Rozdział 22
Lisa
Był
ciepły majowy wieczór, więc byłam ubrana tylko w letnie, dzianinowe spodenki do
kolan z gumką w pasie i zwykłą koszulkę, a nogi miałam bose.
Siedziałam
w swoim tajnym schowku i panikowałam.
Mark
pojechał na jakieś spotkanie z facetami, co robił dość często, więc nie było to
nic dziwnego, ale tym razem nie spędzałam czasu z żadną z przyjaciółek, ani nie
pojechałam do którejś, tylko zostałam w domu z Czołgiem.
Lubiłam
go, czułam się przy nim równie bezpiecznie jak przy Marku, ale mężczyzna był
mrukiem i wydobycie od niego czegoś więcej niż chrząknięte odpowiedzi na moje
pytania było cudem, chyba że w okolicy był Mark, a miało go nie być.
Dlatego
nie spodziewałam się, żebyśmy mogli porozmawiać, a ponieważ nadal nie widziałam,
nie mogłam popracować na laptopie, poczytać ani zająć się niczym innym.
Więc
najpierw poszłam do pomieszczenia gospodarczego i zajęłam się praniem, co
uznałam za wykonalne w mojej kondycji, chociaż mogłam obawiać się, że włożę coś
kolorowego do prania z białymi rzeczami i wszystko zafarbuje, ale Mark miał
oddzielać ubrania do dwóch różnych koszy.
Nie
byłam w stanie tego sprawdzić, więc musiałam mu zaufać.
Kiedy
pralka już chodziła, wyszłam z pomieszczenia gospodarczego, zamknęłam za sobą
drzwi, żeby hałas nam nie przeszkadzał i poszłam do kuchni.
Do
kubka, który wyjęłam z szafki nad zlewem, nalałam sobie soku pomarańczowego,
który wyciągnęłam z lodówki, wypiłam go i wstawiłam kubek do zlewu a butelkę z
sokiem do lodówki.
Później
ruszyłam w stronę sypialni, bo postanowiłam się położyć w naszym łóżku i tam
poczekać na powrót Marka.
Czołg
siedział na kanapie w salonie, co usłyszałam, bo westchnął i przeciągnął się, kiedy
tam przechodziłam.
Rzuciłam
mu ciche i krótkie Hej, na które coś
odmruknął i poszłam dalej, wciąż z laską wyciągniętą przed siebie, chociaż
poruszałam się po domu na pamięć i właściwie jej nie potrzebowałam.
Przeszłam
przez cały salon w kierunku korytarza do części rodzinnej, kiedy usłyszałam
dziwny dźwięk dochodzący z pokojów w tej części domu, w której jeszcze nie
robiliśmy remontu ani nawet nie znałam jej zbyt dobrze.
Zaniepokoiłam
się.
Zatrzymałam
się, a wtedy usłyszałam za sobą ciche, czujne kroki Czołga.
Odsunęłam
się na bok i odwróciłam częściowo do niego.
-
Poczekaj tu - mruknął cicho, więc wiedziałam, że też to usłyszał.
Kiedy
przechodził obok mnie, skinęłam głową i czekałam.
Nasz
dom miał naprawdę świetny system alarmów i czujników w drzwiach i oknach, więc
nie sądziłam, żeby ktoś mógł się ot tak do niego włamać, ale Mark zawsze
powtarzał mi, że każde, nawet najlepsze, zabezpieczenia da się obejść, więc nie
twierdziłam tego na pewno.
Stałam
przy ścianie w salonie, nasłuchując odgłosów dochodzących z części sypialnej,
kiedy usłyszałam dziwne stęknięcie, krótką szamotaninę, odgłos upadającego
ciała, a potem czyjeś skradające się kroki, które oddalały się w stronę naszego
apartamentu.
Wyraźnie
ktoś wchodził po schodach na galerię i nie
był to Czołg.
Znałam
odgłos jego kroków.
Dlatego
właśnie nie czekałam dłużej w bezruchu, tylko, przyciskając laskę do brzucha,
żeby nie zabzyczała, przemknęłam do bocznego korytarza, z którego wchodziło się
do części gościnnej, starając się być bezszelestną, co mogło mi się nie udać do
końca, ale miałam taką nadzieję.
Cieszyłam
się, że byłam boso, bo wyczuwałam stopami wszelkie nierówności na swojej
drodze.
Stanęłam
za rogiem, złożyłam swoją teleskopową laskę i ostrożnie odłożyłam ją wzdłuż
ściany jak najdalej od zakrętu korytarza, wyjęłam i wyciszyłam swój telefon,
schowałam go z powrotem do kieszeni spodni, przylgnęłam plecami do ściany,
przycisnęłam do niej obie rozłożone dłonie po bokach mojego ciała i czujnie nasłuchiwałam.
Serce
waliło mi jak oszalałe, ale starałam się oddychać jak najciszej.
Było
późno, po kolacji, i wiedziałam, że za oknami zachodziło słońce, a Mark i Czołg
rozmawiali wcześniej, że było pochmurno, więc miałam nadzieję, że szybko zrobi się
ciemno.
Miałabym
przewagę.
Znałam
nasz dom, a jeszcze nie zapalaliśmy nigdzie światła, więc ja, przyzwyczajona do
mroku, poruszałabym się po nim sprawniej niż ten ktoś obcy, kto tam chodził.
Obcy
bałby się zapalić światło.
Przynajmniej
taką miałam nadzieję.
Usłyszałam
te same, skradające się, kroki, jak minęły mnie, kiedy skręcił z korytarza z
części rodzinnej i oddaliły się w stronę części dziennej domu.
Przeczekałam
jeszcze sekundę, a potem zdecydowałam się przejść w stronę naszego apartamentu,
bo musiałam się dowiedzieć, co się
stało z Czołgiem.
Byłam
bardzo skupiona, więc dopiero przy drugim stopniu w stronę korytarza do części
rodzinnej, zauważyłam to.
Widziałam.
Moje
powieki rozchyliły się, ale dookoła panował półmrok, więc nie zauważyłam tego wcześniej.
Dopiero
starając się wyczuć, gdzie były schody i załamania korytarza części rodzinnej,
zorientowałam się, że widziałam cienie, jakie rzucały okna z pokoi, do których
drzwi były zamknięte, ale miały szczeliny pod spodem.
Bałam
się, że intruz wróci, więc nie zatrzymałam się, tylko prawie biegłam na palcach
bosych stóp w stronę galerii do naszego apartamentu.
Kiedy
tam doszłam, serce prawie mi stanęło ze strachu.
Nie,
nie, nie, nie!
Na
podłodze przy części, która stanowiła siłownię, leżało wielkie, nieruchome,
dziwnie wygięte ciało.
Czołg.
Wciąż
starając się być cicho, przypadłam obok niego na kolanach na podłodze, a wtedy
zobaczyłam krew wylewającą się w kałużę z boku jego ciała przeciwnego do mojej
pozycji.
A
kiedy zbadałam go pobieżnie dłońmi i wzrokiem, zobaczyłam przez rozdarcie w
koszulce, że wypływała ona z rany w jego klatce piersiowej.
Nie
znałam się na ranach.
Nie
wiedziałam nic o tym, jak go ratować, co zrobić, by mu ulżyć.
Dyszał
ciężko, jego klatka piersiowa jednak poruszała
się i powoli przekręcił głowę w moją stronę.
-
Czołg - szepnęłam, pochylając się nad jego twarzą i obejmując jego wielką
szczękę lewą dłonią, kiedy drugą trzymałam na jego klatce piersiowej i
wyczuwałam nią bicie jego serca.
-
O, Boże, Czołg - wyjęczałam szeptem.
Spojrzał
wprost w moje oczy.
-
Lisa - wycharczał z wysiłkiem - Schowaj się.
Natychmiast!
-
Nie mogę cię zostawić - szepnęłam.
-
Mark chciał, żebyś była bezpieczna - przypomniał mi.
Wiedziałam
to, ale Czołg był jego przyjacielem.
Musiałam
jakoś mu pomóc.
-
Nie! - szepnęłam.
-
Jak cię złapie - odszepnął Czołg z trudem - Nie pomogę ci.
-
Czołg - szepnęłam jeszcze raz, ale już wiedziałam.
Musiałam
się schować, napisać do Marka i wezwać go do domu.
Sama
nie mogłam nic zrobić.
-
Trzymaj się - szepnęłam do niego, pochyliłam się i pocałowałam jego policzek -
Schowam się i napiszę do Marka - obiecałam, wstałam z kolan i pobiegłam do
naszej sypialni.
Kiedy
planowałam wyposażenie naszej garderoby, a Mark powiedział, że nie znał się na
tym i żebym zrobiła to sama, zrobiłam to po prostu tak, jak wyglądała moja
garderoba w Anglii.
Tamtą
garderobę zrobił dla mnie tata.
Chciał,
żebym była bezpieczna.
Nawet,
jak nie uważałam, że chciał mojego dobra, to musiałam przyznać, że wykorzystał
w niej dobre pomysły.
Dlatego
nie zmieniałam jej, a teraz uznałam, że tamte rozwiązania, które w niej
zastosował, były bardzo przydatne.
A
po przeczytaniu listu od niego, myślałam, że chciał mojego dobra.
Miałam
więc w niej przesuwane półki na buty, za którymi ukryłam sejf, chociaż był on o
połowę mniejszy niż ten z Anglii.
Miałam
wieszaki, półki i szuflady, które były prawie standardowym wyposażeniem każdej
garderoby.
Ale
miałam też coś, co musiałam długo tłumaczyć mężczyźnie, który robił ją dla mnie
tu, w SLC, jak to miało wyglądać, bo nie spotkał się z tym wcześniej.
Był
to tajny schowek, który miał część fałszywą i prawdziwą.
Cóż,
do bezpiecznego pokoju było mu daleko.
Część
fałszywa była po prostu schowkiem, w którym trzymałam teraz kilka ostatnich,
nie wyrzuconych jeszcze, pudełek po sprzęcie zakupionym przeze mnie do kuchni.
Ta
część była bezpośrednio za wieszakami z ubraniami i od garderoby oddzielała ją
zwykła płyta.
Część
prawdziwa była tuż przy niej, wchodziło się do niej z części fałszywej i była
wyłożona specjalną wyciszającą gąbką.
Mogłam
w niej tylko siedzieć, więc nie była na długo.
Ale
miałam tu małą lampkę, butelkę z wodą i gniazdko do ładowarki.
Skrytka
miała wentylację i zawsze był tu złożony koc.
A
na pewno nikt nie wykryłby jej, pukając w ściany garderoby.
Weszłam
tam, przesuwając ostrożnie wieszaki, żeby nie robiły hałasu i zasuwając je z
powrotem na miejsce, zamknęłam za sobą starannie płytę, weszłam do właściwego
schowka, usiadłam i natychmiast wyjęłam telefon.
Światło
ekranu początkowo mnie oślepiło.
To
przed tym ostrzegali mnie lekarz i pielęgniarka.
Ale
przymknęłam oczy, skupiłam się, wzięłam jeden, a potem drugi wdech i ponownie
otworzyłam oczy, by otworzyć aplikację SMS i napisać do Marka trzy krótkie
wiadomości:
Obcy w domu.
Czołg ranny.
Schowałam się.
Nie
dostałam odpowiedzi, ale też nie oczekiwałam jej.
Wygasiłam
ekran i czekałam na Marka.
Myślałam
tylko o tym, czy powinnam wysłać wiadomość również do Davida lub Filipa, gdyby
Mark z jakiegoś powodu nie mógł odebrać mojej informacji lub nie mógł
przyjechać.
Mijały
sekundy.
Potem
mijały minuty.
Wydawało
mi się, że minęła godzina.
Martwiłam
się o Czołga.
Nie
wiedziałam, ile stracił krwi.
Nie
wiedziałam, dlaczego właściwie był półprzytomny, kiedy do niego dotarłam, bo
wydawało mi się, że jego rana nie mogła tego spowodować, bo nie było dużo krwi,
ale mogłam się mylić.
Czas
dłużył mi się w nieskończoność, a jedynym pocieszeniem była myśl to tym, że
Mark przyjedzie do mnie, przyjedzie uratować swojego przyjaciela, pokona tego
złego człowieka, który nam zagrażał.
Nie
bałabym się o siebie, ale wiedziałam, że gdyby coś mi się stało, Mark nigdy by sobie tego nie wybaczył.
Wtedy
dostałam SMS-a:
Gdzie jesteś, Lisa?
To
było z numeru Marka, ale po poprzedniej pułapce byłam ostrożna.
Nie
wyszłam ani nie odpowiedziałam.
Mark
sądził, że nie widziałam, więc nie napisałby do mnie, bo nie wiedziałby, że
mogłam to odczytać.
A
wtedy dostałam:
Czołg powiedział, że masz zielone
oczy.
Tak!
Czołg
żył i powiedział Markowi, że otworzyłam oczy!
Więc
mogłam wyjść.
Zaczęłam
wygrzebywać się powoli ze swojej skrytki, a potem wyszłam z garderoby, a w
naszej jasno oświetlonej sypialni stało trzech mężczyzn, z których każdy
rozglądał się ze zmartwioną miną i ponurym wyrazem twarzy.
*****
Mark
Mark
stał razem z Davidem i swoim tatą silnie sfrustrowany w oświetlonej wszystkimi
światłami sypialni jego i Lisy.
Pojechali,
realizując „genialny” pomysł FBI.
Zastawili
cholerną pułapkę w miejscu, do którego mieli zwabić popaprańca, rozgłaszając,
że Lisa będzie tam sama, bo oni mieli być w innym.
Nie
udało się.
Po
godzinie siedzenia w samochodach, czekania i obserwowania, musieli przyznać, że
ich plan nie wypalił.
Mark
zostawił Lisę w domu z Czołgiem, bo mężczyzna był najbardziej milczący i było
oczywiste, że nie lubił przebywać z żadną kobietą sam na sam.
Nie
rozmawialiby, nie oglądali telewizji.
Więc
ich dom był cichy, ciemny i niezbyt dobrze zamknięty.
Miał
wyglądać na opuszczony.
Samochód
Czołga był ukryty na pieprzenie odległym podwórku, jak w tych cholernych dniach,
kiedy przyjaciel Marka obserwował Lisę z daleka, a Audi Lisy przecież zawsze
stało w garażu.
Wydawało
się, ze ich plan mógł się powieść.
Pozory.
Gówno.
Kiedy
po kolejnej godzinie zrezygnowali z czekania, zaczęli wracać do domów i umówili
się na kolejny dzień, by wymyślić coś nowego, Mark zaczął myśleć o wywiezieniu
swojej kobiety do Anglii, by była bezpieczna.
Albo
może lepiej na Bahamy.
Prawie
już dojeżdżał do ich domu, kiedy jego telefon rozbrzmiał SMS-em, a potem dwoma
następnymi.
Wyjął
go z kieszeni, spojrzał na ekran i zmarszczył brwi.
Dostał
trzy SMS-y od Lisy.
Jak
to było możliwe, skoro nie widziała i nie mogła pisać, a tym bardziej bez
błędów, tego nie wiedział.
Bał
się, że ktoś zdobył jej telefon, ale i tak musiałby tam ściągnąć dla niej całą
pomoc, jaką tylko by mógł.
Albo
to ona napisała, a on wierzył, że to
była ona, bo wiedział, ze martwiłaby się o Czołga, więc od razu zadzwonił do
Davida, który również nie zdążył dojechać do żony i trójki dzieci, z których
jedno miało zaledwie kilka dni.
-
Skurwiel jest w naszym pieprzonym domu - warknął Mark do telefonu, zanim nawet kumpel
się przywitał.
-
Jadę - rzucił David bez wahania i Mark usłyszał pisk opon, kiedy tamten
zawracał w miejscu.
Mark
rozłączył się, przyspieszył w cholerę i wybrał numer swojego taty.
-
Yo - usłyszał głos taty, ale w tym samym momencie Mark rzucił tak, jak do
Davida - On jest w moim domu.
-
Jadę - jego tata był równie konkretny, jak David, a ponieważ był z nimi w
pułapce, więc Mark też usłyszał ryk silnika jego auta.
Mark
wiedział, że David zadzwonił do Filipa, a jego tata po swoich.
Wybrał
jednak jeszcze jeden numer.
-
Tak? - usłyszał głos agenta FBI, z którym nawiązali współpracę po tym, jak
zebrali wystarczająco dużo na podpalacza, a który też był z nimi w pułapce.
-
Taylor. - rzucił - Pojeb jest w moim domu.
-
Jadę - usłyszał i, dzięki Ci Chryste, było słychać, że pieprzony facet naprawdę
wybiegał stamtąd, gdziekolwiek był.
Mark
rozłączył się, rzucił pieprzony telefon na siedzenie pasażera, skręcił w cholerną
uliczkę przylegającą do tylnego podwórka jego domu, zgasił pieprzone światła,
wyłączył silnik, podjechał siłą rozpędu jeszcze kilka metrów i zaparkował przy cholernym
krawężniku.
Wychylił
się, wyjął ze schowka dwa plastikowe paski tryk-traki, które tam się poniewierały,
i swoją małą Berettę, której nigdy nie pokazywał nikomu, ale miał do noszenia w
ukryciu.
Zamierzał
tym razem jej użyć.
Złapał
z siedzenia pasażera swój telefon, wysiadł z pickupa i ostrożnie, by nie robić
hałasu, zamknął drzwi, chowając telefon razem z paskami do tylnej kieszeni
dżinsów.
Broń
trzymał w prawej dłoni, gotową do strzału.
Potem
przebiegł przez swój tylny trawnik, kryjąc się w cieniu krzewów na jego skraju
i sprawdzając wzrokiem okna ich domu.
Okno
jednego z pokoi gościnnych było uchylone.
Jak
to było, kurwa, możliwe?
Mark
zanotował sobie w pamięci sprawdzenie czujników na oknach od tej strony domu,
albo lepiej na wszystkich, a potem
wszedł do środka tą samą drogą, którą prawdopodobnie wszedł intruz.
Poruszał
się cicho i czujnie po zakurzonej podłodze ciemnego i cichego domu, w którym
było cholernie za cicho.
Kiedy
dotarł do połączenia korytarza z części gościnnej i tego z części rodzinnej
zauważył leżącą na podłodze wzdłuż ściany złożoną laskę Lisy.
Była
starannie odłożona, nie porzucona, co było dobrą oznaką, bo Mark mógł sądzić,
że Lisa jej nie potrzebowała lub wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na to,
żeby ktoś usłyszał dźwięki, jakie wydawała.
Tak
zrobiłaby jego mądra Lady.
Musiał
ją znaleźć.
Od
strony salonu Mark usłyszał obce, ciche kroki, jakby ktoś robił obchód kuchni,
pomieszczenia gospodarczego lub czegoś jeszcze.
W
oddali było słychać stłumione dźwięki, jakie wydawała pracująca pralka.
Mark
postanowił najpierw sprawdzić sypialnię.
Kiedy
doszedł do wejścia na galerię, zobaczył duże ciało Czołga, który leżał prawie
nieruchomo, jeśli nie liczyć jego klatki piersiowej, podnoszącej się przy
oddechu.
Mark
podszedł do niego, rozglądając się na boki, by nie paść ofiarą pułapki z cieni
i przykucnął przy przyjacielu.
-
Mark - szepnął Czołg, kiedy Mark ogarnął szybko wzrokiem jego ranę i wielkość
kałuży krwi, która wyciekała na podłogę.
-
Już dobrze - odszepnął Mark - Gdzie Lisa.
-
Zielone oczy - mruknął Czołg.
Mark
zamrugał i lekko się wyprostował.
Pomyślał,
że skoro Czołg wiedział, że jego Lisa miała zielone oczy, to znaczyło, że
musiał je zobaczyć.
Kiedy?
Mark
nie pamiętał, żeby Czołg widział wcześniej oczy Lisy.
Czyżby
je otworzyła?
-
Jest w sypialni - szeptał Czołg z wysiłkiem - Obcy w salonie.
Mark
nie wahał się ani sekundy dłużej.
Resztę
mogli załatwić później.
Najważniejsze
było zlikwidowanie zagrożenia.
Mark
podniósł się, odwrócił w stronę salonu, ujął pistolet w obie dłonie i przesunął
się plecami przy ścianie w stronę salonu.
Dochodząc
do końca korytarza, usłyszał szybkie kroki intruza.
Facet
zaczynał być sfrustrowany, nieostrożny, jego kroki były dobrze słyszalne, a on
sam nie nasłuchiwał odgłosów domu.
Czuł
się pewnie, a jednocześnie spieszył się.
Mark
przechylił lufę pistoletu do poziomu kolan człowieka, naszykował się, by
rozpoznać twarz i nie postrzelić przypadkowo kogoś ze swoich, a potem wszystko
potoczyło się w ułamkach sekund.
Mark
działał instynktownie, zgodnie z wyuczonymi odruchami, a tamten wściekle, jak
rozjuszony, zacietrzewiony knur.
Rozległ
się tylko jeden strzał, tylko jeden krzyk bólu, jeden rozkaz nie ruszaj się, a potem obcy leżał brzuchem
do podłogi, Mark siedział na karku tamtego, spinał jego nadgarstki plastikowymi
paskami, nie żałując kolejnej kałuży krwi, brudzącej podłogę ich korytarza, bo
oznaczała ona koniec strachu jego Lady przed popierdolcem, który zagrażał jej
życiu.
Kiedy
miał tamtego unieruchomionego, a jego nóż odkopnięty daleko, Mark podbiegł do
drzwi wejściowych, zapalając po drodze światło w salonie, otworzył je i powitał
mężczyzn, którzy przybyli, by mu pomóc.
-
Czołg jest ranny - rzucił do wszystkich - Intruz unieszkodliwiony. Nie wiem,
gdzie jest Lisa.
Pobiegł
z powrotem w stronę wejścia do ich apartamentu, przeskakując niedbale po drodze
obcego, a za nim biegli David i przyjaciele, tata Marka i cały SWAT oraz
pieprzone FBI.
Nie
nawoływali się.
Żaden
z nich nie był skłonny do robienia zbędnego hałasu.
Któryś
z facetów wezwał pieprzoną karetkę, inny zajmował się Czołgiem, a reszta
została przy jebanym włamywaczu.
Mark
minął wszystkich, wskoczył jednym susem na galerię, otworzył z rozmachem drzwi
sypialni i zwolnił.
Nie
wiedział, gdzie szukać.
Lisa
nie była głupia, więc nie schowałaby się pod ich łóżkiem, w ich garderobie ani
w łazience nie było szaf, do których by się zmieściła.
Mark
stanął w sypialni, w której nie było żadnego śladu, żadnej cholernej
podpowiedzi, gdzie mogłaby być Lisa i nasłuchiwał.
Nic!
Wyjął
telefon i pomyślał.
Zielone oczy.
Skoro
Czołg widział oczy Lisy, skoro ona wysłała do Marka SMS-y, to znaczyło, że
widziała i mogła odczytać jego wiadomość.
Więc
napisał:
Gdzie jesteś, Lisa?
Mark
czekał jedną sekundę, a potem drugą, ale nie dostał żadnej odpowiedzi, ani nic
nie usłyszał.
Kurwa!
Lisa
była ostrożna po poprzedniej pułapce i Mark się jej nie dziwił.
Znała
ich dom lepiej niż ktokolwiek inny, dużo lepiej niż Mark, bo pozwolił jej na
urządzenie go według jej własnych pomysłów.
Stworzyła
ten dom.
Miała
jakieś swoje kryjówki, o których on nie wiedział.
Mark
usłyszał za plecami ciche kroki i dołączyli do niego David i jego tata, ale
żaden z nich nie odezwał się, tylko patrzyli na niego wyczekująco.
Czołg powiedział, że masz zielone
oczy
- Mark napisał do Lisy, mając nadzieję, że to wyjaśniłoby jej, że on już
wiedział, że je otworzyła.
Wiedziała.
Wyszła
z garderoby, jakby stała tam tuż za progiem i tylko czekała, by powiedzieć im A ku-ku!
Mark
spojrzał w jej piękne, zielone, szeroko otwarte oczy, zrobił jeden wielki krok,
a potem trzymał ją mocno w swoich objęciach.
Była
bezpieczna.
*****
Czołg
Następnego dnia rano
Kiedy
Czołg się obudził, początkowo nie mógł sobie przypomnieć, gdzie był, ani
dlaczego, co się stało.
Właściwie
nic go nie bolało.
Był
w cienkiej, niewygodnej koszulce, przykryty cienką kołdrą, a ktoś pozbawił go
również bielizny.
Czuł,
że miał goły tyłek.
Na
dole żeber czuł ucisk.
A
potem, po kilku minutach leżenia w ciszy, pikaniu aparatury i samotności, kiedy
otworzył oczy i zobaczył jasną, czystą salę szpitalną, przypomniał sobie.
Kiedy
usłyszeli z Lisą niepokojący dźwięk, który dochodził z pokoju, z którego nic nie powinno być słychać, Czołg
poszedł to sprawdzić.
Wszystkie
pokoje jednak były puste, zakurzone i ukryte w półcieniach mrocznego,
pochmurnego zachodu słońca.
Na
wszelki wypadek poszedł skontrolować resztę tamtej części domu.
Tak
był skupiony na zapewnieniu Lisie bezpieczeństwa, na wsłuchiwaniu się, czy nie
szła za nim, bo przecież nic nie widziała i mogła sobie zrobić krzywdę, że dał
się zaskoczyć.
Czołg
nie był ochroniarzem.
Nie
bronił się, nie zasłaniał.
Jego
żywiołem był atak.
Więc
tym razem też zaatakował.
Jego
przeciwnik był natomiast nastawiony na ogłuszenie kobiety.
Miał
w ręku paralizator, ale, na szczęście dla Czołga, nastawiony na słabą moc, więc
Czołg nie padł nieprzytomny, chociaż stracił resztkę koncentracji, kiedy
przeciwnik poraził go prądem.
Niestety,
napastnik miał również nóż.
Kiedy
Czołg otrząsał się z oszołomienia, tamten pchnął go nożem w bok.
A
potem, jakby tego było mało, wbił mu w ramię igłę strzykawki i wpuścił do żyły
narkotyk, który miał ze sobą, by móc porwać Lisę.
Więc
Czołg leżał na tamtej pieprzonej podłodze i cholernie wcale nie mógł zareagować, kiedy tamten jebany skurwiel poszedł do
sypialni Marka i Lisy, sprawdził, że kobiety tam nie było, a potem przeszedł
obok Czołga w poszukiwaniu Lisy.
Kurwa,
ta pieprzona bezsilność.
Czołg
próbował się zebrać w sobie, podnieść się i ruszyć na pomoc Lisie, kiedy
usłyszał jej ciche, delikatne kroki.
Pamiętał,
że była boso.
Kiedy
kazał jej się schować, początkowo myślał, że go nie posłucha.
A
potem, kiedy posłuchała i poszła się schować, leżał na tej pieprzonej podłodze
i kurewsko bezsensownie rozpamiętywał, jak cholernie dobrze czuł się, kiedy
mówiła do niego tak diabelnie łagodnie, dotykała delikatnie jego szczęki tą
mała rączką i pocałowała go w policzek.
Kiedy
przyszedł Mark, Czołg musiał się cholernie bardzo
skupić, ale powiedział kumplowi najważniejsze z tego, co zapamiętał.
Widział
jej zielone oczy, widział je po raz pierwszy w życiu.
Wiedział,
że się ukryła, by przeżyć dla Marka.
A
popierdolony szajbus był gdzieś w cholernym salonie.
Potem
odpuścił i mógł odpocząć, więc pozwolił sobie stracić przytomność.
Odleciał.
Dlatego
nie wiedział, jak się tu znalazł.
Na
cholernym łóżku w cholernej sali pieprzonego szpitala.
Drzwi
jego sali otworzyły się i weszły dwie osoby.
Jego
przyjaciel ze swoją kobietą.
Czołg
nie mógł się powstrzymać i na jego usta wypłynął szeroki uśmiech.
Lisa
podeszła bowiem wprost do jego łóżka, usiadła na jego brzegu i dotknęła znowu
dłonią jego szczęki, kiedy nachyliła się nad nim tak, że widział głównie jej
zielone oczy.
-
Zabraniam ci tak mnie straszyć w przyszłości - warknęła do Czołga - Nigdy
więcej tego nie rób! Rozumiesz?
-
Okej - mruknął ugodowo.
-
Jak się masz, stary? - mruknął Mark zza jej pleców.
-
Dobrze - mruknął do niego Czołg.
Lisa
odchyliła się, spojrzała w stronę Marka i zapytała:
-
Czy jest jakaś szansa na to, żeby on był na ślubie Ani i Filipa?
-
On będzie na ślubie Ani i Filipa -
obiecał jej Mark.
O,
nie, nie zrobi tego.
-
Dlaczego? - spytał Czołg niby przerażonym tonem.
-
Bo Alek zamówił nieziemski catering - wyznała Lisa.
Jedzenie?
-
Och - westchnął Czołg nagle z tym pogodzony - Okej.
Lisa
uśmiechnęła się lekko, ale postanowiła zmienić ton na lżejszy i Czołg to
zobaczył, kiedy zmieniła wyraz twarzy.
-
No to, jak ci tu jest? - Lisa poklepała go po brzuchu poza zasięgiem opatrunku,
ale Czołg jęknął udając ból.
Zrobiła
przestraszoną minę i poderwała głowę.
-
Żartowałem - chrząknął Czołg.
Prychnęła
dziwnie.
Mark
zarechotał pod nosem.
-
Ugotowałam dzisiaj dla ciebie cały garnek chili z czterech rodzajów fasoli, ale
Mark zjadł wszystko na śniadanie - powiedziała Lisa.
-
No wiesz co - powiedział Czołg z wyrzutem
do kumpla.
Mark
zrobił dziwną minę.
-
Żartowałam - zachichotała Lisa.
Czołg
przewróciłby oczami, ale poczuł się tym zmęczony.
Tym
wszystkim.
Lisa
pochyliła się nad nim, pocałowała go w policzek i szepnęła:
-
Śpij, jutro ci przyniosę to chili.
-
Wiesz, że nie mam na sobie bielizny? - mruknął Czołg.
Lisa
odskoczyła z jego łóżka jak oparzona, a wtedy Mark zachichotał pod nosem, a
Czołg wreszcie się uśmiechnął i zaczął zasypiać.
Wszystko
było na najlepszej drodze.
Jego
kumpel miał swoją kobietę zdrową, bezpieczną i był szczęśliwy.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń