wtorek, 25 października 2022

20 - Mamy przyjaciół

 

 Rozdział 20

Mamy przyjaciół

Lisa

 

 

Następnego dnia

Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że powinnam wstawać, że już była na to pora, chociaż nie wiedziałam, która była godzina.

Mark leżał za moimi plecami, przytulając mnie mocno do swojego przodu ramionami, którymi owijał mnie dokładnie tak, jak to robił, kiedy zasypialiśmy.

To było po tym, jak ze wstydem, jąkając się i pragnąc schować się do mysiej dziury, wreszcie przyznałam mu się, że kiedyś płaciłam za seks.

- Co takiego? - Mark zapytał rozbawiony.

Z jakże.

Powinnam była to przewidzieć.

To było śmieszne, że dorosła, młoda kobieta musiała płacić za seks, żeby mieć pewność, że jej kochanek nie wyda jej, nie doniesie do prasy tego, jakiego rodzaju był ich związek.

Wyjaśniłam to wreszcie Markowi, a wtedy, kiedy to zrozumiał, cóż, to było dla mnie piękne.

Mark jęknął z bólem, jakby dotarło do niego jak bardzo nienormalne było kiedyś moje życie, życie zanim go poznałam.

I dał mi wsparcie.

Przytulał mnie do swojego przodu tak długo, aż mu opowiedziałam, że nigdy nie widziałam żadnego z moich kochanków, bo spotykaliśmy się wyłącznie po ciemku, że z żadnym z nich nie przeżyłam tak wspaniałego orgazmu, jak z nim, że nie pozwoliłam im się zobaczyć, bo wstydziłam się tego, jak wyglądałam.

A potem pokazał mi, że podobało mu się to, jak wyglądałam.

Ze szczegółami, całując każdy dostępny kawałek mojego ciała, a potem moje mniej dostępne kawałki, aż jego język dotarł do moich wilgotnych zakamarków, więc doszłam tego wieczoru po raz drugi, tym razem od pieszczot mojego wrażliwego miejsca numer jeden.

Więc zapytałam go, czy pozwoliłby mi spróbować jego „wrażliwego miejsca”, ale on powiedział Może kiedyś i słyszałam uśmiech w jego głosie.

Mogłam się na to zgodzić, bo wolałabym to widzieć.

Więc zdecydowałam, że poczekam.

Położyliśmy tak, przytuleni przez niego mój-tył-do-jego-przodu i spaliśmy nieruchomo przez całą noc.

Do teraz.

Poczułam, że moja potrzeba wstania była fizjologiczna, więc zaczęłam wysuwać się z ramion Marka, a wtedy zacisnęły się one z taką mocą, że zabrakło mi tchu.

- Mark - stęknęłam głośno.

Jego ramiona nagle się rozluźniły, a potem podniósł się do oparcia na łokciu, przekręcił mnie do siebie na plecy i zawisł nade mną.

Byłam pewna, że wpatrywał się w moją twarz.

- Lisa - powiedział przestraszonym głosem.

- Tak, kochanie - szepnęłam, wyciągając rękę, by znaleźć jego policzek i objąć go wnętrzem dłoni - To ja, jestem tu.

Pochylił głowę bliżej nade mną i pocałował mnie gwałtownie, z języczkiem, ale krótko.

Odsunął się ode mnie i zrozumiałam, że nadal był zaspany, bo wymamrotał - Która godzina? - całkiem zapominając, że nie widziałam.

Ale ja miałam dla niego niespodziankę.

Wysunęłam się spod niego, przekręciłam, sięgnęłam ręką po telefon, leżący na mojej szafce nocnej, dotknęłam go kciukiem, by odblokować, a potem kolejne dwa razy, jak nauczył mnie Filip.

- Szósta pięćdziesiąt rano - usłyszeliśmy miły, damski głos.

- Co do… - Mark wymamrotał zaskoczony, a potem wziął ode mnie telefon i bez wątpienia chciał go zbadać.

Nie pozwoliłam mu na to.

- Filip ustawił mi kilka udogodnień - wyjaśniłam mu z radością, biorąc swój telefon z powrotem do ręki - Coś ci pokażę.

Nacisnęłam boczny przycisk, jak mnie nauczył Filip, podniosłam telefon do swojej twarzy i powiedziałam Dzwoń do Marka.

Na szafce nocnej po Marka stronie łóżka rozległ się dzwonek jego telefonu.

Przekręcił się tam, wyłączył go i, śmiejąc się cicho, powiedział z podziwem w głosie - Ty mała spryciarko.

Uśmiechnęłam się z zadowoleniem.

- Mamy dobrych przyjaciół - wyjaśniłam mu - To Filip.

- Tak - szepnął Mark - …mamy dobrych przyjaciół.

Poczułam, że się znowu nade mną pochylił, by mnie pocałować, przyjęłam ten pocałunek, ale tym razem to ja go przerwałam, odsuwając delikatnie jego tułów ręką opartą na jego barku.

- Muszę wstać, kochanie - powiedziałam mu.

Niechętnie odsunął się i wypuścił mnie z łóżka.

Znalazłam laskę, poszłam do łazienki i zrobiłam, co potrzebowałam, tym razem bez asysty ukochanego, który wreszcie uwierzył, że mogłam poradzić sobie bez niego w toalecie.

*****

Kilka godzin później

Kiedy wstaliśmy ostatecznie z Markiem z łóżka, poszliśmy do kuchni, ja z wyciągniętą laską, z którą uczyłam się chodzić, dowiedziałam się, że było coś, czego bardzo mi brakowało w związku z tym, że nie widziałam.

Nie mogłam przygotować śniadania.

Oczywiście, Mark bez pytania przygotował je, to znaczy zrobił dla nas zapiekane kanapki w opiekaczu, który kupiłam jakiś czas temu, ale mogłam tylko siedzieć i nasłuchiwać, co robił, bo nawet nie czułam zapachu przygotowywanego posiłku.

Potem Mark poszedł do swojego biura, kiedy ktoś do niego zadzwonił, ale stanowczo zabronił mi podchodzenia do opiekacza, żebym się nie oparzyła.

Więc do opiekacza nie podchodziłam.

Podeszłam natomiast do ekspresu, sprawdziłam, czy miał nasypaną kawę, dolałam wodę, tylko trochę jej rozlewając na bok, a potem znalazłam na pamięć kubek Marka w szafce nad ekspresem i podstawiłam go pod wylew ekspresu, by włączyć odpowiedni przycisk, kiedy usłyszałam, jak wchodził do kuchni.

- Americano dla ciebie już się robi… - powiedziałam zadowolona z siebie - mógłbyś zrobić mi herbatę?

- Oczywiście, kochanie - usłyszałam obcy głos zza pleców, więc podskoczyłam, złapałam się prawą ręką blatu, a lewą wyciągnęłam przed siebie w stronę głosu i wrzasnęłam ze strachu.

Usłyszałam szybkie kroki Marka, kiedy biegł od strony swojego biura.

- Czołg, do kurwy nędzy - krzyknął Mark z wściekłością na tego kogoś, kto mnie przestraszył - mówiłem ci, żebyś cholernie poczekał aż powiem jej, że mieszkasz w pieprzonym pokoju gościnnym.

Dotarło do mnie, że chodziłam po domu w koszulce i szortach, bez stanika i nie uczesana, kiedy był tam obcy mężczyzna.

- Może, do kurwy nędzy, należało to cholernie zrobić, zanim przyszliście do pieprzonej kuchni - powiedział basem ktoś, czyj głos kojarzyłam, chociaż robiłam to słabo.

- Język, panowie! - warknęłam ze złością.

Reakcją na to był śmiech.

Ale jaki!

Wspaniały!

Dźwięczny, niski śmiech Marka, który czułam głęboko w sobie, znałam i  kochałam, a teraz dołączył do niego ogłuszający, dudniący ryk.

Był nawet bardziej ogłuszający i dudniący niż ryk Davida, ale w dziwny sposób dawał mi poczucie bezpieczeństwa.

Rozluźniłam się.

Mark podszedł do mnie, objął mnie w talii i podprowadził mnie do wyspy, przy której wyczułam czyjąś obecność.

- Lisa - powiedział mi Mark - to jest mój dawny przyjaciel, George, ale wszyscy mówią na niego Czołg.

- Tak… - powiedział tamten - i nie odezwę się, jak powiesz do mnie George. A tak w ogóle to my już się spotkaliśmy. To znaczy ja cię widziałem.

- To ty jeździsz GMC? - spytałam, bo mnie olśniło.

To był ten kumpel, o którym wspominał Mark.

Przyjaciel z dawnych czasów, który przyjechał specjalnie, by mu pomóc mnie chronić, kiedy tego potrzebowałam.

- Tak - powiedział Czołg i usłyszałam zadowolenie w jego głosie - Twoja kobieta jest bystra, Cień, zauważyła mnie - powiedział, kierując te słowa najwidoczniej do Marka.

- Cień? - spytałam, podnosząc głowę do mojego mężczyzny i przekrzywiając ją z ciekawości.

- Dawne dzieje - mruknął Mark.

- To ty… niosłeś mnie do samochodu tam… - zapytałam jeszcze w stronę obcego dla mnie mężczyzny, ale mniej zdecydowanie, bo nie chciałam wspominać tamtych chwil, tamtego bólu.

- Ta - usłyszałam również cichsze, niewyraźne chrząknięcie Czołga i dziwnie urwane westchnienie Marka.

Chyba odwrócił się w stronę opiekacza, bo potem usłyszałam, że wyjmował z szafki talerze, wrzucał na nie kanapki i postawił parujący talerz przede mną, kiedy ja już usiadłam przy wyspie.

- Herbata już się parzy - mruknął przy tym do mnie.

- Dziękuję. Kawa się robi - odpowiedziałam mu.

- Ja też chcę - powiedział z pretensją w głosie Czołg.

- Dlaczego Czołg? - zapytałam z autentycznym zaciekawieniem, ale też zadowolona ze zmiany tematu.

- Co dlaczego? - zapytał, ale miałam wrażenie, że dokładnie wiedział, o co pytałam, ale nie chciał odpowiedzieć, więc pochyliłam głowę nad talerzem i, żeby zamaskować moją niezdrową ciekawość, nie powtórzyłam pytania, tylko ugryzłam potężny kęs kanapki.

I zostałam za to tak ukarana, że aż zaczęłam dyszeć z otwartą buzią pełną kanapki, bo prawie się oparzyłam.

- Jezu, Lisa, uważaj! - krzyknął Mark.

- Dobhe, juh dobhe - wydusiłam, kiedy udało mi się złapać oddech.

Byłam pewna, że normalnie z oczu pociekłyby mi łzy.

Mark stał tuż przy mnie i czułam, że jego ciało było napięte, ale nie dziwiłam mu się, bo musiałam wyglądać jak ofiara nowego przestępstwa.

Nie wiem, co mnie napadło z tym gryzieniem.

Nigdy tak nie robiłam.

Chyba byłam trochę zdenerwowana obcym mężczyzną w mojej kuchni.

Mark odwrócił się, usłyszałam, że podszedł do lodówki, bo się otworzyła, potem usłyszałam otwieranie szafki, stukot o blat, nalewanie i w końcu o blat obok mojego talerza stuknęło, a na plecach poczułam dłoń Marka.

- Napij się zimnego soku - mruknął.

Przyznałam mu rację, że tego potrzebowałam, więc wyciągnęłam ostrożnie rękę w stronę, z której to usłyszałam, złapałam szklankę, podniosłam ją do ust i upiłam łyk.

Przyjemnie chłodny sok poratował wnętrze mojej buzi.

Jedliśmy później śniadanie w prawie całkowitej ciszy, a ja myślałam, że to było naprawdę dobre, że Mark miał takich dobrych przyjaciół, którzy rzucali wszystko, żeby przyjechać i pomóc mu w potrzebie.

Dobre dla Marka i dobre dla mnie.

*****

Po południu tego samego dnia

Chodziliśmy między alejkami sklepowymi z wózkiem, którego ja tylko trzymałam się kurczowo, ale to Mark nim kierował.

Bałam się.

Przed południem była u nas w domu pielęgniarka, która przypilnowała mojej inhalacji i nawilżania skóry przez mgiełkę rozpylaną z urządzenia, które kupił Mark, posmarowała mi kolana, moją spieczoną twarz, powieki i nos.

Powiedziała, że przyszła tylko ten jeden, jedyny raz, bo jej wizyty nie będą potrzebne, jeśli Mark pokaże jej, że nauczył się to robić.

A on bardzo cierpliwie wykonywał jej polecenia, a nawet dopytywał się o jakieś szczegóły, których nie widziałam, więc tylko ich słuchałam i cierpliwie czekałam, aż skończyli.

Była zadowolona, więc pożegnała się i miała nie wrócić.

Na lunch Mark odgrzał jakieś gotowe kluski, chyba gnocchi nadziewane serem, ale przez brak węchu, nie byłam pewna, bo smak też mi szwankował.

Coraz bardziej czułam tęsknotę za swobodnym dostępem do mojej kuchni, za możliwością gotowania.

Po lunchu spędziłam kilka godzin u Evy po tym, jak Mark odebrał kolejny telefon od kogoś i zaczął być nerwowy, tłumacząc się, że nie ma możliwości, żeby się spotkali, bo nie miał mnie z kim zostawić.

Mogłam zostać sama.

Nie powiedziałam tego.

Wzięłam do ręki swój telefon i zadzwoniłam do Evy z prośbą o spotkanie, nie pytając Marka o zgodę.

Rozmawiałyśmy przez głośnik, żeby Mark miał swój głos.

Eva, oczywiście, natychmiast zgodziła się, ale poprosiła, żeby to spotkanie odbyło się o niej w domu, bo robiła coś w ogródku.

Mark nie chciał się na to zgodzić aż do chwili, kiedy Eva przyrzekła mu, że nie ja wyjdę na słońce.

Umówiłyśmy się więc i pojechałam, to znaczy Mark mnie tam zawiózł, a Czołg wyjechał z domu przed nami, chociaż podejrzewałam, że również jechał na to spotkanie, co Mark.

Początkowo dziwnie mi było mówić do mężczyzny Czołg.

Ale potem zrozumiałam.

Kiedy bowiem sprzątaliśmy po lunchu, podszedł blisko za moje plecy, a chodził bardzo cicho, więc kiedy odwróciłam się, weszłam na niego.

Nie dosłownie.

Po prostu zrobiłam tak szybki krok w jego stronę, że nie zdążył się odsunąć i zderzyliśmy się przód do przodu.

I okazało się, że był wielki.

Większy od Davida, a nawet od Marka.

Prawie taki, jak Robert, na którego przecież wołali Big Ben.

I równie twardy.

Czułam się, jakbym weszła na ścianę.

Dobrze, że miałam obie dłonie przed sobą, bo bym się potłukła.

Więc ostatecznie, kiedy Mark zawiózł mnie do Evy, ona pracowała w ogródku, a ja siedziałam w jej bawialni, przy otwartych drzwiach na taras i rozmawiałyśmy przekrzykując się na dużą odległość.

Nie przez cały czas, bo zadzwoniłam do Sary.

Rozmawiałam o tym z Markiem, więc wziął ze sobą mój laptop, a Eva pomogła mi go uruchomić i włączyć Messengera, przez którego ostatnio rozmawiałam z Sarą.

Martwiłam się tym, jak jej powiedzieć, że zostałam poparzona i że nie widziałam, ale w tym również pomogła mi Eva.

Kiedy Eva wysłała z mojego konta sygnał do Sary, że chcę porozmawiać, ustaliłyśmy, że najpierw ona pokaże się mojej przyjaciółce z Anglii, by ją przygotować.

Nie byłam całkiem spokojna.

- Hej, Lisa - usłyszałam głos Sary, kiedy siedziałam obok Evy po tym, jak usłyszałyśmy sygnał przychodzącej rozmowy i skinęłam jej głową, by odebrała.

- Hej, Sara - powiedziała Eva - To ja.

- Och, Eva - usłyszałam strach w głosie Sary - Co się stało.

- Lisa tu jest - Eva starała się ją uspokoić, ale wiedziałam, że to nic nie dałoby, jeśli by zwlekała.

Ze zdenerwowania zacisnęłam palce swojej lewej dłoni na prawej.

- Saro - mówiła Eva - Lisa miała wypadek.

- Co się stało! - Sara krzyknęła ze strachem tak dużym, że wychyliłam się w stronę Evy - Lisa, to ty - usłyszałam, więc zrozumiałam, że weszłam w zasięg kamerki.

Miałam na oczach ciemne okulary, ale na pewno nadal było widać zaczerwienienia na skórze górnej części mojej twarzy i mój czerwony nos.

Nie byłam pewna tego, czy to było widoczne zza okularów, ale wiedziałam, że nie miałam brwi i włosy na moich skroniach były nadpalone, połamane, więc na pewno też nie wyglądały zbyt ładnie.

Zesztywniałam i odwróciłam powoli głowę w stronę, gdzie powinien być laptop z włączoną kamerką.

- O, Boże! - jęknęła Sara.

- Lisa została poparzona - wyjaśniała Eva cichym, łagodnym głosem.

- Sara, kochanie - odezwałam się - Już jest dobrze. Zaczęło się goić. Minął dopiero niecały tydzień. Za następny tydzień lub dwa nie będzie śladu.

- Ale… - Sara jąkała się nieporadnie - Co… Jak to się stało?

- Wpadłam w pułapkę - wyjaśniłam Sarze, a Eva lekko się odsunęła, dając mi możliwość rozmawiania z przyjaciółką, za co byłam jej wdzięczna - Zwabił mnie udając, że coś się stało Markowi, więc wybiegłam z domu wprost do niego.

 - Gdzie był Mark? - Sara zapytała ostro, więc uznałam, że oskarżała go o to, że nie zadbał o moje bezpieczeństwo.

- Miał ważne spotkanie - wyjaśniłam i próbowałam go bronić - Nie zostawił mnie samej. Chronił mnie jeden z jego przyjaciół, ale ja nie zadzwoniłam do nikogo, tylko pojechałam tam, gdzie tamten mi kazał.

- Lisa - powiedziała Sara - powinni wiedzieć. Nie powinni cię puścić.

Och, wiedziałam.

Sara zawsze uważała, że ja nie mogłam się mylić, a winę ponosił ktoś inny.

Nie tym razem.

- Saro - powiedziałam łagodnie, chociaż zdecydowanie - to była moja wina.

- Tak - mruknęła Sara i usłyszałam, że nie była przekonana, ale odpuściłam.

Trudno.

- Przeczytałam list od taty - powiedziałam jej coś, o co chciałam ją zapytać, albo może o czym chciałam jej powiedzieć i usłyszałam, że to ją zainteresowało, bo wciągnęła oddech jakby pytała No i… - Napisał mi o mojej mamie, o tym, jak bardzo mnie kochała. Napisał, że on bał się mnie kochać, bo bał się, że mógł mnie stracić. I napisał… - przełknęłam ślinę - Napisał mi, że w mojej rodzinie skumulowały się złe geny.

- Lisa - mruknęła obok mnie Eva, a Sara prychnęła niecierpliwie.

- Wiem - szepnęłam do Evy.

- To bzdura - powiedziała Sara.

- Słucham? - spytałam zdezorientowana.

- W tobie nie ma złych genów - powiedziała Sara z taką pewnością w głosie, jaką usłyszałam tylko raz, od Marka.

Zamarłam.

Mark powiedział mi to, bo mnie kochał.

Jaki powód do powiedzenia tego mogła mieć Sara?

Nie chciałam w to wnikać, więc chrząknęłam i powiedziałam tylko:

- Ania poprosiła Filipa, żeby wyciągnął dokumentację medyczną mojej mamy i brata.

- To nie będzie potrzebne - stwierdziła Sara.

- Będzie - powiedziałam jej pewnym tonem - Ania pobierze mi próbki do badań genetycznych. Musi wiedzieć, jakich chorób szukać.

- Saro - Eva wtrąciła się z boku w naszą rozmowę - Lisa chce mieć pewność, że ich dzieci będą zdrowe.

- Ale ja nie to chciałam powiedzieć - rzuciła Sara - Chodziło mi o to, że spakowałam ci do tamtej walizki pewne dokumenty, które były w twoim sejfie. Włożyłam je do szarej, dużej koperty i zapieczętowałam. Tam była również teczka z dokumentacją medyczną twojej mamy.

- Och - westchnęłam.

- Możesz je przejrzeć sama i sprawdzić, na co chorował twój brat… - mówiła Sara, a do mnie dotarło, że nie powiedziałam jej, że nie mogłam tego zrobić sama - na co zmarła twoja mama, dlaczego twój brat urodził się martwy. Do tej pory nie chciałaś tego poruszać, ja nie chciałam tego poruszać, ale teraz to jest ważne, więc musisz to przeczytać.

- Nie mogę - powiedziałam cicho.

- Możesz i musisz - powiedziała z pasją Sara, a ja opuściłam głowę.

Poczułam, ze Eva złapała mnie za rękę i wiedziałam, że ona poczuła to, co ja, że rozumiała mnie, więc nabrałam odwagi.

- Saro - powiedziałam poważnie cichym głosem - ja nie widzę.

- Och! - usłyszałam, że Sara gwałtownie wciągnęła powietrze.

- To minie - powiedziałam jej to z taką pewnością w głosie, jakbym w to wierzyła, bo nie chciałam, żeby się martwiła - …ale na razie nie mogę sama przeczytać tych dokumentów.

Sara przez chwilę milczała, ale potem pozbierała się.

- Cóż - powiedziała - to może Mark ci je przeczyta.

Usłyszałam to.

Usłyszałam w jej głosie, że to mocno przeżyła.

Dużo mocniej niż nawet najlepsza przyjaciółka.

Być może usłyszałam to po poprzednim wybuchu, który porównałam do wybuchu Marka, ale stało się to dla mnie jasne.

Sara cierpiała, bo ja cierpiałam.

Nagle zaczęłam się zastanawiać jakim cudem mogłam być przez tyle lat taka ślepa.

Sara mnie kochała.

Ja kochałam ją jak przyjaciółkę, ale z jej strony to było coś więcej.

To dlatego nigdy nie miała faceta.

To dlatego zawsze miała dla mnie czas.

To dlatego tak się zawsze cieszyła, kiedy do niej dzwoniłam z jakiegokolwiek powodu.

A ja ją zawsze wykorzystywałam.

Nie chciałam, by to było po mnie widać, że się domyślałam.

Starałam się brzmieć swobodnie, kiedy rozmawiałyśmy o jej mamie, która była już w hospicjum w ostatniej fazie choroby, kiedy opowiadałam jej o dzieciach Sophie i nowym domu Maggie, którego jeszcze nie widziałam.

A potem rozłączyłyśmy się, Eva poszła do pracy w swoim ogródku, a ja siedziałam na jej tarasie, grzecznie unikając słońca, i myślałam.

Myśląc o Sarze i naszych latach przyjaźni, o moim egoizmie, zdjęłam automatycznie okulary i delikatnie, bez uciskania położyłam palce jednej dłoni na obu na powiekach.

Nie bolało.

Pielęgniarka przed południem powiedziała mi, że powieki mogły w każdej chwili się rozchylić i dlatego musiałam uważać w jasnym miejscu, by nie urazić zbyt nagłym oświetleniem oka, które odzwyczaiło się od światła.

Westchnęłam, opuściłam rękę, oparłam głowę o poduszkę za moim karkiem i spojrzałam przed siebie przez wciąż zamknięte powieki.

I wtedy to zobaczyłam.

- Eva! - zawołałam nagląco.

Zaniepokojona tym przyjaciółka podbiegła do mnie natychmiast, porzucając wszystko, co robiła.

- Co się stało, kochanie? - usłyszałam z bliska.

- Widzę jasność - powiedziałam jej.

- To dobrze - powiedziała i usłyszałam w jej głosie taka radość, że wiedziałam, że taką radość mogłabym usłyszeć od mojej mamy, gdyby przekonała się, że zdrowiałam - Ale załóż okulary, bo sobie podrażnisz oczy.

- Tak - szepnęłam do niej z uśmiechem i posłusznie założyłam na nos okulary przeciwsłoneczne, które przez cały czas ściskałam w drugiej ręce.

Godzinę później przyjechał Mark, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do sklepu, a od razu po drodze, w jego pickupie, powiedziałam mu o rozmowie z Sarą, o dokumentach mojej mamy, o moich podejrzeniach, a przede wszystkim o tym, że widziałam jasność i ciemność.

Same dobre rzeczy.

No, prawie.

Ale moje paplanie spowodowało, że Mark nie powiedział mi czegoś bardzo ważnego, co mnie później zdenerwowało, a nawet wystraszyło.

Kiedy bowiem chodziliśmy alejkami sklepowymi, odkryłam, że przez te kilka dni nauczyłam się słuchać.

Rozróżniałam kroki Marka od kroków innych ludzi.

Kiedy odchodził na chwilę od wózka, zawsze wiedziałam, gdzie był i kiedy zaczynał do  mnie wracać.

Ale również odróżniałam kroki osób, które przechodziły obok, więc usłyszałam tego człowieka, skoro chodził za nami.

Przestraszyłam się, a potem postanowiłam powiedzieć o tym Markowi.

Kiedy wrócił do mnie po tym, jak go posłałam po z ryż w torebkach i makaron na zapiekankę, złapałam go za ramię i pociągnęłam jego ucho do wysokości swojej twarzy, kiedy je wrzucał do wózka.

- Ktoś nas śledzi - szepnęłam tam.

- Skąd wiesz? - Mark nie przejął się tylko zaciekawił, co mnie zdziwiło.

- Słyszę, że jeden człowiek idzie za nami przez cały czas - poinformowałam go, starając się nie odwracać nerwowo, ale skinąwszy głową w tamtą stronę.

Mark nas zatrzymał, odwrócił się w kierunku, gdzie powinien być człowiek, o którym mówiłam i mruknął „Taylor”.

Tak jak Ania w szpitalu!

- Zgadza się - odmruknął tamten i usłyszałam, jak wziął coś z półki, by to wrzucić do koszyka, który, jak podejrzewałam, trzymał.

Ruszyliśmy przed siebie, robiąc nadal zakupy, kiedy Mark mi powiedział, że poprosił swojego tatę o to, by pomógł mu mnie ochraniać w szpitalu i, najwyraźniej, jego tata przejął te obowiązki również poza szpitalem.

To byli jego ludzie.

Ale Mark mówił mi to wszystko z rozbawieniem w głosie, więc ponownie zaczęłam się na niego denerwować.

Śmiał się ze mnie.

Uch!

- Lady - Mark pochylił się i mruknął mi prosto do ucha, kiedy zauważył moje zdenerwowanie - Jak powiem temu facetowi, jaki z niego do dupy „cień”, to zapadnie się ze wstydu pod ziemię.

Natychmiast mi przeszło.

- Jak to? - zdziwiłam się.

- Wiesz co to znaczy, jak na kogoś mówią cień? - zapytał mnie.

- No… - zawahałam się - Jak ktoś kogoś śledzi?

- Jak ktoś za kimś podąża - częściowo zgodził się ze mną - By go śledzić lub dyskretnie ochraniać.

Och, więc to dlatego kiedyś na Marka mówili Cień?

- A ty go wyczaiłaś, nic nie widząc - dodał Mark bardzo zadowolonym tonem głosu.

Nie powiedziałam Markowi, że odróżniałam słuchem jego kroki od kroków innych ludzi.

Nie wiedziałam, czy mu się do tego przyznać, więc tego nie zrobiłam.

Postanowiłam zrobić mu niespodziankę w domu i, być może, zażartować sobie z niego i Czołga, jak oni żartowali sobie czasem ze mnie.

- Więc to są przyjaciele twojego taty? - w zamian spytałam go o coś innego, co mnie zaciekawiło.

- Tak - mruknął w zamyśleniu Mark, bo chyba mnie zrozumiał.

Mieliśmy bardzo licznych przyjaciół.

*****

Mark

Tydzień później

Mark wracał do domu ze spotkania i wściekał się jak cholera na pieprzonych facetów, chociaż nadal sądził, że byli jego przyjaciółmi.

Nie chodziło o to, że oni się nie przejmowali, ale o to, że on przejmował się za bardzo, bo chcieli postawić na szali bezpieczeństwo jego Lady.

Następnego dnia po jej rozmowie z Sarą, Lisa wydobyła kopertę o której wspominała jej przyjaciółka i dała ją Markowi do rozpieczętowania.

Mark wydobył z niej różne dokumenty, w tym metrykę urodzenia Caroline i jej taty, ale na razie zainteresowała ich tylko teczka z opisem przebiegu choroby i śmierci mamy i brata Lisy.

Coś, o czym poinformował Filipa, że mieli, żeby nie grzebał nielegalnie w zapiskach medycznych szpitali w Anglii.

Mark przeczytał wszystko, co potrzebowali wiedzieć, swojej kobiecie na głos, trzymając ją przez cały ten czas przytuloną do siebie na swoich kolanach, kiedy siedzieli na kanapie w ich salonie, dziękując Chrystusowi, że pieprzony Czołg to zrozumiał i wyniósł się na wieczór w cholerę z ich domu.

Jej brat miał wrodzoną wadę serca, którą można było zoperować już u dziecka w brzuchu mamy, co wiedział nawet Mark, który niezbyt dobrze orientował się w takich sprawach.

Akurat o czymś takim słyszał, chociaż, oczywiście, należałoby to skonsultować z lekarzami.

Mogli kiedyś zapytać o to Anię.

Ważniejsze było to, że mama Lisy miała raka piersi, o którym nie wiedziała, bo nie badała się, a kiedy się o nim dowiedziała, nie chciała go leczyć, chociaż, według zapisków lekarzy, proponowano jej usunięcie piersi, co dałoby jej prawie stu procentową możliwość przeżycia jeszcze kilkunastu lub kilkudziesięciu lat.

Wykrycie bardzo zaawansowanego stadium choroby, czyli przerzutów do innego narządu, dopiero podczas drugiego trymestru ciąży, uniemożliwiło wyleczenie.

Mark widział jak bardzo, chociaż cicho, przeżywała to Lisa, więc nie rozmawiał z nią o tym tego pierwszego dnia.

Później postarał się jednak wydobyć z niej wyznanie co do tego, co czuła.

Było źle.

Jego Lady poczuła się porzucona i zdradzona przez mamę.

Dlatego właśnie Mark postanowił kiedyś poszukać pomocy jakiegoś terapeuty, który pomógłby Lisie przejść nad tymi nowinami do porządku.

Na razie miał jednak inne priorytety.

A działo się w ich życiu bardzo dużo.

Po pierwsze Ania przyniosła im wyniki badania w kierunku nosicielstwa przez Lisę hemofilii, które szczęśliwie wypadło negatywnie.

Po drugie pobrała jej próbki, by zbadać ją w kierunku prawdopodobieństwa zachorowania na raka piersi, ale, chociaż na te wyniki musieli poczekać, już wiedzieli, że mogli mieć zdrowe dzieci.

Mark zadbał więc, żeby jego Lady spotkała się z ginekologiem i przywróciła kontrolę swojej płodności tylko po to, żeby nie musieli martwić się ciążą, zanim będą na nią gotowi.

A ponieważ zaczęli znowu myśleć o dzieciach, więc Mark pomyślał o czymś jeszcze, a mianowicie o wykończeniu kącika czytelniczego na galerii przed wejściem do ich apartamentu.

Porozmawiał o tym z Sophie, bo chciał, żeby Lisa miała niespodziankę od niego, ale sam nigdy nie umiałby tego zrobić.

Po trzecie skóra na twarzy Lisy goiła się bardzo dobrze i to samo dotyczyło jej powiek, więc w każdej chwili można było się spodziewać, że Lisa zacznie widzieć.

Za dwa dni mieli umówioną wizytę u lekarza w tej spawie.

Ich przyjaciele bardzo im pomagali, więc Lisa ani na chwilę nie pozostawała sama, nawet, jeśli, tak jak tego popołudnia, Mark musiał pojechać na spotkanie z mężczyznami.

Bywało, że w takich chwilach zabierała ją któraś z kobiet lub Mark ją do którejś zawoził, bo zbliżały się dwa wydarzenia, o których tamte bez przerwy mówiły.

Jednym było, mające nastąpić dosłownie na dniach, urodzenie przez Maggie trzeciego dziecka jej i Davida, więc Lisa była w odwiedzinach u niej w domu jej i Davida.

Markowi podobał się tamten dom.

Był ciepły, swojski, przytulny w taki sposób, a jaki człowiek czuje się swojsko i przytulnie w domu babci.

Wcześniej Mark dziwił się, że Sophie i Maggie używały tej nazwy w odniesieniu do tego domu, bo jemu takie kojarzyły się wyłącznie z małymi chatkami z dwiema sypialniami.

Nie tym razem.

Ten dom już miał ich pięć, nie mówiąc o pokoju gościnnym i gabinecie do pracy Maggie, a Sophie z zadowoleniem, wskazywała miejsce, gdzie mogła dobudować następne.

Spotkania Lisy z kobietami, Alekiem i Samem miały również związek z tym, że za miesiąc miał być ślub Ani i Filipa, na który co prawda nie przygotowywano nic specjalnego, ale Mark miał się przekonać, że pieprzone „nic specjalnego” w wydaniu Aleka było nadal cholernie bardzo starannie przygotowane.

Miał to być ślub w formie grilla, na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w którym mieszkała kiedyś Lisa z Sarą i Frankiem, a Alek planował pieprzony catering, kwiaty i inne gówno z taka precyzją i przejęciem, że Mark, jak inni mężczyźni, spieprzał na sam dźwięk jego cholernego głosu.

Kobiety zabrały Lisę do fryzjera, by poprawił jej fryzurę po nadpaleniu na skroniach, więc teraz jej włosy były krótsze i wycieniowane.

Na ten ślub nie zamierzała zakładać nic specjalnego, ale Mark wolałby ja zobaczyć jeszcze raz w sukni podobnej do tej z balu.

Jeszcze zdąży to zrobić.

Lisa wyglądała już prawie całkiem na zdrową, chociaż na jej twarzy nadal skóra była innego koloru  w miejscu, gdzie było podrażnienie ogniem.

Brwi jej nie odrosły do końca, ale już pojawił się ich meszek, który kobiety pomagały jego Lady lekko barwić tuszem.

Mark tego nie potrzebował.

Czekał z niepokojem i niecierpliwością na dzień, kiedy znowu zobaczy jej piękne zielone oczy i ten błysk radości, złości lub inteligencji, jaki się w nich pojawiał.

Z niepokojem, bo lekarza martwiło to, że uzdrowienie trwało tak długo.

Fizycznie było wszystko dobrze, więc prawdopodobną przyczyną tego, że Lisa nie otwierała oczu była jej psychika.

Ale dlaczego, nikt nie wiedział.

Tym bardziej, że sama Lisa bardzo chciała widzieć.

Mark nakrył ją kiedyś na cichym płaczu nad ich kuchenką, kiedy przyszła pora na ugotowanie kolacji.

Wiedział, że Lisa lubiła dla niego gotować.

Tęskniła za tym.

Ale najważniejszą sprawą było złapanie szefa tego cholernego podpalacza.

Samego podpalacza złapali właściwie bez problemów.

Jako porywacz podlegał prawu federalnemu, więc zajęła się nim FBI i potrzebowali tylko trochę podpowiedzi i rozmów motywacyjnych, by zajęli się tym natychmiast.

Mark przy okazji dowiedział się, że David z Filipem, a także jego tata, współpracowali wcześniej z FBI.

Właściwie nie dziwił się.

Jego były pracodawca natomiast nawiązał współpracę z szefem MI6, obecnie nazywającą się Secret Intelligence Service, czyli ze swoim odpowiednikiem w UK.

Efektem tego było postawienie zarzutów podżegania do zabójstwa, opłacanie go, księżnej Charlotcie, co było zjawiskiem precedensowym, ale zostało utajnione, więc opinia publiczna nigdy się o tym nie dowie.

Chyba, że nastąpi niespodziewany wyciek informacji.

Chwilowo Rober Flesh i jego kumple pilnowali, by go nie było, bo nadal nie złapali najważniejszego w tym wszystkim człowieka, czyli tego, kto pobierał pieniądze i kierował tamtym szajbusem.

 Właśnie w tej sprawie odbywało się spotkanie facetów w mieszkaniu Filipa, z którego Mark wracał tego dnia.

Padła na nim propozycja, by zorganizować pułapkę na faceta.

Pieprzony Driver i jebany Strzała poddali pod cholerną dyskusję totalnie porąbany pomysł, by Lisa była przynętą.

- Nie ma, kurwa, mowy - natychmiast warknął Mark.

- Będzie chroniona - argumentował Driver.

- Nie ma. Kurwa. Mowy! - powtórzył Mark niższym głosem.

David, Jimmy, a nawet Filip zgadzali się z nim całkowicie i Mark to widział i słyszał, bo wszyscy warczeli wściekle na słowa Drivera.

- Cień, ona da radę - mruknął Czołg, co zdziwiło Marka jak cholera, ale też musiał przyznać mu częściowo rację.

Zdziwiło, bo wiedział, że facet lubił Lisę.

Ale musiał mu przyznać rację, bo Lisa była niesamowita.

Dwa dni temu bowiem wyrolowała ich koncertowo.

Mark wracał po kolejnej rozmowie telefonicznej ze swojego biura do kuchni, kiedy usłyszał wołanie Lisy „kochanie”.

Uznał wtedy, że znowu, jak podczas ich pierwszego spotkania, pomyliła go z Czołgiem i jego kumpel najwyraźniej pomyślał tak samo, więc obaj nie odezwali się, czekając z uśmieszkami na rozwój wypadków.

Wydawało im się to zabawne, że Lisa ich myliła.

Markowi przeszła chęć do śmiechu, kiedy zobaczył, że złapała za brzeg swojej koszulki, by podnieść ją i zdjąć przez głowę, a jednocześnie poprosiła.

- Czy mógłbyś mi pomóc z tym…

O, nie.

Tego nie zamierzał znosić.

Czołg też wyglądał, jakby miał zamiar spierdalać gdzie pieprz rośnie, by nie widzieć, jak się obnażała.

Ona jednak przeciągnęła koszulkę przez głowę błyskawicznie, a potem odwróciła się do Marka i zaśmiała się na głos.

Miała pod spodem drugą koszulkę, więc Mark i Czołg dowiedzieli się, że to wszystko było przez nią ukartowane.

Zauważył, że zdążył warknąć.

Czołg zdążył jęknąć ze strachem.

Ale, niezależnie od tego, później pomyślał, że zobaczyła ich.

Okazało się, że usłyszała.

Lisa przyznała im się, że odróżniała ich kroki, co nie byłby takie dziwne dla Marka, ale Czołg chodził bezszelestnie!

Mark nie znał człowieka, który zdołałby go usłyszeć.

Lisa słyszała.

Również po ich domu poruszała się sprawnie, nigdy nie wchodząc na żadne meble czy ściany, nie spadła ze stopnia, nie potknęła się.

Znała ich dom nawet lepiej niż Mark.

Więc może tak.

Poradziłaby sobie.

A poza tym mieli wielu przyjaciół, którzy by ją kryli.

Nadal, Mark był przeciwko narażaniu jej na najmniejsze nawet niebezpieczeństwo.


2 komentarze: