Rozdział 5
Sara
Tydzień później
Sara
siedziała za swoim biurkiem przy wejściu do gabinetu Lisy i czekała na Lisę,
która była na spotkaniu z jej babką, która wezwała ją poprzedniego dnia w
trybie pilnym na popołudniową herbatę tego dnia.
Obie
się lekko zaniepokoiły, chociaż Sara może zechciałaby, żeby Lisa jakoś
zareagowała.
Jakkolwiek.
Lisa
otworzyła się przed Sarą tego dnia, kiedy Mark odszedł, ale zrobiła to tylko
przed nią, a wobec wszystkich dookoła była zimna jak lód.
Królowa
Lodu.
Jak
wcześniej, przed przyjazdem do Stanów.
Kobiety
zebrane w mieszkaniu Sary i Franka, szepcząc i mamrocząc do siebie, dokończyły
robienie kolacji.
Tom
wyszedł natychmiast po Marku, wkrótce później mężczyźni przyszli po pracy, a
następnie dołączyli do nich Alek i Sam i później wpadła na chwilę Sonija.
Nie
milczeli, ale nie mówili wiele i nie było tak luźno, radośnie, jak było
wcześniej, przed przyjściem Marka.
Usiedli
w różnych miejscach z talerzami na kolanach, bo nie było miejsca dla tylu osób
w kuchni i jadalni, i zjedli prawie w milczeniu zapiekankę lub tortille.
Nikt
nie forsował na siłę rozmowy o tym, co się stało, co było dobre.
Pozwolili
Sarze zająć się Lisą, a Lisie przeboleć to, co się stało i działać z tym w jej
własnym tempie.
Lisa
po pewnym czasie wróciła do nich, pomagała przy robieniu kolacji i jej
podawaniu, jadła trochę, mówiła o nieistotnych rzeczach, jak pogoda czy podróż
samolotem, ale nic więcej.
Nie
uśmiechała się, nie podnosiła głosu, była jakby nieobecna duchem.
Po
sprzątnięciu po kolacji i wyjściu wszystkich gości siedziały we dwie w salonie,
a potem w sypialni Sary, bo Lisa powiedziała im, że Tom wziął jej klucz, więc
nie chciała być sama w swoim mieszkaniu.
Był
tam Frank i miał to załatwić.
Kiedy
Sara zapytała, dlaczego Lisa nie chce po prostu porozmawiać z Tomem, Lisa
opowiedziała jej żałosną historię sprzed ośmiu lat.
Historię
chłopaka, z którym chodziła w liceum, palanta, który zabrał jej dziewictwo, zawiódł
jej dziewczęce zaufanie w najgorszy możliwy sposób i sprawił, że ukrywała
wszystkie informacje o swoim życiu prywatnym.
Również
przed Sarą.
Lisa
porównała zachowanie Toma do tamtego, a Sara nie mogła nie przyznać jej racji,
chociaż to było na inną skalę.
Wtedy
Sara zrozumiała też jeden z powodów, dla których Lisa nie była skłonna obdarzać
ludzi zaufaniem.
Jeden,
bo później stopniowo Sara poznała inne powody.
Siedziały
tego wieczoru do późna, więc Lisa wyznała Sarze coś jeszcze.
-
Sara - zaczęła w pewnej chwili cichym głosem - przepraszam, że nie mogłam
zaufać ci wcześniej.
-
Lisa… - zaczęła Sara, ale Lisa nie dała jej dość do słowa.
-
Nie - powiedziała gwałtownie - Pozwól. Ja muszę…
Zawahała
się i odwróciła na chwilę wzrok, kiedy siedziały naprzeciwko siebie na kanapie
z filiżankami herbaty, zwrócone do siebie kolanami, skulone w przeciwnych
kątach.
-
Widzisz… Mój ojciec zawsze wybierał dla mnie towarzystwo - mówiła później
zdecydowanie - Teraz sądzę, że miał dobre intencje, ale wybierał źle. Po kolei guwernantki, nauczycielki,
koleżanki były dla mnie niemiłe, fałszywe, albo mnie zdradzały. A ja się
stopniowo tego dowiadywałam w bardzo
niemiły sposób. Więc jak się poznałyśmy…
Sara
doskonale pamiętała tamten dzień.
Właśnie
skończyła szkołę, uzyskała dyplom z wyróżnieniem i od razu złożyła aplikację do
pracy w kilku miejscach.
Posada
osobistej asystentki młodej hrabiny Caroline Jones była nieosiągalnym
marzeniem, ale i tu złożyła aplikację, bo potrzebowała pieniędzy, więc
próbowała wszystkiego.
Na
pierwszą rozmowę o pracę ubrała się starannie, ale nie miała wielkiego wyboru,
więc włożyła to samo, co miała na sobie dzień wcześniej na rozdaniu dyplomów.
Bluzka
nie była całkiem świeża.
Kiedy
weszła do gabinetu, zaproszona przez asystenta hrabiego, obrzucającego ją
pogardliwym spojrzeniem, poczuła, że się poniżyła i niepotrzebnie tam poszła.
Więc
wyprostowała się, potem tak samo sztywno wyprostowana siedziała w fotelu, o
którego zajęcie została poproszona, tak samo sztywno odpowiadała na pytania, a
potem wstała, by powitać hrabinę.
Kiedy
Lisa weszła, Sara spojrzała i poczuła, że chciałaby móc możliwość codziennie
oglądać ją, rozmawiać z nią, choćby tylko na nią patrzeć.
Lisa
była piękna, dystyngowana, cicha i grzeczna.
Chociaż
akurat podczas pierwszego spotkania Sara nie usłyszała od niej nic poza słowami
powitania oraz cichymi „tak, tato” i „dobrze, tato”.
Sara
była zdumiona, kiedy następnego dnia dostała przez telefon suchą informację od
asystenta hrabiego, że została zatrudniona i gdzie i o której ma się stawić, bo
nic nie wskazywało na to, że mogła sprawić jakiekolwiek
pozytywne wrażenie.
Lisa
dostała się wtedy na pierwszy rok college’u, więc dopiero urządzała swoje
biuro, co było dobre, bo obie ustaliły, chociaż większość ustaliła projektantka
przysłana przez ojca Lisy, jak powinno wyglądać ich biuro.
Ich
wspólne biuro.
Tydzień
później hrabia zginął w wypadku.
Pisała
o tym cała prasa, więc przy tej przykrej okazji Sara nawet zbyt dokładnie dowiedziała
się, jak powinna wyglądać jej praca w zakresie kontaktów z natrętnymi
dziennikarzami.
Robiła
wszystko, co było w jej mocy, by chronić Lisę przed ich wścibstwem, chociaż nie
wydawało się, by jej młoda pracodawczyni przeżywała mocno śmierć jej jedynego
rodzica.
Nadal
nie rozumiała dlaczego wtedy została zatrudniona.
-
Tego dnia mój ojciec zatrudnił cię bez żadnej, najmniejszej konsultacji ze mną - powiedziała Sarze Lisa, więc ta
wróciła myślami do salonu wynajętego mieszkania w SLC - Nie chciałam
asystentki. W ogóle. Dopiero po jego śmierci pomału zaczęłam zauważać, że cię potrzebowałam. Miał rację. Nadal nie
potrafiłam ci zaufać, otworzyć się przed tobą, ale nie dlatego, że to byłaś ty. Naprawdę mi przykro. To przez niego.
-
Lisa… - mruknęła Sara, nachylając się lekko w jej stronę, ale nie robiąc nic
więcej, bo to były one, tak działały - to nie jest ważne. To przeszłość. Ja
rozumiem. Teraz martwię się o ciebie. Z Tomem możesz nie rozmawiać, bo postąpił
jak palant - Lisa wyrzuciła oddech, jakby miała jednocześnie rozpłakać się i parsknąć
śmiechem, ale nie zrobiła tego - Bardziej chodzi mi o…
-
Nie - powiedziała stanowczo, chociaż cicho Lisa i lekko odwróciła głowę w
stronę oparcia kanapy - Nie chcę o nim mówić.
W
głosie Lisy zabrzmiała delikatna nutka bólu, więc Sara wtedy odpuściła.
Następnego
dnia zlikwidowały swoje życie w SLC, wymówiły mieszkania, bez targowania się płacąc
wysokie odstępne, Frank pojechał do pracy Lisy po dokumenty, które ta telefonicznie
poprosiła, by jej wystawiono na potwierdzenie stażu, a Sara zamówiła bilety na
samoloty do Washington i do domu.
Nie
pożegnały się z nikim, a przynajmniej Lisa tego nie zrobiła.
Zamknęła
się w sobie i pozwoliła im działać.
Potem
wrócili we trójkę do Washington na dwa dni i mieszkali jak zwykle w Marriotcie,
a ich pokojówką ponownie była Theresa, którą Sara uprzedziła, żeby nie
wspominała o Marku.
Więc
przez te dwa dni Theresa była delikatna, czuła i uważnie, z niepokojem patrzyła
na Lisę.
A
potem, trzy dni temu, wrócili do domu.
Sara
nadal obserwowała, jak Lisa mówiła cicho, poruszała się ostrożnie, jakby unikała
dotknięcia czegoś, co ją bolało i nie skupiała na niczym wzroku.
To
było przedwczoraj, kiedy to babka Lisy, księżna Charlotta, przesłała jej przez
swoją asystentkę polecenie zjawienia
się na herbatce tego dnia po południu.
To
nie było zaproszenie.
Więc
dzisiaj Sara z niepokojem czekała na powrót Lisy z tego spotkania.
Kiedy
Lisa była w jej sypialni po wyjściu Toma, jeszcze w SLC, Sara rozmawiała z
kobietami tylko na tyle, by nie zadawały pytań, co zrobiły.
Ale
później na boku Sara wymieniła się danymi kontaktowymi z Maggie, która wydawała
się najlepiej pojmować całą sytuację, co Sara zrozumiała, kiedy kobieta na
boku, przytulając ją do siebie szepnęła do jej ucha - Ja wiem.
Po
tym, jak Sara w niewerbalny sposób spytała - Co? - Maggie dopowiedziała - Wiem
kim jest Lisa, Caroline, i kim jesteście wy dwoje.
Nie
mogły wtedy rozmawiać, ale po zakłopotaniu pozostałych, Sara domyśliła się, że
Maggie wiedziała to od Davida, który wkrótce dołączył i spiskował z Frankiem, i
że nie powiedzieli nic nikomu.
Więc
można było im zaufać.
Sara
nie porozmawiała z Frankiem, bo nie chciała zdradzać zaufania Lisy, ale czuła,
że on coś wiedział.
David
mu coś przekazał, co wiedziała również Maggie.
Dlatego
właśnie teraz Sara nie czekała na Lisę całkiem bezczynnie.
Wyjęła
swój telefon i napisała na Messengerze do Maggie - Martwię się.
Maggie
wiedziała o co chodziło, bo poprzedniego wieczoru rozmawiały ze sobą i Sara
powiedziała jej o spotkaniu Lisy z babką.
Powiedziała
jej to, bo zaczęła bardziej ufać Maggie po tym, kiedy ta niespodziewanie, podczas
ich drugiej rozmowy przez Messengera, zapytała Sarę - Kochasz ją?
Sara
najpierw się spięła, ale potem pomyślała, że można to było zrozumieć całkiem
niewinnie i tak odpowiedziała - Tak, jest wspaniałą szefową.
-
Nie, Sara - powiedziała Maggie jakoś miękko i łagodnie - Mam na myśli, że
jesteś w niej zakochana.
Sara
nie mówiła nic prawie przez minutę,
bo przestraszyła się tego, że była tak oczywista, łatwa do rozszyfrowania.
Zastanawiała
się nawet, czy się po prostu nie rozłączyć, ale potrzebowała jakiejś pomocy dla
Lisy.
Jakiejkolwiek.
Maggie
to wyczuła, ale nie wykorzystała.
-
Sara - mówiła nadal tym miękkim głosem - To nie tak, że wszyscy wiedzą. Ja jestem po prostu otwarta na to, bo mój najlepszy
przyjaciel, Magnus, jest gejem, Alek i Sam są często w pobliżu, a również
chciałabym, żeby było jak najwięcej miłości wokół ludzi, których lubię. Ale
pozostali…? Chociaż od razu ci powiem, że Eva też może coś wiedzieć, bo ona zawsze wie.
-
Jak to wie? - ze zdziwienia Sara skupiła się na tym.
-
Ona zawsze potrafi wyczuć każdego, ale pomaga wszystkim, nie wtrąca się dopóki
nie pomyśli, że musi - wyjaśniła Maggie.
Więc
to przestała być taka tajemnica, że Sara zakochała się w swojej pracodawczyni,
chociaż ona sama domyśliła się tego dopiero po niemal roku przebywania w jej towarzystwie.
Bywały
wtedy częściej w domach zastępczych i sierocińcach, bo Lisa wymyśliła sobie w
ramach swojej pracy dyplomowej, która miała być z zakresu zarządzania,
dokumentowanie i zarządzanie opieką nad porzuconymi dziećmi.
To
wtedy Sara zobaczyła inną twarz Caroline.
Przy
dzieciach Lisa, wtedy wyłącznie Caroline, czy też Caro, jak mówiła do niej
opiekunka dzieci, zdejmowała swoją maskę Królowej Lodu, więc Sara zobaczyła prawdziwą Lisę.
Ciepłą,
łagodną, pełną miłości.
Wiedziała,
że Caroline nigdy nie zwróci na nią uwagi, nie w ten sposób, ale Sara chciała
tylko jej szczęścia i możliwości przebywania w jej towarzystwie.
No
i żeby młoda kobieta ją doceniła.
Sara
była tak szczerze szczęśliwa, kiedy Lisa w widoczny sposób odprężyła się w
Aspen i zdecydowała się na zrobienie sobie przerwy w Stanach, ale nie okazywała
tego, bo nie była pewna konsekwencji, jakie to mogło nieść dla Lisy w
przyszłości.
Kiedy
Sara myślała o tym wszystkim, Lisa weszła do gabinetu swoim zwykłym krokiem tak
pełnym gracji, ale w każdym jej ruchu Sara odczuła zniechęcenie, zmęczenie i
rezygnację.
Może
depresję.
Wstała
i podeszła do pracodawczyni zaniepokojona tym, co mogło się wydarzyć na
herbatce u babki Lisy.
W
Anglii była kapryśna wiosna, więc na wsi, gdzie był dom Caroline z jej
gabinetem, było względnie ciepło i zaczynały pojawiać się pierwsze oznaki
zieleni, ale w Londynie, na przedmieściach którego była Lisa tego dnia, było
zimno i deszczowo.
Dlatego
Sara musiała pomóc jej zdjąć przesiąknięty wilgocią prochowiec i zaniosła go do
rozwieszenia na otwartym wieszaku w bocznym pomieszczeniu.
-
Dziękuję, Saro - powiedziała Lisa tym samym pustym głosem, całkowicie
pozbawionym wyrazu, jakim posługiwała się od tygodnia.
Sara
go nienawidziła, bo świadczył o cierpieniu Lisy, które ta tak starannie ukrywała
przed światem.
Lisa
weszła do swojego gabinetu, ale pozostawiła drzwi szeroko otwarte, więc Sara
uznała to za zaproszenie.
-
Mamy tu świeżo zrobioną herbatę - powiedziała, chociaż Lisa właśnie wracała ze
spotkania, które nazywało się „herbatką” u jej babki.
Sara
nie podejrzewała, żeby jej młoda pracodawczyni przełknęła tam cokolwiek, nie ze
smakiem i dla odprężenia, a prawdopodobnie potrzebowała tego.
-
Dziękuję - powiedziała Lisa wciąż tym samym tonem, a potem usiadła na swoim
zwykłym fotelu obok stolika z filiżankami i imbrykiem.
Sara
nalała herbatę z imbryczka do filiżanki, ale Lisa nie sięgnęła po nią, tylko
patrzyła nieobecnym wzrokiem za okno.
Sara
wiedział, że Lisa lubiła swój gabinet, bo sama go urządzała, kiedy niecały rok
po śmierci ojca stwierdziła, że potrzebuje innej przestrzeni.
Dokładnie
tak się wyraziła.
Ale
Sara podejrzewała, że nie chodziło o przestrzeń, tylko o to, że poprzednia
aranżacja gabinetu była wykonana przez projektanta zatrudnionego przez jej ojca
i nie była konsultowana z nią.
Więc
nie była w jej guście.
Tamto
było biało czarne, modernistyczne, zimne.
To
było pastelowe, kobiece, ciepłe.
Cała
Lisa.
Ale
teraz Lisa nie patrzyła na swoją przestrzeń, nie cieszyła się cicho tym, co
miała, jak czasem to robiła.
Była
zamknięta w sobie, pozbawiona emocji, złamana.
Sara
nienawidziła tego z całego serca.
-
Moja babka urządza proszoną kolację w środę i jestem zaproszona - powiedział
nagle Lisa wciąż mówiąc tym samym okropnym tonem - Mam tam poznać Oliviera
Fromage, hrabiego z Francji. A w sobotę jest bal, na którym mam poznać Carlosa
DonSavan, hrabiego z Hiszpanii.
Sara
słuchała cicho i nieruchomo, a oddech jej zamarł, ale Lisa nie zwracała na nią
uwagi, a poza tym nie skończyła.
-
W przyszłym tygodniu mam umówione kolejne dwa spotkania - dodała, przerwała na
dwie sekundy, spojrzała na Sarę i coś złego, przeraźliwie smutnego, mignęło w
jej zielonych oczach - Moja cioteczna babka, księżna Charlotta, przed naszym
wyjazdem do Stanów oznajmiła mi, że oczekuje moich zaręczyn, ślubu i dziecka
przed ukończeniem przeze mnie dwudziestego drugiego roku życia. Szuka dla mnie
odpowiedniego kandydata.
O
nie, nie, nie!
To
dlatego Lisa potrzebowała „wakacji” w
Stanach.
-
Nie możesz… - zaczęła Sara, ale nie powiedziała nic więcej.
Lisa
tak naprawdę nie musiała słuchać swojej ciotecznej babki.
Sara
wiedziała, że jej pracodawczyni była niezależna finansowo, pełnoletnia, więc
gdyby miała inny cel z życiu, kogoś, kto by ją wspierał, odrzuciłaby rozkazy
babki i zrobiłaby to, co uznałaby za słuszne, dobre dla siebie.
Babka
była jednak jej jedyną pozostałą najbliższą rodziną.
-
Wpisz to do mojego grafiku, proszę - powiedziała Lisa wciąż tym drewnianym
głosem, jakby Sara się nie odezwała, a potem wzięła do ręki filiżankę na
podstawce i Sara dopiero wtedy zauważyła, jak mocno drżała jej ręka.
To
był jedyny przejaw emocji, jaki zauważyła Sara od niej w ciągu minionego
tygodnia.
*****
Cztery godziny później
-
Hej, Maggie - powiedziała Sara do
prawie-przyjaciółki widocznej na ekranie jej smartfonu, kiedy połączyły się na
Messengerze.
W
Anglii był późny wieczór, Sara zdążyła odwiedzić swoją matkę w domu opieki, a
teraz była w swoim mieszkaniu, przebrana w domowe ubrania.
-
Hej, Sara - odparła Maggie - i jak?
-
Nie za dobrze - powiedziała szczerze Sara.
Westchnęła
cicho i patrzyła, jak Maggie, będąca na początku piątego miesiąca ciąży, zmaga
się ze swoim małym, ruchliwym synkiem, by wsadzić go do siatkowego kojca, w
którym on nie lubił być, co Sara już wiedziała, ale musiał być, bo Maggie musiała
chronić przed jego ruchliwością swoje trzecie, nienarodzone jeszcze dziecko.
-
No, jestem - powiedziała Maggie, kiedy jej się udało spacyfikować syna - Mów,
kochanie.
Więc
Sara powiedziała bez chwili zawahania.
-
Babka Lisy chce, żeby ona w najbliższym czasie zaręczyła się i wyszła za mąż, więc
zaaranżowała w tym celu kilka spotkań z odpowiednimi dla niej kawalerami - Sara
wyjawiła wprost Maggie i patrzyła, jak oczy tamtej stawały się olbrzymie,
podczas, gdy wciągała powietrze w zaskoczeniu.
-
Swata ją? - spytała w końcu Maggie z
niedowierzaniem.
-
Tak - potwierdziła Sara.
-
Ale… - zająknęła się Maggie - Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Ona wie o tym?
-
Nie obchodzi jej to - stwierdziła sucho Sara.
-
I co na to Lisa? - dopytywała się Maggie, pochylając się do kamerki ze
zdenerwowania.
-
Obojętna - doparła Sara.
-
Co takiego? - Maggie zmarszczyła brwi.
Sara
przez sekundę milczała, a potem uwolniła te wszystkie emocje, które w niej
wzbierały od pewnego czasu.
-
Och, Maggie - Sara pozwoliła, żeby jej głos zabrzmiał rozpaczą, którą czuła od
tygodnia, ale która nasiliła się tego dnia, kiedy Lisa powiedziała jej o
planach babki - Lisa… Ona jest taka zimna.
Jakby przestała czuć. Zobojętniała
nawet na los dzieci, którymi tu się opiekowała. Nie jeździ tam. O nic nie pyta,
nic nie mówi poza służbowymi stwierdzeniami.
Maggie
milczała przez dwie sekundy, zagryzając wargę i marszcząc brwi.
-
Sara - Maggie zapytała ostrożnie, skupiając się na swojej rozmówczyni - Ja… muszę wiedzieć. Co się wtedy stało? Jak
to było z Tomem? Czy oni faktycznie ze sobą spali?
-
Tak - szepnęła Sara bez chwili wahania.
-
Och - Maggie opadła do tyłu i oparła się o zagłówek kanapy, jakby pomyślała źle
o Lisie, więc Sara musiała coś dodać i zrobiła to szybko.
-
Nie rozumiesz! - to było głośne i
pełne emocji - Oni spali ze sobą.
Tylko spali razem. Nic więcej.
-
Och? - tym razem Maggie zrozumiała to tak, jak chciała Sara i było to po niej
widać.
Wyprostowała
się i błysnęły jej oczy.
Sarę
przeniknęła ulga.
-
Tom przyszedł, kiedy Lisa czuła się samotna - tłumaczyła przyjaciółce dużo spokojniej
- Zaproponował, że zostanie u niej na noc. A potem pomyślał sobie Bóg wie co.
-
Powinna była z nim porozmawiać - mruknęła Maggie.
-
Możliwe… - przytaknęła Sara, a potem dodała niemal surowo - ale teraz to nie jest ważne. Stało się. Mark zjawił
się tam i też nie dał sobie nic powiedzieć. Wyciągnął fałszywe wnioski i
wyszedł. Jak zawsze wszyscy wokół
Lisy.
-
Och - szepnęła ponowne Maggie.
Pomilczały
przez chwilę, a potem Sara poczuła, że to nie mogło tak dłużej trwać, musiała coś zrobić.
-
Maggie - powiedziała z ponowną rozpaczą w głosie - …co my teraz zrobimy?
-
Ty nic nie rób - powiedziała
stanowczo Maggie - Ja zrobię, jeśli mi pozwolisz.
-
Co? - spytała zaskoczona Sara, bo co niby mogła zrobić Maggie o pół świata
oddzielona od Lisy i jej babki.
-
David zna tatę Marka - wyjawiła jej Maggie - Przyjaźnią się. Pracują razem. Porozmawiam
z nim. Jestem pewna, że spróbuje coś zrobić, a może nawet porozmawia z Markiem.
Sara
nie była pewna, czy to było właściwe, ale nie miała żadnych pomysłów.
-
Nie martw się - zapewniła Maggie, widząc jej wahanie - Zrobi to delikatnie i
nie wyjawi za dużo, jeśli nie będzie musiał. David umie to zrobić.
Sara
zazdrościła Maggie tej pewności, takiego zaufania do męża i poddała się temu,
co jej przyjaciółka zza oceanu mogła zrobić.
Rozmawiały
jeszcze tylko kilka minut, bo u Sary dochodziła północ, a Maggie musiała się
zająć dzieckiem i posiłkiem dla swojego męża.
Ale,
kiedy się rozłączały, Sara odczuła ulgę, bo coś
robiły.
I
to mogło się udać.
Była
jakaś nadzieja.
*****
David
Następnego dnia w południe
David
szedł w kierunku małego domu z trzema sypialniami w zachodniej dzielnicy SLC, w
którym mieszkał Taylor, dokładniej major Daniel Taylor, szef miejscowego
oddziału SWAT, z którym David czasem współpracował.
Taylor
był poniekąd przyjacielem Davida, a na pewno lubili się i darzyli się wzajemnym
szacunkiem.
Taylor
był również ojcem mężczyzny, z którym David miał porozmawiać.
Nie
to, żeby chciał z nim porozmawiać,
ale jego Maggie wierciła mu dziurę w brzuchu na ten temat przez kilka godzin od
poprzedniego wieczoru, kiedy to wrócił z pracy po szóstej, więc się poddał.
Maggie
opowiedziała mu wszystko to, czego dowiedziała się od Sary z ich rozmowy przez
Messengera, a David domyślił się reszty, bo Benji też mu coś wcześniej
powiedział.
Potem
podzielił się swoimi przemyśleniami z żoną, bo przywykł do tego, że rozmawiali
o wszystkim, a ona radziła się jego tak, jak on radził się jej.
Ale
to właśnie dlatego Maggie nalegała, żeby przynajmniej porozmawiał z Markiem
Taylorem.
Zapukał
tylko raz, kiedy drzwi się otworzyły i stał tam Taylor senior.
-
Taylor - przywitał go David.
-
David - usłyszał przywitanie w odpowiedzi.
David
zadzwonił do niego godzinę wcześniej, więc Taylor wiedział, po co David
przyszedł, a właściwie do kogo, bo nie znał szczegółów.
-
Wejdź - Taylor odsunął się, David otworzył drzwi burzowe i przeszedł obok
gospodarza.
Z
otwartych drzwi do kuchni wyjrzała do nich, stojących wciąż jeszcze w
korytarzu, energiczna kobieta o ciemnych, ciepłych oczach i siwych włosach
związanych w niechlujny węzeł na karku, która wyglądała na żonę Taylora, a ubrana
była po domowemu, w luźne spodnie dresowe i uśmiechała się łagodnie.
Davidowi
przywodziła na myśl jego własną żonę, bo była niska, była boso, jak zwykle
chodziła Maggie, a ręce wycierała w ręcznik kuchenny, więc wiedział, że była
zajęta dbaniem o swoich dwóch mężczyzn, męża i syna.
-
Halo - przywitała się pogodnie, kiedy David patrzył na nią bez ruchu, bo nie
był pewien, co mogła zrobić z tym, co on musiał zrobić.
Wolał,
żeby jej przy tym nie było.
-
Margaret - Taylor zwrócił się do niej - To mój kolega, David. Przyszedł tu, by spotkać
się z Markiem.
-
Och - pełen troski wyraz twarzy kobiety wyjawił Davidowi, że ich syn nie
zachowuje się tak, żeby się o niego nie martwili - Dobrze. Nie przeszkadzam.
I
cofnęła się do kuchni nie dając Davidowi czasu na inną reakcję poza skinieniem
głową.
Ulżyło
mu.
Taylor
skierował Davida gestem w stronę wejścia do piwnicy.
-
Mamy tam siłownię - wyjaśnił - Mark spędza tam większość czasu od całego
tygodnia. Od kiedy ma urlop. Nawet nie był u siostry.
Taylor
senior westchnął przy tym ciężko i spochmurniał, więc i on martwił się
zachowaniem syna.
David
miał cholerną nadzieję to zmienić.
Kiedy
zeszli na dół, David zobaczył mężczyznę, który był z zasadzie do niego bardzo
podobny, chociaż może o kilka lat młodszy, a na pewno wyższy.
Jego
krótko obcięte włosy był bardziej ciemne niż Davida, ale cera nieco jaśniejsza
i był ogolony, chociaż nie dzisiaj ani nawet wczoraj.
Poznali
się.
David
przypomniał sobie, że widział go wsiadającego z wściekłością do czarnego Nissana
Navarry na parkingu przy kompleksie, kiedy tydzień wcześniej był tam na kolacji
pożegnalnej u Lisy, Sary i Franka.
Tego
dnia wszedł po schodach na górę, na galerię, mijając po drodze Toma, który
zbiegał na dół, również kipiąc złością i weszli do mieszkania Sary, gdzie były
kobiety, a razem z nim wszedł Jimmy, który też podjechał tam z pracy i
wiedzieli, że zaraz za nimi jechał Alex.
Na
miejscu przekonali się, że w cholernym pokoju wrzało jak w ulu chociaż cicho,
bo kobiety szeptały, Lisy nigdzie nie było, a Frank stłumionym głosem nakreślił
im całą nieciekawą, popieprzoną sytuację.
Sytuacja
nie była ciekawa ni za cholerę, zważywszy na to, że ich młody kolega zachował
się jak dupek, wyjawiając pieprzenie intymne
sprawy ogółowi zgromadzonych, a na dodatek David wczoraj dowiedział się od
Maggie, że Tom nieco naciągał rzeczywistość.
Kutas.
David
jednak uważał, że żaden mężczyzna nie wściekałby się, jak Mark to zrobił, na
taką sytuację, na kobietę, jeśli
czegoś do niej nie czuł i to dawało mu nadzieję.
Kiedy
weszli we dwóch z Taylorem do jego piwnicy, Mark, ociekając potem, uderzał z
wściekłością w skórzany worek treningowy, który był zawieszony u sufitu, a
David to znał.
I
jego nadzieja zwiększyła się.
Wiedział,
jak to jest musieć jakoś rozładować tę pieprzoną bezsilność, ale przy tym nie
wybić z nikogo gówna, bo sam miał kiedyś taki worek treningowy w swoim domu,
chociaż teraz rozładowywał się inaczej, bo miał Maggie, która mu pomagała.
Co
było o wiele lepsze.
Kiedy
weszli do pomieszczenia, Mark przestał uderzać w worek, odwrócił się w ich
stronę i ocenił Davida jednym spojrzeniem, a potem szybko spojrzał na swojego
tatę.
-
Mark. To major David Lichtwitz - przedstawił go Taylor senior - pracujemy razem
- po czym zwrócił się do Davida - Zostawię was.
-
Nie trzeba, Taylor - mruknął do niego David i spojrzał przelotnie w jego stronę
- Możesz chcieć być przy tej rozmowie.
Taylor
ocenił go uważnym spojrzeniem, skinął głową i zrobił tylko krok do tyłu, dając
Davidowi możliwość działania.
Ten
nie zawahał się ani sekundy, bo nie lubił tracić czasu.
Wyjął
z kieszeni kurtki zwiniętą gazetę z ich zdjęciem z tamtej akcji pod biurem
Opieki Społecznej, rozwinął ją, złożył w odpowiedni sposób i podsunął Markowi
zdjęciem do przodu.
Mężczyzna
przez ten czas, kiedy rozmawiali z Taylorem i kiedy David przygotowywał gazetę,
zdjął z rąk rękawice bokserskie, pomagając sobie zębami, więc teraz chwycił podawany
papier, patrząc na zdjęcie i na Davida na zmianę.
A
potem wyraz jego twarzy się zmienił.
-
Kurwa - syknął, chociaż to nie było zaskoczenie.
Bardziej
wściekłość.
David
uznał, że Mark wiedział o artykule, być może od Franka, ale nigdy nie widział
zdjęcia.
Zwłaszcza
tego.
-
Jesteś jego przyjacielem? - spytał niskim, nieszczęśliwym głosem, chociaż to
trochę brzmiało jak stwierdzenie lub oskarżenie.
-
Nie - stwierdził David, doskonale wiedząc, kogo Mark miał na myśli - pracujemy
razem zaledwie od trzech miesięcy. Ale moja żona, Maggie, jest przyjaciółką Lisy,
albo może bardziej Sary.
Powietrze
w piwnicy zaczęło iskrzyć od napięcia.
-
Nie chcę o tym… - zaczął mówić Mark niskim, niebezpiecznym głosem, a
jednocześnie zaczął się odwracać, podając gazetę Davidowi.
Gazetę
przejął Taylor senior, a David nie dał sobie przerwać.
Nie
był takim mężczyzną.
-
Zaraz po tym wydarzeniu - skinął głową w stronę cholernej gazety i przedstawił
wszystkie pieprzone fakty, z którymi tam poszedł - Zadzwonił do mnie kumpel,
który jest reporterem.
Mark
szarpnął głową w jego kierunku i zacisnął zęby tak, że cholernie niebezpiecznie
zadrgały mu mięśnie na szczęce, więc nie było to dla niego całkiem obojętne, co się wtedy wydarzyło.
Lisa
nie była mu obojętna.
Kurwa,
tak!
David
miał taką coraz większą pieprzoną nadzieję, która stopniowo przeradzała się w
pewność.
-
Powiedział mi co i jak, więc mogliśmy się tym zająć - David kontynuował swoje
wyjaśnienia - Zablokowaliśmy wypływ informacji o niej.
-
Dzięki - mruknął Mark.
-
Nie o to chodzi - David pokręcił głową - Rozmawiam z żoną. A moja żona ma cholerną
grupę przyjaciółek. Wspierają się. Po
tym - David ponownie skinął głową w stronę gazety - …zechciały wciągnąć Lisę.
Więc poznały się. Tym bardziej, że hrabina Caroline zamieszkała przypadkowo w
mieszkaniu, w którym kiedyś mieszkała jedna z nich.
Może
nie tak przypadkowo, bo to David na prośbę Taylora podał namiary na tamten
kompleks, chociaż wtedy nie wiedział, po co to robił ani dla kogo.
A
reszta była gigantycznym pieprzonym niedopowiedzeniem, ale David ni za cholerę
nie chciał i nie miał właśnie wtedy pieprzonego czasu na wyjaśnianie wszystkich
porąbanych zawiłości tej grupy przyjaciółek.
Potrzebowałby
pieprzonego tygodnia.
Był
wdzięczny, że Maggie to miała, ale nadal to było cholernie irytujące, jak
bardzo one wszystkie ingerowały wzajemnie w swoje pieprzone życie i w życie ich
mężczyzn.
-
Więc mnie tam wtedy nie było… - przypomniał David Markowi coś, czego tamten
chyba cholernie nie przegapił - ale nadal znam całe pieprzone zajście ze
szczegółami.
-
Kurwa - mruknął Mark.
-
Tak - potwierdził David, bo facet jeszcze nie wiedział, ale tak to właśnie cholernie
działało - Rozmawiamy z żoną - David
powtórzył, Mark poderwał głowę i spojrzał na Davida ze zmarszczonymi brwiami.
-
Chcesz powiedzieć… - zaczął niebezpiecznym głosem.
-
Chcę powiedzieć, że wyciągnąłeś pochopne wnioski - uciął David - Nie
wyjaśniliście sobie. Za szybko wyszedłeś.
-
Co tu wyjaśniać - warknął Mark i odwrócił
wzrok - Spała z nim.
-
Nie słuchałeś, człowieku - zamruczał wolno
David niskim, stłumionym głosem - Spała
z nim.
Mark
spojrzał na niego wściekle i zacisnął
zęby tak mocno, że mięśnie zagrały mu na policzku.
-
Spała - podkreślił znowu David - Nic
więcej.
-
Co? - Mark wreszcie rozluźnił mięśnie
i zamarł zdumiony.
-
Nic. Więcej - powtórzył David z
naciskiem, zrobił pół kroku do przodu, a potem cholernie wyjaśnił mu to dokładniej - Gówniarz chciał, żebyś pomyślał to, co pieprzenie
pomyślałeś, Mark, żebyś wściekł się i odszedł w cholerę. Chciał ją wygrać. I
udało mu się.
David
odczekał sekundę, żeby to zapadło, zanim kontynuował opowieść innym tonem.
-
No, chociaż nie do końca… - powiedział i jego usta zadrgały prawie w uśmiechu
między włosami wąsów i brody - bo wyrzuciła go stamtąd do diabła dwie pieprzone
minuty później i więcej się z nim nie spotkała, chociaż zabrał sobie cholerne
klucze do jej mieszkania.
-
Jak to zabrał sobie - głos Marka ponownie
stał się wręcz niebezpieczny, ale David potrzebował jego skupienia na
priorytecie.
A
pieprzonego priorytetu jeszcze nie
wyjawił, więc zignorował to.
-
Maggie rozmawiała wczoraj z Sarą przez Messengera - powiedział mężczyźnie - Cioteczna
babka hrabiny Caroline, księżna Charlotta, chce ją szybko wyswatać. Wymyśliła
sobie, że Lisa powinna wyjść za mąż
przed ukończeniem dwudziestu dwóch lat. Swata ją, wynajdując różnych kawalerów
i umawiając z nimi Lisę. A ta kobieta jest załamana,
bo myśli, że jej nie lubisz, więc może się poddać żądaniom babki. Masz więc jakieś
dwa, trzy pieprzone tygodnie na postawienie swoich roszczeń, zanim całkiem
pęknie. Więc cholerne pytanie brzmi, co… ty… do niej… czujesz.
Mark
wyprostował się, a atmosfera, jaką od niego wyczuwali w tej ciasnej piwnicy
zmieniła się.
Mężczyzna
spojrzał na Davida, potem na swojego tatę, który zauważalnie odczuł ulgę po
tym, jak dowiedział się, co gryzło jego jedynego syna i rozluźnił się, chociaż
nadal słuchał uważnie.
-
Czuję, że wezmę tę pracę, którą mi niedawno proponowali… - powiedział Mark
jakby lżejszym tonem - i wyjadę do Europy za jakiś tydzień. Chyba muszę
spróbować jeszcze raz.
Wreszcie
do niego dotarło, więc David się odprężył.
Nadszedł
czas na działanie.
Skinął
głową, wyprostował się, jego twarz rozjaśniła się, odwrócił się do Taylora
seniora i zaczął tłumaczyć mu, że nie zostanie na lunchu, bo czekała go w domu
ciężarna żona i ruchliwy syn.
Wymienił
się z Markiem danymi kontaktowymi, by mogli przekazać sobie informacje, jeśli
byłaby taka konieczność i obiecał mu swoje wsparcie.
A
później David wyszedł.
Wreszcie
mógł spokojnie wrócić do domu i opowiedzieć wszystko Maggie, by znowu spojrzała
na niego jak na bohatera.
Tym
spojrzeniem, które David tak cholernie uwielbiał, bo lubił, kiedy jego Maggie
była z niego dumna.
Lubił
jej to dawać.
Mógł
sobie powiedzieć: Misja zakończona
powodzeniem.
I
odmeldować się.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń