czwartek, 27 października 2022

22 - Zielone oczy

 

Rozdział 22

Zielone oczy

Lisa

 

 

Był ciepły majowy wieczór, więc byłam ubrana tylko w letnie, dzianinowe spodenki do kolan z gumką w pasie i zwykłą koszulkę, a nogi miałam bose.

Siedziałam w swoim tajnym schowku i panikowałam.

Mark pojechał na jakieś spotkanie z facetami, co robił dość często, więc nie było to nic dziwnego, ale tym razem nie spędzałam czasu z żadną z przyjaciółek, ani nie pojechałam do którejś, tylko zostałam w domu z Czołgiem.

Lubiłam go, czułam się przy nim równie bezpiecznie jak przy Marku, ale mężczyzna był mrukiem i wydobycie od niego czegoś więcej niż chrząknięte odpowiedzi na moje pytania było cudem, chyba że w okolicy był Mark, a miało go nie być.

Dlatego nie spodziewałam się, żebyśmy mogli porozmawiać, a ponieważ nadal nie widziałam, nie mogłam popracować na laptopie, poczytać ani zająć się niczym innym.

Więc najpierw poszłam do pomieszczenia gospodarczego i zajęłam się praniem, co uznałam za wykonalne w mojej kondycji, chociaż mogłam obawiać się, że włożę coś kolorowego do prania z białymi rzeczami i wszystko zafarbuje, ale Mark miał oddzielać ubrania do dwóch różnych koszy.

Nie byłam w stanie tego sprawdzić, więc musiałam mu zaufać.

Kiedy pralka już chodziła, wyszłam z pomieszczenia gospodarczego, zamknęłam za sobą drzwi, żeby hałas nam nie przeszkadzał i poszłam do kuchni.

Do kubka, który wyjęłam z szafki nad zlewem, nalałam sobie soku pomarańczowego, który wyciągnęłam z lodówki, wypiłam go i wstawiłam kubek do zlewu a butelkę z sokiem do lodówki.

Później ruszyłam w stronę sypialni, bo postanowiłam się położyć w naszym łóżku i tam poczekać na powrót Marka.

Czołg siedział na kanapie w salonie, co usłyszałam, bo westchnął i przeciągnął się, kiedy tam przechodziłam.

Rzuciłam mu ciche i krótkie Hej, na które coś odmruknął i poszłam dalej, wciąż z laską wyciągniętą przed siebie, chociaż poruszałam się po domu na pamięć i właściwie jej nie potrzebowałam.

Przeszłam przez cały salon w kierunku korytarza do części rodzinnej, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk dochodzący z pokojów w tej części domu, w której jeszcze nie robiliśmy remontu ani nawet nie znałam jej zbyt dobrze.

Zaniepokoiłam się.

Zatrzymałam się, a wtedy usłyszałam za sobą ciche, czujne kroki Czołga.

Odsunęłam się na bok i odwróciłam częściowo do niego.

- Poczekaj tu - mruknął cicho, więc wiedziałam, że też to usłyszał.

Kiedy przechodził obok mnie, skinęłam głową i czekałam.

Nasz dom miał naprawdę świetny system alarmów i czujników w drzwiach i oknach, więc nie sądziłam, żeby ktoś mógł się ot tak do niego włamać, ale Mark zawsze powtarzał mi, że każde, nawet najlepsze, zabezpieczenia da się obejść, więc nie twierdziłam tego na pewno.

Stałam przy ścianie w salonie, nasłuchując odgłosów dochodzących z części sypialnej, kiedy usłyszałam dziwne stęknięcie, krótką szamotaninę, odgłos upadającego ciała, a potem czyjeś skradające się kroki, które oddalały się w stronę naszego apartamentu.

Wyraźnie ktoś wchodził po schodach na galerię i nie był to Czołg.

Znałam odgłos jego kroków.

Dlatego właśnie nie czekałam dłużej w bezruchu, tylko, przyciskając laskę do brzucha, żeby nie zabzyczała, przemknęłam do bocznego korytarza, z którego wchodziło się do części gościnnej, starając się być bezszelestną, co mogło mi się nie udać do końca, ale miałam taką nadzieję.

Cieszyłam się, że byłam boso, bo wyczuwałam stopami wszelkie nierówności na swojej drodze.

Stanęłam za rogiem, złożyłam swoją teleskopową laskę i ostrożnie odłożyłam ją wzdłuż ściany jak najdalej od zakrętu korytarza, wyjęłam i wyciszyłam swój telefon, schowałam go z powrotem do kieszeni spodni, przylgnęłam plecami do ściany, przycisnęłam do niej obie rozłożone dłonie po bokach mojego ciała i czujnie nasłuchiwałam.

Serce waliło mi jak oszalałe, ale starałam się oddychać jak najciszej.

Było późno, po kolacji, i wiedziałam, że za oknami zachodziło słońce, a Mark i Czołg rozmawiali wcześniej, że było pochmurno, więc miałam nadzieję, że szybko zrobi się ciemno.

Miałabym przewagę.

Znałam nasz dom, a jeszcze nie zapalaliśmy nigdzie światła, więc ja, przyzwyczajona do mroku, poruszałabym się po nim sprawniej niż ten ktoś obcy, kto tam chodził.

Obcy bałby się zapalić światło.

Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Usłyszałam te same, skradające się, kroki, jak minęły mnie, kiedy skręcił z korytarza z części rodzinnej i oddaliły się w stronę części dziennej domu.

Przeczekałam jeszcze sekundę, a potem zdecydowałam się przejść w stronę naszego apartamentu, bo musiałam się dowiedzieć, co się stało z Czołgiem.

Byłam bardzo skupiona, więc dopiero przy drugim stopniu w stronę korytarza do części rodzinnej, zauważyłam to.

Widziałam.

Moje powieki rozchyliły się, ale dookoła panował półmrok, więc nie zauważyłam tego wcześniej.

Dopiero starając się wyczuć, gdzie były schody i załamania korytarza części rodzinnej, zorientowałam się, że widziałam cienie, jakie rzucały okna z pokoi, do których drzwi były zamknięte, ale miały szczeliny pod spodem.

Bałam się, że intruz wróci, więc nie zatrzymałam się, tylko prawie biegłam na palcach bosych stóp w stronę galerii do naszego apartamentu.

Kiedy tam doszłam, serce prawie mi stanęło ze strachu.

Nie, nie, nie, nie!

Na podłodze przy części, która stanowiła siłownię, leżało wielkie, nieruchome, dziwnie wygięte ciało.

Czołg.

Wciąż starając się być cicho, przypadłam obok niego na kolanach na podłodze, a wtedy zobaczyłam krew wylewającą się w kałużę z boku jego ciała przeciwnego do mojej pozycji.

A kiedy zbadałam go pobieżnie dłońmi i wzrokiem, zobaczyłam przez rozdarcie w koszulce, że wypływała ona z rany w jego klatce piersiowej.

Nie znałam się na ranach.

Nie wiedziałam nic o tym, jak go ratować, co zrobić, by mu ulżyć.

Dyszał ciężko, jego klatka piersiowa jednak poruszała się i powoli przekręcił głowę w moją stronę.

- Czołg - szepnęłam, pochylając się nad jego twarzą i obejmując jego wielką szczękę lewą dłonią, kiedy drugą trzymałam na jego klatce piersiowej i wyczuwałam nią bicie jego serca.

- O, Boże, Czołg - wyjęczałam szeptem.

Spojrzał wprost w moje oczy.

- Lisa - wycharczał z wysiłkiem - Schowaj się. Natychmiast!

- Nie mogę cię zostawić - szepnęłam.

- Mark chciał, żebyś była bezpieczna - przypomniał mi.

Wiedziałam to, ale Czołg był jego przyjacielem.

Musiałam jakoś mu pomóc.

- Nie! - szepnęłam.

- Jak cię złapie - odszepnął Czołg z trudem - Nie pomogę ci.

- Czołg - szepnęłam jeszcze raz, ale już wiedziałam.

Musiałam się schować, napisać do Marka i wezwać go do domu.

Sama nie mogłam nic zrobić.

- Trzymaj się - szepnęłam do niego, pochyliłam się i pocałowałam jego policzek - Schowam się i napiszę do Marka - obiecałam, wstałam z kolan i pobiegłam do naszej sypialni.

Kiedy planowałam wyposażenie naszej garderoby, a Mark powiedział, że nie znał się na tym i żebym zrobiła to sama, zrobiłam to po prostu tak, jak wyglądała moja garderoba w Anglii.

Tamtą garderobę zrobił dla mnie tata.

Chciał, żebym była bezpieczna.

Nawet, jak nie uważałam, że chciał mojego dobra, to musiałam przyznać, że wykorzystał w niej dobre pomysły.

Dlatego nie zmieniałam jej, a teraz uznałam, że tamte rozwiązania, które w niej zastosował, były bardzo przydatne.

A po przeczytaniu listu od niego, myślałam, że chciał mojego dobra.

Miałam więc w niej przesuwane półki na buty, za którymi ukryłam sejf, chociaż był on o połowę mniejszy niż ten z Anglii.

Miałam wieszaki, półki i szuflady, które były prawie standardowym wyposażeniem każdej garderoby.

Ale miałam też coś, co musiałam długo tłumaczyć mężczyźnie, który robił ją dla mnie tu, w SLC, jak to miało wyglądać, bo nie spotkał się z tym wcześniej.

Był to tajny schowek, który miał część fałszywą i prawdziwą.

Cóż, do bezpiecznego pokoju było mu daleko.

Część fałszywa była po prostu schowkiem, w którym trzymałam teraz kilka ostatnich, nie wyrzuconych jeszcze, pudełek po sprzęcie zakupionym przeze mnie do kuchni.

Ta część była bezpośrednio za wieszakami z ubraniami i od garderoby oddzielała ją zwykła płyta.

Część prawdziwa była tuż przy niej, wchodziło się do niej z części fałszywej i była wyłożona specjalną wyciszającą gąbką.

Mogłam w niej tylko siedzieć, więc nie była na długo.

Ale miałam tu małą lampkę, butelkę z wodą i gniazdko do ładowarki.

Skrytka miała wentylację i zawsze był tu złożony koc.

A na pewno nikt nie wykryłby jej, pukając w ściany garderoby.

Weszłam tam, przesuwając ostrożnie wieszaki, żeby nie robiły hałasu i zasuwając je z powrotem na miejsce, zamknęłam za sobą starannie płytę, weszłam do właściwego schowka, usiadłam i natychmiast wyjęłam telefon.

Światło ekranu początkowo mnie oślepiło.

To przed tym ostrzegali mnie lekarz i pielęgniarka.

Ale przymknęłam oczy, skupiłam się, wzięłam jeden, a potem drugi wdech i ponownie otworzyłam oczy, by otworzyć aplikację SMS i napisać do Marka trzy krótkie wiadomości:

Obcy w domu.

Czołg ranny.

Schowałam się.

Nie dostałam odpowiedzi, ale też nie oczekiwałam jej.

Wygasiłam ekran i czekałam na Marka.

Myślałam tylko o tym, czy powinnam wysłać wiadomość również do Davida lub Filipa, gdyby Mark z jakiegoś powodu nie mógł odebrać mojej informacji lub nie mógł przyjechać.

Mijały sekundy.

Potem mijały minuty.

Wydawało mi się, że minęła godzina.

Martwiłam się o Czołga.

Nie wiedziałam, ile stracił krwi.

Nie wiedziałam, dlaczego właściwie był półprzytomny, kiedy do niego dotarłam, bo wydawało mi się, że jego rana nie mogła tego spowodować, bo nie było dużo krwi, ale mogłam się mylić.

Czas dłużył mi się w nieskończoność, a jedynym pocieszeniem była myśl to tym, że Mark przyjedzie do mnie, przyjedzie uratować swojego przyjaciela, pokona tego złego człowieka, który nam zagrażał.

Nie bałabym się o siebie, ale wiedziałam, że gdyby coś mi się stało, Mark nigdy by sobie tego nie wybaczył.

Wtedy dostałam SMS-a:

Gdzie jesteś, Lisa?

To było z numeru Marka, ale po poprzedniej pułapce byłam ostrożna.

Nie wyszłam ani nie odpowiedziałam.

Mark sądził, że nie widziałam, więc nie napisałby do mnie, bo nie wiedziałby, że mogłam to odczytać.

A wtedy dostałam:

Czołg powiedział, że masz zielone oczy.

Tak!

Czołg żył i powiedział Markowi, że otworzyłam oczy!

Więc mogłam wyjść.

Zaczęłam wygrzebywać się powoli ze swojej skrytki, a potem wyszłam z garderoby, a w naszej jasno oświetlonej sypialni stało trzech mężczyzn, z których każdy rozglądał się ze zmartwioną miną i ponurym wyrazem twarzy.

*****

Mark

Mark stał razem z Davidem i swoim tatą silnie sfrustrowany w oświetlonej wszystkimi światłami sypialni jego i Lisy.

Pojechali, realizując „genialny” pomysł FBI.

Zastawili cholerną pułapkę w miejscu, do którego mieli zwabić popaprańca, rozgłaszając, że Lisa będzie tam sama, bo oni mieli być w innym.

Nie udało się.

Po godzinie siedzenia w samochodach, czekania i obserwowania, musieli przyznać, że ich plan nie wypalił.

Mark zostawił Lisę w domu z Czołgiem, bo mężczyzna był najbardziej milczący i było oczywiste, że nie lubił przebywać z żadną kobietą sam na sam.

Nie rozmawialiby, nie oglądali telewizji.

Więc ich dom był cichy, ciemny i niezbyt dobrze zamknięty.

Miał wyglądać na opuszczony.

Samochód Czołga był ukryty na pieprzenie odległym podwórku, jak w tych cholernych dniach, kiedy przyjaciel Marka obserwował Lisę z daleka, a Audi Lisy przecież zawsze stało w garażu.

Wydawało się, ze ich plan mógł się powieść.

Pozory.

Gówno.

Kiedy po kolejnej godzinie zrezygnowali z czekania, zaczęli wracać do domów i umówili się na kolejny dzień, by wymyślić coś nowego, Mark zaczął myśleć o wywiezieniu swojej kobiety do Anglii, by była bezpieczna.

Albo może lepiej na Bahamy.

Prawie już dojeżdżał do ich domu, kiedy jego telefon rozbrzmiał SMS-em, a potem dwoma następnymi.

Wyjął go z kieszeni, spojrzał na ekran i zmarszczył brwi.

Dostał trzy SMS-y od Lisy.

Jak to było możliwe, skoro nie widziała i nie mogła pisać, a tym bardziej bez błędów, tego nie wiedział.

Bał się, że ktoś zdobył jej telefon, ale i tak musiałby tam ściągnąć dla niej całą pomoc, jaką tylko by mógł.

Albo to ona napisała, a on wierzył, że to była ona, bo wiedział, ze martwiłaby się o Czołga, więc od razu zadzwonił do Davida, który również nie zdążył dojechać do żony i trójki dzieci, z których jedno miało zaledwie kilka dni.

- Skurwiel jest w naszym pieprzonym domu - warknął Mark do telefonu, zanim nawet kumpel się przywitał.

- Jadę - rzucił David bez wahania i Mark usłyszał pisk opon, kiedy tamten zawracał w miejscu.

Mark rozłączył się, przyspieszył w cholerę i wybrał numer swojego taty.

- Yo - usłyszał głos taty, ale w tym samym momencie Mark rzucił tak, jak do Davida - On jest w moim domu.

- Jadę - jego tata był równie konkretny, jak David, a ponieważ był z nimi w pułapce, więc Mark też usłyszał ryk silnika jego auta.

Mark wiedział, że David zadzwonił do Filipa, a jego tata po swoich.

Wybrał jednak jeszcze jeden numer.

- Tak? - usłyszał głos agenta FBI, z którym nawiązali współpracę po tym, jak zebrali wystarczająco dużo na podpalacza, a który też był z nimi w pułapce.

- Taylor. - rzucił - Pojeb jest w moim domu.

- Jadę - usłyszał i, dzięki Ci Chryste, było słychać, że pieprzony facet naprawdę wybiegał stamtąd, gdziekolwiek był.

Mark rozłączył się, rzucił pieprzony telefon na siedzenie pasażera, skręcił w cholerną uliczkę przylegającą do tylnego podwórka jego domu, zgasił pieprzone światła, wyłączył silnik, podjechał siłą rozpędu jeszcze kilka metrów i zaparkował przy cholernym krawężniku.

Wychylił się, wyjął ze schowka dwa plastikowe paski tryk-traki, które tam się poniewierały, i swoją małą Berettę, której nigdy nie pokazywał nikomu, ale miał do noszenia w ukryciu.

Zamierzał tym razem jej użyć.

Złapał z siedzenia pasażera swój telefon, wysiadł z pickupa i ostrożnie, by nie robić hałasu, zamknął drzwi, chowając telefon razem z paskami do tylnej kieszeni dżinsów.

Broń trzymał w prawej dłoni, gotową do strzału.

Potem przebiegł przez swój tylny trawnik, kryjąc się w cieniu krzewów na jego skraju i sprawdzając wzrokiem okna ich domu.

Okno jednego z pokoi gościnnych było uchylone.

Jak to było, kurwa, możliwe?

Mark zanotował sobie w pamięci sprawdzenie czujników na oknach od tej strony domu, albo lepiej na wszystkich, a potem wszedł do środka tą samą drogą, którą prawdopodobnie wszedł intruz.

Poruszał się cicho i czujnie po zakurzonej podłodze ciemnego i cichego domu, w którym było cholernie za cicho.

Kiedy dotarł do połączenia korytarza z części gościnnej i tego z części rodzinnej zauważył leżącą na podłodze wzdłuż ściany złożoną laskę Lisy.

Była starannie odłożona, nie porzucona, co było dobrą oznaką, bo Mark mógł sądzić, że Lisa jej nie potrzebowała lub wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na to, żeby ktoś usłyszał dźwięki, jakie wydawała.

Tak zrobiłaby jego mądra Lady.

Musiał ją znaleźć.

Od strony salonu Mark usłyszał obce, ciche kroki, jakby ktoś robił obchód kuchni, pomieszczenia gospodarczego lub czegoś jeszcze.

W oddali było słychać stłumione dźwięki, jakie wydawała pracująca pralka.

Mark postanowił najpierw sprawdzić sypialnię.

Kiedy doszedł do wejścia na galerię, zobaczył duże ciało Czołga, który leżał prawie nieruchomo, jeśli nie liczyć jego klatki piersiowej, podnoszącej się przy oddechu.

Mark podszedł do niego, rozglądając się na boki, by nie paść ofiarą pułapki z cieni i przykucnął przy przyjacielu.

- Mark - szepnął Czołg, kiedy Mark ogarnął szybko wzrokiem jego ranę i wielkość kałuży krwi, która wyciekała na podłogę.

- Już dobrze - odszepnął Mark - Gdzie Lisa.

- Zielone oczy - mruknął Czołg.

Mark zamrugał i lekko się wyprostował.

Pomyślał, że skoro Czołg wiedział, że jego Lisa miała zielone oczy, to znaczyło, że musiał je zobaczyć.

Kiedy?

Mark nie pamiętał, żeby Czołg widział wcześniej oczy Lisy.

Czyżby je otworzyła?

- Jest w sypialni - szeptał Czołg z wysiłkiem - Obcy w salonie.

Mark nie wahał się ani sekundy dłużej.

Resztę mogli załatwić później.

Najważniejsze było zlikwidowanie zagrożenia.

Mark podniósł się, odwrócił w stronę salonu, ujął pistolet w obie dłonie i przesunął się plecami przy ścianie w stronę salonu.

Dochodząc do końca korytarza, usłyszał szybkie kroki intruza.

Facet zaczynał być sfrustrowany, nieostrożny, jego kroki były dobrze słyszalne, a on sam nie nasłuchiwał odgłosów domu.

Czuł się pewnie, a jednocześnie spieszył się.

Mark przechylił lufę pistoletu do poziomu kolan człowieka, naszykował się, by rozpoznać twarz i nie postrzelić przypadkowo kogoś ze swoich, a potem wszystko potoczyło się w ułamkach sekund.

Mark działał instynktownie, zgodnie z wyuczonymi odruchami, a tamten wściekle, jak rozjuszony, zacietrzewiony knur.

Rozległ się tylko jeden strzał, tylko jeden krzyk bólu, jeden rozkaz nie ruszaj się, a potem obcy leżał brzuchem do podłogi, Mark siedział na karku tamtego, spinał jego nadgarstki plastikowymi paskami, nie żałując kolejnej kałuży krwi, brudzącej podłogę ich korytarza, bo oznaczała ona koniec strachu jego Lady przed popierdolcem, który zagrażał jej życiu.

Kiedy miał tamtego unieruchomionego, a jego nóż odkopnięty daleko, Mark podbiegł do drzwi wejściowych, zapalając po drodze światło w salonie, otworzył je i powitał mężczyzn, którzy przybyli, by mu pomóc.

- Czołg jest ranny - rzucił do wszystkich - Intruz unieszkodliwiony. Nie wiem, gdzie jest Lisa.

Pobiegł z powrotem w stronę wejścia do ich apartamentu, przeskakując niedbale po drodze obcego, a za nim biegli David i przyjaciele, tata Marka i cały SWAT oraz pieprzone FBI.

Nie nawoływali się.

Żaden z nich nie był skłonny do robienia zbędnego hałasu.

Któryś z facetów wezwał pieprzoną karetkę, inny zajmował się Czołgiem, a reszta została przy jebanym włamywaczu.

Mark minął wszystkich, wskoczył jednym susem na galerię, otworzył z rozmachem drzwi sypialni i zwolnił.

Nie wiedział, gdzie szukać.

Lisa nie była głupia, więc nie schowałaby się pod ich łóżkiem, w ich garderobie ani w łazience nie było szaf, do których by się zmieściła.

Mark stanął w sypialni, w której nie było żadnego śladu, żadnej cholernej podpowiedzi, gdzie mogłaby być Lisa i nasłuchiwał.

Nic!

Wyjął telefon i pomyślał.

Zielone oczy.

Skoro Czołg widział oczy Lisy, skoro ona wysłała do Marka SMS-y, to znaczyło, że widziała i mogła odczytać jego wiadomość.

Więc napisał:

Gdzie jesteś, Lisa?

Mark czekał jedną sekundę, a potem drugą, ale nie dostał żadnej odpowiedzi, ani nic nie usłyszał.

Kurwa!

Lisa była ostrożna po poprzedniej pułapce i Mark się jej nie dziwił.

Znała ich dom lepiej niż ktokolwiek inny, dużo lepiej niż Mark, bo pozwolił jej na urządzenie go według jej własnych pomysłów.

Stworzyła ten dom.

Miała jakieś swoje kryjówki, o których on nie wiedział.

Mark usłyszał za plecami ciche kroki i dołączyli do niego David i jego tata, ale żaden z nich nie odezwał się, tylko patrzyli na niego wyczekująco.

Czołg powiedział, że masz zielone oczy - Mark napisał do Lisy, mając nadzieję, że to wyjaśniłoby jej, że on już wiedział, że je otworzyła.

Wiedziała.

Wyszła z garderoby, jakby stała tam tuż za progiem i tylko czekała, by powiedzieć im A ku-ku!

Mark spojrzał w jej piękne, zielone, szeroko otwarte oczy, zrobił jeden wielki krok, a potem trzymał ją mocno w swoich objęciach.

Była bezpieczna.

*****

Czołg

Następnego dnia rano

Kiedy Czołg się obudził, początkowo nie mógł sobie przypomnieć, gdzie był, ani dlaczego, co się stało.

Właściwie nic go nie bolało.

Był w cienkiej, niewygodnej koszulce, przykryty cienką kołdrą, a ktoś pozbawił go również bielizny.

Czuł, że miał goły tyłek.

Na dole żeber czuł ucisk.

A potem, po kilku minutach leżenia w ciszy, pikaniu aparatury i samotności, kiedy otworzył oczy i zobaczył jasną, czystą salę szpitalną, przypomniał sobie.

Kiedy usłyszeli z Lisą niepokojący dźwięk, który dochodził z pokoju, z którego nic nie powinno być słychać, Czołg poszedł to sprawdzić.

Wszystkie pokoje jednak były puste, zakurzone i ukryte w półcieniach mrocznego, pochmurnego zachodu słońca.

Na wszelki wypadek poszedł skontrolować resztę tamtej części domu.

Tak był skupiony na zapewnieniu Lisie bezpieczeństwa, na wsłuchiwaniu się, czy nie szła za nim, bo przecież nic nie widziała i mogła sobie zrobić krzywdę, że dał się zaskoczyć.

Czołg nie był ochroniarzem.

Nie bronił się, nie zasłaniał.

Jego żywiołem był atak.

Więc tym razem też zaatakował.

Jego przeciwnik był natomiast nastawiony na ogłuszenie kobiety.

Miał w ręku paralizator, ale, na szczęście dla Czołga, nastawiony na słabą moc, więc Czołg nie padł nieprzytomny, chociaż stracił resztkę koncentracji, kiedy przeciwnik poraził go prądem.

Niestety, napastnik miał również nóż.

Kiedy Czołg otrząsał się z oszołomienia, tamten pchnął go nożem w bok.

A potem, jakby tego było mało, wbił mu w ramię igłę strzykawki i wpuścił do żyły narkotyk, który miał ze sobą, by móc porwać Lisę.

Więc Czołg leżał na tamtej pieprzonej podłodze i cholernie wcale nie mógł zareagować, kiedy tamten jebany skurwiel poszedł do sypialni Marka i Lisy, sprawdził, że kobiety tam nie było, a potem przeszedł obok Czołga w poszukiwaniu Lisy.

Kurwa, ta pieprzona bezsilność.

Czołg próbował się zebrać w sobie, podnieść się i ruszyć na pomoc Lisie, kiedy usłyszał jej ciche, delikatne kroki.

Pamiętał, że była boso.

Kiedy kazał jej się schować, początkowo myślał, że go nie posłucha.

A potem, kiedy posłuchała i poszła się schować, leżał na tej pieprzonej podłodze i kurewsko bezsensownie rozpamiętywał, jak cholernie dobrze czuł się, kiedy mówiła do niego tak diabelnie łagodnie, dotykała delikatnie jego szczęki tą mała rączką i pocałowała go w policzek.

Kiedy przyszedł Mark, Czołg musiał się cholernie bardzo skupić, ale powiedział kumplowi najważniejsze z tego, co zapamiętał.

Widział jej zielone oczy, widział je po raz pierwszy w życiu.

Wiedział, że się ukryła, by przeżyć dla Marka.

A popierdolony szajbus był gdzieś w cholernym salonie.

Potem odpuścił i mógł odpocząć, więc pozwolił sobie stracić przytomność.

Odleciał.

Dlatego nie wiedział, jak się tu znalazł.

Na cholernym łóżku w cholernej sali pieprzonego szpitala.

Drzwi jego sali otworzyły się i weszły dwie osoby.

Jego przyjaciel ze swoją kobietą.

Czołg nie mógł się powstrzymać i na jego usta wypłynął szeroki uśmiech.

Lisa podeszła bowiem wprost do jego łóżka, usiadła na jego brzegu i dotknęła znowu dłonią jego szczęki, kiedy nachyliła się nad nim tak, że widział głównie jej zielone oczy.

- Zabraniam ci tak mnie straszyć w przyszłości - warknęła do Czołga - Nigdy więcej tego nie rób! Rozumiesz?

- Okej - mruknął ugodowo.

- Jak się masz, stary? - mruknął Mark zza jej pleców.

- Dobrze - mruknął do niego Czołg.

Lisa odchyliła się, spojrzała w stronę Marka i zapytała:

- Czy jest jakaś szansa na to, żeby on był na ślubie Ani i Filipa?

- On będzie na ślubie Ani i Filipa - obiecał jej Mark.

O, nie, nie zrobi tego.

- Dlaczego? - spytał Czołg niby przerażonym tonem.

- Bo Alek zamówił nieziemski catering - wyznała Lisa.

Jedzenie?

- Och - westchnął Czołg nagle z tym pogodzony - Okej.

Lisa uśmiechnęła się lekko, ale postanowiła zmienić ton na lżejszy i Czołg to zobaczył, kiedy zmieniła wyraz twarzy.

- No to, jak ci tu jest? - Lisa poklepała go po brzuchu poza zasięgiem opatrunku, ale Czołg jęknął udając ból.

Zrobiła przestraszoną minę i poderwała głowę.

- Żartowałem - chrząknął Czołg.

Prychnęła dziwnie.

Mark zarechotał pod nosem.

- Ugotowałam dzisiaj dla ciebie cały garnek chili z czterech rodzajów fasoli, ale Mark zjadł wszystko na śniadanie - powiedziała Lisa.

- No wiesz co - powiedział Czołg z wyrzutem do kumpla.

Mark zrobił dziwną minę.

- Żartowałam - zachichotała Lisa.

Czołg przewróciłby oczami, ale poczuł się tym zmęczony.

Tym wszystkim.

Lisa pochyliła się nad nim, pocałowała go w policzek i szepnęła:

- Śpij, jutro ci przyniosę to chili.

- Wiesz, że nie mam na sobie bielizny? - mruknął Czołg.

Lisa odskoczyła z jego łóżka jak oparzona, a wtedy Mark zachichotał pod nosem, a Czołg wreszcie się uśmiechnął i zaczął zasypiać.

Wszystko było na najlepszej drodze.

Jego kumpel miał swoją kobietę zdrową, bezpieczną i był szczęśliwy.

1 komentarz: