Lisa
Następnego dnia
Obudziłam
się z dziwnym uczuciem, że powinnam wstawać, że już była na to pora, chociaż
nie wiedziałam, która była godzina.
Mark
leżał za moimi plecami, przytulając mnie mocno do swojego przodu ramionami,
którymi owijał mnie dokładnie tak, jak to robił, kiedy zasypialiśmy.
To
było po tym, jak ze wstydem, jąkając się i pragnąc schować się do mysiej
dziury, wreszcie przyznałam mu się,
że kiedyś płaciłam za seks.
-
Co takiego? - Mark zapytał rozbawiony.
Z
jakże.
Powinnam
była to przewidzieć.
To
było śmieszne, że dorosła, młoda
kobieta musiała płacić za seks, żeby mieć pewność, że jej kochanek nie wyda
jej, nie doniesie do prasy tego, jakiego rodzaju był ich związek.
Wyjaśniłam
to wreszcie Markowi, a wtedy, kiedy to zrozumiał, cóż, to było dla mnie piękne.
Mark
jęknął z bólem, jakby dotarło do niego jak bardzo nienormalne było kiedyś moje
życie, życie zanim go poznałam.
I
dał mi wsparcie.
Przytulał
mnie do swojego przodu tak długo, aż mu opowiedziałam, że nigdy nie widziałam
żadnego z moich kochanków, bo spotykaliśmy się wyłącznie po ciemku, że z żadnym
z nich nie przeżyłam tak wspaniałego orgazmu, jak z nim, że nie pozwoliłam im
się zobaczyć, bo wstydziłam się tego, jak wyglądałam.
A
potem pokazał mi, że podobało mu się to, jak wyglądałam.
Ze
szczegółami, całując każdy dostępny kawałek mojego ciała, a potem moje mniej
dostępne kawałki, aż jego język dotarł do moich wilgotnych zakamarków, więc
doszłam tego wieczoru po raz drugi, tym razem od pieszczot mojego wrażliwego
miejsca numer jeden.
Więc
zapytałam go, czy pozwoliłby mi spróbować jego „wrażliwego miejsca”, ale on
powiedział Może kiedyś i słyszałam
uśmiech w jego głosie.
Mogłam
się na to zgodzić, bo wolałabym to widzieć.
Więc
zdecydowałam, że poczekam.
Położyliśmy
tak, przytuleni przez niego mój-tył-do-jego-przodu i spaliśmy nieruchomo przez
całą noc.
Do
teraz.
Poczułam,
że moja potrzeba wstania była fizjologiczna, więc zaczęłam wysuwać się z ramion
Marka, a wtedy zacisnęły się one z taką mocą, że zabrakło mi tchu.
-
Mark - stęknęłam głośno.
Jego
ramiona nagle się rozluźniły, a potem podniósł się do oparcia na łokciu, przekręcił
mnie do siebie na plecy i zawisł nade mną.
Byłam
pewna, że wpatrywał się w moją twarz.
-
Lisa - powiedział przestraszonym głosem.
-
Tak, kochanie - szepnęłam, wyciągając rękę, by znaleźć jego policzek i objąć go
wnętrzem dłoni - To ja, jestem tu.
Pochylił
głowę bliżej nade mną i pocałował mnie gwałtownie, z języczkiem, ale krótko.
Odsunął
się ode mnie i zrozumiałam, że nadal był zaspany, bo wymamrotał - Która godzina?
- całkiem zapominając, że nie widziałam.
Ale
ja miałam dla niego niespodziankę.
Wysunęłam
się spod niego, przekręciłam, sięgnęłam ręką po telefon, leżący na mojej szafce
nocnej, dotknęłam go kciukiem, by odblokować, a potem kolejne dwa razy, jak
nauczył mnie Filip.
-
Szósta pięćdziesiąt rano -
usłyszeliśmy miły, damski głos.
-
Co do… - Mark wymamrotał zaskoczony, a potem wziął ode mnie telefon i bez wątpienia
chciał go zbadać.
Nie
pozwoliłam mu na to.
-
Filip ustawił mi kilka udogodnień - wyjaśniłam mu z radością, biorąc swój telefon
z powrotem do ręki - Coś ci pokażę.
Nacisnęłam
boczny przycisk, jak mnie nauczył Filip, podniosłam telefon do swojej twarzy i
powiedziałam Dzwoń do Marka.
Na
szafce nocnej po Marka stronie łóżka rozległ się dzwonek jego telefonu.
Przekręcił
się tam, wyłączył go i, śmiejąc się cicho, powiedział z podziwem w głosie - Ty mała
spryciarko.
Uśmiechnęłam
się z zadowoleniem.
-
Mamy dobrych przyjaciół - wyjaśniłam mu - To Filip.
-
Tak - szepnął Mark - …mamy dobrych przyjaciół.
Poczułam,
że się znowu nade mną pochylił, by mnie pocałować, przyjęłam ten pocałunek, ale
tym razem to ja go przerwałam, odsuwając delikatnie jego tułów ręką opartą na
jego barku.
-
Muszę wstać, kochanie - powiedziałam mu.
Niechętnie
odsunął się i wypuścił mnie z łóżka.
Znalazłam
laskę, poszłam do łazienki i zrobiłam, co potrzebowałam, tym razem bez asysty
ukochanego, który wreszcie uwierzył, że mogłam poradzić sobie bez niego w
toalecie.
*****
Kilka godzin później
Kiedy
wstaliśmy ostatecznie z Markiem z łóżka, poszliśmy do kuchni, ja z wyciągniętą
laską, z którą uczyłam się chodzić, dowiedziałam się, że było coś, czego bardzo mi brakowało w związku z tym, że
nie widziałam.
Nie
mogłam przygotować śniadania.
Oczywiście,
Mark bez pytania przygotował je, to znaczy zrobił dla nas zapiekane kanapki w
opiekaczu, który kupiłam jakiś czas temu, ale mogłam tylko siedzieć i
nasłuchiwać, co robił, bo nawet nie czułam zapachu przygotowywanego posiłku.
Potem
Mark poszedł do swojego biura, kiedy ktoś do niego zadzwonił, ale stanowczo
zabronił mi podchodzenia do opiekacza, żebym się nie oparzyła.
Więc
do opiekacza nie podchodziłam.
Podeszłam
natomiast do ekspresu, sprawdziłam, czy miał nasypaną kawę, dolałam wodę, tylko
trochę jej rozlewając na bok, a potem znalazłam na pamięć kubek Marka w szafce
nad ekspresem i podstawiłam go pod wylew ekspresu, by włączyć odpowiedni
przycisk, kiedy usłyszałam, jak wchodził do kuchni.
-
Americano dla ciebie już się robi… - powiedziałam zadowolona z siebie - mógłbyś
zrobić mi herbatę?
-
Oczywiście, kochanie - usłyszałam obcy głos zza pleców, więc podskoczyłam,
złapałam się prawą ręką blatu, a lewą wyciągnęłam przed siebie w stronę głosu i
wrzasnęłam ze strachu.
Usłyszałam
szybkie kroki Marka, kiedy biegł od strony swojego biura.
-
Czołg, do kurwy nędzy - krzyknął Mark
z wściekłością na tego kogoś, kto mnie przestraszył - mówiłem ci, żebyś cholernie
poczekał aż powiem jej, że mieszkasz w pieprzonym pokoju gościnnym.
Dotarło
do mnie, że chodziłam po domu w koszulce i szortach, bez stanika i nie
uczesana, kiedy był tam obcy mężczyzna.
-
Może, do kurwy nędzy, należało to cholernie zrobić, zanim przyszliście do pieprzonej kuchni - powiedział basem ktoś,
czyj głos kojarzyłam, chociaż robiłam to słabo.
-
Język, panowie! - warknęłam ze
złością.
Reakcją
na to był śmiech.
Ale jaki!
Wspaniały!
Dźwięczny,
niski śmiech Marka, który czułam głęboko w sobie, znałam i kochałam,
a teraz dołączył do niego ogłuszający, dudniący ryk.
Był
nawet bardziej ogłuszający i dudniący niż ryk Davida, ale w dziwny sposób dawał
mi poczucie bezpieczeństwa.
Rozluźniłam
się.
Mark
podszedł do mnie, objął mnie w talii i podprowadził mnie do wyspy, przy której
wyczułam czyjąś obecność.
-
Lisa - powiedział mi Mark - to jest mój dawny przyjaciel, George, ale wszyscy
mówią na niego Czołg.
-
Tak… - powiedział tamten - i nie
odezwę się, jak powiesz do mnie George. A tak w ogóle to my już się
spotkaliśmy. To znaczy ja cię widziałem.
-
To ty jeździsz GMC? - spytałam, bo
mnie olśniło.
To
był ten kumpel, o którym wspominał Mark.
Przyjaciel
z dawnych czasów, który przyjechał specjalnie, by mu pomóc mnie chronić, kiedy
tego potrzebowałam.
-
Tak - powiedział Czołg i usłyszałam zadowolenie w jego głosie - Twoja kobieta
jest bystra, Cień, zauważyła mnie - powiedział, kierując te słowa najwidoczniej
do Marka.
-
Cień? - spytałam, podnosząc głowę do mojego mężczyzny i przekrzywiając ją z
ciekawości.
-
Dawne dzieje - mruknął Mark.
-
To ty… niosłeś mnie do samochodu tam… - zapytałam jeszcze w stronę obcego dla
mnie mężczyzny, ale mniej zdecydowanie, bo nie chciałam wspominać tamtych
chwil, tamtego bólu.
-
Ta - usłyszałam również cichsze, niewyraźne chrząknięcie Czołga i dziwnie
urwane westchnienie Marka.
Chyba
odwrócił się w stronę opiekacza, bo potem usłyszałam, że wyjmował z szafki
talerze, wrzucał na nie kanapki i postawił parujący talerz przede mną, kiedy ja
już usiadłam przy wyspie.
-
Herbata już się parzy - mruknął przy tym do mnie.
-
Dziękuję. Kawa się robi - odpowiedziałam mu.
-
Ja też chcę - powiedział z pretensją
w głosie Czołg.
-
Dlaczego Czołg? - zapytałam z autentycznym
zaciekawieniem, ale też zadowolona ze zmiany tematu.
-
Co dlaczego? - zapytał, ale miałam wrażenie, że dokładnie wiedział, o co
pytałam, ale nie chciał odpowiedzieć,
więc pochyliłam głowę nad talerzem i, żeby zamaskować moją niezdrową ciekawość,
nie powtórzyłam pytania, tylko ugryzłam potężny kęs kanapki.
I
zostałam za to tak ukarana, że aż zaczęłam dyszeć z otwartą buzią pełną kanapki,
bo prawie się oparzyłam.
-
Jezu, Lisa, uważaj! - krzyknął Mark.
-
Dobhe, juh dobhe - wydusiłam, kiedy udało mi się złapać oddech.
Byłam
pewna, że normalnie z oczu pociekłyby mi łzy.
Mark
stał tuż przy mnie i czułam, że jego ciało było napięte, ale nie dziwiłam mu
się, bo musiałam wyglądać jak ofiara nowego przestępstwa.
Nie
wiem, co mnie napadło z tym gryzieniem.
Nigdy
tak nie robiłam.
Chyba
byłam trochę zdenerwowana obcym mężczyzną w mojej kuchni.
Mark
odwrócił się, usłyszałam, że podszedł do lodówki, bo się otworzyła, potem
usłyszałam otwieranie szafki, stukot o blat, nalewanie i w końcu o blat obok
mojego talerza stuknęło, a na plecach poczułam dłoń Marka.
-
Napij się zimnego soku - mruknął.
Przyznałam
mu rację, że tego potrzebowałam, więc wyciągnęłam ostrożnie rękę w stronę, z
której to usłyszałam, złapałam szklankę, podniosłam ją do ust i upiłam łyk.
Przyjemnie
chłodny sok poratował wnętrze mojej buzi.
Jedliśmy
później śniadanie w prawie całkowitej ciszy, a ja myślałam, że to było naprawdę
dobre, że Mark miał takich dobrych
przyjaciół, którzy rzucali wszystko, żeby przyjechać i pomóc mu w potrzebie.
Dobre
dla Marka i dobre dla mnie.
*****
Po południu tego samego dnia
Chodziliśmy
między alejkami sklepowymi z wózkiem, którego ja tylko trzymałam się kurczowo,
ale to Mark nim kierował.
Bałam
się.
Przed
południem była u nas w domu pielęgniarka, która przypilnowała mojej inhalacji i
nawilżania skóry przez mgiełkę rozpylaną z urządzenia, które kupił Mark, posmarowała
mi kolana, moją spieczoną twarz, powieki i nos.
Powiedziała,
że przyszła tylko ten jeden, jedyny raz, bo jej wizyty nie będą potrzebne,
jeśli Mark pokaże jej, że nauczył się to robić.
A
on bardzo cierpliwie wykonywał jej polecenia, a nawet dopytywał się o jakieś
szczegóły, których nie widziałam, więc tylko ich słuchałam i cierpliwie czekałam,
aż skończyli.
Była
zadowolona, więc pożegnała się i miała nie
wrócić.
Na
lunch Mark odgrzał jakieś gotowe kluski, chyba gnocchi nadziewane serem, ale
przez brak węchu, nie byłam pewna, bo smak też mi szwankował.
Coraz
bardziej czułam tęsknotę za swobodnym dostępem do mojej kuchni, za możliwością gotowania.
Po
lunchu spędziłam kilka godzin u Evy po tym, jak Mark odebrał kolejny telefon od
kogoś i zaczął być nerwowy, tłumacząc się, że nie ma możliwości, żeby się
spotkali, bo nie miał mnie z kim zostawić.
Mogłam
zostać sama.
Nie
powiedziałam tego.
Wzięłam
do ręki swój telefon i zadzwoniłam do Evy z prośbą o spotkanie, nie pytając
Marka o zgodę.
Rozmawiałyśmy
przez głośnik, żeby Mark miał swój głos.
Eva,
oczywiście, natychmiast zgodziła się, ale poprosiła, żeby to spotkanie odbyło
się o niej w domu, bo robiła coś w ogródku.
Mark
nie chciał się na to zgodzić aż do chwili, kiedy Eva przyrzekła mu, że nie ja wyjdę na słońce.
Umówiłyśmy
się więc i pojechałam, to znaczy Mark mnie tam zawiózł, a Czołg wyjechał z domu
przed nami, chociaż podejrzewałam, że również jechał na to spotkanie, co Mark.
Początkowo
dziwnie mi było mówić do mężczyzny Czołg.
Ale
potem zrozumiałam.
Kiedy
bowiem sprzątaliśmy po lunchu, podszedł blisko za moje plecy, a chodził bardzo
cicho, więc kiedy odwróciłam się, weszłam na niego.
Nie
dosłownie.
Po
prostu zrobiłam tak szybki krok w jego stronę, że nie zdążył się odsunąć i
zderzyliśmy się przód do przodu.
I
okazało się, że był wielki.
Większy
od Davida, a nawet od Marka.
Prawie
taki, jak Robert, na którego przecież wołali Big Ben.
I
równie twardy.
Czułam
się, jakbym weszła na ścianę.
Dobrze,
że miałam obie dłonie przed sobą, bo bym się potłukła.
Więc
ostatecznie, kiedy Mark zawiózł mnie do Evy, ona pracowała w ogródku, a ja
siedziałam w jej bawialni, przy otwartych drzwiach na taras i rozmawiałyśmy
przekrzykując się na dużą odległość.
Nie
przez cały czas, bo zadzwoniłam do Sary.
Rozmawiałam
o tym z Markiem, więc wziął ze sobą mój laptop, a Eva pomogła mi go uruchomić i
włączyć Messengera, przez którego ostatnio rozmawiałam z Sarą.
Martwiłam
się tym, jak jej powiedzieć, że zostałam poparzona i że nie widziałam, ale w
tym również pomogła mi Eva.
Kiedy
Eva wysłała z mojego konta sygnał do Sary, że chcę porozmawiać, ustaliłyśmy, że
najpierw ona pokaże się mojej przyjaciółce z Anglii, by ją przygotować.
Nie
byłam całkiem spokojna.
-
Hej, Lisa - usłyszałam głos Sary, kiedy siedziałam obok Evy po tym, jak
usłyszałyśmy sygnał przychodzącej rozmowy i skinęłam jej głową, by odebrała.
-
Hej, Sara - powiedziała Eva - To ja.
-
Och, Eva - usłyszałam strach w głosie Sary - Co się stało.
-
Lisa tu jest - Eva starała się ją
uspokoić, ale wiedziałam, że to nic nie dałoby, jeśli by zwlekała.
Ze
zdenerwowania zacisnęłam palce swojej lewej dłoni na prawej.
-
Saro - mówiła Eva - Lisa miała wypadek.
-
Co się stało! - Sara krzyknęła ze
strachem tak dużym, że wychyliłam się w stronę Evy - Lisa, to ty - usłyszałam,
więc zrozumiałam, że weszłam w zasięg kamerki.
Miałam
na oczach ciemne okulary, ale na pewno nadal było widać zaczerwienienia na
skórze górnej części mojej twarzy i mój czerwony nos.
Nie
byłam pewna tego, czy to było widoczne zza okularów, ale wiedziałam, że nie
miałam brwi i włosy na moich skroniach były nadpalone, połamane, więc na pewno też
nie wyglądały zbyt ładnie.
Zesztywniałam
i odwróciłam powoli głowę w stronę, gdzie powinien być laptop z włączoną
kamerką.
-
O, Boże! - jęknęła Sara.
-
Lisa została poparzona - wyjaśniała Eva cichym, łagodnym głosem.
-
Sara, kochanie - odezwałam się - Już jest dobrze. Zaczęło się goić. Minął
dopiero niecały tydzień. Za następny tydzień lub dwa nie będzie śladu.
-
Ale… - Sara jąkała się nieporadnie - Co… Jak to się stało?
-
Wpadłam w pułapkę - wyjaśniłam Sarze, a Eva lekko się odsunęła, dając mi
możliwość rozmawiania z przyjaciółką, za co byłam jej wdzięczna - Zwabił mnie
udając, że coś się stało Markowi, więc wybiegłam z domu wprost do niego.
- Gdzie był Mark? - Sara zapytała ostro, więc
uznałam, że oskarżała go o to, że nie zadbał o moje bezpieczeństwo.
-
Miał ważne spotkanie - wyjaśniłam i próbowałam go bronić - Nie zostawił mnie
samej. Chronił mnie jeden z jego przyjaciół, ale ja nie zadzwoniłam do nikogo,
tylko pojechałam tam, gdzie tamten mi kazał.
-
Lisa - powiedziała Sara - powinni wiedzieć. Nie powinni cię puścić.
Och,
wiedziałam.
Sara
zawsze uważała, że ja nie mogłam się
mylić, a winę ponosił ktoś inny.
Nie
tym razem.
-
Saro - powiedziałam łagodnie, chociaż zdecydowanie - to była moja wina.
-
Tak - mruknęła Sara i usłyszałam, że nie była przekonana, ale odpuściłam.
Trudno.
-
Przeczytałam list od taty - powiedziałam jej coś, o co chciałam ją zapytać,
albo może o czym chciałam jej powiedzieć i usłyszałam, że to ją zainteresowało,
bo wciągnęła oddech jakby pytała No i…
- Napisał mi o mojej mamie, o tym, jak bardzo mnie kochała. Napisał, że on bał
się mnie kochać, bo bał się, że mógł mnie stracić. I napisał… - przełknęłam
ślinę - Napisał mi, że w mojej rodzinie skumulowały się złe geny.
-
Lisa - mruknęła obok mnie Eva, a Sara prychnęła niecierpliwie.
-
Wiem - szepnęłam do Evy.
-
To bzdura - powiedziała Sara.
-
Słucham? - spytałam zdezorientowana.
-
W tobie nie ma złych genów -
powiedziała Sara z taką pewnością w głosie, jaką usłyszałam tylko raz, od
Marka.
Zamarłam.
Mark
powiedział mi to, bo mnie kochał.
Jaki
powód do powiedzenia tego mogła mieć Sara?
Nie
chciałam w to wnikać, więc chrząknęłam i powiedziałam tylko:
-
Ania poprosiła Filipa, żeby wyciągnął dokumentację medyczną mojej mamy i brata.
-
To nie będzie potrzebne - stwierdziła Sara.
-
Będzie - powiedziałam jej pewnym tonem - Ania pobierze mi próbki do badań
genetycznych. Musi wiedzieć, jakich chorób szukać.
-
Saro - Eva wtrąciła się z boku w naszą rozmowę - Lisa chce mieć pewność, że ich
dzieci będą zdrowe.
-
Ale ja nie to chciałam powiedzieć -
rzuciła Sara - Chodziło mi o to, że spakowałam ci do tamtej walizki pewne
dokumenty, które były w twoim sejfie. Włożyłam je do szarej, dużej koperty i
zapieczętowałam. Tam była również teczka z dokumentacją medyczną twojej mamy.
-
Och - westchnęłam.
-
Możesz je przejrzeć sama i sprawdzić, na co chorował twój brat… - mówiła Sara,
a do mnie dotarło, że nie powiedziałam jej, że nie mogłam tego zrobić sama - na co zmarła twoja mama, dlaczego
twój brat urodził się martwy. Do tej pory nie chciałaś tego poruszać, ja nie chciałam tego poruszać, ale teraz
to jest ważne, więc musisz to
przeczytać.
-
Nie mogę - powiedziałam cicho.
-
Możesz i musisz - powiedziała z pasją Sara, a ja opuściłam głowę.
Poczułam,
ze Eva złapała mnie za rękę i wiedziałam, że ona poczuła to, co ja, że rozumiała
mnie, więc nabrałam odwagi.
-
Saro - powiedziałam poważnie cichym głosem - ja nie widzę.
-
Och! - usłyszałam, że Sara gwałtownie
wciągnęła powietrze.
-
To minie - powiedziałam jej to z taką pewnością w głosie, jakbym w to wierzyła,
bo nie chciałam, żeby się martwiła - …ale na razie nie mogę sama przeczytać
tych dokumentów.
Sara
przez chwilę milczała, ale potem pozbierała się.
-
Cóż - powiedziała - to może Mark ci je przeczyta.
Usłyszałam
to.
Usłyszałam
w jej głosie, że to mocno przeżyła.
Dużo
mocniej niż nawet najlepsza przyjaciółka.
Być
może usłyszałam to po poprzednim wybuchu, który porównałam do wybuchu Marka,
ale stało się to dla mnie jasne.
Sara
cierpiała, bo ja cierpiałam.
Nagle
zaczęłam się zastanawiać jakim cudem
mogłam być przez tyle lat taka ślepa.
Sara
mnie kochała.
Ja
kochałam ją jak przyjaciółkę, ale z jej strony to było coś więcej.
To
dlatego nigdy nie miała faceta.
To
dlatego zawsze miała dla mnie czas.
To
dlatego tak się zawsze cieszyła,
kiedy do niej dzwoniłam z jakiegokolwiek powodu.
A
ja ją zawsze wykorzystywałam.
Nie
chciałam, by to było po mnie widać, że się domyślałam.
Starałam
się brzmieć swobodnie, kiedy rozmawiałyśmy o jej mamie, która była już w
hospicjum w ostatniej fazie choroby, kiedy opowiadałam jej o dzieciach Sophie i
nowym domu Maggie, którego jeszcze nie widziałam.
A
potem rozłączyłyśmy się, Eva poszła do pracy w swoim ogródku, a ja siedziałam
na jej tarasie, grzecznie unikając słońca, i myślałam.
Myśląc
o Sarze i naszych latach przyjaźni, o moim egoizmie, zdjęłam automatycznie
okulary i delikatnie, bez uciskania położyłam palce jednej dłoni na obu na
powiekach.
Nie
bolało.
Pielęgniarka
przed południem powiedziała mi, że powieki mogły w każdej chwili się rozchylić
i dlatego musiałam uważać w jasnym miejscu, by nie urazić zbyt nagłym
oświetleniem oka, które odzwyczaiło się od światła.
Westchnęłam,
opuściłam rękę, oparłam głowę o poduszkę za moim karkiem i spojrzałam przed
siebie przez wciąż zamknięte powieki.
I
wtedy to zobaczyłam.
-
Eva! - zawołałam nagląco.
Zaniepokojona
tym przyjaciółka podbiegła do mnie natychmiast, porzucając wszystko, co robiła.
-
Co się stało, kochanie? - usłyszałam z bliska.
-
Widzę jasność - powiedziałam jej.
-
To dobrze - powiedziała i usłyszałam w jej głosie taka radość, że wiedziałam,
że taką radość mogłabym usłyszeć od mojej mamy, gdyby przekonała się, że
zdrowiałam - Ale załóż okulary, bo sobie podrażnisz oczy.
-
Tak - szepnęłam do niej z uśmiechem i posłusznie założyłam na nos okulary
przeciwsłoneczne, które przez cały czas ściskałam w drugiej ręce.
Godzinę
później przyjechał Mark, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do sklepu, a od razu
po drodze, w jego pickupie, powiedziałam mu o rozmowie z Sarą, o dokumentach
mojej mamy, o moich podejrzeniach, a przede wszystkim o tym, że widziałam jasność i ciemność.
Same
dobre rzeczy.
No,
prawie.
Ale
moje paplanie spowodowało, że Mark nie powiedział mi czegoś bardzo ważnego, co
mnie później zdenerwowało, a nawet wystraszyło.
Kiedy
bowiem chodziliśmy alejkami sklepowymi, odkryłam, że przez te kilka dni nauczyłam
się słuchać.
Rozróżniałam
kroki Marka od kroków innych ludzi.
Kiedy
odchodził na chwilę od wózka, zawsze wiedziałam, gdzie był i kiedy zaczynał
do mnie wracać.
Ale
również odróżniałam kroki osób, które przechodziły obok, więc usłyszałam tego
człowieka, skoro chodził za nami.
Przestraszyłam
się, a potem postanowiłam powiedzieć o tym Markowi.
Kiedy
wrócił do mnie po tym, jak go posłałam po z ryż w torebkach i makaron na
zapiekankę, złapałam go za ramię i pociągnęłam jego ucho do wysokości swojej twarzy,
kiedy je wrzucał do wózka.
-
Ktoś nas śledzi - szepnęłam tam.
-
Skąd wiesz? - Mark nie przejął się tylko zaciekawił, co mnie zdziwiło.
-
Słyszę, że jeden człowiek idzie za nami
przez cały czas - poinformowałam go, starając się nie odwracać nerwowo, ale
skinąwszy głową w tamtą stronę.
Mark
nas zatrzymał, odwrócił się w kierunku, gdzie powinien być człowiek, o którym
mówiłam i mruknął „Taylor”.
Tak
jak Ania w szpitalu!
-
Zgadza się - odmruknął tamten i usłyszałam, jak wziął coś z półki, by to
wrzucić do koszyka, który, jak podejrzewałam, trzymał.
Ruszyliśmy
przed siebie, robiąc nadal zakupy, kiedy Mark mi powiedział, że poprosił
swojego tatę o to, by pomógł mu mnie ochraniać w szpitalu i, najwyraźniej, jego
tata przejął te obowiązki również poza szpitalem.
To
byli jego ludzie.
Ale
Mark mówił mi to wszystko z rozbawieniem w głosie, więc ponownie zaczęłam się
na niego denerwować.
Śmiał
się ze mnie.
Uch!
-
Lady - Mark pochylił się i mruknął mi prosto do ucha, kiedy zauważył moje
zdenerwowanie - Jak powiem temu facetowi, jaki z niego do dupy „cień”, to
zapadnie się ze wstydu pod ziemię.
Natychmiast
mi przeszło.
-
Jak to? - zdziwiłam się.
-
Wiesz co to znaczy, jak na kogoś mówią cień?
- zapytał mnie.
-
No… - zawahałam się - Jak ktoś kogoś śledzi?
-
Jak ktoś za kimś podąża - częściowo zgodził się ze mną - By go śledzić lub dyskretnie ochraniać.
Och,
więc to dlatego kiedyś na Marka mówili Cień?
-
A ty go wyczaiłaś, nic nie widząc - dodał Mark bardzo zadowolonym tonem głosu.
Nie
powiedziałam Markowi, że odróżniałam słuchem jego kroki od kroków innych ludzi.
Nie
wiedziałam, czy mu się do tego przyznać, więc tego nie zrobiłam.
Postanowiłam
zrobić mu niespodziankę w domu i, być może, zażartować sobie z niego i Czołga,
jak oni żartowali sobie czasem ze mnie.
-
Więc to są przyjaciele twojego taty? - w zamian spytałam go o coś innego, co
mnie zaciekawiło.
-
Tak - mruknął w zamyśleniu Mark, bo chyba mnie zrozumiał.
Mieliśmy
bardzo licznych przyjaciół.
*****
Mark
Tydzień później
Mark
wracał do domu ze spotkania i wściekał się jak cholera na pieprzonych facetów, chociaż nadal sądził, że byli jego
przyjaciółmi.
Nie
chodziło o to, że oni się nie
przejmowali, ale o to, że on
przejmował się za bardzo, bo chcieli postawić na szali bezpieczeństwo jego
Lady.
Następnego
dnia po jej rozmowie z Sarą, Lisa wydobyła kopertę o której wspominała jej
przyjaciółka i dała ją Markowi do rozpieczętowania.
Mark
wydobył z niej różne dokumenty, w tym metrykę urodzenia Caroline i jej taty,
ale na razie zainteresowała ich tylko teczka z opisem przebiegu choroby i
śmierci mamy i brata Lisy.
Coś,
o czym poinformował Filipa, że mieli, żeby nie grzebał nielegalnie w zapiskach
medycznych szpitali w Anglii.
Mark
przeczytał wszystko, co potrzebowali wiedzieć, swojej kobiecie na głos,
trzymając ją przez cały ten czas przytuloną do siebie na swoich kolanach, kiedy
siedzieli na kanapie w ich salonie, dziękując Chrystusowi, że pieprzony Czołg
to zrozumiał i wyniósł się na wieczór w cholerę z ich domu.
Jej
brat miał wrodzoną wadę serca, którą można
było zoperować już u dziecka w brzuchu mamy, co wiedział nawet Mark, który
niezbyt dobrze orientował się w takich sprawach.
Akurat
o czymś takim słyszał, chociaż, oczywiście, należałoby to skonsultować z
lekarzami.
Mogli
kiedyś zapytać o to Anię.
Ważniejsze
było to, że mama Lisy miała raka piersi, o którym nie wiedziała, bo nie badała
się, a kiedy się o nim dowiedziała, nie chciała go leczyć, chociaż, według
zapisków lekarzy, proponowano jej usunięcie piersi, co dałoby jej prawie stu
procentową możliwość przeżycia jeszcze kilkunastu lub kilkudziesięciu lat.
Wykrycie
bardzo zaawansowanego stadium choroby, czyli przerzutów do innego narządu,
dopiero podczas drugiego trymestru ciąży, uniemożliwiło wyleczenie.
Mark
widział jak bardzo, chociaż cicho, przeżywała to Lisa, więc nie rozmawiał z nią
o tym tego pierwszego dnia.
Później
postarał się jednak wydobyć z niej wyznanie co do tego, co czuła.
Było
źle.
Jego
Lady poczuła się porzucona i zdradzona przez mamę.
Dlatego
właśnie Mark postanowił kiedyś poszukać pomocy jakiegoś terapeuty, który
pomógłby Lisie przejść nad tymi nowinami do porządku.
Na
razie miał jednak inne priorytety.
A
działo się w ich życiu bardzo dużo.
Po
pierwsze Ania przyniosła im wyniki badania w kierunku nosicielstwa przez Lisę
hemofilii, które szczęśliwie wypadło negatywnie.
Po
drugie pobrała jej próbki, by zbadać ją w kierunku prawdopodobieństwa
zachorowania na raka piersi, ale, chociaż na te wyniki musieli poczekać, już
wiedzieli, że mogli mieć zdrowe
dzieci.
Mark
zadbał więc, żeby jego Lady spotkała się z ginekologiem i przywróciła kontrolę
swojej płodności tylko po to, żeby nie musieli martwić się ciążą, zanim będą na
nią gotowi.
A
ponieważ zaczęli znowu myśleć o dzieciach, więc Mark pomyślał o czymś jeszcze,
a mianowicie o wykończeniu kącika czytelniczego na galerii przed wejściem do
ich apartamentu.
Porozmawiał
o tym z Sophie, bo chciał, żeby Lisa miała niespodziankę od niego, ale sam
nigdy nie umiałby tego zrobić.
Po
trzecie skóra na twarzy Lisy goiła się bardzo dobrze i to samo dotyczyło jej
powiek, więc w każdej chwili można było się spodziewać, że Lisa zacznie
widzieć.
Za
dwa dni mieli umówioną wizytę u lekarza w tej spawie.
Ich
przyjaciele bardzo im pomagali, więc Lisa ani na chwilę nie pozostawała sama,
nawet, jeśli, tak jak tego popołudnia, Mark musiał pojechać na spotkanie z
mężczyznami.
Bywało,
że w takich chwilach zabierała ją któraś z kobiet lub Mark ją do którejś
zawoził, bo zbliżały się dwa wydarzenia, o których tamte bez przerwy mówiły.
Jednym
było, mające nastąpić dosłownie na dniach, urodzenie przez Maggie trzeciego
dziecka jej i Davida, więc Lisa była w odwiedzinach u niej w domu jej i Davida.
Markowi
podobał się tamten dom.
Był
ciepły, swojski, przytulny w taki sposób, a jaki człowiek czuje się swojsko i
przytulnie w domu babci.
Wcześniej
Mark dziwił się, że Sophie i Maggie używały tej nazwy w odniesieniu do tego
domu, bo jemu takie kojarzyły się wyłącznie z małymi chatkami z dwiema
sypialniami.
Nie
tym razem.
Ten
dom już miał ich pięć, nie mówiąc o pokoju gościnnym i gabinecie do pracy
Maggie, a Sophie z zadowoleniem, wskazywała miejsce, gdzie mogła dobudować
następne.
Spotkania
Lisy z kobietami, Alekiem i Samem miały również związek z tym, że za miesiąc
miał być ślub Ani i Filipa, na który co prawda nie przygotowywano nic
specjalnego, ale Mark miał się przekonać, że pieprzone „nic specjalnego” w
wydaniu Aleka było nadal cholernie bardzo
starannie przygotowane.
Miał
to być ślub w formie grilla, na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w
którym mieszkała kiedyś Lisa z Sarą i Frankiem, a Alek planował pieprzony
catering, kwiaty i inne gówno z taka precyzją i przejęciem, że Mark, jak inni
mężczyźni, spieprzał na sam dźwięk jego cholernego głosu.
Kobiety
zabrały Lisę do fryzjera, by poprawił jej fryzurę po nadpaleniu na skroniach,
więc teraz jej włosy były krótsze i wycieniowane.
Na
ten ślub nie zamierzała zakładać nic specjalnego, ale Mark wolałby ja zobaczyć
jeszcze raz w sukni podobnej do tej z balu.
Jeszcze
zdąży to zrobić.
Lisa
wyglądała już prawie całkiem na zdrową, chociaż na jej twarzy nadal skóra była
innego koloru w miejscu, gdzie było
podrażnienie ogniem.
Brwi
jej nie odrosły do końca, ale już pojawił się ich meszek, który kobiety
pomagały jego Lady lekko barwić tuszem.
Mark
tego nie potrzebował.
Czekał
z niepokojem i niecierpliwością na dzień, kiedy znowu zobaczy jej piękne
zielone oczy i ten błysk radości, złości lub inteligencji, jaki się w nich
pojawiał.
Z
niepokojem, bo lekarza martwiło to, że uzdrowienie trwało tak długo.
Fizycznie
było wszystko dobrze, więc prawdopodobną przyczyną tego, że Lisa nie otwierała
oczu była jej psychika.
Ale
dlaczego, nikt nie wiedział.
Tym
bardziej, że sama Lisa bardzo chciała widzieć.
Mark
nakrył ją kiedyś na cichym płaczu nad ich kuchenką, kiedy przyszła pora na
ugotowanie kolacji.
Wiedział,
że Lisa lubiła dla niego gotować.
Tęskniła
za tym.
Ale
najważniejszą sprawą było złapanie
szefa tego cholernego podpalacza.
Samego
podpalacza złapali właściwie bez problemów.
Jako
porywacz podlegał prawu federalnemu, więc zajęła się nim FBI i potrzebowali
tylko trochę podpowiedzi i rozmów motywacyjnych, by zajęli się tym natychmiast.
Mark
przy okazji dowiedział się, że David z Filipem, a także jego tata,
współpracowali wcześniej z FBI.
Właściwie
nie dziwił się.
Jego
były pracodawca natomiast nawiązał współpracę z szefem MI6, obecnie nazywającą
się Secret Intelligence Service, czyli ze swoim odpowiednikiem w UK.
Efektem
tego było postawienie zarzutów podżegania do zabójstwa, opłacanie go, księżnej
Charlotcie, co było zjawiskiem precedensowym, ale zostało utajnione, więc
opinia publiczna nigdy się o tym nie dowie.
Chyba,
że nastąpi niespodziewany wyciek informacji.
Chwilowo
Rober Flesh i jego kumple pilnowali, by go nie było, bo nadal nie złapali
najważniejszego w tym wszystkim człowieka, czyli tego, kto pobierał pieniądze i
kierował tamtym szajbusem.
Właśnie w tej sprawie odbywało się spotkanie
facetów w mieszkaniu Filipa, z którego Mark wracał tego dnia.
Padła
na nim propozycja, by zorganizować pułapkę na faceta.
Pieprzony
Driver i jebany Strzała poddali pod cholerną dyskusję totalnie porąbany pomysł,
by Lisa była przynętą.
-
Nie ma, kurwa, mowy - natychmiast warknął Mark.
-
Będzie chroniona - argumentował Driver.
-
Nie ma. Kurwa. Mowy! - powtórzył Mark
niższym głosem.
David,
Jimmy, a nawet Filip zgadzali się z nim całkowicie i Mark to widział i słyszał,
bo wszyscy warczeli wściekle na słowa
Drivera.
-
Cień, ona da radę - mruknął Czołg, co
zdziwiło Marka jak cholera, ale też musiał przyznać mu częściowo rację.
Zdziwiło,
bo wiedział, że facet lubił Lisę.
Ale
musiał mu przyznać rację, bo Lisa była niesamowita.
Dwa
dni temu bowiem wyrolowała ich koncertowo.
Mark
wracał po kolejnej rozmowie telefonicznej ze swojego biura do kuchni, kiedy
usłyszał wołanie Lisy „kochanie”.
Uznał
wtedy, że znowu, jak podczas ich pierwszego spotkania, pomyliła go z Czołgiem i
jego kumpel najwyraźniej pomyślał tak samo, więc obaj nie odezwali się,
czekając z uśmieszkami na rozwój wypadków.
Wydawało
im się to zabawne, że Lisa ich myliła.
Markowi
przeszła chęć do śmiechu, kiedy zobaczył, że złapała za brzeg swojej koszulki,
by podnieść ją i zdjąć przez głowę, a jednocześnie poprosiła.
-
Czy mógłbyś mi pomóc z tym…
O,
nie.
Tego
nie zamierzał znosić.
Czołg
też wyglądał, jakby miał zamiar spierdalać gdzie pieprz rośnie, by nie widzieć,
jak się obnażała.
Ona
jednak przeciągnęła koszulkę przez głowę błyskawicznie, a potem odwróciła się
do Marka i zaśmiała się na głos.
Miała
pod spodem drugą koszulkę, więc Mark i Czołg dowiedzieli się, że to wszystko było
przez nią ukartowane.
Zauważył,
że zdążył warknąć.
Czołg
zdążył jęknąć ze strachem.
Ale,
niezależnie od tego, później pomyślał, że zobaczyła ich.
Okazało
się, że usłyszała.
Lisa
przyznała im się, że odróżniała ich kroki, co nie byłby takie dziwne dla Marka,
ale Czołg chodził bezszelestnie!
Mark
nie znał człowieka, który zdołałby go usłyszeć.
Lisa
słyszała.
Również
po ich domu poruszała się sprawnie, nigdy nie wchodząc na żadne meble czy
ściany, nie spadła ze stopnia, nie potknęła się.
Znała
ich dom nawet lepiej niż Mark.
Więc
może tak.
Poradziłaby
sobie.
A
poza tym mieli wielu przyjaciół, którzy by ją kryli.
Nadal,
Mark był przeciwko narażaniu jej na najmniejsze
nawet niebezpieczeństwo.
Dziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń