w jej oczach.
-
Tak - powiedziała - mój Filip jest w
tym najlepszy.
-
Wiemy o tym - powiedziała delikatnie Eva - ale może Lisa wróciłaby do tej
części opowieści, kiedy mowa była o jej babci?
-
Cóż, to moja cioteczna babka -
wyjaśniłam im - księżna Charlotta.
Uznałam
wtedy, że powinnam i że mogłam
wyjawić im nieco więcej szczegółów, więc to zrobiłam.
Może
nie powiedziałam im wszystkiego, ale i tak mówiłam tak długo, że prawie kończyłyśmy
jeść nasze ciastka, pić naszą kawę, a ja uznałam, że najwyższy czas odezwać się
do Marka, żeby się nie martwił.
Więc
przyspieszyłam.
W
telegraficznym skrócie powiedziałam im o funduszu powierniczym, o Robercie
Flesh’u i o mojej konferencji prasowej.
A
potem o ostatnich nowinach, które przekazał nam Filip tego ranka.
I
zobaczyłam po ich twarzach, że mnie rozumiały.
Ania
i Maggie zdecydowanie rozumiały już w pół słowa wszystko to, co chciałam im
powiedzieć.
Alice
rozumiała, co mogłam czuć.
A
Eva po prostu była ze mną, wspierała
mnie i odczuwała głęboko to wszystko, co mówiłam i czego nie dopowiedziałam.
-
Wiesz, Lisa - powiedziała do mnie - Już to przeżywałyśmy. Z Maggie - skinęła
głową w stronę Maggie, która ochronnie owinęła ramiona wokół swojego brzucha -
z Sophie, z Anią.
Spojrzałam
w stronę Ani, bo nie znałam jej, nie wiedziałam nic o jej problemach, o zagrożeniu, jakie jej groziło.
-
Mark sobie z tym wszystkim poradzi - powiedziałam jej - Jest w tym najlepszy. Nie znam lepszego ochroniarza
od niego.
Zobaczyłam,
że oczy Ani stały się ciepłe, a potem spojrzałam na pozostałe kobiety i
przekonałam się, że wszystkie wyglądały tak samo.
Cieszyły
się, że tak mówiłam.
-
Ale nie wiem, jak go zapewnić, że tak jest - wypaliłam bezmyślnie.
Ania
złapała nad stolikiem moją dłoń.
-
Cichy, to znaczy Filip też nie wierzył, że jest najlepszy - powiedziała mi, a
ja poczułam, że oczy otworzyły mi się na tę rewelację, bo pamiętałam tamten łobuzerski
uśmieszek Filipa, świadczący o tym, że lubił rywalizację.
-
I co zrobiłaś? - spytałam, pewna, że rozumie, o co pytałam.
-
Często mu to powtarzałam - wyjawiła mi swój sekret.
-
Mhm - zamruczała obok mnie Maggie, więc spojrzałam na nią.
-
David też? - spytałam z niedowierzaniem.
Skinęła
głową z małym uśmiechem.
-
Jimmy też - mruknęła Eva do resztek swojej latte.
Popatrzyłam
na nią, a potem na Alice, która mi kiwnęła głową, więc wiedziałam, że ona też
mówiła swojemu mężowi, że był najlepszy.
Każda
z nich powtarzała to swojemu mężczyźnie, bo nie wierzyli, że byli najlepsi w
tym, co robili.
Musiałam
dać to swojemu.
Rozumiałam
to i zamierzałam to zrobić, ale miałam jeszcze jedną rzecz do omówienia, zanim
musiałybyśmy się rozstać.
-
Mmmm - zamruczałam.
-
No wypluj to wreszcie - powiedziała niecierpliwie Alice - Przecież widzimy, że
coś cię jeszcze gnębi.
-
Bo Mark się o mnie boi - powiedziałam im, a one skinęły głowami, jakby to była
najbardziej oczywista rzecz na świecie - a ja chciałabym mu dać trochę ulgi.
Zrobić coś, żeby się tak nie denerwował.
-
Skoro jest najlepszy, to go słuchaj - powiedziała Alice.
To
było oczywiste.
-
Melduj się - powiedziała Maggie - Noś z sobą przenośny GPS.
-
Mam taki - powiedziałam jej, złapałam swoją torebkę i zaczęłam ją przeszukiwać,
żeby jej go pokazać.
-
Okej - mruknęła Maggie - ale powinnaś go nosić w kieszeni. Na przykład w tych
spodniach.
Och,
nie pomyślałam o tym.
Natychmiast
włożyłam małe urządzenie do kieszeni krótkich, letnich spodni, w których byłam.
-
No, ja swój miałam w torebce, przypięty jako brelok do kluczy - wyjawiła mi
Ania - Nie poznali się na tym i zostawili mi torebkę. Chociaż jak mnie wywozili
w inne miejsce, moja torebka została w tamtym - to ostatnie zdanie wymamrotała,
jakby przyznawała, że pomysł Maggie był lepszy.
-
Ja swój miałam w kieszeni płaszcza - powiedział Maggie - Kiedy go
potrzebowałam, moja torebka odleciała daleko ode mnie.
Słuchałam
ich i czułam, że moje oczy staję się wielkie jak spodeczki, a oddech miałam
doprawdy dziwny.
-
A przede wszystkim - powiedziała Eva, odwracając moją uwagę w jej stronę - rozmawiaj z nim.
-
Mhm - mruknęła Maggie.
-
No tak - przyznała Ania.
Alice
skinęła głową z uśmiechem.
-
Mów mu o wszystkim, co cię niepokoi - mówiła dalej Eva - O tym, co czujesz. W
ogóle rozmawiaj z nim. Niech czuje cię blisko.
Przytaknęłam.
-
Może Filip powinien namierzać twój samochód? - zapytała Ania.
-
Mark ma już system naprowadzania z mojego Audi podłączony do swojego tabletu -
wyznałam jej.
-
Dobrze - powiedziała Ania z uśmiechem.
-
Lisa - nagle Eva złapała moją rękę i potrząsnęła nią, a potem zadała pytanie,
które świadczyło o ytm, że zauważała - Co cię tak naprawdę trapi?
Popatrzyłam
na nie wszystkie po kolei, a one patrzyły na mnie ciepło, uważnie i oczekująco.
Wciągnęłam
trochę powietrza do płuc i zdecydowałam się.
-
Kocham go - wyznałam, a one znowu miały na twarzach ten łagodny, czuły wyraz,
który świadczył o tym, że były dobrymi przyjaciółkami - Nie chcę być dla niego
ciężarem.
-
Nie jesteś - cicho przerwała mi Maggie.
-
Chcę dać mu wszystko - kontynuowałam swoje wyznanie - Zasługuje na to, co
najlepsze.
-
Dajesz mu to - zapewniła mnie Eva.
Skinęłam
głową, ale nie mogłam się uśmiechnąć.
Nie
byłam przekonana.
W
tej chwili zadzwonił telefon Maggie, wyjęła go z torebki, spojrzała, odebrała,
a potem już musiałyśmy się spieszyć, bo musiała wracać do domu.
Więc
pożegnałyśmy się pospiesznie i poszłyśmy do jej SUV-a.
Kiedy
jechałyśmy, Maggie opowiedziała mi o tym, jak Mark zareagował na tamten e-mail,
który mu wysłałam.
Opowiedziała
mi, że David pojechał do Marka tamtego dnia i znalazł go w opłakanym stanie, bo
mocno się przejął tym, że go nie chciałam.
To
był mój największy koszmar i wyrzut sumienia.
Ale
Maggie na tym nie skończyła.
Powiedziała
mi również, że po tamtym naszym pierwszym rozstaniu, Mark nie żył swobodnie,
ale też się załamał, jak ja.
Maggie
powiedziała mi, że to był najlepszy dowód na to, że Mark mnie kochał, ale ja
nie byłam tego taka pewna.
Miał
żonę, którą kochał.
Może
kiedyś mnie również znienawidzi, jak ją?
Na
razie mogłam mieć tylko cień nadziei, że tak się nie stanie.
Na
razie chciałam dać mu wszystko.
Ile
zdołam.
Więc
wieczorem przygotowałam chili z czterech rodzajów fasoli, do którego zrobienia
zabierałam się od kilku dni.
Rozmawiałam
z nim o urządzeniu salonu, bo zamierzałam kupić meble, skoro mieliśmy tam
skończony kominek i pomalowane ściany.
Mark
miał szybko kupić telewizor.
Powiedziałam
mu, że marzę, by położyć się tam z nim na kanapie przed telewizorem i tak
spędzić cały wieczór bez trosk.
I
wyglądało na to, ze spodobał mu się ten pomysł, bo warknął pochylił się, wziął
moje usta, a potem wziął resztę mnie.
Na
blacie w kuchni, bo tam właśnie byliśmy.
I
było znowu genialnie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję za rozdział :) Kurde nie może ktoś babuni odstrzelić :)
OdpowiedzUsuń