piątek, 28 października 2022

23 - Wszystkiego najlepszego

  

Rozdział 23

Wszystkiego najlepszego

Lisa

 

 

Miesiąc później

Byłam oparta na ramieniu Marka i oboje byliśmy ubrani luźno, ale nadal trochę elegancko.

Casual.

Ja miałam na sobie moją sukienkę, tamtą jasnozieloną szmizjerkę, którą kupiłam na konferencję prasową w Washington i nowe sandałki na nieco wyższym obcasie, co Mark uwielbiał w bardzo zauważalny sposób.

Mark miał na sobie płócienne spodnie i brązową koszulę z krótkim rękawkiem, co ja uwielbiałam, bo jego mięśnie prezentowały się z niej fantastycznie.

Staliśmy w tłumie naszych przyjaciół na terenie zielonym tego kompleksu, w którym mieszkaliśmy z Sarą i Frankiem kilka miesięcy temu i słuchaliśmy, jak pastor mówił słowa przysięgi małżeńskiej, którą powtarzali Ania i Filip.

Usłyszeliśmy:

- Ogłaszam was mężem i żoną… oto pan i pani Philision… może pan pocałować swoją żonę…

A potem długo patrzyliśmy, jak się całowali.

Całowali się, całowali i nie mogli przestać.

Aż w końcu rozległy się nawoływania, gwizdy i pohukiwania.

Zaczęłam chichotać.

Nikt im nie zazdrościł.

To była czysta, szczera radość z tego, że oni też, jak wielu przed nimi i jednocześnie z nimi, znaleźli szczęście.

Ślub odbywał się przy zaimprowizowanym „ołtarzu” stojącym pod łukiem z niebiesko błękitnych kwiatów, a obecni na nim byli nie tylko zaproszeni goście, bo mógł tu podejść każdy, kto akurat był w okolicy.

Podobała mi się ta swoboda.

Potem podeszliśmy do nich, by ze wszystkimi innymi przyjaciółmi złożyć im życzenia Wszystkiego najlepszego.

Po ślubie wszyscy, nie tylko goście weselni, siedzieli przy stołach terenu zielonego, jedli zamówione przez Aleka potrawy i pili piwo, wino lub inne napoje, które przynieśli wszyscy po trochu.

Stałam z Markiem przy jednym ze stołów, rozmawialiśmy z przyjaciółmi i patrzyliśmy na tańczącą parę młodą.

No, może tańczącą parę to było za dużo powiedziane, bo po prostu kołysali się w miejscu w rytm piosenki Better Love, ale panna młoda, moja przyjaciółka, robiła to z prawdziwą gracją.

Ania miała na sobie szaro niebieską sukienkę, której spódnica zrobiona była z tiulu w takim samym kolorze, a Filip miał na sobie zwykłe, czarne ubranie, które było jego wizytówką.

Każde z nich było po prostu sobą.

Życie zaczynało być w pełni dobre i szczęśliwe.

Tydzień po tym, jak zaczęłam znowu widzieć, a ten, który chciał mnie zabić, trafił do więzienia stanowego na długie lata, złożyłam podanie z prośbą o przyjęcie mnie na studia magisterskie na Uniwersytecie Utah.

Zaniosłam tam dokumenty osobiście, bo termin był nietypowy, a ja przenosiłam się do nich z Harvardu, więc nie chciałam, żeby czuli, że nie doceniałam ich uczelni.

Pomimo moich starań zostałam potraktowana niezbyt miło przez prorektora, z którym spotkałam się w jego gabinecie, kiedy jego sekretarka oznajmiła mu, że przyszłam.

Było to umówione wcześniej spotkanie.

Nie było tak, że zjawiłam się i zażądałam widzenia się z nim, albo ktoś naciskał na niego w jakikolwiek sposób.

Nadal, niezbyt „starszy” mężczyzna siedział naprzeciwko mnie, po drugiej strony olbrzymiego biurka, które był zawalone różnymi dokumentami i odchylił się do oparcia wysokiego, skórzanego fotela, składając palce obu rąk czubkami do siebie, kiedy łokciami opierał się o podłokietniki.

Patrzył na mnie bardzo nieprzyjaźnie.

Siedziałam w prostym, starym fotelu z wytartą tapicerką i poczułam Królową Lodu, ześlizgującą mi się po plecach i wpełzającą mi na twarz.

Mężczyzna bowiem powiedział:

- Niech sobie pani nie wyobraża, że będzie miała tu pani jakiekolwiek fory. Tu jest Ameryka. Każdy jest równy wobec innych. Nie obchodzi nas to, że należy pani do rodziny królewskiej, ani jak blisko pani jest tronu angielskiego. Tutaj będzie musiała pani pracować.

- Rozumiem to - powiedziałam cicho, głosem równie zimnym, jak wyraz mojej twarzy, co czułam bardzo mocno, ale nie mogłam tego powstrzymać.

- Musi się pani zapoznać z programem studiów - kontynuował prorektor.

- Zapoznałam się - odparłam.

- Potrzebne będą rekomendacje od pani poprzednich wykładowców - ciągnął swoja wyliczankę.

- Załączyłam - mówiłam tym samym tonem, niezrażona tym, że nie spojrzał nawet do dokumentów, które leżały przed nim w nieotwartej teczce.

- Więc rozpatrzymy pani podanie w odpowiednim czasie - wyrzucił wreszcie pompatycznym tonem, a ja miałam dość.

Wstałam sztywno, skinęłam głową i zaczęłam się odwracać do drzwi.

- Dziękuję za poświęcenie mi pańskiego cennego czasu - powiedziałam.

Wtedy zobaczyłam, że drzwi do gabinetu nie były zamknięte, a w nich stał Mark, który uparł się, by tego dnia mi towarzyszyć.

Zrobił krok w stronę biurka.

- Radziłbym - warknął bardzo złym, ostrzegawczym głosem do prorektora, który na jego widok uniósł się z fotela ze strachem wypisanym na twarzy, co zobaczyłam, kiedy odwróciłam się na dziwny dźwięk dochodzący z jego strony - …żeby pan przeczytał dostarczone dokumenty jeszcze dzisiaj. - A potem spojrzałam na mojego mężczyznę z czułością, bo w jego głosie zabrzmiała prawdziwa duma - Ona była pieprzoną prymuską przez kolejne trzy lata w college’u w Harvardzie, skończyła liceum o rok wcześniej niż jej rówieśnicy, również z pierwszą lokatą, a rząd UK przyjął jej projekt nowelizacji ustawy o opiece zastępczej.

Usłyszałam gwałtownie wciągnięte powietrze ze strony prorektora.

- Mark - powiedziałam łagodnie do mojego ukochanego - Przecież możemy być razem i mieszkać w Anglii przez ten rok, jeśli mnie tu nie przyjmą.

Mark przeniósł swój wzrok z prorektora na mnie, a wtedy wyraz jego twarzy całkowicie się zmienił.

- Możemy, Lady - powiedział łagodnie - ale tu mamy dom.

Mieliśmy.

Dlatego pożegnaliśmy się z nieuprzejmym prorektorem, wyszliśmy i nie wracaliśmy do tego tematu, ale ucieszyliśmy się, kiedy tydzień później przyszło zawiadomienie, że zostałam przyjęta na Prawo i Administrację w U of U.

A w naszym domu mieliśmy również miejsce, w którym mogłam usiąść w głębokim, wygodnym fotelu obok półek wypełnionych książkami i przy stojącej lampie, by czytać książkę, na razie sobie po cichu, a być może kiedyś głośno jakiemuś dziecku.

To była niespodzianka, jaką przygotował dla mnie Mark.

Dla naszej rodziny.

Drugą dobrą rzeczą dla naszej małej, nieoficjalnej rodziny było to, że Mark, który z powodu moich kłopotów odrzucił dwie oferty pracy jako konsultant ochrony, jedną w Miami, a drugą w Los Angeles, dostał kolejną ofertę, tym razem w Denver.

Nie było to całkiem blisko, ale też na nie tak daleko, żeby nie mógł pojechać tam na dwa dni, a potem wrócić do mnie, kiedy zostałby w jakimś hotelu tylko na jedną noc.

Może zresztą mogłabym pojechać z nim.

Zobaczymy.

Stałam więc po ślubie naszych przyjaciół oparta częściowo o swojego mężczyznę, kiedy obejmował mnie ramieniem za brzuch, rozmawiając ze swoimi  przyjaciółmi i patrzyłam, jak na trawniku terenu zielonego bawiły się dzieci.

Bert, Matt i Johnny, który był jednym ze świadków Ani i Filipa, stali z boku niczym poważni nastolatkowie, przyglądając się z wyższością gonitwie młodszych dzieci.

Maria opiekowała się podczas tej gonitwy głównie Davie’m, a trochę Jimem, chociaż to ten drugi sprawiał więcej kłopotów, bo był bardzo ruchliwy.

Sophie siedziała na kocu, który Alex rozłożył dla swojej rodziny na trawie, z trojaczkami, leżącymi każdy w swoim foteliku samochodowym.

Maggie trzymała An Evie blisko siebie, chociaż nie było jej łatwo, bo była w ostatnim miesiącu jej trzeciej ciąży, kiedy rozmawiała z Alice, która trzymała swoją córeczkę i było widać, że dziewczynki znały się i bawiły tym samym, bo wymieniały się czymś, co ssały i gryzły namiętnie, łagodząc zapewne ból wyrzynających się ząbków.

Przeniosłam swoje spojrzenie na dorosłych.

David, stojący blisko nas i rozmawiający z Markiem, patrzył wyłącznie na Maggie, chociaż dopiero po kilku minutach wyrywał się, by wziąć od żony ich córkę na ręce.

Poznaliśmy tu z Markiem Billy’ego, jednego z tych strażaków z ich jednostki, którzy nie byli obecni podczas moich kłopotów z mojego wcześniejszego pobytu w SLC, bo miał dyżur przy radiu, a jego kobieta nie należała ściśle do tej grupy przyjaciółek, która mnie wtedy odwiedzała.

Billy był bowiem związany z Hannah, kuzynką Olgierda, ich kapitana.

Olgierda i jego żonę, Helenę, również poznaliśmy tutaj, na ślubie.

Na ślubie Ani i Filipa był też Tom, który przyszedł sam, ale nie podchodził do nas, więc nie rozmawialiśmy, chociaż postanowiłam później mu powiedzieć, że nie miałam do niego żalu i przeprosić go za to, że robiłam mu fałszywe nadzieje.

Przy beczce z piwem widziałam Asa i Big Bena, ale jakoś nie zauważyłam, żeby przyszli z jakimiś kobietami, a i z innymi nie rozmawiali za dużo, więc szybko straciłam ich z oczu.

Poznaliśmy tu również rodzinę Ani, to znaczy jej siostrę, szwagra, który poprowadził ja do ołtarza i widziałam gdzieś biegającą czwórkę ich dzieci: Annette, Abigail, Petera, Tobiasa i roczną Madison, która trzymała się mamy.

A także przybraną rodzinę Filipa, bo dowiedziałam się, że wychowywał się on w rodzinie zastępczej.

Przy stole Evy, Jimmy’ego, Drivera, Strzały i innych siedzieli również Sara i Frank, pogrążeni w rozmowie ze wszystkimi ogólnie, a z Evą szczególnie.

Zostali zaproszeni przez Anię i Filipa, ale, szczerze powiedziawszy, zorganizowałam im podróż służbową, zapłaciłam za nią i ufundowałam im tu mieszkania na cały tydzień, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać.

W następnym miesiącu bowiem wybieraliśmy się z Markiem na kilka dni do Anglii, by uregulować sprawy związane z funkcjonowaniem naszych dwóch domów.

Pomyślałam o tym, że to było dokładnie to miejsce, w którym chciałam być, do którego należałam.

To byłam ja i miejsce, w którym mogłam być sobą.

Podniosłam głowę do Marka, pogłaskałam jego przedramię, obróciłam się w nim i pocałowałam od dołu jego ogoloną na gładko szczękę.

- Idę do Czołga - powiedziałam cicho.

Mark spojrzał na mnie, w stronę Czołga, uśmiechnął się i puścił mnie, bym mogła odejść w stronę jego przyjaciela.

Czołg siedział blisko grilla i miał bardzo ponurą minę, a ja podejrzewałam, że wiedziałam dlaczego.

A dokładniej, przez kogo.

Nową lokatorką w kompleksie była mała, szczupła kobieta o imieniu Bee.

Nie była młoda jak nastolatka, ale nadal bywała nieco dziecinna, co już wiedzieliśmy, skoro byliśmy tu dwa razy wcześniej podczas przygotowań do ślubu.

Miała krótkie, potargane, ciemne włosy, niebieskie, błyszczące humorem oczy i była niezwykle energiczna i pewna siebie.

Czołg wodził za nią mrocznym spojrzeniem i robił się z minuty na minutę coraz bardziej nieszczęśliwy.

Pił piwo, zjadł steki, kiełbaski, tonę chili, ale jego humor oklapł i apetyt spadł do zera, kiedy ta mała pchełka pojawiła się w polu widzenia i zaczęła wygłupiać się z chłopakami, czyli z Johnny’m, Mattem i Bertem.

Podobała mu się.

Podeszłam do niego, oparłam dłoń na jego ramieniu, kiedy nie zwrócił na mnie uwagi, a potem z westchnieniem opadłam na ławkę obok.

- Och - powiedziałam przy tym - Nogi mnie bolą od tego stania.

- Może nie należało wkładać tych pieprzonych szpilek - burknął Czołg.

- Może - rzuciłam lekko.

Posiedzieliśmy kilka minut w milczeniu, kiedy oglądałam z uśmiechem, jak Bee złapała czapkę Matta z symbolami jego drużyny piłkarskiej i zaczęła ją podrzucać.

Miałam wrażenie, że popisywała się, żeby zwrócić czyjąś uwagę.

- Oddaj - wrzasnął Matt.

- Bo co mi zrobisz? - śmiała się Bee.

Matt miał doprawdy wściekły wyraz twarzy.

- Ocho - mruknęłam do siebie - Ktoś tu nie zna się na żartach.

Matt nagle rozpędził się i uderzył ramieniem Bee w brzuch, a ta wylądowała na pupie na trawie.

Czołg zerwał się z ławki i skoczył w tamtą stronę kilkoma krokami.

Pobiegłam za nim.

Czołg jednak tylko przytrzymał chłopca, odsunął go dość delikatnie, a potem podał rękę Bee i pomógł jej wstać z trawy.

- Nic ci nie jest? - Czołg mruknął do niej, a ona podniosła na niego oczy, zadzierając wysoko głowę i uśmiechnęła się promiennie.

- Nie - powiedziała radośnie - Dzięki.

Czołg odwrócił się do Matta i powiedział stanowczo, hucząc na cały kompleks i okolice:

- Pamiętaj, chłopcze, że nigdy nie wolno tak traktować kobiety. Żadnej! Zrozumiano?

- Tak jest, proszę pana - szepnął Matt, patrząc na Czołga z respektem, ale, jak zauważyłam, bez strachu.

Czołg skinął do niego głową, a potem odwrócił się tyłem do nich i ruszył z powrotem w stronę naszej ławki.

Rozejrzałam się i zobaczyłam, że ludzie nam się przyglądali, ale część z nich, jak Eva, robiła to z uśmiechem, więc również się uśmiechnęłam.

Wszyscy tu wiedzieli, że Czołg był łagodnym wielkoludem.

Bee podeszła do mnie i złapała mnie za przedramię, bym spojrzała na nią.

- Znasz go? - spytała z nadzieją w głosie.

- Tak - powiedziałam.

Zdecydowałam, że był to czas na działanie i wzięłam ją za rękę.

- Chodź ze mną - powiedziałam do niej i ruszyłam za Czołgiem, ciągnąc ją ze sobą - Przedstawię cię.

- Ja… - zawahała się i zaparła nogami w trawie - Nie mogę.

Pociągnęłam ją mocniej.

- Możesz - powiedziałam stanowczo - Nawet powinnaś mu podziękować.

- Tak myślisz? - zapytała i spojrzała na mnie z jakimś takim jasnym światełkiem w niebieskich oczach.

Więc poszłyśmy, przedstawiłam ich i, uwierzcie mi, już do końca grilla Bee nie odstępowała Czołga ani na krok.

Może i chciał się jej pozbyć, bo był chyba nawet bardziej mrukliwy niż zwykle, ale ona była nieustępliwa, radośnie skacząc wokół niego, przynosząc mu kolejny kawałek tortu, miski lodów i inne smakołyki, a potem patrząc z uwielbieniem, jak to wszystko pochłaniał.

Stanowczo, podobał jej się.

Cieszyłam się, bo zasługiwał na trochę dobrego.

*****

Miesiąc później, Anglia

Ponownie siedziałam w moim ulubionym fotelu przy pasującym do niego stoliku do kawy w moim prywatnym gabinecie, w moim domu, ale drugi taki sam fotel zajmowała moja nowa asystentka, Eleonora.

Przylecieliśmy z Markiem do Londynu poprzedniego dnia i Frank odebrał nas z lotniska, by przewieźć nas moją limuzyną wprost do mojego - naszego drugiego - domu.

W Anglii była godzina piąta po południu, ale my byliśmy po kilkunastu godzinach lotu i to w stronę, kiedy umykał nam cały jeden dzień, więc nie przywitaliśmy się z nikim osobiście, a tylko zjedliśmy to, co dla nas przygotowano w salonie i poszliśmy do łóżka.

Do mojego dawnego łóżka w mojej dawnej sypialni, które budziło w nas tyle jakże bardzo miłych wspomnień.

Wspomnienia te odświeżyliśmy od razu wychodząc z salonu, bo Mark przyciągnął mnie do siebie, szarpiąc mnie za rękę, więc wpadłam gwałtownie na jego przód, co pozwoliło mu wpić się w moje usta bez mojego najmniejszego protestu.

Nie żebym zamierzała jakiś wykrztusić, ale trzymał przy tym mocno tył mojej głowy, więc i tak nie miałabym szansy.

W trakcie pocałunku zaczął zrywać ze mnie ubranie, co było dość skomplikowane, zważywszy na to, że miałam na sobie cygaretki, zapinaną na mnóstwo guziczków bluzkę, a włosy spięte w kok.

Mark przypomniał mi, jaki był sprawny, a ja wciąż to lubiłam.

Byłam naga i z rozwianymi włosami w mniej niż pół minuty i kochałam to.

Nie próżnowałam przy tym, więc Mark też nie miał na sobie koszulki ani spodni, a jego slipki były zsunięte poniżej jego pośladków.

Wspaniałych, twardych pośladków, które trzymałam oburącz, kiedy podniósł mnie, trzymając dłońmi za moją pupę i podrzucając mnie, bym rozłożyła szeroko nogi.

Przeniosłam ręce na jego ramiona i zrobiłam, co mi niewerbalnie nakazał, więc wisiałam na jego silnym, ciepłym ciele, trzymając dłonie na jego barkach i nogi owinięte na jego biodrach.

Zaniósł mnie tak wgłąb sypialni w stronę łóżka, przez cały czas nie przerywając pocałunku.

Zanim rzucił mnie na łóżko, byłam tak mokra, że ledwie zerwał slipki i raz ruszył biodrami, a już był we mnie.

Taki twardy, gorący, pulsujący, gotowy na mnie.

Mój.

Ruszał się szybko i gwałtownie, więc poszybowałam na swój szczyt błyskawicznie i osiągnęłam go, krzycząc jego imię w jego szyję.

Zaraz potem poczułam, że Mark ruszył się we mnie dwa lub trzy razy, wyjęczał swoją rozkosz w moje włosy i zamarł.

Ułożyliśmy się do snu tak, jak ostatnio lubiliśmy to robić, więc leżałam tyłem do niego, a on ciasno obejmował mnie ramionami.

Bezpiecznie wciśnięta w jego ciało.

Budziliśmy się potem w nocy jeszcze kilka razy, bo mieliśmy oboje jetlag, ale poradziliśmy sobie z nim doskonale, skoro należało odświeżyć wspomnienia, a ja chodziłam również po moim apartamencie, zbierając nasze ubrania, bo nie chciałam, żeby to zrobiła rano pokojówka, która przyszłaby ze śniadaniem.

Jednak przed godziną siódmą rano, kiedy zadzwonił mój budzik, wstaliśmy całkiem rozbudzeni i rozeszliśmy się do naszych zajęć.

No, może nie do końca, bo zaczęliśmy nasz dzień od wspólnego śniadania, które czekało przyszykowane dla nas w dawniej moim salonie.

Obfitość jedzenia powiedziała mi, że kucharka była naszykowana na to, że zjem z moim mężczyzną śniadanie, podobnie jak poprzedniego dnia kolację.

Więc zjedliśmy, porozmawialiśmy o naszych planach, a dopiero potem rozeszliśmy się do nich.

Każde z nas robiło to, co było nami, więc Mark zajmował się bezpieczeństwem, a ja moją fundacją i naszym domem.

Mark umówił się na rozmowę z Frankiem, kilkoma mężczyznami i jakimś specjalistą, by dokonać przeglądu zabezpieczeń wokół całej posiadłości i wokół samego domu, który miał stać się naszym domem.

Ja miałam popracować nad zaległymi sprawami domowymi w moim gabinecie, porozumieć się z Eleonorą, a potem byłam umówiona na spotkanie z Sarą w Londynie w sprawie fundacji, bo należało ustalić harmonogram wizyt w domach, które finansowaliśmy.

Do Londynu jednak mieliśmy pojechać razem z Markiem, bo było prawdopodobne, że księżna Charlotta wezwałabym mnie do siebie, skoro po długiej nieobecności byłam znowu w Anglii.

A Mark chciał mnie przed nią ochronić, w jakikolwiek sposób musiałby to zrobić.

Więc teraz, będąc po pierwszej godzinie mojej pracy, kiedy przejrzałam dokumenty, które przesłała mi Sara, podpisałam inne, które przyniosła mi Eleonora, chociaż przyznaję, że te przeczytałam, postanowiłam poznać bliżej moją asystentkę.

Okazało się, że Eleonora była cicha w obyciu, skrupulatna w działaniu, konkretna w słowach, staranna w pracy, pilna w nauce i dyskretna.

Sara chwaliła ją oszczędnie, ale zawsze znajdowała coś, co mogła mi wskazać, że moja nowa asystentka zrobiła dobrze.

Przekonałam się w ciągu tej godziny, że to ona zabroniła wchodzić do mojego apartamentu, nakazała przygotować czystą pościel, żebym mogła ją sama zmienić, jeśli uznam to dla nas za potrzebne bez koniczności wzywania pokojówek, oraz kazała codziennie podawać śniadanie dla dwojga w salonie mojego apartamentu przed godziną siódmą rano.

Chociaż wiedziałam wcześniej, że to ona kazała posprzątać mój apartament te kilka miesięcy temu, ale zrobiła to za namową babki Charlotty, więc po prostu słuchała niewłaściwej osoby.

Potem miałam się przekonać, że bardzo dużo rozmawiała z Sarą i to ona wiele ją nauczyła.

- Co nowego wydarzyło się w mojej rodzinie? - zapytałam Eleonory, chociaż bez specjalnego zainteresowania, bo oni nie interesowali się mną, a ja nawet wolałam, żeby tak pozostało.

- Obawiam się - powiedziała moja nowa asystentka  z dość dziwną miną, jakby nie obawiała się, a była całkiem zadowolona - że dokładnie tak, jak powiedziała to pani Sara, milady została oficjalnie uznana za czarną owcę tej rodziny.

- Cóż - wymamrotałam - nie będę płakała.

- Tak właśnie powiedziała pani Sara - odparła cicho Eleonora.

Milczałam przez chwilkę, myśląc o tym, jak bardzo pomyliłam się, sądząc, że babka była w stanie wpłynąć na tę kobietę i na moje życie.

- Eleonoro - odezwałam się, kiedy herbata była już wypita, a biszkopt domowej roboty zjedzony - czy moja babka Charlotta odzywała się chociaż raz do ciebie w mojej sprawie, kiedy była w Stanach?

- Tylko na początku, milady - powiedziała Eleonora zgodnie z tym, co wiedziałam od Sary - od kilku tygodni księżna Charlotta w ogóle nie opuszcza swojego pałacu.

Myślałam o tym.

Nie chciałam, żeby babka była ukarana nadmiernie, chociaż Mark nigdy nie zgodziłby się, żebym kontaktowała się z nią w jakikolwiek sposób, więc nie powinnam wyciągać do niej ręki.

Musiałam to chyba odpuścić.

- Dobrze - westchnęłam - Powinniśmy w przyszłym tygodniu pojechać na dzień lub dwa do Francji - powiedziałam mojej asystentce - i powinnaś jechać z nami. Przyszykuj wszystko co potrzebne na te podróż. Sara poda ci szczegóły.

Twarz Eleonory rozjaśniła się, kiedy powiedziała - Tak jest, milady.

Cieszyła się na tę podróż.

My mieliśmy tam pojechać głównie służbowo, bo musiałam spotkać się z naszymi współpracownikami z fundacji.

Ale zawsze można znaleźć czas na chwilę odpoczynku we dwoje.

Zwłaszcza w jakimś romantycznym miejscu.

Po naszej rozmowie poszłam do kuchni, by porozmawiać z Jane i przygotować lunch dla mojego mężczyzny i dla mnie.

Przekonałam się, że Jane przewidziała to i przygotowała produkty, ale nie naszykowała samego posiłku.

- Milady, jak się cieszę, że znowu panią widzę. - powitała mnie, a ja zastanowiłam się, a później podjęłam decyzję.

- Proszę, Jane - powiedziałam do niej, ale upewniłam się, że byłyśmy we dwie w kuchni - Czy możesz mówić do mnie Lisa, kiedy będziemy same?

Jane rozjaśniła się, a potem skinęła głową.

- Dobrze, Lisa - powiedziała.

Podeszła do mnie bliżej, położyła mi dłoni na przedramieniu i uścisnęła je lekko z łagodnym uśmiechem na twarzy.

- Twoja mama prosiła mnie, żebym mówiła do niej Lizzie, kiedy razem gotowałyśmy - wyznała, a ja poczułam nagły zachwyt na myśl, że było we mnie coś, co przekazała mi mama, chociaż tego nie wiedziałam.

Nie umiałam nic z tym zrobić, ale Jane tego nie potrzebowała, bo wiedziała, że to byłam po prostu ja.

- Dobrze - szepnęłam, a potem chrząknęłam delikatnie, by powstrzymać natłok emocji i odwróciłam się do blatu, gdzie stały naszykowane produkty - Co ugotujemy na lunch dla Marka?

- Coś pysznego -  stwierdziła Jane, a ja spojrzałam na nią zaskoczona, a potem roześmiałam się.

- Oczywiście - powiedziałam przez to.

I zabrałyśmy się do gotowania.

Miałam tam kogoś, kto znał moją mamę i chciał mnie nauczyć gotowania.

Samo dobre.

Najlepsze.

*****

Trzy miesiące później

Coraz bardziej byliśmy nami, pełną rodziną, jaką zawsze chcieliśmy być.

Zaczęłam kolejny semestr na studiach, tym razem na U of U, więc codziennie wracałam do domu moim Audi, robiłam dla nas kolację, a czasem Mark przygotowywał lunch, który przywoził, żebyśmy mogli zjeść we dwójkę na trawniku w kampusie uczelni.

Spotykaliśmy się w gronie przyjaciół, pisałam pracę dyplomową, którą poprosiłam, by wyznaczyli mi przed zwykłym terminem, a jednocześnie urządzaliśmy część gościnną naszego domu.

W ciągu tych miesięcy, kiedy pozbyliśmy się zagrożenia ze strony różnych znanych nam i mniej znanych osobników, pomalowaliśmy i umeblowaliśmy bawialnię, a dokładniej, przenieśliśmy meble do niej przeznaczone z salonu, dokupiliśmy kilka nowych, a potem kupiliśmy meble do salonu.

Ja kupiłam.

Mark zapłacił.

Był to komplet, który zapoczątkowała tamta sofa w stylu wiktoriańskim, z ciemnobrązowym, pluszowym obiciem na wygiętych podłokietnikach i oparciu, a kwiatowej, drukowanej łące na siedzisku.

Sonija pomogła mi znaleźć do tego jeszcze jedną czteroosobową sofę, trzy fotele i kilka pasujących do tego prostokątnych stolików do kawy z czerwonego drzewa wiśniowego, a potem jeszcze kilka podnóżków.

Kiedy dokupiłam klimatyczne obrazki, wazony i bibeloty, nasz salon stał się ciepły i przytulny.

Dokładnie taki, jaki chciałam.

Mark pracował głównie ze swojego domowego biura, przy komputerze i telefonie, ale zdarzały mu się dni, że wracał bardzo późno, a nawet kilka razy nocował poza domem.

Więc byliśmy w naszym domu razem, chociaż nie zawsze.

Jak normalna rodzina w zwykłe, codzienne dni i wcale nie było nudno.

Kiedy w drugiej połowie lipca wróciliśmy z Europy do Stanów, Maggie urodziła już ich drugą córkę, Ally, i mieli właśnie jakieś problemy z jej zdrowiem, czym zajmowała się głównie Ania, jak wszystkimi kłopotami zdrowotnymi dzieci tego grona przyjaciółek.

Ja, z pomocą Evy, zajęłam się urządzaniem naszej jadalni i, co było również normalne w tym gronie przyjaciółek, pomagała nam Sonija.

W sierpniu byliśmy na wielkiej imprezie rocznicowej ślubu Evy i Jimmy’ego, przy czym dowiedzieliśmy się z Markiem, że ta para zawsze obchodziła bardzo hucznie wszelkie rocznice, urodziny i święta.

Uwielbiałam to.

Niedługo miała być kolejna taka impreza, czwarte urodziny Davie’go.

Kupiłam sobie z tej okazji nową sukienkę, co Mark przyjął z zadowoleniem, jeśli tak można to nazwać.

Chodziło o to, że chciałam, żeby zaakceptował mój wyboru, więc przymierzyłam tę sukienkę w domu razem z butami, ale bez bielizny.

Byliśmy już po kolacji, Mark siedział na kanapie w bawialni, z nogami na podnóżku stojącym blisko niego, włączył mecz w telewizji, chociaż nie oglądał go z zainteresowaniem, a ja poszłam do naszej sypialni przebrać się i nic mu na ten temat nie powiedziałam.

Sukienka była za kolano, klasyczna, ale miała ciekawy stanik, bo cała była wykonana z plisowanego tiulu, a w dekolcie materiał zachodził na siebie ze strony prawej na lewą i do góry był zebrany w szerokie ramiączka.

Jej bazę stanowiła jedwabna halka w kolorze tym samym, co tiul, trawiasto zielonym, ale zastanawiałam się, jaki stanik powinnam do niej włożyć i to właśnie postanowiłam zadecydować podczas jej przymierzania.

Ostatecznie jednak, wciąż niezdecydowana, jak wspomniałam, wyszłam w niej do Marka do bawialni bez bielizny.

- Kochanie - zaczęłam, zapinając sukienkę pod pachą w czasie, kiedy szłam w jego stronę - Czy mógłbyś mi pomóc zdecydować?

Mark oderwał oczy od ekranu, spojrzał na mnie przez ramię i zobaczyłam, jak zamarł, a potem opuścił nogi na podłogę, wpatrując się we mnie.

Szłam w swoich bardzo wysokich szpilkach i czułam się dziwnie, bo moje piersi kołysały się przy każdym kroku, a nigdy tego nie lubiłam.

Za bardzo je czułam.

Stanęłam kilka kroków od Marka i popatrzyłam na niego.

- Jak myślisz - zaczęłam znowu - Może być ta sukienka? Nie mogę dobrać do niej stanika i…

- Podejdź tu - Mark warknął takim tonem, że wreszcie zaczęłam zwracać uwagę i podeszłam do niego na uginających się w kolanach nogach.

- Co się… - zaczęłam pytać szeptem, ale właściwie już wiedziałam.

Poznawałam ten ton.

Kiedy byłam tuż przy kanapie, Mark dotknął czubkami palców wewnętrznej strony mojej lewej nogi przy kolanie pod spódnicą i zaczął ciągnąć nimi w górę, patrząc mi cały czas w oczy.

Nie mogłam drgnąć, bo byłam jak zahipnotyzowana spojrzeniem jego oczu, które z podniecenia stały się całkiem czarne.

Kiedy jego palce dojechały do górnej części moich ud, byłam już całkiem mokra i gotowa na niego.

Brak majtek powodował, że czekałam na jego palce w moim wrażliwym miejscu i chciałam ich natychmiast.

Mark je, niestety, zabrał.

Wyprostował się, rozpiął pasek swoich spodni, a potem suwak, podniósł biodra i jednym szarpnięciem zerwał zarówno spodnie jaki i slipki do kolan, by pokazać mi naprężoną, gotową do działania męskość.

- Och - westchnęłam z zachwytem.

- Wejdź tu - Mark rozkazał mi niskim, dudniącym głosem, a ja natychmiast wykonałam ten rozkaz.

Kiedy usiadłam na nim okrakiem, wycelowałam i opuściłam się, a wtedy dopiero Mark trafił czubkiem na moją wilgoć, nieosłoniętą żadnym materiałem.

- Jaka gotowa - warknął, kiedy to poczuł.

- Tak - westchnęłam, złapałam rękoma za oparcie kanapy za jego plecami i zaczęłam jechać na nim.

Mark trzymał mnie za biodra i kierował moimi ruchami, a kiedy nasz rytm wzmógł się, podniósł się ze mną na sobie, położył mnie na kanapie i przejął kontrolę.

Nie zrobiliśmy tego szybko i gwałtownie.

Kochaliśmy się wtedy długo, namiętnie i na wiele sposobów.

Sukienka wylądowała ostatecznie na podłodze, więc nadawała się do założenia na imprezę rocznicową Evy i Jimmy’ego.

I na nasze świętowanie po imprezie.

*****

Dwa miesiące później

Gwiazdkę spędzaliśmy u rodziców Marka.

Była Chloe, jej mąż i dzieci, był również Czołg z Bee.

W całym swoim życiu nie dostałam od nikogo piękniejszego prezentu Gwiazdkowego, co w tę Gwiazdkę od Marka.

Bo był to wieczór, kiedy Mark podarował mi cudny, klasyczny, złoty, z pojedynczym diamentem pierścionek zaręczynowy.

Już wcześniej ustaliliśmy, że pobierzemy się na przełomie lutego i marca, w rocznicę naszego pierwszego pocałunku.

Mark nie musiał mi się oświadczać, nie musiał mnie pytać, czy za niego wyjdę, bo to już dawno temu oboje zadecydowaliśmy, że zostanę panią Taylor.

Właściwie już czułam się panią Taylor.

To byłam ja.

Byłam kobietą, która chciała mieć rodzinę, męża, którym będę się opiekowała, dzieci, które mu dam i dom, o który będziemy razem dbali.

Nie chodziło o mój brak ambicji zawodowych, bo mogłam prowadzić przy tym fundację, doglądać rodzin zastępczych, pomagać w adopcji dzieci niepełnosprawnych lub chorych.

Mieliśmy tylko wybrać termin ślubu i to zrobiliśmy.

Może to było kiczowate, sentymentalne, ale prawda była taka, że oboje byliśmy romantykami, chociaż może nie lubiliśmy się do tego przyznawać na głos, dlatego wybraliśmy termin, który przypominał nam ten pocałunek.

Ale również właśnie dlatego tylko nieliczni nawet z naszych przyjaciół wiedzieli, dlaczego wybraliśmy taki termin ślubu.

Alek, kiedy się ode mnie dowiedział ten miesiąc temu o tym, kiedy zamierzaliśmy się z Markiem pobrać, zaczął strasznie głośno panikować, że niby nie zdąży nic zrobić, ale nie słuchałam go, bo Maggie powiedziała mi, że on zawsze tak panikował.

Podobno organizował śluby już kilku kobietom z ich grupy i wszystkie były fantastyczne, więc zdałam się na niego.

Mark, jako męski mężczyzna, nie wtrącał się do tego ani razu, a ja dokonywałam wyborów tak, jak to robiłam przez całe życie, więc popłynęło to bardzo sprawnie.

Kilka tygodni przed Gwiazdką natomiast dostałam od mojego przyszłego męża prezent z okazji moich dwudziestych drugich urodzin, ale był to prezent, który pokochał Marka miłością bezwarunkową i głęboką.

Bowiem był to półroczny szczeniak labradora, sunia, która dostała na imię Blondi, bo była prawdziwą blondynką i, jako dziewczynka, po prostu musiała zakochać się w Marku.

Bardzo szybko nauczyła się wszystkiego, co potrzebowała umieć, a okazało się, że miała również bardzo silnie rozwinięty instynkt opiekuńczy, więc pilnowała porządku w domu, zganiając nas do gromady, jeśli szukaliśmy się po okolicy.

Sypiała zwykle w pomieszczeniu gospodarczym, codziennie rano wychodziła na spacer na nasz tylny trawnik, który zyskał ogrodzenie specjalnie w tym celu, chociaż miałam wrażenie, że Mark miał również inny cel przy grodzeniu nas od tamtej strony.

Mieliśmy wszystko co najlepsze.

Również naszych przyjaciół.

Lubiłam patrzeć na Czołga i Bee.

Byli tak bardzo niedobrani, że aż pasowali do siebie.

Na zasadzie przeciwieństwa.

Ale najważniejsze było to, że Czołg był szczęśliwy.

Oczywiście, on sam nigdy by się do tego nie przyznał.

Lubiłam również przebywać w towarzystwie rodziców Marka, a zwłaszcza jego mamy, bo wnosiła niesamowity spokój w szalone życie ich obu, majora i kapitana Taylor.

*****

Trzy miesiące później

Z bukietem czerwonych róż w dłoniach szłam samotnie przejściem między ławkami w stronę zaimprowizowanego ołtarza, przy którym stał urzędnik, który miał przyjąć nasze przysięgi ślubne.

Miałam na sobie piękną, białą suknię, którą uszyła dla mnie wybrana przez Aleka krawcowa według wzoru, wybranego przez Aleka.

Suknia miała jedwabny gorset, który opinał moją talię i podnosił biust, piękną, prawdziwą koronkę w dekolcie, również koronkowe, długie rękawy do połowy dłoni i niewielki tren z tyłu spódnicy, która kończyła się tuż nad kostkami, eksponując piękne czółenka na szpilce, a rozszerzała się od połowy uda, więc mogłam iść swobodnie, chociaż niespiesznie w stronę mojego przeznaczenia.

Oto nadchodziła ta chwila.

Miałam zostać tą, którą miałam być zawsze.

Byłam do tego stworzona.

Żeby być panią Taylor.

Wiedziałam, że po tym dniu wreszcie będę sobą.

Ubrany w smoking i białą koszulę Mark stał tam, przy urzędniku, a jego zachwycony wzrok prowadził mnie, wspierał i ochraniał, więc nie czułam się sama ani przez sekundę tej podróży.

Przy Marku stał Czołg, jego drużba, a naprzeciwko niego ustawiały się moje druhny: Sara, Eva i Maggie.

W ławkach stali nasi przyjaciele, a z Anglii przyjechała również partnerka Sary i Frank z żoną i dziećmi.

Nie zaprosiłam nikogo z rodziny, bo chcieliśmy mieć tylko szczerych przyjaciół wokół siebie, a Eleonora miała dopilnować wszystkiego w Anglii.

Mieliśmy mieć wszystko.

I, w gronie naszych przyjaciół i najbliższej rodziny, z których każdy szczerze życzył nam Wszystkiego najlepszego, mieliśmy to.

Dom, wesele, tort, pierwszy taniec.

A potem noc poślubną, na którą przygotowałam się wcześniej, bo już od kilku tygodni nie brałam tabletek, więc mieliśmy mieć i rodzinę.

Ten dzień był nasz.

I był idealny.

*****

Dwa miesiące później

Weszłam do domu po wjechaniu moim Audi do naszego garażu i zaczęłam się zastanawiać, jak przekazać Markowi niespodziankę, którą dla niego miałam.

Wypuściłam Blondi na tylny trawnik, żeby zrobiła to, co potrzebowała zrobić, zanim jej ukochany pan wróci do domu.

Rozpakowałam zakupy, zaczęłam przygotowywać kolację, a potem poszłam do sypialni, żeby się przebrać.

Dlatego telefon zostawiłam w kuchni, by zaraz po niego wrócić.

Zmieniłam ubranie, umyłam ręce i wróciłam do kuchni, żeby dopilnować gotowania się risotto z krewetkami, które wybrałam na nasze świętowanie doskonałej wiadomości, jaką miałam dla mojego męża.

Piętnaście minut później rozległ się dzwonek do drzwi.

Przykręciłam ogień pod garnkiem, wytarłam ręce i poszłam otworzyć.

Zobaczyłam przez wizjer Daniela, tatę Marka, więc otworzyłam szybko i z uśmiechem.

- Hej, Daniel - zawołałam - Marka jeszcze nie ma.

- Wiem, Lisa - powiedział Daniel takim tonem, że przestałam się uśmiechać, złapałam się framugi drzwi i wciągnęłam powietrze do płuc.

Daniel wszedł głębiej do domu, odwrócił się do mnie przodem i poprosił napiętym głosem - Może usiądziesz?

Zamknęłam drzwi na klucz, weszłam za nim do korytarza łączącego salon z kuchnią, a on był tak strasznie czujny i poważny.

I już wtedy wiedziałam, że stało się coś strasznego.

Automatycznie poszłam w stronę kuchni.

- Mark został porwany - tata Marka powiedział wprost, a ja zobaczyłam mroczki przed oczami, więc złapałam się kurczowo blatu wyspy, przy której byłam - Jeszcze nic nie wiadomo - Daniel mówił dalej - Znaleźli jego samochód, był zepchnięty z drogi na pobocze. Brak krwi.

- To dobrze - stwierdziłam szeptem.

- Tak - przytaknął Daniel - to dobrze.

- Ja… - powiedziałam dziwnym głosem, zdrętwiałymi wargami - muszę… wyłączyć gaz, bo… gotuję kolację - odwróciłam się i skierowałam do kuchenki.

Musiałam zająć się czymś zwykłym, normalnym, codziennym.

Mark wróci i będzie potrzebował domu.

Spokoju i stabilizacji.

Rodziny.

Mark wróci.

Musi być ugotowane, posprzątane, a ja muszę być silna.

- Lisa, może będzie lepiej, jak pomieszkasz z nami przez jakiś czas? - zapytał mnie delikatnie tata Marka - Tylko dzień lub dwa.

- Nie - powiedziałam stanowczo, wycierając zamaszyście blat koło kuchenki - dziękuję. Ja… Muszę być w domu, kiedy Mark wróci.

- Lisa - Danie Taylor podszedł bliżej mnie - To może potrwać. Lepiej, żebyś nie była tu sama.

- Ja… - przełknęłam boleśnie ślinę i podniosłam na niego wzrok - Ja nie będę sama. Zadzwonię do przyjaciółek.

Tata Marka skinął głową, ale widziałam, że mi nie uwierzył.

Prawdopodobnie zadzwoni do Davida.

Niech tak będzie.

Maggie i Eva mogły przyjechać, mogłam być z nimi przez godzinę lub dwie, ale nie chciałam opuszczać naszego domu.

Nie mogłam.

Musiałam poczekać, aż Mark do niego wróci.

Mark wróci.

1 komentarz: