czwartek, 13 października 2022

6 - Olbrzym

  

Rozdział 6

Olbrzym

Caroline / Lisa

 

 

Dwa tygodnie później

Siedziałam spokojnie, byłam wyprostowana jak struna, schowana za swoją maską i absolutnie obojętna wobec tego, co działo się przed lustrem mojej toaletki w gotowalni, która była obok mojej garderoby i mojej prywatnej sypialni, a wokół mnie kręciła się podniecona swoją pracą wizażystka z asystentką.

Był już późny wieczór i niedługo powinnam wyjść z tego pokoju, bo powinniśmy jechać na kolejny bal, który mnie nie obchodził tak, jak nie obchodziły mnie wcześniejsze.

Frank, który był teraz szefem mojej prywatnej ochrony, stał ubrany w czarny garnitur, niespokojnie zaciskając usta w wąską kreskę, w drzwiach pokoju i patrzył znacząco na Sarę, więc wiedziałam, że powinnam pośpieszyć wizażystki.

I tak skończyły mnie już ubierać i malować, dobrały i zapięły mi naszyjnik na szyi, a ostatnia z nich właśnie prysnęła odrobiną perfum na mój kark.

Nie czułam ich zapachu.

Skinęłam dłonią, odganiając je, ale w tym geście nie było niecierpliwości, bo mnie nie było na nią stać.

Nie miałam na to siły.

Nawet na to.

Kobiety były trzy i zaczęły natychmiast pakować swoje przybory, pragnąc jak najszybciej uciec z tego przybytku lodu i niegościnności.

Wiedziałam to.

Ale to nie było ważne.

Nic nie było.

Wstałam, pozwoliłam im spojrzeć jeszcze raz na ich dzieło, a potem odwróciłam się do Sary.

- Co tu jeszcze robisz, Saro? - spytałam, starając się brzmieć delikatnie, a nie niecierpliwie, niegrzecznie, a tym bardziej pusto, co, jak wiedziałam, przytrafiało mi się zbyt często w ciągu ostatnich trzech tygodni, a co ją martwiło - Powinnaś już jechać do domu. Miałaś pojechać do swojej mamy - chciałam być wobec Sary łagodna, bo tylko ona o mnie dbała.

- Nie mogłam pani zostawić, milady - Sara nie mówiła do mnie Lisa przy obcych, co było mądre, ale mnie denerwowało.

Chociaż nic nie denerwowało mnie wystarczająco mocno, bym to poczuła.

Sara podeszła do mnie, obeszła mnie dookoła, oglądając starannie moją suknię balową, jakby chciała znaleźć jakąkolwiek skazę na pracy, jaką wykonały wizażystki, a potem stanęła za mną i pochyliła się, by być bliżej mojego ucha.

- Doskonale - szepnęła tak, żeby jej nie usłyszały - Wyglądasz pięknie.

Spojrzałam na nią w lustrze uważniej po raz pierwszy od bardzo dawna.

Nie wiedziałam, dlaczego moja jedyna przyjaciółka właśnie dzisiaj przejęła się tym, że powinnam wyglądać pięknie.

Miałam na tym balu poznać Piątego kandydata do mojej ręki.

Nie pamiętałam już ich nazwisk.

Podobnie, jak pozostali czterej, był mi absolutnie obojętny i byłam tym wszystkim tak strasznie, strasznie zmęczona, więc byłam tylko o mały krok od powiedzenia mojej babci, żeby sama wybrała tego, za kogo miałam wyjść za mąż.

Komu miałam dać udawaną rodzinę.

Ale teraz ton głosu Sary sprawił, że zerknęłam w lustrze na siebie samą.

Miałam na sobie długą, elegancką, jedwabną suknię balową w ciemnym kolorze stonowanej leśnej zieleni, który jeszcze bardziej podkreślał naturalną bladość mojej skóry rudzielca.

Jej stanik, umocowany na specjalnie skonstruowanej bieliźnie, był zrobiony z licznych szerokich zakładek, które schodziły do dołu skośnie na boki i na biodra, podkreślając moją talię, a potem łączyły się z tyłu w mały, falbaniasty tren, chociaż od przodu suknia wydawała się być obcisła aż do połowy ud.

Jej dekolt nie był mały, bo, chociaż ograniczały go dwa pasma materiału łączące się na karku, schodził głęboko między moje za duże piersi, gdzie teraz leżał oprawiony w złoto rubin z dawnej kolekcji mojej mamy, zawieszony na długim, misternie plecionym, złotym łańcuszku.

Suknia była długa do kostek, rozszerzała się lekko do dołu, a z tyłu miała ukryte w trenie rozcięcie, które umożliwiało mi swobodne poruszanie się.

Miałam jedwabne, dobrane kolorystycznie do niej niby-rękawiczki do łokci, które nie miały palców, a były zaczepione na środkowym palcu tasiemką.

Ich celem było ukrycie pozostałości po bliznach po oparzeniu.

Na stopach miałam, niewidoczne spod sukni, idealnie dobrane kolorystycznie sandałki z zakrytym czubkiem na wysokim, cienkim obcasie, a znowu czysto rude włosy miałam zaczesane na czubku głowy w wysoki, okrągły kok, który obejmowała niewielka tiara.

W moich uszach wisiały rubiny do kompletu z tym w naszyjniku.

Paznokcie miałam pomalowane na bardzo czerwono, odcieniem prawie odpowiadającym rubinom.

Od naszego przyjazdu ze Stanów nie pozwalałam pokrywać żadnymi korektorami mojej skóry poza twarzą, więc, oprócz włosów, jedno było we mnie prawdziwe, a były to moje piegi, których miałam tysiące na ramionach i plecach.

Nienawidziłam ich.

Wyglądałam tak, że moja babka nie powinna mieć nadmiernych zastrzeżeń, jeśli o to chodziło Sarze, chociaż nie podejrzewałam, żeby tym się przejmowała.

Moja osobista asystentka i jedyna przyjaciółka wyjęła z wbudowanej szafy lekką, wełnianą pelerynę, zarzuciła mi ją na ramiona, wzięłam ze stolika przy drzwiach do ręki płaską kopertówkę, która stanowiła komplet do butów, pożegnałam się krótko ze wszystkimi i wyszłam do limuzyny, stojącej przed głównym wejściem.

Sara zostawała w domu.

Frank wsiadł na przednie siedzenie dopiero po tym, jak kierowca zamknął moje drzwi i pojechaliśmy.

Po drodze myślałam o minionych tygodniach, chociaż zwykle starałam się o tym nie myśleć, bo to bolało.

Ból był jedyną rzeczą, jaką jeszcze czasem czułam.

Kiedy Mark opuścił mieszkanie Sary i Franka, poszłam do sypialni Sary i siedziałam tam kilkanaście minut, by zebrać się w garść, a potem wyszłam do gości, szykowałam z nimi i jadłam kolację, poznawałam mężczyzn tych kobiet, które już znałam i udawałam, że bawię się z nimi tak, jak bawiłam się przed przyjściem Marka.

Ale nic nie czułam.

Ta szklana kula, którą sama stworzyłam przez lata, by chronić się przed jakimkolwiek zranieniem, teraz zamknęła się mocniej, uszczelniła się, więc nic do mnie nie docierało.

Słyszałam jak przez watę.

Nie czułam smaku ani zapachu.

Nie widziałam kolorów.

Nie było mi gorąco ani zimno.

Nie dotykały mnie uczucia.

Przykleiłam na usta mój uśmiech, który wyćwiczyłam przez lata chronienia się przed ludźmi, przytakiwałam, udawałam pogodę i trwałam.

Przetrwałam to.

Potem wszyscy wyszli, a ja wreszcie porozmawiałam z Sarą.

Po latach.

Potem wyjechaliśmy do Washington i zabolało tylko trochę, zanim to zablokowałam, kiedy zobaczyłam tam przyjaźnie nastawioną Theresę i naszła mnie fala niepożądanych wspomnień.

A potem przylecieliśmy we trójkę do Anglii, do domu i wpadłam w stare, utarte już tory, którymi moja babka próbowała mnie nakierować na godne reprezentowanie rodziny.

A ja nie miałam siły, by się bronić.

Nie miałam również siły na spotkania z „moimi” dziećmi, czyli z tymi dziećmi, którymi zajmowałam się od strony formalnej, a czasem również odwiedzałam w jednym z domów dziecka w okolicy, bo wiedziałam w głębi duszy, że przy nich nie przeszłoby udawane uśmiechanie się.

Więc postarałam się być bardzo zajęta.

Zaczęłam rok akademicki od semestru wiosennego, chociaż zwykle nie pozwalali na to studentom, ale przecież byłam prymuską i to na dodatek z rodziny królewskiej.

Chodziłam na wykłady i ćwiczenia, do których zawsze byłam przygotowana, więc zabierałam na nich głos, odrabiałam wszystkie zadawane prace, wykonywałam projekty.

Wszystko na czas.

Byle mieć zajęcie.

Dwa razy w tygodniu jeździłam konno, spędzając tam dużo czasu, bo zwykle czyściłam konia sama przed i po jeździe, a teraz nie zaniechałam tego, chociaż nic nie czułam.

Kiedyś była to przyjemność gładzenia ciepłej, miękkiej sierści, mój czas spędzany z moją klaczką, Persefoną, nasza rozmowa bez słów.

Teraz co najwyżej opierałam się czołem o jej szyję i pozwalałam jej się pocieszać, bo najwyraźniej czuła otaczające mnie szkło.

Trzy razy w tygodniu pływałam przez godzinę w krytym uczelnianym basenie, żeby się zmęczyć.

Miałam nadzieję na to, że będę mogła spać.

Nie mogłam.

Zmęczenia też nie czułam.

Dwa razy w tygodniu jeździłam do krawcowej, która szyła mi kolejną suknię na oficjalną kolację lub na bal, ale już nie była tym podekscytowana, nie próbowała mnie zagadywać na ten temat, bo wiedziała, że jej nie odpowiem.

Musiałam tam być, więc byłam.

Byłam według niej Królową Lodu, jaką byłam w rzeczywistości.

Raz w tygodniu musiałam również mieć manikiur i pedikiur, ale to miałam w swoim domu, więc tylko znosiłam to bez słowa.

Tak samo fryzjera, który do mnie przyjeżdżał.

Miałam ładnie wyglądać.

Byłam teraz nawet bardziej jak jajko Fabergé niż przedtem, zanim pojechaliśmy do Stanów.

A do tego bywałam na kolacjach z młodzieńcami, których „pragnęła mi przestawić” moja cioteczna babka Charlotta i na balach.

Ten bal miał być trzeci.

Sara bardzo mnie wspierała, nawet przez próby połączenia mnie przez Messengera z kobietami z SLC, ale jak do tej pory uniknęłam tego.

Zamknięta w mojej szklanej kuli, tylko wtedy, jak zostawałam sama wieczorami i w nocy, zamiast spać, przytulałam niczym miękkie, pluszowe szmatki strzępki wspomnień i marzeń, które stamtąd przywiozłam.

Jak nasze wieczory w salonie w Aspen.

Jak moją pracę w biurze Opieki Społecznej nad zapewnieniem zaniedbanym dzieciom domów, w których byłyby kochane.

Jak mój kurs gotowania, na którym byłam zwykłą dziewczyną, której mama nie nauczyła nawet obierania ziemniaków, jak wiele innych dziewczyn, które tam spotkałam.

Jak nasze gromadne, wśród przyjaciółek, przygotowywanie zapiekanki ziemniaczanej i tortilli na ostatnią kolację.

Ale starałam się nie wspominać mojego pocałunku z Markiem i w ogóle Marka, bo to bolało.

Bardzo.

Masz wszystko, a chcesz więcej, tak, księżniczko?

Masz wszystko…

To nie było ważne, co miałam, ile miałam, czego mogłam spróbować, skoro nic nie czułam.

Zamknięta za szkłem.

Dojechaliśmy na miejsce, Frank wysiadł jednocześnie z Jamie’m, moim kierowcą, który następnie otworzył moje drzwi i wyszłam wprost w oślepiające błyski fleszy.

*****

Godzinę później

Stałam przy bocznych drzwiach do głównej sali balowej i patrzyłam nieobecnym wzrokiem na grupki osób, które przewijały się tu i ówdzie, rozmawiając, tańcząc, częstując się szampanem i ponczem.

Babka Charlotta nie była gospodynią tego balu, ale była gościem honorowym, więc fakt, że trzymała mnie tak długo przy sobie był bardzo nużący.

Nakazała mi zatańczyć na rozpoczęcie balu z Piątym, co okazało się totalną porażką, bo mężczyzna nie umiał tańczyć walca wiedeńskiego, a gospodarze wymyślili sobie właśnie to na otwarcie.

Potem musiałam zatańczyć jeszcze z gospodarzem, jego synem, który był zbyt młody, by doceniać tańce towarzyskie, jednym z dalszych kuzynów i jeszcze kimś, kogo nie pamiętałam, a potem znowu z Piątym.

Nie przeszkadzało nikomu to, że nie słyszałam muzyki, bo dałam się bezwolnie prowadzić w tańcu, a nie zamierzałam dyskutować nad piękną grą kwartetu smyczkowego, który nam przygrywał.

W czasie rozmów kiwałam lekko głową i uśmiechałam się pusto, bo nie słyszałam, co do mnie mówili, ale nikt nie wymagał ode mnie zaangażowania w rozmowę.

Nie piłam szampana, chociaż trzymałam kieliszek w dłoni, bo zanurzyłam w nim usta i stwierdziłam, że był bez smaku, jak wszystko od trzech tygodni.

Ktoś mówił, że było gorąco, więc otwarto okna na tarasy, ale nie czułam ani wcześniejszego gorąca, ani późniejszego przewiewu.

Byłam zamknięta w swojej kuli ze szkła i nawet nie myślałam o tym, żeby umknąć do swojego domu, zamknąć się w pokoju, bo wszystko było mi obojętne.

W danej chwili jednak stałam sama przy bocznych drzwiach i zamarłam w bezruchu, nie oddychając, bo coś zobaczyłam.

Coś, a raczej kogoś, kto skupił na sobie całe światło, więc był wszystkim, co mogłam widzieć, był wszystkim, co pragnęłam zauważać, co mogło sprawić, bym oddychała i czuła.

Mark.

Szedł przez salę balową w moją stronę, wymijając ludzi, taki pewien swoich ruchów, wysoki, przystojny, pełen gracji i siły jednocześnie.

Jego czarne oczy przyszpiliły mój wzrok i mnie całą w miejscu, w bezruchu.

Nie był złudzeniem.

Był tam.

Dokładnie tak, jak śniłam, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznała.

Podszedł do mnie, zatrzymał się bardzo blisko, więc musiałam nawet w moich szpilkach wysoko podnieść głowę, żeby patrzeć mu prosto w oczy, kiedy wyciągnął do mnie rękę i zapytał:

- Czy mogę panią prosić o ten taniec, milady?

Milady.

Odsunęłam w bok kieliszek z szampanem, ktoś go ode mnie zabrał, podałam prawą dłoń Markowi i, wciąż jak we śnie, dałam mu się poprowadzić na parkiet, przez cały czas patrząc tylko na niego.

*****

Mark

Mark stał samotnie, lekko skryty za kotarą, przy pieprzonej ścianie cholernej sali balowej i wspominał minione trzy miesiące.

Miesiące, które zmieniły całe jego pieprzone życie.

Poczynając od chwili, kiedy poznał Lisę.

Jego pierwsze wrażenie nie było pozytywne, chociaż była tak piękna, że zapierało mu dech w piersi, ale szybko zmieniło się to w fascynację jej ciepłem, łagodnością, umiejętnością rozszyfrowywania ludzi i miłością do dzieci.

Byłaby fantastyczną matką.

Wspominał tę krótką chwilę, kiedy trzymał jej dłoń na pieprzonym podjeździe w Aspen, kiedy się żegnali.

Musiał, po prostu musiał ją wtedy pocałować, więc to zrobił.

Skóra ust paliła go na to wspomnienie przez cholerne tygodnie.

I chciał więcej.

Marzył o jej ustach, o jękach, jakie wydobyłby z niej, kiedy wziąłby w dłonie jej fantastyczne piersi i o reszcie.

Kiedy Frank zadzwonił do niego i poinformował go, że Lisa została poparzona, bo ratowała jakieś cholerne papiery z dokumentacją dzieciaków z rodzin zastępczych, Mark wściekł się, rzucił wykonywaną wtedy pracę, zlecił jej kontynuację zastępcy i poleciał do SLC.

Wiedział, że narażał się na konieczność zapłacenia odszkodowania klientowi, jeśli pod jego nieobecność coś by się spieprzyło.

Zaryzykował.

Tęsknił za Lisą i żył tylko wspomnieniami tych kilkunastu dni, które spędzili razem, chociaż nigdy by tego nie powiedział.

Nie przyznałby się nawet przed sobą samym.

Kiedy leciał do SLC, myślał tylko o tym, że miała być bezpieczna.

Załatwił wszystko tak, żeby była pod dobrą opieką w bezpiecznym miejscu, żeby mogła odpocząć od tego, od czego musiała odpocząć i zebrać myśli.

Kiedy spędzali czas w salonie w Aspen, obserwował ją i dowiedział się, że nie była rozpieszczoną bogaczką, która po prostu miała taką fanaberię, więc wiedział, że musiało być coś więcej w jej dążeniu do „odpoczynku”.

Kiedy jeździli nie znanym jej samochodem po zaśnieżonych ulicach, dowiedział się również, że była zdecydowanym, ale nie nazbyt pewnym siebie kierowcą, więc wiedział, że mógłby jej zaufać również i w tym.

W podejmowaniu decyzji.

Po cholernie męczących trzech tygodniach rozłąki pragnął ją poznać jeszcze głębiej, dowiedzieć się o niej dużo więcej.

Nadal myślał tylko o tym, że miała… być… cholernie… bezpieczna.

Kurwa!

Kiedy wszedł do mieszkania Franka i Sary, gdzie, jak wiedział, była, i zobaczył ją radosną, rozmawiającą tak swobodnie, śmiejącą się w otoczeniu kobiet, ubraną w obcisłe dżinsy tak cholernie seksownie podkreślające jej tyłek i równie seksowną, obcisłą koszulkę, wiedział.

Wiedział, co czuł.

A kiedy rzuciła się w jego stronę z taką cholernie błyszczącą z jej oczu pieprzoną radością, zrozumiał, że chciałby mieć jej więcej.

I mógłby mieć.

Więc jej domniemana zdrada go dotknęła o wiele cholernie mocniej, niż sam się do tego przyznawał przed sobą czy kimkolwiek innym.

Nawet, jeśli to nie była zdrada, bo nie byli razem.

Więc teraz wiedział jedno.

Jak to ujął David, Mark musiał postawić swoje roszczenia.

Powiedzieć Lisie, co do niej czuł.

Dlatego właśnie był tam teraz.

Mark od dwóch tygodni był w ruchu, a zaczęło się od tego, że pojechał do Denver, do swojego szefa, na spotkanie i przyjął zlecenie.

Zlecenie, które wcześniej odrzucił.

Miał przez dwa tygodnie ochraniać pewną znaną kobietę podczas jej tygodniowej podróży po Europie, w tym po Wielkiej Brytanii.

Nowa pracodawczyni była nie-taka-młoda i, na szczęście dla Marka, okazała się być romantyczką, która zachwyciła się jego determinacją w próbie zejścia się z Lisą, więc zgodziła się na jego plan.

A plan był prosty.

Mark osobiście pracował nad ochroną klientki pilnie przez cały czas, przez całą dobę w ciągu kilku kolejnych dni, koordynując przy tym pracę jeszcze dwóch mężczyzn, szkoląc ich, a ona w zamian dawała mu wolne na godzinę w czasie tego balu, kiedy miał go zastąpić Frank.

A potem by zobaczyli.

Dałaby mu więcej wolnego, jeśli by tego potrzebował.

W czasie tego balu Mark miał poprosić Lisę na ubocze, by móc z nią porozmawiać na osobności lub złapać ją wychodzącą samotnie na taras, lub jakoś inaczej wyciągnąć ją z jakiegoś towarzystwa.

To na nic się nie zdało.

Najbardziej dlatego, że Lisa stała tam z nieprzytomną miną i nie zamierzała nigdzie wychodzić, a kiedy tylko ktoś się do niej zbliżał, natychmiast zostawała porwana do następnego tańca.

Nie protestowała, a chętnych do tańca z nią było wielu.

Była obojętna i bierna, jak nie ona.

Mark nie dziwił się temu, że miała tylu wielbicieli, kiedy ją widział, bo wyglądała wręcz zjawiskowo pięknie, ale to już wiedział.

Była piękna.

Zieleń tej sukni podkreślała świetlistą biel skóry jej odkrytych ramion i pleców, na której widniało wiele złotych plamek, jak je określała mama Marka, „pocałunków słońca”.

Zieleń jej oczu przez nią była wręcz jaśniejąca niczym szmaragdy.

A czerwień rubinów i paznokci podkreślała czerwień jej ust.

Ust tak miękkich, że Mark chciałby ich znowu skosztować, tym bardziej, że pamiętał ich smak.

Więc, kiedy Mark zobaczył, że następny nadęty dupek wystartował w jej kierunku przy pierwszych dźwiękach walca angielskiego, ruszył się.

Zobaczył jej wzrok, skupiony na nim podczas całej jego podróży przez salę balową, chociaż wyglądała, jakby śniła.

Nie mrugała.

Nie odwróciła oczu i nie odeszła, więc schwycił swoją szansę.

- Czy mogę panią prosić o ten taniec, milady? - zapytał, podając jej dłoń, a ona podała swoją, wciąż poruszając się sennie, jakby nie czuła, że to była rzeczywistość.

Marka uderzył dźwięk jego własnych słów, a właściwie jedno - milady.

My lady.

Moja Pani.

Była nią.

Dopiero, kiedy dotknął znowu jej dłoni, poczuł to i zrozumiał, że była damą, prawdziwą lady.

Na parkiecie było tylko kilka par, ale Mark był całkowicie świadomy uwagi, jaką skupili na sobie, chociaż sam skupiał się wyłącznie na pięknej, pełnej gracji kobiecie w swoich ramionach.

Jej prawa dłoń, leżąca na jego lewej ręce, wydawała się być lekka jak piórko, a sama Lisa była jakby nieobecna, odsunięta od niego.

Czuł się, jakby tańczył z duchem.

- Wyglądasz pięknie - szepnął jej do ucha, ale jedyną reakcją był lekki uścisk jej palców w jego dłoni.

Drgnienie.

Widział bok jej twarzy, ale jej oczy były skierowane w odległy punkt poza nim, więc nadal nie wiedział, o czym myślała.

Musiał postarać się bardziej.

- Tęskniłem - Mark szepnął znowu i to dało mu wyraźniejszą reakcję, bo jej palce zacisnęły się bardzo mocno, a wdech stał się spazmatyczny.

Zaczął mieć nadzieję, że kobiety się nie pomyliły, że David go nie zwiódł, że mógł spróbować wszystko naprawić, bo to on wszystko zepsuł.

- Przepraszam, że cię nie wysłuchałem - Mark powiedział półgłosem, pewien, że nikt ich nie posłucha, a zdeterminowany, żeby ona go usłyszała.

By usłyszała i zrozumiała go.

Markowi zależało bardzo na tym, bo Lisa musiała się dowiedzieć jak bardzo żałował tego, jakim okazał się dupkiem, jak dał się wkręcić tamtemu gówniarzowi.

Usłyszała.

I wtedy Mark poczuł zmianę.

- Mark - szepnęła, ale to zabrzmiało prawie jak jęk.

Ciało Lisy stało się ciepłe, giętkie i rzeczywiste.

Przestała być duchem w jego ramionach, bo to było tak, jakby się do niego przysunęła i tańczyła z nim.

- Przyjadę do ciebie po balu. Do twojego domu - mówił cicho i szybko bezpośrednio do jej ucha, korzystając z tego, że go słuchała - Frank wszystko wie. Wpuści mnie tam. Czekaj na mnie w swoim pokoju.

- Ale… - Lisa powiedziała to i przerwała, więc wiedział, że czegoś się bała, a Mark musiał zapewnić jej całkowite bezpieczeństwo, również jako poczucie bezpieczeństwa, więc powiedział jej, co zamierzał zrobić.

- Tam porozmawiamy. Sara i Frank wiedzą - Mark przyznał Lisie i wreszcie spojrzała na niego z bardzo bliska - To Sara mi uświadomiła, jakim byłem dupkiem. Powiedziała mi o tym, że Tom kłamał. Właściwie powiedziała Maggie, a Maggie przekazała to mnie.

Mark uśmiechnął się tylko w duchu, ale czuł, że wyraz jego twarzy był łagodny, chociaż starał się panować nad swoimi emocjami i mimiką, żeby nie ujawnić zbyt wiele tym, którzy ich oglądali.

A wiedział, że ich obserwowali.

To musiała być decyzja Lisy, ile chciała pokazać na temat ich znajomości swojej babce i innym z otaczających ich ludzi.

A Lisa była oszołomiona i było to widać.

Mark przyjrzał się jej przez tą godzinę, kiedy tańczyła z kolejnymi cholernymi palantami i ściskały mu się wnętrzności na to, co widział.

Lisa była bardzo szczupła, jakby schudła pięć, może nawet dziesięć kilogramów, blada i smutna, jakby nie spała od kilku nocy, apatyczna i nieobecna duchem, jakby była złamana.

Był takim cholernym dupkiem.

To on skrzywdził ją i miał tylko cholerną nadzieję, że mógł to naprawić.

Właśnie wtedy, po jego słowach, Lisa wtuliła się w niego mocniej i tańczyli tak, jakby mieli tylko siebie, jakby byli sami na tej cholernej sali balowej i na całym świecie.

Czuł w swoich rękach kobietę.

Jego dłoń na jej talii paliło ciepło jej skóry, przesuwającej się pod cienkim jedwabiem, jego biodra i uda spinały się z pragnienia czucia więcej na dotyk mięśni jej brzucha i ud.

Czuł wyraźnie ocierające się co jakiś czas o niego jej piersi, jej dłoń w swojej, jej zmysłowy, kwiatowy, kobiecy zapach i to było… oszałamiające.

Ich taniec był rozmową bez słów.

Ruchy Lisy były giętkie, sprężyste, oddane i to było tak cholernie podniecające, że Mark musiał się skupić na otoczeniu, żeby przypomnieć sobie, że nie byli sami.

Nie powiedzieli do siebie już ani jednego słowa aż do końca tańca, a po nim Mark ukłonił się, ujął jej rękę, by wsunąć jej dłoń na swoje ramię, kiedy odprowadził ją na miejsce, z którego ją porwał i rozstali się.

Mark wrócił do swojej pracy, przejął od Franka swoje obowiązki i stał do końca balu za kotarą osłaniającą wyjście na taras, obserwując, jak zarumieniona lekko Lisa piła poncz, zjadła ciastko, porozmawiała ze swoją babką, a potem z jedną ze swoich kuzynek i bardzo starała się nie rozglądać po sali.

Nie zerkać na niego, co widział, bo na nią patrzył.

Ale musiał czekać.

I cholernie powstrzymywać swoją zazdrość, kiedy tańczyła z innymi.

*****

Lisa / Caroline

Pięć godzin później

Siedziałam na fotelu w salonie, który przylegał do mojej sypialni i byłam maksymalnie zdenerwowana, bo czekałam.

Kiedy tańczyłam z Markiem poczułam.

Mark był dla mnie Olbrzymem, jakiego potrzebowałam.

Bo to było tak, jakby zjawił się z moim życiu właśnie Olbrzym, który najpierw łagodnie próbował się dostać do mnie, do wnętrza mojej kuli, ale ostatecznie wziął w dłonie olbrzymi młot, jakim było słowo Przepraszam i rozbił tę szklaną kulę, która mnie otaczała.

To była moja wina, a on czuł się winny i przepraszał mnie?

Dlatego zaczęłam czuć.

Najpierw było to wszystko to, co było nim, więc czułam ciepło i siłę jego ciała, kiedy tańczyliśmy i przypomniałam sobie wszystko to, co lubiłam w tańcu towarzyskim.

A Mark tańczył wspaniale!

Prowadził mnie pewnie, ale delikatnie, zdecydowanie, ale słuchając reakcji mojego ciała, naciskając mnie palcami dłoni, którą trzymał moją rękę lub ręką, którą owijał moją talię z dłonią na plecach.

Czułam.

Czułam siłę i pewność jego ruchów, kiedy prowadził mnie w tańcu.

Czułam dłonią gładkość wysokiej jakości wełny jego garnituru.

Czułam ciepło i gładkość jego policzka, kiedy musnął mój policzek.

A kiedy mówił mi do ucha, czułam świeży, wodny, owocowy i podniecający zapach jego wody kolońskiej.

Słyszałam jego niski głos.

To wszystko mnie tak bardzo podniecało!

Pożądałam go.

Kiedy skończyliśmy tańczyć i odprowadził mnie na moje samotne stanowisko przy drzwiach do drugiej sali, nie przestałam czuć, ale byłam nastawiona na niego, więc przez cały czas precyzyjnie wiedziałam, gdzie stał ukryty częściowo za kotarą wysokiego okna, które wychodziło na taras.

Czułam stamtąd chłodne powietrze i martwiłam się, że zmarznie.

Rozmawiałam z babką, która niespotykanie podeszła do mnie, zbywając ogólnikiem jej wścibskie pytanie o to, z kim tańczyłam, a potem rozmawiałam z kuzynką Moną, która była nawet bardziej ciekawska i natrętna niż babka.

Ze smakiem wypiłam przyniesioną przez kelnera szklankę ponczu i zjadłam tartinkę z kremem budyniowym.

Przyjęłam propozycję tańca od kilku mężczyzn, ale tylko po to, by zerkać czasem przez ich ramiona w stronę, gdzie, jak wiedziałam, stał Mark.

A tuż po północy, kiedy tylko nie było to bardzo niegrzeczne, wymówiłam się bólem głowy i opuściłam bal, by pojechać do domu.

W samochodzie Frank wtajemniczył mnie (i Jamie’go) w plan Marka i Sary, a może głównie Sary, bo to ona postarała się o to, byśmy się spotkali z Markiem i porozmawiali ze sobą.

Martwiła się, że byłam smutna.

Poczułam również i to.

Kochałam ją, była moją najlepszą i jedyną przyjaciółką, a tak bardzo, tak strasznie jej nie doceniałam i tak długo ją odpychałam od siebie.

Sara miała już tej nocy opuścić mój dom, by pojechać do swojego, ale wcześniej miała dać wolne całej służbie, czyli kucharce, odźwiernemu, pokojowej i nakazać im iść spać.

Miała powiedzieć im, że możliwe było, że nie wrócę do domu na noc, więc nie musieli czekać, a że miałam wszystko przygotowane, więc nie potrzebowałabym ich.

Prawda była taka, że od trzech lat byłam coraz bardziej samodzielna w swoim prywatnym apartamencie, a zwłaszcza w sypialni, więc nawet tam nikt nie sprzątał, bo robiłam to sama, na przykład nie wymieniano mi pościeli, nie wyrzucano śmieci, nie myto mojej prywatnej łazienki.

Sama się rozbierałam i ubierałam, sama wybierałam sobie ubrania rano na cały dzień i sama wieczorem zostawiałam pranie w specjalnym worku przy drzwiach do apartamentu, by je zabrano do pralni.

Myślałam o tym, kiedy dojechaliśmy na miejsce.

Jamie otworzył dla mnie drzwi limuzyny, Frank podał mi rękę, wysiadłam, a potem szybko oboje, ja za nim, przeszliśmy przez uśpiony dom do mojego apartamentu gdzie wszedł do salonu, by go sprawdzić, a potem go pożegnałam przy drzwiach znaczącym uściskiem dłoni i serdecznym podziękowaniem.

I zaczęłam czekać.

Chodziłam tam zdenerwowana i podniecona.

Zdjęłam naszyjnik i kolczyki, ale drżały mi ręce, więc zostawiłam resztę.

A potem usiadłam w fotelu i tak czekałam, zmuszając się do spokoju.

Nie przebrałam się, więc siedziałam w sukni balowej, nadal uczesana i w butach, podskakując przy każdym dźwięku, chociaż nie było ich wiele.

Myślałam o tym, co chciałam zrobić, czego pragnęłam.

A najbardziej na świecie chciałam czuć.

Właściwie nie znałam Marka, bo nie rozmawialiśmy o jego życiu.

Nigdy, nawet w Aspen.

Nie wiedziałam, czy miał oboje rodziców, bo o tacie wiedziałam, inne rodzeństwo oprócz siostry, a może inną rodzinę.

Mogłoby się okazać, że miał dziecko lub dzieci, może nawet kiedyś… żonę.

Ale z drugiej strony… znałam go.

Wiedziałam, że był kompetentny, szczery, uczciwy i dobry, bo obserwowałam go, kiedy mieszkaliśmy razem w Aspen, widziałam w czasie tych dwóch tygodni, odkąd wszedł w moje życie, jak odnosił się do innych.

Nie miewał napadów złości, czy agresji.

Nie oszukałby mnie.

Widziałam, jak świetnie dogadywał się z Frankiem, któremu przecież ufałam i jak z wzajemnym szacunkiem uzgadniali szczegóły realizacji moich szalonych pomysłów.

Jak zaopiekował się Theresą, z którą nie musiał mieć żadnego kontaktu, bo zajmowała się nią Sara, a Theresa pracowała dla mnie.

Nadal Mark woził ją wszędzie samochodem i uważnie towarzyszył jej przy zakupach, koniecznych pracach, wyjściach z domu.

Jak delikatnie postępował z dziećmi z rodziny Theresy.

Siedząc w bezruchu, jak miałam opanowane do perfekcji, pozwoliłam moim myślom śmigać przez wspomnienia.

Mark wreszcie przyszedł, najwidoczniej wpuszczony przez Franka do domu i dalej korytarzami, więc usłyszałam, a potem zobaczyłam, jak cicho otworzyły się drzwi do mojego prywatnego salonu i powoli wstałam z fotela.

Serce waliło mi tak, jakby miało wyskoczyć mi z piersi.

Mark zamknął za sobą drzwi i przez krótką chwilę patrzył na mnie gorącym wzrokiem w przytłumionym świetle jednej jedynej lampy podłogowej, która stała przy stoliku do kawy.

Resztę oświetlenia wyłączyłam.

Widziałam, że nie rozglądał się, ale sama przypomniałam sobie moją przestrzeń, bo nagle zobaczyłam go w niej i widziałam to wszystko.

Pasował tam.

Mój prywatny salon, podobnie jak mój gabinet był urządzony w ciepłym, miękkim, kobiecym stylu wiktoriańskim, więc dominowały w nim kolory beżowy i kremowy.

Wszędzie leżały miękkie, wykończone falbankami poduszki, pledy i koce, meble pokryte były tkaniną w drobną kratkę, podobnie jak ściany tapetą.

Na komodach i stoliku do kawy leżały koronkowe serwetki, a w oknach wisiały długie, tiulowe firany.

Wchodzili tu czasem zaproszeni przeze mnie ludzie, chociaż niezbyt często, ale nadal panował tu nienaganny porządek, podobnie jak w przylegającej gotowalni i garderobie.

Tu pozwalałam czasem wchodzić pokojowej, by odkurzyła lub wyprała pokrycia mebli, poduszki i pledy.

Mark stał tam, przy drzwiach, ubrany w ciemny garnitur, z ciemnymi włosami, tak bardzo męski w mojej kobiecej przestrzeni, że aż zaparło mi dech w piersi na wspaniałość tego kontrastu.

Był tam.

Wybaczył mi.

- My Lady - powiedział Mark niskim, cichym głosem, a wtedy do mnie dotarło, że nie mówił tak, jak wszyscy milady.

Mówił Moja Pani.

- Mark - szepnęłam z zachwytem w głosie, bo dotarło do mnie, że nadał mi przezwisko, coś co odtąd miało być tylko jego i moje, pieszczotliwe, a to znaczyło, że zależało mu na mnie.

Nie był na mnie zły, nie wściekał się, że go zdradziłam.

A wcześniej mnie przeprosił.

On - mnie.

Dlatego właśnie ruszyłam w jego stronę prawie tak, jak biegłam do niego przez salon Sary i Franka w SLC.

Ale nie dotarłam do niego przy drzwiach,  bo on również ruszył w moją stronę, pokonując dzielącą nas przestrzeń o wiele szybciej niż ja swoimi długimi, silnymi nogami.

Zderzyliśmy się, jego ramiona owinęły się wokół mnie, a ja zarzuciłam swoje na niego i pocałowaliśmy się, a właściwie on pocałował mnie.

Nareszcie.

Jednym ramieniem podtrzymując mnie pod żebrami, z dłonią na moich plecach, drugim ramieniem otoczył górę moich ramion, chwycił palcami mój odsłonięty kark, przechylił moją głowę i przycisnął moje usta do swoich.

A ja rozchyliłam wargi, żeby móc ponownie poczuć tę walkę języków, za którą tęskniłam, chociaż się do tego nie przyznawałam nawet przed sobą.

I czułam.

O rany, jak ja czułam.

Olbrzym.

Pod jedną ręką czułam jego silne, szerokie barki, twarde kości łopatek i obojczyków, moc jego rozbudowanego bicepsa, a drugą dłoń wsunęłam w jego miękkie, krótkie włosy na karku i trzymałam się tam.

Jego wargi były miękkie, ale męskie, zdecydowane, stanowczo zgniatające moje i żądające ode mnie poddania się, jego język był silny w dążeniu do wtargnięcia w moje usta i pyszny.

Na karku czułam jego szeroką, twardą, ciepłą dłoń, która była jednocześnie tak delikatna i mocna, żebym nie mogła uciec, jakbym choćby przez sekundę próbowała.

Na plecach czułam jego drugą dłoń, która była szeroko rozłożona i przyciskała moje ciało do niego w tak zaborczy sposób, jaki spowodował wilgoć między moimi nogami.

I wtedy zrozumiałam, że do tej pory nigdy nie czułam tak naprawdę mojego ciała, nie wiedziałam, czym był seks.

Może osiągałam spełnienie na tej samej zasadzie, co osiągałam odprężenie po dobrym masażu.

Ale wtedy właściwie nie czułam, bo to było fizyczne.

Teraz, z dłońmi Marka na moim ciele, jego ustami na moich ustach, wreszcie zobaczyłam różnicę.

I poczułam ją.

Całowaliśmy się tak, jak w SLC na powitanie, a nawet lepiej, bo byliśmy tylko my, nie było barier między nami, żadnej niepewności.

Ale po pewnym czasie moje nogi zaczęły się uginać i chciałam więcej.

Chciałam go całego.

Oderwaliśmy się od siebie, spojrzałam na niego nieprzytomnie i zobaczyłam jego czarne z pożądania, gorące oczy.

- Mark - jąknęłam swoją prośbę.

- Lisa - stęknął Mark i przesunął dłońmi po moim ciele.

Tak!

Też tego chciał.

- Proszę - błagałam go, nie mogąc wyrazić się lepiej.

- Powinniśmy porozmawiać - mruknął, ale sekundę później pochylił się do mnie i ponownie wziął moje usta.

Nie opierałam się.

Chciałam tego.

Chciałam więcej.

Kiedy oderwał się ode mnie, by znowu spróbować rozmawiać, nie zawahałam się, tylko chwyciłam jego rękę i pociągnęłam go do mojej sypialni.

Po drodze włącznikiem przy drzwiach zapaliłam górne światło, chociaż nie pomyślałabym wcześniej, że się kiedykolwiek na to odważę.

Wprowadziłam mężczyznę do mojej prywatnej przestrzeni i zamierzałam kochać się z nim przy zapalonym świetle.

Ale to był Mark.

Ten jedyny.

Moja sypialnia była również urządzona w ciepłym, kobiecym stylu wiktoriańskim.

Ściany miały ciemny kolor drewna dębowego z elementami z jasnego dębu, kotarami przy wielkim łóżku pokrytym bordową, aksamitną narzutą.

W oknach wisiały kotary z takiego samego, bordowego aksamitu.

Ciężkie, ale miękkie.

I nie rozglądałam się tam, nie myślałam, nie chciałam rozmawiać.

Porozmawiać mogliśmy później.

Pragnęłam go.

Pożądałam.

Chciałam go zobaczyć, czuć na sobie i w sobie, czuć jego nagą skórę, jego gorąco, jego całego.

Nie pozwoliłam mu na reakcję inną, jak tylko to, co musiał zrobić, a wiedziałam również, że chciał tego, czyli na rozebranie mnie.

Zaczęłam od tego, że tuż za progiem mojej sypialni zaczęłam szarpać marynarkę z jego ramion w dół jego rąk, wciąż całując go i kusząc go w ten sposób, by szedł za mną w kierunku mojego łóżka.

Zrzuciłam na boki moje buty, dziękując Bogu za to, że były zaczepione tylko o moje palce i paskiem o pięty, więc nie musiałam ich rozpinać.

Zrobiłam przy tym krok do tyłu, a Mark podążył za mną.

Stałam się nagle mała i okazało się, że moja twarz była na wysokości jego klatki piersiowej, co dało mi możliwość śledzenia guzików u jego koszuli, które natychmiast zaczęłam rozpinać.

Wciąż się powoli cofałam w stronę łóżka.

Mark w tym czasie skopywał swoje buty z nóg, zdjął mi tiarę i rzucił ją na podłogę i wysuwał mi szpilki z włosów, chociaż nie wiedziałam, jakim cudem je znalazł i wiedział, jak je wyjmować.

Nie myślałam o tym, po prostu poczułam swobodę i włosy luźno opadające mi na plecy, a potem szum pozostałych szpilek wysypujących się na podłogę, kiedy Mark wsunął palce w moje włosy i potrząsnął nimi.

Przesunęłam dłońmi po nagiej skórze na jego klatce piersiowej, a potem wyżej, po ramionach i plecach, a później zsunęłam je w dół, a razem z nimi zjechała Marka koszula, którą musiał rozpiąć w mankietach, żeby zdjąć z rąk.

I miałam możliwość przyłożenia ust do tego cudu, jakim była jego gorąca, gładka skóra, więc zrobiłam to.

Jego ręce powędrowały do moich pleców kiedy to robiłam, więc zostałam przez niego otoczona i przyciśnięta, ale nie narzekałam, bo lubiłam to.

Moje wargi znalazły kilka pociągłych, krótkich blizn na jego umięśnionej, owłosionej piersi, więc wysunęłam język i przeciągnęłam nim po jednej z nich.

Mark warknął i złapał moje włosy na karku, a potem odchylił mi głowę i znowu wpił się ustami w moje usta.

Wciąż całował mnie zaborczo i gorąco, kiedy palcami jednej ręki rozpinał mi zamek sukienki, co czułam jako seksowny zgrzyt wzdłuż kręgosłupa, pieszczotę tylko nieco mocniejszą niż muśnięcie.

Wygięłam się w jego stronę i jęknęłam w jego usta.

A potem Mark znalazł palcami haftki na moim karku i nagle góra mojej sukienki opadła, a usta Marka znalazły moją szyję i dekolt, kiedy trzymał mnie oburącz i wyginał moje ciało w swoją stronę.

Boże, jak ja kochałam to, że był taki sprawny i tak dobrze wiedział, gdzie mnie całować, żeby mnie rozpalić do czerwoności.

Jego dłonie przesunęły się po moich plecach, wślizgnęły się na biodra i zsunęły sukienkę na sam dół.

Mark był już bez koszuli i badałam dłońmi jego skórę na plecach, żebrach i bokach, a na szyi językiem i ustami, ale, kiedy odchylił mnie, wyginając moje plecy mocno do tyłu i zjechał wargami na mój dekolt i między piersi, odgięłam też głowę i jęknęłam przeciągle.

Wciąż kurczowo trzymałam się jego ramion.

Uwielbiałam pieszczoty dekoltu i piersi, chociaż wstydziłam się tego, że moje piersi były za duże, więc nigdy nie doświadczałam tego przy zapalonym świetle.

Teraz Mark podniósł mnie nagłym szarpnięciem pod pośladkami i rzucił plecami na łóżko, a potem stał przy nim i patrzył na mnie, dysząc, kiedy rozpinał siebie spodnie i skopnął buty.

Nigdy nie obserwowałam rozbierającego się mężczyzny, nie miałam ku temu okazji i nie czułam potrzeby, ale właśnie w tej chwili oparłam się na zgiętych w łokciach ramionach, podniosłam głowę i patrzyłam.

Był piękny w groźny, męski, drapieżny sposób, który mnie dodatkowo podniecał.

Jego nagie ramiona były mocno umięśnione, podobnie jak bicepsy, a dobrze zdefiniowane mięśnie grały mu pod skórą również na klatce piersiowej przy każdym jego ruchu.

Seksownie.

Żylaste przedramiona miał pokryte czarnymi włosami, podobnie jak piersi, a tylko wokół sutków widniały jaśniejsze kręgi, które były ich pozbawione.

Włosy na piersiach schodziły się do mostka, tworząc tam podniecającą ścieżkę, która kończyła się na do połowy zasłoniętym, prawie płaskim pępku, wyznaczając środkową linię w miejscu, gdzie łączyły się ze sobą wyraźne mięśnie brzucha.

Kaloryfer.

Cudny.

Poniżej pępka zaczynała się druga ścieżka z czarnych włosów, która schodziła niżej i ginęła właśnie wtedy w jego slipkach, bo zdążył rozpiąć spodnie i zsunąć je z bioder.

Kolejnym co zobaczyłam, były jego równie wspaniale umięśnione plecy, kiedy schylił się, by czubkami palców u prawej, a potem lewej ręki ściągnąć z pięt skarpetki, a potem zobaczyłam jego piękne, czarne, gorące oczy, kiedy podniósł głowę i spojrzał na mnie.

Zadrżałam z podniecenia i niecierpliwości.

Zaczął wchodzić kolanami na łóżko między moimi nogami, a ja położyłam się płasko na plecach na narzucie i dyszałam, czując jego usta, przesuwające się po mojej prawej nodze, kiedy jedna z jego dłoni robiła to samo z lewą.

Dotarł do mojego brzucha i, kiedy mogłam, chwyciłam oburącz jego głowę, wsunęłam palce we włosy i podciągałam go wyżej i wyżej, jęcząc niecierpliwie.

Wreszcie położył się wzdłuż mnie i pocałował mnie ponownie.

Przerwał i patrzył na mnie z wahaniem, ale jego oczy były czarne z pożądania.

- Lisa, kochanie - mruknął niskim, chrapliwym głosem - Naprawdę musimy porozmawiać.

- Okej - jęknęłam - A możemy później?

- Lisa - mruknął nieszczęśliwym tonem, pochylił  się i pocałował moją szyję, więc odgięłam się, by dać mu jej więcej i wpiłam palce w jego włosy, by nie przestawał.

- Też tego chcę - szepnął tam - Ale…

- Proszę - przerwałam mu błagalnym tonem.

Potem pomyślałam, że może waha się, bo nie ma gumki i obawia się mnie skrzywdzić, więc postanowiłam mu to dać.

- Mam wszystkie badania aktualne. I biorę pigułki.

Podniósł głowę, spojrzał na mnie, a jego oczy były jeszcze bardziej czarne, kiedy wciągnął powietrze, by zaraz je wypuścić z warknięciem - Kurwa.

A potem już się nie wahał.

- Ja też mam wszystkie badania - wystękał w moją szyję, kiedy przesuwał prawą dłoń z mojego ramienia na dekolt i niżej, na pierś - Mój szef wymaga, żebyśmy robili co pół roku, chociaż zawsze się zabezpieczam.

Przesunął nosem po mojej szczęce, a potem po szyi, żeby zjechać na mój biust, a ja wciągnęłam gwałtownie powietrze na to, jak dobre to było.

Wypchnęłam piersi w jego stronę, nie zastanawiając się nad tym, chociaż zawsze wstydziłam się tego, że były takie duże.

Markowi wydawały się podobać, bo natychmiast wsunął palce w górę stanika, jaki miałam wciąż na sobie, a potem sprawnie znalazł zapięcie paska, podtrzymującego go na szyi i rozpiął je.

Do sukni, którą miałam na balu, stanik zamiast ramiączek musiał mieć pojedynczy pasek, którym całość trzymała się na mojej szyi pod zapięciem sukni.

Zapinany był przy jednej z miseczek stanika i nie sądziłam, żeby wielu mężczyzn wiedziało, jak się to rozpina.

Mark wiedział.

Lubiłam to.

Jego następnym ruchem było delikatne przesunięcie dłoni pod moje plecy i po sekundzie poczułam, że stanik jest luźny.

Łał.

Mark rozpiął go dwoma palcami bez patrzenia.

Moje staniki miały szerokie paski z trzema haftkami.

To było imponujące, jak Mark sobie z tym poradził.

Bardziej imponujące było to, że w następnej sekundzie stanik wylądował na podłodze, a ja poczułam jego usta na jednej piersi, a palce prawej dłoni na drugiej.

Miałam nadzwyczajnie wrażliwe piersi, a w danej chwili, kiedy czułam więcej, bo moja szyba została roztrzaskana, pieszczota warg na jednym sutku, a ruchliwych, szorstkich palców na drugim, spowodowała, że krzyknęłam z rozkoszy.

Mark nie dał mi długo czekać i pieszcząc mnie coraz bardziej intensywnie, wyciągając moje sutki i drażniąc je genialnie, doprowadził mnie na sam skraj szczytu, a potem przerwał tylko po to, by zdjąć ze mnie i z siebie resztę bielizny.

A potem dał mi poczuć wszystko.

Fantastycznie!

1 komentarz: