Rozdział 4
David
Telefon
Davida zadzwonił, kiedy był w domu z dziećmi, bo Maggie pojechała na spotkanie
kobiet do mieszkania Lisy.
Opiekował
się czasem ich ruchliwym synem i spokojną córką, żeby jego żona mogła spotykać
się z przyjaciółkami, mieć swój czas wolny, więc nie było to nic
nadzwyczajnego, a on nawet lubił ich czas tata-dzieci.
Jim
był bardzo ruchliwy, nadpobudliwy i wymagał stałego nadzoru, więc bywał męczący,
zwłaszcza dla Maggie, która była w czwartym miesiącu ciąży z ich trzecim
dzieckiem.
Ale
David wiedział, że sam też był taki jako dziecko, więc miał nadzieję, że ich
syn z tego kiedyś wyrośnie, chociaż na razie oboje martwili się o jego zdrowie
i bezpieczeństwo.
Dochodziło
jeszcze i to, że, nawet jak An Evie była grzeczna i cichutka, jedno ruchliwe
dziecko mogło zmęczyć ich mamę.
Kiedy
poprzedniego wieczoru David opowiedział swojej żonie o tej kobiecie i całym popieprzonym
zajściu podczas gaszenia biur Opieki Społecznej, wiedział, że tak się stanie,
że Maggie zadzwoni do swoich przyjaciółek, bo te kobiety były nastawione
przyjaźnie do innych, ale wiedział również, że Maggie nigdy nie powiedziałaby nikomu
o pracy Lisy, o jej wpływie na los Johnny’ego i o tym, co ta Angielka zrobiła
dla dzieci.
Oczywiście,
o to ostatnie się nie martwił, bo może dobrze byłoby, żeby wszyscy dowiedzieli
się, że Lisa jest dobrą, odważną kobietą, ale nie chciał, by cokolwiek zaszkodziło przejściu przez
formalności adopcyjne Johnny’ego, o którego przysposobienie starali się
przyjaciel Davida i jego kobieta.
Filip
i Anna byli chwilowo na wycieczce w Teksasie lub w Luizjanie, ale proces
adopcyjny toczył się niezależnie od tego, podobnie jak przygotowania, jakie
czynił Alek do ich ślubu i może wcześniejsze porwanie Ani i ich wypadek nie
miałyby wpływu na decyzję sędziego rodzinnego.
Ale
to mogło.
David
złapał swój telefon, jak zwykle żonglując przy tym nadmiernie ruchliwym Jimem,
zobaczył imię na wyświetlaczu i odebrał.
-
Yo, Benji - przywitał się, zwracając uwagę na to, dokąd mknął jego syn, którego
postawił na podłodze.
A
potem poszedł za nim.
-
David - przywitał się facet Soniji, który był tym, który pomógł Davidowi i
pozostałym facetom podczas ich przejść z ich kobietami, chociażby dlatego, że
miał zamontowane kamery na galerii kompleksu, w którym mieszkały.
Benji
był również uznanym reporterem - obecnie wolnym strzelcem - z nagrodą
Pulitzera, więc miał wpływy w środowisku dziennikarskim, wiele znajomości, co
wykorzystał już raz, kiedy Eva była na celowniku mediów.
Nie
mówiąc o tym, że był zawsze doskonale
poinformowany.
A
David i inni faceci przekonali się nie jeden raz, że był dobrym, solidnym
mężczyzną, na którym można było polegać, nawet jeśli pierwotnie nie ufali mu.
-
Mów - rzucił David, zwracając baczną uwagę na syna, który tego potrzebował, ale
był zaalarmowany, bo Benji nie dzwonił bez powodu.
Miał
rację.
Niestety.
-
Przeczytałeś dzisiejsze gazety? - spytał tamten.
-
Nie - mruknął David.
-
To słuchaj - westchnął Benji.
I
przeczytał:
W dniu wczorajszym doszło do serii
podpaleń w wielu miejskich i rządowych urzędach na terenie całego Salt Lake
City…
bla, bla, bla…
- wtrącił Benji, ale David się nie zaśmiał, tylko czekał na ciąg dalszy tekstu.
Kurwa,
nie potrzebowali takiego rozgłosu, bo popieprzony podpalacz mógł mieć jeszcze
jakieś pomysły.
Naszą niekwestionowaną główną bohaterką
dnia i tych wydarzeń stała się pewna młoda kobieta
- czytał Benji - pracownica biura Opieki
Społecznej, która niezwykle odważnie narażając się na poparzenie buchającym
ogniem, a może nawet na utratę swojego cennego życia, wyniosła stamtąd unikatowe
dokumenty, ręcznie spisane z poświęceniem, mozolnie zbierane przez wiele tygodni
ciężkiej pracy przez urzędników tegoż biura, by umożliwić przejście kilkorga
dzieci pokrzywdzonych w okrutny sposób przez los spod opieki zastępczej do pragnących
je pokochać rodzin adopcyjnych. Nie znamy imienia ani nazwiska tej niezwykle dzielnej,
wspaniałej młodej damy, ale wiemy, że jest mieszkanką Wielkiej Brytanii, która
przebywa w naszym kraju, by dowiedzieć się więcej o naszym systemie opieki nad
dziećmi…
-
I tak dalej - dodał Benji, a David miał od kilku sekund tak mocno napięty kark
i zaciśnięte zęby, że aż go zabolały - Niestety, jest również zdjęcie, chociaż
niewyraźne i z daleka, ale widać na nim was wszystkich w uniformach z
emblematem jednostki, otaczających ją przy karetce. Nie podano też szczęśliwie numeru waszej jednostki. Chociaż,
oczywiście, należy się spodziewać, że ktoś do tego dojdzie i będziecie mieli
wizyty w najbliższym czasie.
David
wypuścił powietrze z sykiem przez zęby.
-
Mam na to oko, ale przydałaby mi się pomoc - kontynuował Benji - Szkoda, że nie
ma Filipa. Byłby najlepszy do blokowania wycieku informacji.
-
Ta - mruknął David - Zobaczę, kto mógłby się tym zająć - dodał bez nadziei, bo
Benji miał rację. Filip byłby najlepszy do czegoś takiego.
Ale
Filip wyjechał z Anią i jeszcze przez tydzień nie mieli wrócić do domu.
-
A Oli nikomu nic nie powie, a nawet może ich pogonić - dodał David.
Benji
miał coś jeszcze do powiedzenia, co David wyczuł i nie był pewien, czy chciał to usłyszeć.
Ale
prawdopodobnie musiał.
-
Okej - mruknął Benji i zawahał się, a Davidowi to się nie podobało, więc
przygotował się - David… Ty ją znasz?
-
Lisę? - spytał David, zaskoczony tym pytaniem, ale natychmiast odpowiedział -
Wczoraj poznałem.
-
Wiesz, że bywałem w Europie - zaczął Benji i nie brzmiało to dobrze - Poznałem
tam kilka ważnych osób. Byłem na dworze królewskim w Anglii, nie w ścisłym
otoczeniu królowej, ale wystarczająco blisko. Rozpoznałem ją… - Benji zrobił
pauzę z reporterskiego nawyku, na co David prawie westchnął z niecierpliwości -
To hrabina Caroline Elizabeth
Stephanie Luisa Anna Jones. Księżna Yorku. Jedna z księżniczek w długiej linii
sukcesji tronu Anglii.
-
Pieprzysz - warknął głośno David w absolutnym szoku, a potem natychmiast tego
pożałował, kiedy usłyszał Jima, wołającego z podłogi „pieszy-pieszy-pieszy” i wyobraził sobie, co powie na ten temat
Maggie.
Kurwa.
-
Nie pieprzę - stwierdził Benji - Mieszka tu koło mnie, więc mam ją na
kamerkach. Lat dwadzieścia jeden. Właśnie skończyła college. Ma tytuł
licencjata z Administracji i Zarządzania na Harvardzie. Rodzice nie żyją. Brak
rodzeństwa. Dziesiąta w kolejce do tronu. A jeśli jest tutaj incognito, a to
incognito właśnie się rozpieprzyło, to kobieta potrzebuje większej ochrony, niż
ta para Anglików, co mieszkają obok niej. Myślę, że jak dzisiaj twoja kobieta
wróci do domu, to ci o nich opowie.
Dobrze
było wiedzieć, że Benji naprawdę
trzymał rękę na plusie.
-
Zajmę się tym - mruknął David.
-
I jeszcze jedno - Benji nie skończył przekazywać nie-tak-dobrych wieści - Ten
młody blondyn, co jest z wami na zdjęciu…
-
Tom - mruknął David, bo tylko jego mógł nie znać Benji.
-
Tak, on - westchnął Benji - Co o nim wiesz?
-
Niewiele - przyznał David - Pracuje z nami dopiero od stycznia.
-
Spędził u niej dzisiejszą noc - strzelił Benji - Więc lepiej się dowiedz.
-
Kurwa - mruknął pod nosem David, tym razem bardzo starając się, by Jim tego nie
usłyszał.
-
Dokładnie - przyznał Benji.
David
podjął decyzję, więc musiał skończyć tę rozmowę.
-
Czuję się, jakbym nie dawał sobie rady z dziećmi… - stwierdził - i chyba muszę
pojechać po moją kobietę.
-
Zadzwonię - pożegnał się Benji.
-
Albo ja - pożegnał się David.
Rozłączyli
się.
David,
oglądając wędrówkę syna po podłodze ich salonu i podążając za nim, od razu
wybrał numer do swoich kumpli z wojska, z którymi czasem z Filipem coś jeszcze
robili, a potem numer swojej żony.
Poczynił
pewne ustalenia.
A
później zapakował dzieci do samochodu i pojechał do kompleksu, na parkingu
którego czekał już na niego wysoki, ciemnowłosy mężczyzna z wyraźnym brytyjskim
akcentem.
*****
Lisa
/ Caroline
Następnego dnia rano
Tego
dnia, kiedy Tom pokazał wszystkim zgromadzonym w moim mieszkaniu, że byliśmy
blisko siebie, przebywając stale w mojej przestrzeni, chociaż nie dotykając
mnie i właściwie nie przytulając, kobiety nie zostały z nami bardzo długo.
Musiały
zająć się swoimi mężami, dziećmi, swoim życiem.
Tom
został trochę dłużej, bo odszedł dopiero około piątej po południu, jadąc do
swojego domu, by się przyszykować, bo, jak powiedział, szedł na szóstą do pracy
i miał ją skończyć o szóstej rano, więc wiedziałam, że również nie przyjdzie do
mnie aż po lunchu następnego dnia.
Co
mi odpowiadało na tyle, że mogłam trochę spokojnie pomyśleć.
Przemyśleć
swoje postępowanie i opcje wyjścia z tej sytuacji, jeśli chciałabym z niej wyjść.
Sara
nie wspomniała ani słowem, co o tym sądziła, ale wiedziałam, że nie aprobowała
mojego zachowania, bo pozwalałam mu
na to, na stwarzanie pozorów naszej bliskości, na porozumiewawcze uśmiechy,
zbliżenia, czułe słówka.
Porozmawiałyśmy
o tym dopiero wtedy, kiedy wieczorem zostałyśmy tylko we dwie, bo Frank wyszedł
coś załatwić na mieście lub gdziekolwiek indziej poszedł, a my miałyśmy
popracować na laptopie nad moim projektem i innymi sprawami.
Zabronił
nam opuszczania mojego mieszkania.
Cóż,
wyglądało na to, że Frank też
potrafił bywać apodyktyczny.
-
Lisa… - zaczęła z wahaniem Sara, kiedy byłyśmy same, więc podniosłam głowę i
spojrzałam w jej stronę zachęcająco.
-
Co jest z tym Tomem? - spytała cicho, a ja zastanowiłam się, jak jej miałam
powiedzieć to, co czułam i co się działo.
Chociaż
właściwie nie co, bo nie było nic do
ukrywania, ale właśnie jak.
Tym
bardziej, że właściwie sama nie wiedziałam, co czułam.
-
Jest miły, delikatny… - zaczęłam, patrząc na nią i starając się nie wykrzywiać,
kiedy zobaczyłam jej wykrzywienie, kiedy usłyszała, co miałam do powiedzenia
jako pierwsze - Lubię z nim spędzać czas. I został ze mną na noc, kiedy czuł,
że tego potrzebowałam, ale nie chciał niczego więcej.
-
Został na noc? - wydyszała Sara, najwidoczniej rozumiejąc więcej, niż jej
chciałam powiedzieć.
-
Do niczego nie doszło - uściśliłam
cichym głosem.
Zobaczyłam
po jej minie, że ulżyło jej i, co było dla mnie nawet ważniejsze, że uwierzyła
mi.
-
Racja - powiedziała i wyprostowała się - A nie sądzisz, że robisz mu
niepotrzebną nadzieję?
Zmarszczyłam
brwi i wyprostowałam plecy.
-
Dlaczego niepotrzebną? - spytałam raczej zimno, ale jej to nie odstraszyło.
Znała
moje tarcze i nie bała się ich, a ja przecież tak naprawdę nie chciałam jej
zrazić do siebie, odstraszyć, bo wiedziałam, że o mnie dbała.
-
Nie kochasz go - zauważyła Sara.
Rozluźniłam
się nieco.
Pomyślałam
przez sekundę.
-
Nie wiem - odparłam szczerze.
-
Jak nie wiesz - wyjawiła mi Sara - to nie
kochasz.
Nie
zgadzałam się z tym.
-
Nie - zaprzeczyłam natychmiast, tym razem bez zawahania się - Jak nie wiem, to nie wiem,
bo nigdy nie kochałam. Może kocham.
Wzruszyłam
przy tym ramionami.
Sara
westchnęła.
Wyciągnęła
do mnie swoją rękę i chwyciła moje palce, które trzymałam na stole obok
laptopa.
-
Nie chcę, żebyś cierpiała - szepnęła.
Wtedy
uwierzyłam jej.
Była
jedyną osobą na całym świecie, która troszczyła się o mnie, jako mnie.
Nie
księżniczkę, hrabinę Caroline.
Ale
na tym zakończyłyśmy tę rozmowę i wróciłyśmy do naszej pracy, a godzinę później
wrócił Frank ze złymi nowinami.
Przyniósł
gazetę, w której był zamieszczony artykuł o podpaleniach w SLC, w którym
wspomniano o mnie, chociaż bez nazwiska i obok moje zdjęcie z karetki, kiedy
opatrywano mi rękę.
Szczęśliwie,
zdjęcie nie było najlepszej jakości, a mnie na nim częściowo zasłaniali stojący
dookoła strażacy, ale nadal ktoś, kto mnie znał, mógł mnie rozpoznać.
Miałam
nadzieję, chociaż słabą, że nie dotarłoby to do mojej babki.
Wiedziałam,
że moje dni w Stanach były i tak policzone, a nadal nie znalazłam odpowiedzi na
swoje pytania.
Nasz
pobyt w SLC miał być wydłużony o czas niezbędny dla wyleczenia mojej rany,
która okazała się być niezbyt rozległa i głęboka, ale to mogło mi pomóc w
zdobyciu moich odpowiedzi.
Z
raną chodziło o to, że rękaw bluzki, którą miałam wtedy na sobie, zawinął się,
a trzymałam ręką nieruchomo mokry ręcznik przy twarzy, więc nie zauważyłam, że
działało na mnie gorące powietrze z palącej się ściany.
Większość
skóry po prostu była lekko lub nieco mocniej podrażniona, ale część na
nadgarstku, od strony małego palca, miała poważniejsze oparzenie, na którym
pojawiły się bąble.
Na
tym właśnie miałam zakładany i wymieniany żelowy opatrunek, dzięki któremu
miało nie pozostać nawet śladu po ranie.
Żadnej
blizny.
A
fakt, że Sara przeniosła mnie z przychodni w szpitalu do prywatnego lekarza,
mógł pomóc teraz, kiedy moją tożsamość chcieli bez wątpienia ustalić
reporterzy.
Dodatkowy
plus.
Ale
moja cioteczna babka Charlotta, jeśli dowiedziałaby się, gdzie byłam, natychmiast
wezwałaby mnie do siebie.
A
ja, zapewne, posłuchałabym.
Przecież
byłam grzeczną, dobrze wychowaną księżniczką.
Sara
niechętnie wychodziła, kiedy zrobiło się tak późno, że należało iść spać, a ja
wiedziałam, że obawiała się, że nie będę mogła spać.
Musiałam
przy niej połknąć tabletkę przeciwbólową, chociaż sama pomyślałabym, że nie
była mi potrzebna, bo nie bolało mnie aż
tak bardzo.
Kiedy
wyszli, zaczęłam się szykować do snu, ale najpierw sprawdziłam po raz ostatni,
czy wszędzie wyłączyłam światło, czy zamknęłam drzwi i czy nie kapie nigdzie
woda, a dopiero później poszłam do sypialni.
Tam
później leżałam długo w łóżku, kręcąc się pod kołdrą i myślałam o tym, co
powiedziała mi Sara o Tomie.
Widzicie,
nie byłam dziewicą, ale to nie było tak, że miałam tylko jednego chłopaka w
wieku piętnastu lat i już nic potem.
Miewałam
dość licznych kochanków przez ostatnie trzy lata i to dość regularnie, bo mniej
więcej jednego na dwa, trzy miesiące.
Uprawiałam
seks, bo tego potrzebowałam, żeby rozładować nadmiar swojego temperamentu, a
potem móc udawać Królową Lodu, za którą mnie wszyscy uważali.
Ale
był to płatny seks.
Bez
uczuć.
Bez
zobowiązań innych niż finansowe.
Płaciłam
kochankom z pewnej bardzo dyskretnej, ekskluzywnej agencji towarzyskiej, która
bywała wśród kuguarzyc określana mianem „stajni ogierów”, za dyskrecję i
„upojne” godziny.
Usłyszałam,
jak rozmawiały o tym kiedyś w szatni, kiedy szykowałam się do swojej godziny na
basenie, a one wychodziły po aqua-aerobiku czy czymś takim, ale nie wiedziały,
że tam byłam.
Byłam
młoda.
Miałam
inne potrzeby, niż one.
Nie
zależało mi na komplementach, zalotach, czy uwodzeniu.
Ale
zapamiętałam numer telefonu do agencji, który jedna dyktowała drugiej, bo
robiła to głośno.
Najpierw
przemyślałam swoje potrzeby, zrobiłam poszukiwania w Internecie, a potem
zadzwoniłam ten pierwszy raz.
Tamtejsi
pracownicy byli mili, wyrozumiali, dyskretni, więc to przez nich umawiałam się
zawsze w sekretnym bardzo prywatnym
apartamencie w centrum Londynu, zawsze to było w środku nocy, przy zgaszonym
świetle i nigdy nie przekraczało godziny lub dwóch.
Tylko
seks i to z wszelkimi możliwymi zabezpieczeniami, testami itp.
Wyżywałam
się tam, a potem wracałam do swojego życia grzecznej, dobrze wychowanej
księżniczki i to było tyle.
Umożliwiał
mi to również fakt, że miałam już wtedy własny, mały Mini Cooper, który zwykle
stał zaparkowany w małym garażu przy tylnej bramie do mojej posiadłości.
Ale
od kilku tygodni, a właściwie to już od paru miesięcy, nie miałam tego.
Będąc
w Stanach, a nawet tydzień wcześniej, nie uprawiałam seksu na żaden ze sposobów
i brakowało mi go, a nic nie mogłam z tym zrobić.
Więc
myśląc o Tomie, pomyślałam również o możliwościach, jakie mogłabym mieć, skoro
miałam go mieć w swoim łóżku następnej nocy.
I
wtedy do mnie dotarło, że nie chciałam go.
Nie
chciałam Toma.
Jeśli
mogłabym mieć kogoś, to musiałby być
Mark.
A
jego nie miałam już spotkać.
Czy
oznaczało to, że byłam stracona dla wszystkich
mężczyzn jako kobieta, skoro marzyłam o tym, który mnie nie chciał i nie miałam
go już nigdy spotkać?
Przez
całą noc rzucałam się bezsennie po łóżku, bijąc się z myślami.
Powinnam
coś zrobić, żeby zapomnieć o Marku.
Ale
nie wiedziałam co to miałoby być.
Rano
wstałam, poszłam pod prysznic i nadal nie rozstrzygnęłam swoich wątpliwości.
Więc
przestałam o tym myśleć.
*****
Kilka dni później
Właśnie
wszystko się skończyło.
Przez
te ostatnie kilka dni byłam wśród przyjaciół i czułam to wyraźnie, chociaż nie
do końca byli to moi przyjaciele, bo ja
nie byłam z nimi szczera i miałam przed nimi dość istotną tajemnicę.
Ale
każda z tych kobiet, które tu poznałam, dbała o pozostałe, myślała o nich,
znała ich życie i rozumiała ich uczucia.
Następnego
dnia zostaliśmy wszyscy we trójkę zaproszeni na lunch do domu Evy i Jimmy’ego,
więc miałam okazję poznać ich dzieci i porozmawiać trochę bardziej swobodnie z
tą kobietą.
Kiedy
weszliśmy do jej domu, Eva była w trakcie przygotowywania jakiegoś deseru, ale
natychmiast do nas przybiegła i przywitała się serdecznie, a nie tak jakbyśmy
się poznali zaledwie wczoraj.
Oprowadziła
nas po ich domu, ale nie wchodziliśmy do części sypialnej, na co i tak bym nie
nalegała, bo Jimmy spał po dyżurze i nawet dzieci przemykały tam cicho po
schodach.
Nie
wyglądało to jednak tak, jakby się go bały, ale tak jakby martwiły się, że ich
tata się nie wyśpi.
Eva
mówiła o tym z czułością, więc uznałam, że to ona nauczyła dzieci, jak dbać o
wygodę i dobre samopoczucie tego mężczyzny.
Jimmy
był otoczony miłością.
Na
parterze dom miał bardzo dużą część dzienną, podzieloną na oficjalny salon z
otwartym kominkiem, bawialnię, w której królowały zabawki i przybory dzieci,
nieoficjalny pokój rodzinny, z wejściem na tylni taras, jadalnię z olbrzymim
stołem, który zdawał się mieć możliwość rozciągnięcia do rozmiarów dla
dwudziestu osób, bo tyle krzeseł stało przy ścianach i z wyjściem na tylni
taras, kuchnię z wyspą, przy której stało z osiem stołków i korytarz do innej
części domu, której nie oglądaliśmy.
Całość
była ciepła i przytulna, chociaż tak bardzo rozległa.
Wszystko
też wyglądało na stale intensywnie używane.
W
jadalni na ścianie mogliśmy obejrzeć grafiki, które przedstawiały plaże i
miasta znad Morza Śródziemnego, a ja znałam tamte widoki.
Eva
zauważyła moje zainteresowanie i powiedziała mi, że dostała je od swojego
pierwszego męża.
-
Mój mąż i moja córka, która była w ciąży… - powiedziała nam prawie pogodnie, z
zaledwie nikłą nutką smutku w głosie - zginęli w Polsce w wypadku samochodowym.
Kiedy
na tę wiadomość obie z Sarą wciągnęłyśmy lekko powietrze i zrobiłyśmy
zmartwione miny, Eva zapewniła nas:
-
To już nie boli - i uśmiechnęła się zapewniająco - Teraz, kiedy mam nową
rodzinę, dzieci, wnuki, męża, który mnie kocha, mogę o tym mówić.
-
Alek mówił, że miałaś w Polsce kłopoty… - zaczęłam, ale przerwałam niepewna,
czy powinnam o tym wspominać.
-
Tak - Eva ponownie się uśmiechnęła - Ale to było tam. Mój syn złożył pozew po wypadku i wygraliśmy duże
odszkodowanie, a ponieważ sprawa wpłynęła na prawo drogowe, więc zrobiła się
medialna. Prasa nie dawała nam spokoju. To dlatego przyjechałam do Stanów. Żeby
się ukryć.
Zamilkła
na kilka sekund, kiedy ja myślałam o tym, że prasa nie dawała jej spokoju i o tym, ile Eva straciła, tracąc tam
rodzinę.
-
I udało mi się - szepnęła, spoglądając za moje ramię do bawialni, gdzie
widzieliśmy bawiące się dzieci.
Spojrzała
z powrotem na mnie, uśmiechnęła się szerzej, więc wiedziałam, że nie chodziło
jej o to, że udało jej się schować przed prasą, nie tylko o to, ale też o to,
że udało jej się ułożyć sobie na nowo życie z nową rodziną.
Prawie
jej zazdrościłam.
Prawie,
bo nie chciałabym przeżywać utraty córki i jej nienarodzonego dziecka, a nie
wiedziałam, co Eva czuła do swojego pierwszego męża.
Chodziło
o to nowe życie, które tu miała.
O
rodzinę.
Nie
wiedziałam, czy umiałabym, ale bardzo chciałam mieć rodzinę.
A
potem przeszliśmy do pokoju rodzinnego i tam rozsiedliśmy się na bardzo
wygodnych kanapach i fotelach.
Poznaliśmy
dzieci.
Jej
najstarszym synem był Matt, który skończył właśnie trzynaście lat i był bardzo
poważnym chłopcem, który uwielbiał piłkę nożną, ale nie taką jak w Stanach,
tylko tą z Europy.
Szybko
znaleźli wspólne tematy z Frankiem.
Zanim
opowiedzieli sobie o różnych zagraniach i podaniach, Jimmy wstał po drzemce po
pracy i dołączył do nas, więc później siedzieliśmy w pokoju dziennym w pięć
dorosłych osób i z trójką dzieci.
Mogliśmy
się przekonać, jak bardzo Matt był podobny do Jimmy’ego.
Eva
zrobiła dla nas naleśniki, które były płaskie, zawinięte jak mini-tortille i wypełnione
twarożkiem z różnymi musami owocowymi lub kremem czekoladowym - do wyboru, bo
dzieci chyba wolały te z czekoladą.
Zrobiła
również ciasto z jabłkami, które różniło się od ciast, jakie jadałam, więc przy
tej okazji porozmawiałyśmy o pieczeniu.
Eva
opowiedziała mi, że przy pieczeniu i gotowaniu bardzo dużo pomagała jej Maria,
co mnie bardzo zdziwiło, bo dziewczynka wyglądała na jakieś pięć lat.
Miała
sześć.
Ale
zachowywała się, jakby miała z osiem.
Była
drobniutka, delikatna, ale bardzo poważna, a przy tym tak słodka, że miałam
ochotę przez cały czas się do niej uśmiechać.
Kiedy
powędrowała z najmłodszym, Davie’m w odległy kąt pokoju, bo opiekowała się nim,
jakby była jego drugą mamą, Eva po cichu powiedziała nam, że została przez nich
adoptowana dwa lata wcześniej, po śmierci ostatniej z jej rodziny - cioci,
która zginęła w pożarze.
Eva
spojrzała przy tym na Jimmy’ego, jak na bohatera, więc podejrzewałam, że stał
za tym, że dziewczynka była z nimi, ale nie powiedziała nic więcej na ten temat.
Nie
pytaliśmy, bo dzieci wróciły w pobliże nas, by pochwalić się jakimiś
kolorowankami w zeszytach, które mieli porozkładane po całym pokoju.
Maria
pomagała dwu i pół letniemu Davie’mu rysować, znajdowała mu kredki, przynosiła
nam, dorosłym niektóre do zatemperowania, więc wszyscy byliśmy wciąż zajęci.
Później
Eva pokazała nam dwa dziecinne rysunki, które dumnie wisiały na ścianie
bawialni i opowiedziała nam o nich.
Pierwszy,
podobno starszy, przedstawiał postać super bohatera w pelerynie żółtej, niczym
strój strażaków, która leciała nad płonącym domem.
Eva
powiedziała nam, że narysował go Matt, kiedy Jimmy uratował z płonącego domu
Marię.
Chodziło
o ten pożar, w którym zginęła ciocia Marii.
Więc
Jimmy był bohaterem i wciąż to
słyszał od bliskich.
Drugi
narysowała Maria, był zatytułowany Rodzina
i przedstawiał cztery postaci, z których jedna miała pomarańczowe włosy i kółko
na brzuchu.
To
kółko było podpisane ONA, więc Eva, śmiejąc się, opowiedziała nam, że Maria
była przekonana, że będzie miała siostrę.
Kiedy
patrzyliśmy na nich, wiedzieliśmy, że nie żałowała tego, że miała zamiast tego młodszego
brata.
Jimmy
i Eva byli cudownymi, szczodrymi ludźmi, którzy stworzyli rodzinę nie tylko dla
siebie, ale również dla tych dzieci.
Dla
mnie oboje byli bohaterami.
Czas
w tej rodzinie upłynął nam bardzo szybko, a ja z trudem powstrzymałam się, by nie
okazać żalu, że musieliśmy wracać do mieszkania, skoro miał tam przyjechać Tom.
Trochę
cieszyłam się z tego, że miał do mnie przyjechać i miałam nadzieję, że zostanie
ze mną na noc, głównie dlatego jak czułam się poprzedniej nocy, kiedy go nie
było.
A
czułam się bardzo samotna,
opuszczona.
Więc
może to była odpowiedź na pytanie
Sary i go kochałam.
Chociaż
nie byłam pewna, czy nie cieszyłam się za
mało.
Następny
dzień mieliśmy spędzić głównie razem z Tomem, chociaż ja musiałam popracować,
mieliśmy coś do omówienia z Sarą i Frankiem po publikacji tego artykułu o
podpaleniach i musiałam pojechać do lekarza na wizytę kontrolną i zmianę
opatrunku.
I
tak się stało.
Było
bardzo miło.
A
potem Tom znowu został ze mną na noc i znowu spaliśmy w jednym łóżku, ale do
niczego nie doszło.
Więc
nadal nie wiedziałam, co czułam.
A
właśnie tego dnia, parę godzin temu, Tom, wstając do pracy o piątej rano,
obudził mnie, ale kazał mi zostać w łóżku, kiedy przygotowywał się do wyjścia.
Posłuchałam
go, więc zasnęłam z powrotem zanim wyszedł.
Nawet
nie wiedziałam, kiedy to się stało.
Wstałam
trzy godziny później, wyspana i zaskoczona tym, że nie słyszałam, jak zamykał
drzwi.
Podeszłam
do nich i sprawdziłam, a wtedy przekonałam się, że zamknął je na klucz, który
zapasowy leżał na półce pod lustrem w korytarzyku wejściowym, i zabrał go ze
sobą.
Nie
byłam pewna, czy mi się podobało to, że mnie nie zapytał o zgodę.
Jednak
później przeszłam nad tym do porządku, bo uznałam, że to było lepsze, niż gdyby
zostawił mnie śpiącą w niezamkniętym mieszkaniu.
Więc
kiedy przyszła Sara, bo miałyśmy uzupełnić raport ze stażu, a potem ustalić, co
nowego wydarzyło się po tamtym artykule, nie powiedziałam jej nawet o
wydarzeniach z poranka.
A z artykułem, zadziwiająco, nic się nie działo.
Nie
miałam żadnych telefonów, nikt nie dopytywał się o nic Joanne, do której
zadzwoniłam, żeby ją delikatnie wybadać, czy ktoś się do niej nie zgłosił po
informacje, nie było żadnych niepokojących wieści ze szpitala, dokąd zadzwoniła
Sara.
Więc
wszystko wyglądało na uspokojone.
Dobre.
Na
późne popołudnie byłam umówiona z kobietami, bo chyba poważnie zdecydowały się
mnie wciągnąć do swojej grupy.
Jeszcze
wolałam z nimi nie rozmawiać na temat przyszłości, więc zdecydowałam się nasze
spotkanie nazwać potencjalnym pożegnaniem, związanym z tym, że mój pobyt w
Stanach się kończył.
Pierwsza
dotarła do mojego mieszkania Maggie i od razu powiedziała mi, że przyjedzie
również Alice, której jeszcze nie poznałam.
Powiedziała
mi również, że mężczyźni będą bezpośrednio po pracy, więc będą głodni i musiałyśmy
naszykować dla nich kolację.
Moje
mieszkanie było za małe na takie duże spotkanie, więc od razu przenieśliśmy się
do mieszkania Sary i Franka, chociaż najpierw zadzwoniłam do Sary, żeby ją
uprzedzić.
Ona nawet się z tego
ucieszyła.
Powiedzmy
szczerze, Frank nie był zadowolony z
tego, że miałby spędzić kilka godzin pośród gotujących i plotkujących kobiet,
więc wyszedł.
Najpierw
do swojej sypialni, ale kiedy przyjechały Eva i Sophie, całkiem wyszedł z
mieszkania.
I
udał się w nieznanym kierunku.
Ponownie.
A
zanim dotarły do nas Eva i Sophie, Maggie opowiedziała mi i Sarze, jak David
uratował jej życie.
-
Wiesz, Lisa - zaczęła, kiedy stałyśmy we trzy przy blacie w kuchni i ona
podsmażała mielone mięso, Sara kroiła cebulę, a ja ziemniaki, bo
przygotowywałyśmy zapiekankę mięsną - Miałam kiedyś chłopaka, zanim poznałam
Davida. Mieszkałam z nim przez kilka lat.
Spojrzałam
na nią, a potem na Sarę, bo z jakiegoś dziwnego powodu, intuicyjnie, uznałam,
że to dotyczyło mojego zachowania wobec Toma i jego niewerbalnej deklaracji.
-
Utrzymywałam go, gotowałam mu, prałam - wyjawiła nam - Myślałam, że to miłość,
więc robiłam wszystko, żeby go zatrzymać i żeby mnie lubił.
Odłożyła
na blat łopatkę, którą mieszała mięso na patelni i odwróciła się przodem do
mnie, więc ja również opuściłam ręce i popatrzyłam na nią.
-
Ale to nie była miłość - podkreśliła
z mocą - Z mojej strony to była desperacja, bo chciałam być z kimś. Bałam się samotności. A z jego strony… cóż, on uważał mnie za swoją własność -
wzruszyła ramionami.
Przestałam
na sekundę oddychać po tym wyznaniu, chociaż już wiedziałam, co chciała mi
powiedzieć.
Miałam
rację.
Mówiła
o moim zachowaniu i zachowaniu Toma.
Bałam
się być sama, więc pozwalałam Tomowi, by sądził, że jesteśmy razem, że to coś
więcej.
Narażałam
się na to, że będzie zły, kiedy mu powiem, że go nie kocham.
I
nie było wiadomo, co zrobiłby wtedy, bo go nie znałam.
Ale
też nie znałam siebie i nie wiedziałam, czy go kochałam.
Maggie wróciła do tego, co robiła z mięsem na
patelni i przestała na mnie patrzeć, ale wyraz jej twarzy stał się łagodny i
czuły.
-
A potem poznałam Davida - wyznała - …i dowiedziałam się, co to znaczy kogoś
kochać. A kiedy mnie uratował, dowiedziałam się, co to znaczy, kiedy mężczyzna
cię kocha.
-
Tak? - westchnęłam, bo nie mogłam się opanować.
-
Tak - przytaknęła, ale nie spojrzała na mnie - Tamten pierwszy chłopak był zły,
że jego własność mu uciekła, więc postanowił mnie ukarać. Paskudnie. David go
unieszkodliwił.
Obie
z Sarą patrzyłyśmy na nią i na siebie wzajemnie, ale przecież David mnie też
wyprowadził z płomieni, uratował, więc znałam jego odwagę i potem, kiedy
zobaczyłam jego reakcję na wiadomość o dzieciach, które miały zostać
adoptowane, poznałam jego dobroć.
Tylko
mogło mnie zaniepokoić słowo „unieszkodliwił”, bo mogło ono oznaczać, że David
nie był prostym strażakiem.
W
mojej głowie pojawiła się niechciana myśli o Marku, ale zablokowałam ją, bo
Marka tu nie było i nie miało być.
Maggie
wyłączyła kuchenkę pod patelnią, podeszła do lodówki i zaczęła wyjmować
produkty, jakich potrzebowała do zalewy zapiekanki, więc zaczęłyśmy rozmawiać o
gotowaniu, ale w mojej głowie kołatała myśl chciałam
być z kimś.
Może
one obie miały rację i powinnam porozmawiać z Tomem, by wyjaśnić mu to, co
mogłam czuć, żeby nie dawać mu nadmiernej nadziei.
Może
oszukiwałam sama siebie.
A
potem przyszły Eva, Sophie i Alice, które przyniosły wrapy do tortilli i
produkty, którymi chciały je napełnić, więc zabrałyśmy się za podsmażanie
piersi kurczaka i krojenie, a ponieważ był nas w kuchni dużo, a Sophie była tam
tylko po to, by podkradać jedzenie i je „znikać”, więc zrobiło się głośno i
wesoło.
Lubiłam
to.
Dochodziła
szósta piętnaście, kiedy przez nasze rozbawienie przedarł się męski głos, który
nas rozproszył.
W
powstałej ciszy usłyszałam przyjazny, uspokajający głos Franka, który mówił do
kogoś:
-
Ona ma się dobrze, stary.
Zaciekawiło
mnie to, bo było niespotykane ze strony Franka.
Wyjrzałam
więc przez ramię do tyłu, by zobaczyć salon, a potem na to, kogo tam zobaczyłam,
odłożyłam wszystko, co trzymałam i odwróciłam się całkiem przodem do nich.
I
cały świat zniknął.
Na
środku salonu, ubrany w granatowe dżinsy, czarne, skórzane, wiązane wysoko
buty, czarną, skórzaną kurtkę stał Mark.
Jego
ciemne włosy były świeżo krótko obcięte, a jego ciemne oczy właśnie podniosły
się na mnie, kiedy jego usta ułożyły się w atrakcyjny, arogancki uśmieszek.
Taki
przystojny.
Nie
obchodziło mnie nic poza tym, co czułam.
Bo
właśnie wtedy, patrząc na niego, wiedziałam, o czym mówiła Maggie.
Zyskałam
tę pewność.
To była miłość.
Kochałam
Marka.
Odsunęłam
dłonią jedną z kobiet, ale nie widziałam którą, zrobiłam pierwszy krok w jego
stronę i wzrok Marka skupił się na mnie, a potem zrobiłam kolejny krok, kiedy
wyraz jego twarzy zmienił się i oczy mu rozbłysły, a potem widziałam w nich tylko
radość.
Byłam
ubrana w niebieskie, obcisłe dżinsy i zwykłą koszulkę z długim rękawem, miałam
tylko baleriny na nogach, a włosy miałam rozpuszczone na ramiona, potargane i
twarz miałam rozgrzaną od gotowania, ale wyraz jego twarzy mówił, że mu się to
podobało.
Była
na niej radość i zachwyt.
Więc
przestałam się hamować i kolejne moje kroki to był bieg.
Zapomniałam
o tym, że księżniczki nie biegały.
Pobiegłam
przez salon do Marka, by rzucić mu się w ramiona i pozwolić mu się objąć,
zarzucając mu ręce na szyję.
A
potem widziałam już tylko jego piękne, czarne oczy z bardzo bliska, czułam jego
zapach, jego ciepło, siłę jego męskiego ciała i uśmiechnęłam się promiennie.
-
Hej - powiedziałam cicho.
Nie
odpowiedział.
Nie
werbalnie.
Nagle
poczułam, że jedna z jego rąk z moich pleców przesunęła się na mój kark, gdzie
objął mnie dłonią pod włosami i pochylił się do mnie.
I
pocałował mnie.
Gwałtownie,
mocno, z otwartymi ustami, więc ja też otworzyłam swoje, by wsunął język do
środka, a potem wysunęłam swój język i zaczęliśmy walkę.
Nasze
języki przepychały się, głaskały, walczyły o dominację.
Był
pyszny.
Zapomniałam
o całym świecie.
Zapomniałam,
że staliśmy po środku cudzego salonu, pośród wielu nie-do-końca mi znanych
osób.
Liczyliśmy
się tylko my dwoje.
Kiedy
przerwaliśmy nasz pocałunek, nasze oddechy były przyspieszone, wargi mi mrowiły
i chciałam więcej.
-
No, to jest powitanie - mruknął Mark, niewątpliwie odnosząc się do naszego
pierwszego spotkania.
Uśmiechnęłam
się szeroko i przesunęłam dłonie na przód jego ramion, zauważając poniewczasie,
że trzymałam kark Marka i jedną z dłoni wsunęłam w jego miękkie włosy.
-
Tym razem nie usłyszałem nic o niewkraczaniu do twojej przestrzeni osobistej -
dodał żartobliwie, a ja zachichotałam.
Mój
chichot umarł, kiedy z boku usłyszeliśmy głos Toma.
Zły,
chrapliwy od z trudem tłumionych emocji, brzmiący z bardzo bliska.
Oboje
odwróciliśmy głowy w tamtą stronę.
-
Nie miałaś problemów, kiedy wkraczałem do twojej przestrzeni osobistej, jak
spałem z tobą w twoim łóżku - powiedział, a ja nagle poczułam, że mój oddech
zamarł i nie zamierzał wrócić.
Mark
napiął chyba wszystkie mięśnie, bo stał się twardy jak skała.
Kiedy
Tom mówił, oboje patrzyliśmy na niego, ale później, w dźwięczącej ciszy, która
nastąpiła, Mark odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie, więc i ja
odwróciłam głowę w jego stronę.
Zobaczyłam
w jego oczach błysk bólu, rozczarowanie, odrzucenie i coś jeszcze, ale potem
jego twarz stała się całkiem pusta.
Odsunął
się.
-
Więc, właśnie całowałaś mnie tak, jak mnie całowałaś… - powiedział
niebezpiecznym, niskim głosem - po tym jak spałaś z nim? - przerwał na chwilę, by odsunąć się o kolejny krok ode mnie
- Masz wszystko, a chcesz więcej, tak, księżniczko?
Moje
serce zostało ściśnięte tym tonem jego głosu tak bardzo, że myślałam, że już
nigdy nie będzie biło właściwie.
Moje
ręce były puste.
-
Możesz go mieć - Mark warknął pogardliwie, odwrócił się do drzwi i, nie patrząc
na mnie, rzucił ogólnie - Cześć.
Nie
mogłam się ruszyć, ani odezwać.
Żaden
z moich mięśni nie funkcjonował normalnie.
Wiedziałam,
co to było.
Wreszcie
to zrozumiałam.
Przez
cały ten czas, aż do tej chwili, żyłam za szkłem, w ochronnej szklanej kuli
tłumiącej uczucia, w której przez kilka tygodni były uchylone drzwi, więc
oglądałam i czułam normalne życie,
przyjaźń, miłość.
Kiedy
Mark przyszedł poczułam, jakby ciepło z zewnątrz mojej kuli dotykało mnie, więc
zrobiłam krok, by je zdobyć i skierowało się do mnie.
Pobiegłam,
sięgnęłam i miałam to przez chwilę.
Miałam to.
A
teraz zostałam ponownie wepchnięta za szkło i drzwi się zatrzasnęły.
Mogłam
tylko patrzeć zza szyby, jak inni czuli, kochali, przyjaźnili się, ale to nie było dla mnie.
Musiałam
to przetrwać, stłumić emocje.
Byłam
księżniczką.
A
księżniczki nie płaczą.
Odwróciłam
się sztywno, spojrzałam na kobiety, które stały na progu kuchni w różnych
pozach niedowierzania i przestrachu, a potem równie sztywno spojrzałam na Toma.
-
Myślę, że powinieneś już iść - powiedziałam do niego zimno, wargami, w których
nie miałam czucia.
-
Lisa… - powiedział łagodnie - porozmawiajmy… - ale ja nie chciałam go słuchać.
Było
na to za późno.
-
Powiedziałeś już dosyć - powiedziałam mu, a potem odwróciłam się w stronę
sypialni Sary.
-
Przepraszam na chwilę - powiedziałam do wszystkich przez ramię i ruszyłam tam,
bo zebrać swoje siły do stawienia czoła następnemu, co miało nadejść i
następnemu, a potem jeszcze następnemu.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń