Rozdział 2
Lisa / Caroline
Salt Lake City,
trzy tygodnie później
Siedziałam
za biurkiem w pracy na słabo płatnym stażu w Opiece Społecznej, którą zdobyłam,
jak podejrzewałam, dzięki poleceniu taty Marka i w skupieniu, uważnie wpisywałam
do komputera dane kilkorga dzieci, które wkrótce miały być objęte okresem
próbnym w rodzinach, które starały się o ich adopcję.
Lubiłam
tę pracę.
Lubiłam
to miejsce.
Osiedliłam
się w SLC.
Trzy
tygodnie wcześniej, następnego dnia po naszej rozmowie i po tym, jak moje włosy
stały się prawie kasztanowe (na co Mark zrobił dziwną minę, ale, zaskakująco,
nie skomentował tego), pożegnaliśmy się w Aspen z Theresą i Markiem, którzy
wyruszyli wprost na do Washington i nie miałam nadziei, żebyśmy się spotkali
jeszcze kiedykolwiek w życiu.
Bo
niby kiedy i gdzie.
My
wyjeżdżaliśmy jako pierwsi w stronę Salt Lake City, a oni wkrótce po nas na
lotnisko w Denver, by wrócić każde do własnego życia.
Kiedy
byliśmy już spakowani i wsiadaliśmy do samochodu, który mieliśmy zabrać ze
sobą, żegnaliśmy się na podjeździe domku.
Theresa
pożegnała mnie serdecznym uściskiem, jakby mnie polubiła, co mnie trochę
zaskoczyło, więc początkowo zesztywniałam, ale ostatecznie uściskałam ją
wzajemnie, bo ja ją bardzo polubiłam.
Kiedy
wzdychając, puściła mnie i odeszła, by pożegnać się z Sarą i Frankiem, podszedł
do mnie Mark.
Cóż,
Markowi po sekundzie zawahania się podałam rękę, kiedy ostatecznie mówiłam mu do zobaczenia i myślałam, że tak było
właściwie.
Jednak,
kiedy mnie dotknął, a zrobił to po raz pierwszy w ciągu naszej dwutygodniowej
znajomości, poczułam się dziwnie.
Tak
szokująco dziwnie, że krótko i gwałtownie wciągnęłam powietrze, a potem całkiem
przestałam oddychać.
A
wtedy zobaczyłam, jak źrenice jego czarnych oczu się rozszerzyły, więc
wiedziałam, że on też to poczuł.
Przyciąganie.
Miałam
ochotę rzucić mu się w ramiona.
Wcześniej
nie zauważyłam, jakie piękne były jego usta.
Miękkie,
wypukłe i ciemnoczerwone, a zwłaszcza dolna warga, bo górna była zarysowana
nieco bardziej stanowczo, ostro.
Frank
i Sara wsiadali już do samochodu, Theresa wracała do domku po pożegnaniu, by
zabrać swoje rzeczy, więc na kilka sekund zostaliśmy we dwójkę na podjeździe i
poczułam się, jakbyśmy byli sami we
dwójkę na świecie.
W
całym Wszechświecie.
Mark
podszedł wtedy pół kroku bliżej do mnie, bardzo
blisko mnie, więc znowu poczułam jego pociągający zapach, podniósł wysoko moją
dłoń, którą objął obiema swoimi i przyłożył do niej usta, a ja poczułam tam gorąco
jego warg, które przeniknęło mnie całą od głowy do stóp.
Jakby
miała się roztopić, a najlepiej wtopić w jego silne ciało, które było tak
blisko mojego.
A
potem mnie puścił, odsunął się o krok, a ja lekko się zachwiałam, wymamrotałam
- Pa - i odwróciłam się bokiem, a
potem wsiadłam niezdarnie do
samochodu, kiedy on stał tuż obok i trzymał moje drzwi.
Usiadłam,
zapięłam pasy i spojrzałam na niego, a on delikatnie zamknął za mną drzwi,
wciąż patrząc w moje oczy, odsunął się, machnął ręką Frankowi i pojechaliśmy.
Patrzyłam
później przed siebie i nie odwróciłam się.
To
był ostatni raz, kiedy go widziałam i kiedy z nim rozmawiałam.
Ostatnie
nasze spotkanie w życiu.
Nie
powinnam się tym przejmować, ani nawet się temu dziwić, bo miałam już w swoim
życiu wiele takich pożegnań i bardzo dużo ludzi mignęło przez nie jak meteory,
znikając w ciemnościach otaczającego tłumu.
Takie
właśnie było życie.
Spotykasz
kogoś i musisz się z nim pożegnać.
Odchodzi.
Nasz
pobyt w SLC zaczął się od lekkiego falstartu, bo mieszkanie w luksusowym
apartamencie, jakie zarezerwował nam początkowo tata Marka okazało się
jednoosobowe, tylko dla mnie, więc szukaliśmy na szybko kondominium z wieloma
mieszkaniami, a przynajmniej z dwoma wolnymi.
Z
trzema sypialniami.
Na
jedną noc zamieszkaliśmy więc w jakimś niewielkim hotelu, ale to Frank nas
zameldował i zrobił to w zwykłych, pojedynczych pokojach.
Nie
poznaliśmy taty Marka, nie osobiście, ale to on natychmiast telefonicznie wskazał
nam drugie miejsce, do którego szybko trafiliśmy, kiedy Sara zadzwoniła do
Marka z informacją o naszej drobnej niedogodności.
Kondominium,
do którego się wprowadziliśmy stanowiły cztery dwupoziomowe bloki z płaskimi
dachami, zestawione ze sobą tak, że tworzyły prostokąt.
Właściwie
nie było to kondominium, ale zwykłe
apartamenty na wynajem, które nie były nawet objęte ochroną ani ogrodzone,
chociaż zauważyłam kamery rozmieszczone w kilku miejscach na galerii, parkingu
i na schodach.
Całość
wyglądała topornie, ale schludnie.
Mieszkania,
które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, tam
również były biura i pomieszczenia techniczne, a te mieszkania, które były na
górze, miały wejścia tylko od strony wewnętrznej z drzwiami wychodzącymi wprost
na łączącą je galerię, która była umieszczona nad patio.
Były
też dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na
tereny zielone, które leżały tyłach na kondominium.
Wszędzie:
zarówno na galerii, na patio, na parkingu, jak i typowych terenach zielonych
było mnóstwo skrzynek i gazonów na zieleń, być może kwiaty, czego nie mogłam
stwierdzić w lutym.
Wszystkie
ciągi komunikacyjne, w tym boczne chodniki, były starannie odśnieżone i
posypane piaskiem.
Galeria
była pozamiatana, a ściany odświeżone.
Parking
dla mieszkańców był wyłożony ażurową kostką, co bez wątpienia zwiększało
powierzchnię zieloną.
Parking
dla gości był nieco oddalony i schowany za niskim, starannie przyciętym
żywopłotem.
Całość
była naprawdę zadbana i dobrze utrzymana.
Do
mieszkania wprowadzał nas właściciel kondominium, Dominik, który natychmiast wymyślił
to, o czym rozmawialiśmy wcześniej; że Sara i Frank, jako rodzeństwo, które
również przyjechało z Anglii, mogło mi, samotnej Angielce, pozwolić poczuć się
pewniej i bezpieczniej w obcym miejscu.
Więc
tak, był to dobry pomysł.
Udawaliśmy,
że obcy sobie Anglicy właśnie „odnaleźli się” w Stanach i trzymali się razem.
Ale
ja byłam bardzo wdzięczna Sarze i Frankowi za to, że ze mną zostali, chociaż
czułam trochę wyrzutów sumienia z tego powodu.
Poświęcili
bliskość z rodzinami dla mojego bezpieczeństwa.
Dla
mnie.
Ale
miałam wiele stresu i niepokoju w związku z nowym miejscem, niespotykaną
sytuacją, w jaką się wpakowałam i nowymi ludźmi, których tu poznawałam.
Po
pierwsze: właściciel kondominium.
Na
pierwszy rzut oka wystraszyłam się Dominika, stwierdziłam, że nie polubię go,
bo był zbyt energiczny, szybki i roztrzepany.
Ale
potem śmiałam się z tego jego bałaganiarstwa, bo był nieszkodliwy, a nawet
sympatyczny.
Dobroduszny.
Dominik
był krępym, dosyć niskim (a na pewno niższym ode mnie, chociaż niewiele)
mężczyzną o ciemnych, kręconych, wiecznie potarganych włosach i piwnych,
rozbieganych oczach.
Bez
wątpienia miał jakąś domieszkę krwi włoskiej, która ujawniała się w jego
temperamencie i gestykulacji.
Mówił
do mnie Słonko, co było dziwnym
tutejszym zwyczajem, który poznałam później, bo nie był to „słoneczny promyk”,
jaki znałam z Anglii, ale bardziej „miodek”.
-
Spodoba ci się tu, Słonko - powiedział do mnie, otwierając przede mną drzwi do
mieszkania - Jesteśmy wszyscy tutaj… - machnął ręką, wskazując na okolicę - jak
jedna, wielka rodzina i pomagamy sobie, więc jakbyś czegokolwiek potrzebowała, tylko
mi powiedz.
Stał
przy tym niekomfortowo blisko mnie, a nawet złapał mnie za przedramię, kiedy to
mówił i pochylił się w moją stronę.
Nie
czułam się dobrze ani z tym, ani z faktem, że ktoś miałby mi pomagać.
Ktoś
obcy.
Ale
potem dowiedziałam się, co miał na myśli mówiąc „pomagamy sobie”.
Oglądając
mieszkanie przekonałam się bowiem, że miało tylko jedną sypialnię, chociaż jej
okno wychodziło na wschód, więc widok obejmował góry i był wspaniały, salon z
częścią jadalną, kuchnię z obniżonym blatem, który mógł służyć za podręczny
stół i część gospodarczą z pralką i suszarką.
Ściany
wyglądały na czyste i pomalowane dobrą jakościowo farbą nie dawniej niż dwa, trzy
lata wcześniej na wiele dziwnych, chociaż ciekawych kolorów.
W
salonie część ściany była pomarańczowa, część brązowa, był też bordowy i khaki
w detalach wokół okien oraz w przejściach między częścią wypoczynkową a jadalną
tego pomieszczenia, a w samej kuchni dominowały różne odcienie brązowego i
rudości.
Ja
raczej bym nie wybrała takich kolorów do swojego domu, ale jako że było to dla
mnie mieszkanie tymczasowe, spodobało mi się.
Jako
odmiana.
Jednak
w kuchni były meble, sprzęt AGD i nic więcej.
W
sypialni było łóżko, ale bez materaca i nie było żadnej szafy.
W
salonie była kanapa i…
Nic
więcej.
Więc
potrzebowałam mebli.
Szafy,
komody, fotela i stolika do kawy.
Być
może stołu i krzeseł.
Kiedy
Sara i Frank obejrzeli swoje mieszkanie, okazało się, że tam w jednej sypialni
mieli łóżko, ale w drugiej już nie, a poza tym nie było tam żadnych mebli oprócz kuchennych.
Nawet
nie mieli na czym spać.
Dominik
widząc nasze miny od razu zawołał:
-
Och, nie martwcie się. Zaraz dam wam telefon do Soniji, to wam załatwi meble,
jakie tylko zechcecie.
Nie
wiedzieliśmy, o co chodziło, ale dał nam numer telefonu, zadzwoniliśmy i
porozmawialiśmy.
Kiedy
rozmawialiśmy z tą Soniją, od razu kazała nam przyjechać do sklepu meblowego, w
którym pracowała, bo właśnie była w pracy, dała nam namiary, Frank zawiózł nas
wszystkich, żebyśmy wybrali sobie meble i… kupili je.
Oczywiście,
miałam samochód wypożyczony dla mnie od razu w pierwszej kolejności od wjazdu
do SLC, jak wszyscy mówili na Salt Lake City.
Był
to mała, kilkuletnia, czerwona Mazda CX-3, którą polecił mi Frank po rozmowie z
Markiem, kiedy już odbyłam swoją „ćwiczebną” jazdę pod jego surowym okiem.
Co
dziwne, Mark nie miał uwag krytycznych co do mojego sposobu prowadzenia
samochodu.
A
przynajmniej żadnej nie powiedział na głos.
Chyba
bardziej się stresowałam tą przejażdżką niż on, więc nie zwracałam uwagi na
jego minę, ale byłam pewna, że jego mięśnie były przez cały czas napięte jak
postronki.
Nie
ufał mi.
Ale
dawałam sobie radę na zakrętach, podjazdach i przy hamowaniu, a nawet
zaparkowałam na małym parkingu przy sklepie, zanim wróciliśmy na odśnieżony
podjazd naszego domku w Aspen.
Cieszyłam
się, że się nie odezwał ani jednym słowem.
Denerwowałabym
się jeszcze bardziej, bo dziwnie chciałam zasłużyć na jego aprobatę, chociaż
nie przyznałabym się do tego nawet przed sobą.
Mark
polecał mi Audi, jako bardziej bezpieczny samochód, ale nie było takiego w
wypożyczalni, więc ostatecznie łaskawie
przystał na Mazdę, chociaż nie był nadmiernie zadowolony.
Och,
jaki on potrafił być irytujący!
Tak,
zgadza się, dużo, za dużo, myślałam o
Marku, a nie powinnam, bo już się nie mieliśmy nigdy spotkać.
Więc
Sonija.
Ta
kobieta mnie również zaskoczyła i zapowiadało się, że czeka mnie jeszcze wiele
zaskakujących spotkań z ludźmi w Stanach.
Wiedziałam,
że tutaj ludzie byli inni, ale nie wiedziałam, jak bardzo różnili się od
Anglików.
Sonija
była niewiele wyższą ode mnie Mulatką z pięknymi, czarnymi, lśniącymi włosami,
które mocno się kręcąc, opadały jej na ramiona i nie to było zaskakujące.
Chodziło
o to, że Sonija od tyłu wyglądała na po prostu szczupłą i zgrabną, wręcz
dziewczęcą, ale od przodu wystawały wielkie, zapierające dech piersi.
Były
jakby doczepione do niej.
Cóż,
powiedzmy sobie szczerze, ja miałam
duże piersi, które sprawiały mi bardzo dużo problemów, bo musiałam nosić do
nich robione na zamówienie staniki sportowe ze specjalnymi wzmocnieniami.
Również
specjalnie dobrane zwykłe staniki.
Więc
nie lubiłam ich.
Gdyby
nie wyćwiczony przez lata nawyk prostowania się, chodziłabym zgarbiona, żeby je
ukryć.
Ale
biust Soniji był o wiele większy od
mojego, a ona chyba wcale nie nosiła staników.
Jakby
jej nie przeszkadzało to, co się działo z jej biustem podczas podskakiwania, a często
podskakiwała podczas mówienia.
Wręcz
przeciwnie, nosiła poszarpany na brzegach, mocno wydekoltowany top bez rękawów
nawet w środku zimy, a w sklepie miała na sobie mocno obcisłe, obszarpane na
brzegach nogawek dżinsy i płócienne klapki na wysokim koturnie włożone na bose
stopy.
Możliwe,
ze ubierała się nieco grubiej, kiedy wychodziła na mróz, ale tego się na razie
nie dowiedziałam, bo byłyśmy razem tylko w sklepie.
Ten
zaskakujący wizerunek uzupełniało to, że Sonija była niezwykle energiczna, głośna,
przyjacielska i nieco ekscentryczna w zachowaniu.
A
na dodatek była bardzo radosna, hałaśliwie
radosna.
Ale
bez wątpienia znała się na swojej pracy, bo po zaledwie kilku zdaniach jakie
wymieniliśmy, wiedziała, o co nam chodziło, znalazła nam idealne meble do obu mieszkań i zamówiła ich dostawę jeszcze tego samego
dnia, a na dodatek poleciła nam miejsce, gdzie mogliśmy kupić pościel, ręczniki
i wszystko to, co bywa potrzebne w kuchni.
Przy
okazji tych zakupów zdecydowałam, że powinnam nauczyć się gotowania, bo mogło
mi się to przydać w samodzielnym
życiu.
Nie
powiedziałam tego Sarze, bo uznałam to za śmieszne, ale też początkowo nie
wiedziałam, jak się do tego zabrać.
Dopiero
kiedy wracaliśmy do kondominium, wpadłam na pomysł, który przyszedł mi do
głowy, kiedy zobaczyłam pewien bilbord z ogłoszeniem, stojący przy ulicy.
W
Stanach były różne kursy, grupy wsparcia i inne miejsca, w których ludzie się
spotykali, by pobyć ze sobą i pouczyć się od siebie, więc wystarczyłoby, żebym
poszukała, a znalazłabym jakiś kurs gotowania, a w jego trakcie dowiedziałabym
się od innych, jak radzić sobie nie tylko w kuchni.
Uważałam
się za niezłą obserwatorkę, więc mogłabym uczyć się od innych nie wypytując ich
ani nie zdradzając nic ze swojego życia.
Poradziłabym
sobie z tym.
Kiedy
Frank i Sara pomogli mi wnieść zakupy przydatnych rzeczy do mieszkania,
podziękowałam im za pomoc, bo chciałam sama urządzić swoją sypialnię, a
jednocześnie chciałam dać im trochę czasu na urządzenie ich mieszkania.
Postarałam
się im to wytłumaczyć jak najlepiej, najdokładniej, bo najbardziej na świecie
nie chciałam ich zranić.
Byli
tacy kochani.
Prawda
była taka, że w domu również sama urządzałam i sprzątałam swoją sypialnię, więc
wiedziałam, że poradziłabym sobie i tu.
Następnego
dnia otrzymałam adres do mojego nowego miejsca pracy i wskazówki dojazdu, a
potem omówiłam z Frankiem i Sarą warunki, na jakich powinnam tam jeździć i
stamtąd wracać, by oboje się o mnie nie martwili.
W
biurze Opieki Społecznej poznałam następną ciekawą osobę.
Moja
szefowa, Joanne, była niepowtarzalna, cudowna.
Była
prawie dwa razy starsza ode mnie, ciepła i bardzo pogodna.
Miała
jakieś metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, więc była niższa ode mnie i
była zwykle ubrana niestarannie w luźne, nieforemne spodnie lub spódnice, a
szarobure włosy zaczesywała codziennie w niechlujny kok na karku.
Ale
to nie oznaczało, że była zaniedbana.
Po
prostu było widać, że jej nie zależało na wyglądzie.
Za
to stale się uśmiechała, zawsze potrafiła znaleźć pozytywną stronę każdej sytuacji i rozwiązanie tych
trudnych.
Jej
jasne, piwne oczy patrzyły zza drucianych okularów uważnie na każdego, chociaż
łagodnie i miało się wrażenie, że poznaje w ten sposób każdy zakamarek duszy
tylko po to, by go naprawić, jeśli by tego potrzebował.
Nie
wykorzystać.
Po
prostu czuło się jej dobroć.
Nie
spotkałam nigdy wcześniej w swoim życiu kogoś takiego, więc rozpoznanie jej
charakteru zajęło mi ponad tydzień.
A
potem ją pokochałam.
Siedziałyśmy
w dwóch sąsiadujących ze sobą pokoikach, które były małe i ciemne, bo nie miały
okien.
Był
jeszcze jeden taki pokoik, w którym za czasów mojej pracy tam nikt nie
siedział, ale dowiedziałam się, że pracowała tam pewna kobieta, która była
akurat na dłuższym urlopie.
Co
było jednym z powodów, dla których byłam tam potrzebna.
W
każdym z tych trzech pokoików stało małe biurko z komputerem i szafki z półkami,
wypełnione książkami i dokumentami, a Joanne miała klucz do oddzielnego pokoju,
a właściwie schowka, w którym były akta dzieci wymagających opieki.
I
tak wszystko wprowadzałyśmy do komputerów i zapisywałyśmy w chmurze
informacyjnej, należącej do Departamentu Socjalnego miasta Salt Lake City i
stanu Utah.
Po
drugiej stronie korytarza były jasne, duże pokoje pobytu tymczasowego i opieki
dziennej nad dziećmi i rodzinami, które wymagały pomocy.
One
miały okna.
Były
urządzone jasno i kolorowo, wypełnione miękkimi meblami, pufami, kanapami i
sofami, a na podłogach leżały miękkie dywany.
Po
tamtej stronie był również pokój pedagoga, przy którym był urządzony pokój
wyciszeń i przesłuchań, więc był on połączony przez lustro weneckie z innym,
ciemnym pomieszczeniem, żeby można było obserwować przebywające tam dzieci.
Stopniowo
przez te trzy tygodnie dowiadywałam się, na co brakowało pieniędzy, a na co nie,
ale Joanne potrafiła doskonale nimi gospodarować, a miasto SLC miało niezły
system dofinansowania opieki społecznej.
Nie
wiedziałam, czego Joanne dowiedziała się o mnie z naszych nielicznych rozmów,
ale traktowała mnie z macierzyńską czułością i
delikatnością, jak te dzieci, które nagle zostały pozbawione przez los rodziców
i trafiały do nas na kilka godzin, zanim odebrali je kuzyni lub rodziny
zastępcze.
Nie
wiedziałam też, czy powinnam się z tego cieszyć.
Nie
rozmawiałyśmy o naszym życiu prywatnym, nie zwierzałam się jej, więc znała mnie
jako Angielkę, Elizabeth Jonson, ale pozwalała mi przepisywać do komputera dane
dzieci, które były poufne.
Chociaż
byłam tylko stażystką z obcego kraju.
Pracowałam
w biurze Opieki Społecznej od poniedziałku do piątku po cztery godziny dziennie,
a potem jeździłam na godzinę do sklepu, biblioteki lub parku zależnie od potrzeby
i pogody.
Kiedy
przyjeżdżałam do pracy, Frank jechał za mną ich autem, później odjeżdżał do
swoich zajęć i potem czekał na mnie, kiedy wychodziłam z pracy.
I
jeździł za mną, dokądkolwiek się udawałam.
W
bibliotece czy w parku ze sobą nie rozmawialiśmy, chociaż zwykle wiedział, że
go zauważyłam, bo uśmiechałam się lub wykonywałam jakiś gest w jego stronę.
Nawet
raz mnie później w domu za to zganił, bo uważał, że nikt nie powinien wiedzieć
o mojej ochronie, czyli jego obecności.
W
przeciwieństwie do Marka, zrobił to delikatnie.
Wydawało
mi się natomiast, że lubił spędzać czas niedaleko mnie w bibliotece lub w parku
(no, może tam mniej, bo było to na odkrytym terenie), chociaż nigdy tam nie
bywał tak odprężony, jak zdarzyło mi się go widywać w salonie domku w Aspen.
Wieczorami
odwiedzaliśmy się, a raczej ja odwiedzałam ich, bo spotykaliśmy się zwykle w
ich mieszkaniu na kawę, kolację, film (bo kupili telewizor) i rozmowy.
Wtedy
rozmawialiśmy.
Sara
bardzo dużo pracowała nad wynikami moich spostrzeżeń dotyczących opieki nad
dziećmi w Stanach, które jej przekazywałam ustnie lub z moich notatek,
sporządzanych w ciągu dnia, ale również kontynuowała zwykłą pracę, jaką
wykonywałaby w Anglii, tyle że robiła to online.
Radziła
sobie świetnie.
Nie
wyobrażałam sobie, jak mogła z tym pracować, zwłaszcza przez przesunięcie czasu
o osiem godzin, jakie mieliśmy z domem.
Przekonałam
się o tym, jakie to było uciążliwe, kiedy próbowałam zorganizować wieczór z
książką online dla moich dzieci.
Mateczka
Chloe napracowała się, żeby ich zebrać, a ja musiałam poświęcić na to sobotę,
bo w tygodniu pracowałam akurat w tych godzinach, kiedy oni jeszcze mogli nie
kłaść się do łóżek.
Zresztą
to nie było żadne poświęcenie.
Czysta
przyjemność.
Nadal,
mieliśmy co robić.
I
poznawaliśmy tutejsze zwyczaje.
A
dwa tygodnie temu poznałam sąsiadów, którzy byli równie wyjątkowi, jak wszyscy ludzie
poznawani przeze mnie tutaj, w Stanach.
Byli
to Alek i Sam, para gejów mieszkających razem w naszym kondominium po
przeciwnej stronie galerii niż ja.
Od
nich dowiedziałam się, że nikt oprócz Dominika nie mówi na ten zbiór mieszkań
„kondominium”, ale nazywają to po prostu „kompleksem mieszkalnym”.
W
skrócie mówili kompleks.
I
chyba bardziej mi to odpowiadało, bo było bliższe prawdy.
Spotkałam
ich obu w sobotę, kiedy wychodziliśmy jednocześnie z naszych mieszkań, bo szłam
do Sary na kawę i rozmowę.
Ich
mieszkanie było po przeciwnej stronie patio niż moje.
Zaczepił
mnie Alek wesoło machając przez całą galerię, która nas dzieliła i cicho
pokrzykując do mnie Hej.
Wyglądało
na to, że bardzo chciał mnie poznać, ale nie chciał mnie przestraszyć, bo
uśmiechał się przyjacielsko i starał się być delikatny, chociaż promieniowała
od niego energia, więc spodziewałam się w przyszłości bardziej energicznych
powitań.
Kiedy
im odpowiedziałam Hej i uśmiechnęłam
się, natychmiast przeszedł na moją stronę galerii.
Alek
przedstawił siebie i swojego partnera, mówiąc o nim „mój kochanek”.
Ja
przedstawiłam się im tylko imieniem Elizabeth i od razu poprosiłam, by mówili
do mnie Lisa.
Alek
miał jasne, popielate, krótko obcięte i nieco potargane włosy, szare, patrzące szczerze
oczy, miły, delikatny uśmiech i był niewiele wyższy ode mnie.
Wyczuwałam
w nim delikatność pomieszaną z energią i dobroć.
Sam
był blondynem, był wyższy od Aleka o jakieś dziesięć centymetrów i był potężniejszy
w barach, a jego zachowanie było spokojniejsze, bardziej łagodne, jakby
całkowicie w każdej chwili kontrolował swoje emocje.
W
dniu naszego spotkania właściwie nie rozmawialiśmy, bo szliśmy w różne strony
do naszych zajęć, ale umówiliśmy się na następny tydzień na lunch.
Dowiedziałam
się, że Alek i Sam pracowali w butiku ich przyjaciółki, który był otwarty od
wtorku do soboty włącznie, a czasem również w niedziele, więc chłopaki mieli co
jakiś czas dzień wolny, żeby to wyrównać.
Zarabiali
na siebie, sprzedając ubrania i dodatki do nich, więc to od nich zależało, ile
czasu spędzali w sklepie.
Sam
zajmował się logistyką, czyli zaopatrzeniem, wyposażeniem i dostawami, ale
również pracami przy sprawnym funkcjonowaniu sklepu.
Alek
zajmował się wystrojem i doborem rzeczy, które sprzedawali, więc również je
wynajdywał w Internecie.
Ale
tego wszystkiego dowiedziałam się już później.
Akurat
w najbliższy poniedziałek Joanne dała mi dzień wolny, bym popracowała dłużej we
wtorek i w środę, bo mieli jakieś wyjazdy, więc chętnie zgodziłam się na
spotkanie z Alekiem i Samem, a nawet, kiedy opowiedziałam im o Sarze i Franku,
„rodzeństwie” moich „znajomych” z Anglii, z którymi czasem spotykałam się na
kawę, Alek zawołał:
-
Cudownie. Zaproś ich również w naszym imieniu.
Mina
Sama była wówczas bezcenna, a wiedziałam dlaczego, skoro sekundę wcześniej
powiedzieli mi, że to Sam gotował i w ogóle zajmował się u nich kuchnią.
Zdecydowałam
się na opowiedzenie im przy okazji najbliższego spotkania o moim kursie
gotowania, na który uczęszczałam dwa razy w tygodniu, bo mogli mi podpowiedzieć
coś do przygotowania na ten kurs.
W
grupie było zaledwie sześć osób uczących się gotowania i przekonałam się, że
wszyscy byli bardzo początkujący, dokładnie tak jak ja.
Dzięki
temu nie czułam się niemądra i niezdarna, kiedy okazało się, że to nie tylko ja
nigdy nie widziałam surowych batatów, nie obierałam cebuli lub… marchewki?
Ale
zwykle ktoś z „kursantów” zadawał konkretne pytania, bo prowadzący zapowiedział
nam, że bez nich nie będzie w stanie zorientować się, czego chcemy się nauczyć.
Więc
pytaliśmy, a on odpowiadał i było super.
Już
po tygodniu wiedziałam jak przygotować sobie prosty lunch lub śniadanie na
ciepło, bo nigdy wcześniej nie robiłam sama sobie nawet owsianki z
mikrofalówki.
Do
czasu mojego spotkania w mieszkaniu u Aleka i Sama potrafiłam nawet ugotować
sobie coś na kolację, bo dowiedziałam się, że tutejszym zwyczajem było jedzenie
trzech dużych posiłków, czyli śniadania, lunchu i kolacji, a w ciągu dnia
najwyżej czasem pijano kawę i objadano się ogromnymi ilościami słodyczy,
głównie pączków.
Nadal
nie polubiłam tutejszej kawy, ale szczęśliwie, kupiłyśmy z Sarą do obu mieszkań
dwa ekspresy do kawy.
Kiedy
poszliśmy z Sarą i Frankiem na ten lunch, obejrzałam mieszkanie Aleka i Sama,
które było równie zadziwiające, jak jego właściciele.
I,
po tej wycieczce, sądziłam, że to Alek zajmował się jego dekoracją, bo było
ekstrawaganckie, ale ładne, jak on i jego stroje.
Całość
była urządzona w stylu tradycyjnych Indii z utrzymaniem jaskrawej kolorystyki i
złoconymi detalami, z niskimi stolikami i skórzanymi pufami do siedzenia, a
naczynie, w jakim dostaliśmy zupę na lunch było porcelanowe, dopasowane do tego
i piękne.
Sam
przygotował dla nas chowder, zupę z małży, którą znałam już z innych moich
podróży i bardzo lubiłam, ale to, że podana była z czosnkowymi grzankami wykonanymi
własnoręcznie przez Sama i towarzystwo, które mieliśmy, sprawiło, że smak tego
lunchu zapamiętam na długo.
Wyjątkowy.
Wspaniały.
Był
to bowiem początek mojej nowej przygody z gronem przyjaciół, którego wówczas
jeszcze nie poznałam, a o którym natychmiast przy tym pierwszym spotkaniu
opowiadał nam Alek.
-
Musicie poznać Evę - zawołał, kiedy opowiadaliśmy sobie wzajemnie o miejscach,
jakie odwiedzaliśmy, o krajach, jakie widzieliśmy i obyczajach różnych ludzi z
innych kultur - Ona pochodzi z Polski, ale jej akcent jest bardzo podobny do
waszego. Jeździła po Europie i zna różne ciekawe miejsca nad Morzem
Śródziemnym.
Moje
zrelaksowanie wyparowało w jednej sekundzie.
Zamarłam.
Byłam
pewna, że Sara wstrzymała oddech, ale niczego nie słyszałam, bo zadudniło mi w
uszach.
Ponownie,
po paru tygodniach spokoju, ogarnął mnie strach przed rozpoznaniem i przed koniecznością
bycia księżniczką.
-
Tak - powiedziałam w końcu nieswoim, zduszonym głosem, w którym wyraźnie
brzmiał fałsz - Koniecznie muszę ją poznać.
-
Tylko musisz pamiętać… - ciągnął ciszej Alek, jakby nie zauważył niczego
dziwnego, ale jego ton stał się odrobinę bardziej napięty - że możesz ją znać z
gazet, więc lepiej uzbrój się w spokój, żeby nie okazać zainteresowania i nie
wypytywać jej. Eva wiele wycierpiała przez nachalność prasy. Teraz ma nowe
życie, rodzinę i nie potrzebuje wracać do przeszłości.
Przez
sekundę nikt z nas nic nie mówił.
-
No, chyba, że sama ci coś opowie -
dodał Alek nieco głośniej.
Właśnie
w ten sposób Alek mi uświadomił, że nie byłam jedyną, która próbowała się ukryć
ze swoim poprzednim życiem, uciekając do Stanów z Europy, a jednocześnie pomógł
mi się zrelaksować, bo pokazał mi, że oni wiedzieli co to dyskrecja.
Dał
mi przy tym znać, że inni też mają swoje tajemnice, a on nie zamierzał ich
zdradzać.
Może
nawet ugotowałabym kiedyś coś dla Aleka i Sama w rewanżu za ten lunch, który
dla nas zrobili?
Od
tamtego spotkania minęły dwa tygodnie, a my jakoś nie mieliśmy czasu ani
okazji, żeby wyjść do baru, do którego Alek i Sam zapraszali nas na spotkania.
Nie
byłam również nigdy w butiku, w którym pracowali.
Właściwie
to główną tego przyczyną nie był brak wolnego czasu, ale brak chęci do
rozszerzania grona znajomych.
Moich
chęci.
Dopiero
w mijającym tygodniu zaprosiłam ich oboje, Sarę i Franka, do siebie na kolację,
którą przygotowałam z przepisu zdobytego na kursie gotowania, jaki
wypróbowywałam na nich.
Wszystko
było tak pyszne, że zaczęłam być na siebie zła, że nie zaczęłam się uczyć
gotowania wcześniej.
To
dawało tak dużo satysfakcji, kiedy mogłam poczęstować kogoś potrawą, którą sama
przygotowałam i wszystkim smakowało.
Miałam
być w SLC jeszcze przez jeden, ostatni tydzień, chociaż czułam, że nie dostałam
wystarczająco dużo czasu na „nabranie dystansu” do siebie i mojego prawdziwego
życia, nie poznałam celu swojego istnienia, sensu mojej bytności na tym
świecie.
Nadal
czułam się pusta, chociaż praca, którą tu wykonywałam, pomogła mi zrozumieć, że
dotychczasowy projekt reformy opieki nad dziećmi, był moim hobby, prawdziwą pasją, więc być może to powinnam
rozwijać.
Nie
jakąś działalność charytatywną na dystans, ale realną pomoc dla dzieci, które
straciły rodziców lub całe rodziny, którymi nikt się nie zajmował albo
zajmowano się niewłaściwie.
Tak,
lubiłam dzieci.
Chciałam
pomagać dzieciom skrzywdzonym przez los.
Będąc
księżniczką, mogłam robić więcej niż tylko prowadzić jeden dom zastępczy, więc
powinnam wykorzystać swoje możliwości.
Tylko
nadal jeszcze nie byłam pewna jak
chciałam to robić.
I
nadal nie wiedziałam, co powinnam zrobić ze swoim życiem prywatnym.
Wiedziałam
tylko, że nie chciałam, by babcia wybierała mi męża.
Myślałam
o tym, wykonując dość mechaniczną pracę przy przepisywaniu do komputera z
luźnych kartek danych dzieci i spostrzeżeń, które poczyniły osoby kontrolujące
w ten czy inny sposób rodziny starające się o adopcję.
Miałam
wcześniejsze złe doświadczenia z wpisywaniem danych do komputera, albo raczej z
utratą tego przez wyłączenia prądu, Internetu lub inne awarie, więc zapisywałam
swoją pracę dość automatycznie co kilka minut.
Dochodziło
południe i wiedziałam, że za chwilę Joanne wejdzie do mojego pokoju, by zapytać
czy idę z nią na kawę lub lunch, bo zawsze tak robiła.
Nie
jadałam lunchu tak wcześnie, a od kawy wolałam herbatę, ale bywały dni, kiedy
wychodziłam do pokoju socjalnego z Joanne, by po prostu z nią pobyć, bo
polubiłam ją chociażby za to, że nie plotkowała.
Właśnie
kończyłam wpisywanie danych dotyczących pewnej jedenastolatki, kiedy zapukano
do moich drzwi, a zaraz potem się otworzyły i Joanne wsunęła głowę do środka,
by uśmiechnąć się i zapytać:
-
Lisa, masz czas na przerwę? Poszłybyśmy na jakąś kawę, herbatę lub nawet może
lunch.
Uśmiechnęłam
się na jej macierzyński ton.
Joanne
ciągle mi powtarzała, że za mało jadłam, chociaż nie jadałam mało, a po prostu nie jadałam przy niej.
Cóż
ja mogłam poradzić na to, że w godzinach, w jakich tu pracowałam, nie bywałam
głodna.
-
Dobrze - odpowiedziałam jej - Zapiszę to i mogę iść, bo właśnie skończyłam
pisać o Betsy.
Joanne
wsunęła się bardziej do pokoju i spojrzała na mnie ciepło.
-
Tak - zgodziła się - Cieszę się bardzo, że ta dziewczynka ma szansę na adopcję,
chociaż jej dotychczasowa opiekunka, która się o to stara, nie jest młoda, więc
będziemy musieli dobrze to opisać, by przekonać sędziego.
Wiedziałam
o tym, bo właśnie zapoznałam się z smutnym życiem tej nastolatki, kiedy
przepisywałam ją z ręcznych notatek do komputera.
A
także z historią jej dotychczasowej mamy zastępczej, która przechodziła na
emeryturę i starała się o jej adopcję.
Kiedy
system wciąż jeszcze zapisywał się i zamykał, wstałam od biurka, zostawiając na
nim resztę tekturowych teczek, zabrałam stamtąd moją torebkę i ruszyłam za Joanne,
która ponownie wysunęła się przez drzwi, tym razem wychodząc na korytarz.
Szłyśmy
nim obok siebie, rozmawiając o tych kilkorgu dzieciach, które przewinęły się
przez nasze biuro w ciągu ostatnich tygodni.
Informacje,
które ja wpisywałam, Joanne i inni pracownicy zdobyli w czasie wywiadów z rodzinami,
które miały podjąć półroczny okres próbny, obowiązujący w przypadku adopcji
nastolatków.
Przykładałam
się do tej pracy, bo dla tych dzieci każdy dzień był ważny, jeśli tylko mogłyby
wcześniej zamieszkać z ludźmi, którzy mogli dać im namiastkę prawdziwego domu o
wiele lepszą niż rodzina zastępcza.
Może
prawie prawdziwy dom.
Dlatego
szłam na przerwę w pełni zadowolona z tego, że udało mi się przenieść do chmury
informacyjnej wszelkie wiadomości, które były potrzebne, żeby Betsy miała dom
stworzony dla niej przez kobietę, która ją pokochała.
Jeszcze
jedno dziecko otoczone miłością.
Kiedy
weszłyśmy do pokoju socjalnego, siedziała tam pani psycholog, młoda,
ciemnowłosa kobieta, którą poznałam przelotnie na korytarzu, ale nigdy nie
rozmawiałyśmy.
Przywitałyśmy
się i zaczęłyśmy sobie robić z Joanne napoje - Joanne kawę, a ja herbatę -
kiedy telefon psycholog zadzwonił, odebrała i natychmiast poderwała się z
krzesła, mówiąc do nas nerwowo:
-
Wiozą do nas dwójkę pobitych dzieci.
Zdarzało
się to już wcześniej, więc wiedziałyśmy, że poszła przygotować dla nich pokój
wyciszeń, żeby miały miejsce do odpoczynku, zanim porozmawiałaby z nimi, a Joanne
zaczęłaby zbierać informacje, które pomogłyby ustalić do jakiej rodziny tymczasowej
można by je przydzielić.
Ledwo
usiadłyśmy z gotowymi napojami przy pudełku z pączkami, które Joanne kupowała w
zastraszających ilościach, kiedy zabrzmiał sygnał alarmu pożarowego.
Ćwiczyliśmy
już zachowanie w takiej sytuacji, więc wiedziałyśmy dokładnie ja postępować, a
ja mogłam co najwyżej cieszyć się, że miałam przy sobie torebkę z telefonem, bo
nie mogłabym wrócić po nią do biurka.
A
na dodatek zapisałam efekty mojej pracy i zamknęłam system.
Wciąż
jeszcze myślałyśmy, że to były ćwiczenia.
Ruszyłyśmy
do wyjścia, zaglądając po drodze do mijanych pomieszczeń, żeby sprawdzić, czy
nie było tam z nieznanych nam przyczyn jakiegoś dziecka lub kogokolwiek innego,
kiedy zobaczyłam kłęby dymu dochodzące ze składziku gospodarczego, który był na
drugim końcu korytarza.
W
tej samej chwili przeszła obok nas psycholog z dwójką bardzo przestraszonych i
posiniaczonych dzieci.
Była
to dziewczynka około ośmiu lat i trochę młodszy chłopiec, którzy wyglądali na
rodzeństwo.
Oboje
przyciskali do piersi coś, co wyglądało na plastikowe torby z ich niezbyt dużym
dobytkiem.
Cała
trójka, wraz z psycholog, zdążyli wyjść przez drzwi na zewnątrz, kiedy w
korytarzu od strony pomieszczeń gospodarczych pokazał się ogień.
-
Lisa! - krzyknęła Joanne - Wychodzimy!
Od
uruchomienia alarmu nie upłynęły nawet trzy minuty, ale już wszyscy opuścili
pomieszczenia biura Opieki Społecznej i wiedziałam, że tak było również w
przylegającej z nimi przez ścianę innej instytucji miejskiej.
Dotarłyśmy
z Joanne do drzwi, wyszłyśmy i zobaczyłam grupkę osób w punkcie zbiorczym,
który był tam wyznaczony na wypadek ewakuacji.
Wtedy
nagle sobie przypomniałam, więc zatrzymałam się, pozwalając Joanne iść samej.
-
Idź - krzyknęłam - Dogonię cię.
Natychmiast
przycisnęłam torebkę mocniej do swojego boku i zawróciłam, chociaż słyszałam
nawoływanie Joanne: Zatrzymaj się! Lisa,
co robisz?
Musiałam,
po prostu musiałam wrócić do mojego
biurka, gdzie zostawiłam nie wpisane dokumenty, których utrata opóźniłaby
adopcję czwórki dzieci.
Całej
czwórki!
Nie
mogłam na to pozwolić.
Kiedy
otworzyłam drzwi, które zostawiłyśmy lekko uchylone, cofnęłam się na widok
ognia buchającego w tylnej części korytarza.
Ogień
szybko się rozprzestrzeniał.
Płomienie
pełzały już po suchych, gipsowo kartonowych ściankach działowych niedaleko od
drzwi do mojego pokoju, po drzwiach ze
sklejki i skąpych meblach.
Tuż
obok drzwi wejściowych była mała toaleta, więc weszłam do niej w pośpiechu, by
chwycić ręcznik, który szczęśliwie został tam przez kogoś porzucony, odkręciłam
kran z zimną wodą i zmoczyłam go, jednocześnie ochlapując sobie spódnicę i
bluzkę, ale nie przejęłam się tym.
Wypadłam
na korytarz, przyciskając mokry ręcznik do twarzy i pobiegłam do swojego biura,
a tam nie zawahałam się nawet sekundy, by złapać leżące na jego brzegu teczki i
odwrócić się z powrotem do korytarza.
Wiedziałam,
że musiałam uciekać.
W
progu jednak zatrzymałam się i cofnęłam o pół kroku.
Było
za późno.
Ogień
rozprzestrzenił się nawet szybciej, niż się tego spodziewałam, więc dotarł już
do ścianek działowych naprzeciwko drzwi do mojego biura.
Przyciskałam
lewą ręką wciąż jeszcze mokry ręcznik do twarzy i czułam ciepłą wodę kapiącą z
niego na mój brzuch, a prawą ręką przyciskałam do piersi teczki, które były
takie cenne.
To
były dzieci.
Musiałam
wynieść te teczki!
Zebrałam
całą swoją odwagę i, patrząc pod nogi, ruszyłam schylona przy nie palącej się ścianie
w stronę otwartych drzwi wejściowych.
Kiedy
dzieliły mnie od nich jeszcze ze trzy metry, może mniej, pociemniało mi przed
oczami, zbrakło mi tlenu w płucach i zobaczyłam mroczki przed oczami.
Robiłam
każdy kolejny krok z coraz większym trudem.
Pomyślałam
- Nie dojdę!
Tak
strasznie się bałam.
Wtedy,
niczym mój Anioł Stróż, pojawił się wśród dymu i oparów strażak w pełnym
umundurowaniu i z maską tlenową na twarzy.
Kiedy
stanęłam, zachwiałam się, patrzyłam na niego nieprzytomnie i nie reagowałam, zdjął
tę maskę, przysunął mi ją do nosa, obejmując mnie jednocześnie w talii i
popychając mnie w stronę wyjścia.
Coś
do mnie mówił, ale nic nie rozumiałam, bo to do mnie nie docierało.
Chociaż
nie mogłam go zrozumieć, jedynym co czułam, była nieopisana ulga, że był tam.
Dziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń