niedziela, 9 października 2022

2 - Anioł Stróż

 


Rozdział 2

Anioł Stróż

Lisa / Caroline

 

 

Salt Lake City, trzy tygodnie później

Siedziałam za biurkiem w pracy na słabo płatnym stażu w Opiece Społecznej, którą zdobyłam, jak podejrzewałam, dzięki poleceniu taty Marka i w skupieniu, uważnie wpisywałam do komputera dane kilkorga dzieci, które wkrótce miały być objęte okresem próbnym w rodzinach, które starały się o ich adopcję.

Lubiłam tę pracę.

Lubiłam to miejsce.

Osiedliłam się w SLC.

Trzy tygodnie wcześniej, następnego dnia po naszej rozmowie i po tym, jak moje włosy stały się prawie kasztanowe (na co Mark zrobił dziwną minę, ale, zaskakująco, nie skomentował tego), pożegnaliśmy się w Aspen z Theresą i Markiem, którzy wyruszyli wprost na do Washington i nie miałam nadziei, żebyśmy się spotkali jeszcze kiedykolwiek w życiu.

Bo niby kiedy i gdzie.

My wyjeżdżaliśmy jako pierwsi w stronę Salt Lake City, a oni wkrótce po nas na lotnisko w Denver, by wrócić każde do własnego życia.

Kiedy byliśmy już spakowani i wsiadaliśmy do samochodu, który mieliśmy zabrać ze sobą, żegnaliśmy się na podjeździe domku.

Theresa pożegnała mnie serdecznym uściskiem, jakby mnie polubiła, co mnie trochę zaskoczyło, więc początkowo zesztywniałam, ale ostatecznie uściskałam ją wzajemnie, bo ja ją bardzo polubiłam.

Kiedy wzdychając, puściła mnie i odeszła, by pożegnać się z Sarą i Frankiem, podszedł do mnie Mark.

Cóż, Markowi po sekundzie zawahania się podałam rękę, kiedy ostatecznie mówiłam mu do zobaczenia i myślałam, że tak było właściwie.

Jednak, kiedy mnie dotknął, a zrobił to po raz pierwszy w ciągu naszej dwutygodniowej znajomości, poczułam się dziwnie.

Tak szokująco dziwnie, że krótko i gwałtownie wciągnęłam powietrze, a potem całkiem przestałam oddychać.

A wtedy zobaczyłam, jak źrenice jego czarnych oczu się rozszerzyły, więc wiedziałam, że on też to poczuł.

Przyciąganie.

Miałam ochotę rzucić mu się w ramiona.

Wcześniej nie zauważyłam, jakie piękne były jego usta.

Miękkie, wypukłe i ciemnoczerwone, a zwłaszcza dolna warga, bo górna była zarysowana nieco bardziej stanowczo, ostro.

Frank i Sara wsiadali już do samochodu, Theresa wracała do domku po pożegnaniu, by zabrać swoje rzeczy, więc na kilka sekund zostaliśmy we dwójkę na podjeździe i poczułam się, jakbyśmy byli sami we dwójkę na świecie.

W całym Wszechświecie.

Mark podszedł wtedy pół kroku bliżej do mnie, bardzo blisko mnie, więc znowu poczułam jego pociągający zapach, podniósł wysoko moją dłoń, którą objął obiema swoimi i przyłożył do niej usta, a ja poczułam tam gorąco jego warg, które przeniknęło mnie całą od głowy do stóp.

Jakby miała się roztopić, a najlepiej wtopić w jego silne ciało, które było tak blisko mojego.

A potem mnie puścił, odsunął się o krok, a ja lekko się zachwiałam, wymamrotałam - Pa - i odwróciłam się bokiem, a potem wsiadłam niezdarnie do samochodu, kiedy on stał tuż obok i trzymał moje drzwi.

Usiadłam, zapięłam pasy i spojrzałam na niego, a on delikatnie zamknął za mną drzwi, wciąż patrząc w moje oczy, odsunął się, machnął ręką Frankowi i pojechaliśmy.

Patrzyłam później przed siebie i nie odwróciłam się.

To był ostatni raz, kiedy go widziałam i kiedy z nim rozmawiałam.

Ostatnie nasze spotkanie w życiu.

Nie powinnam się tym przejmować, ani nawet się temu dziwić, bo miałam już w swoim życiu wiele takich pożegnań i bardzo dużo ludzi mignęło przez nie jak meteory, znikając w ciemnościach otaczającego tłumu.

Takie właśnie było życie.

Spotykasz kogoś i musisz się z nim pożegnać.

Odchodzi.

Nasz pobyt w SLC zaczął się od lekkiego falstartu, bo mieszkanie w luksusowym apartamencie, jakie zarezerwował nam początkowo tata Marka okazało się jednoosobowe, tylko dla mnie, więc szukaliśmy na szybko kondominium z wieloma mieszkaniami, a przynajmniej z dwoma wolnymi.

Z trzema sypialniami.

Na jedną noc zamieszkaliśmy więc w jakimś niewielkim hotelu, ale to Frank nas zameldował i zrobił to w zwykłych, pojedynczych pokojach.

Nie poznaliśmy taty Marka, nie osobiście, ale to on natychmiast telefonicznie wskazał nam drugie miejsce, do którego szybko trafiliśmy, kiedy Sara zadzwoniła do Marka z informacją o naszej drobnej niedogodności.

Kondominium, do którego się wprowadziliśmy stanowiły cztery dwupoziomowe bloki z płaskimi dachami, zestawione ze sobą tak, że tworzyły prostokąt.

Właściwie nie było to kondominium, ale zwykłe apartamenty na wynajem, które nie były nawet objęte ochroną ani ogrodzone, chociaż zauważyłam kamery rozmieszczone w kilku miejscach na galerii, parkingu i na schodach.

Całość wyglądała topornie, ale schludnie.

Mieszkania, które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, tam również były biura i pomieszczenia techniczne, a te mieszkania, które były na górze, miały wejścia tylko od strony wewnętrznej z drzwiami wychodzącymi wprost na łączącą je galerię, która była umieszczona nad patio.

Były też dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na tereny zielone, które leżały tyłach na kondominium.

Wszędzie: zarówno na galerii, na patio, na parkingu, jak i typowych terenach zielonych było mnóstwo skrzynek i gazonów na zieleń, być może kwiaty, czego nie mogłam stwierdzić w lutym.

Wszystkie ciągi komunikacyjne, w tym boczne chodniki, były starannie odśnieżone i posypane piaskiem.

Galeria była pozamiatana, a ściany odświeżone.

Parking dla mieszkańców był wyłożony ażurową kostką, co bez wątpienia zwiększało powierzchnię zieloną.

Parking dla gości był nieco oddalony i schowany za niskim, starannie przyciętym żywopłotem.

Całość była naprawdę zadbana i dobrze utrzymana.

Do mieszkania wprowadzał nas właściciel kondominium, Dominik, który natychmiast wymyślił to, o czym rozmawialiśmy wcześniej; że Sara i Frank, jako rodzeństwo, które również przyjechało z Anglii, mogło mi, samotnej Angielce, pozwolić poczuć się pewniej i bezpieczniej w obcym miejscu.

Więc tak, był to dobry pomysł.

Udawaliśmy, że obcy sobie Anglicy właśnie „odnaleźli się” w Stanach i trzymali się razem.

Ale ja byłam bardzo wdzięczna Sarze i Frankowi za to, że ze mną zostali, chociaż czułam trochę wyrzutów sumienia z tego powodu.

Poświęcili bliskość z rodzinami dla mojego bezpieczeństwa.

Dla mnie.

Ale miałam wiele stresu i niepokoju w związku z nowym miejscem, niespotykaną sytuacją, w jaką się wpakowałam i nowymi ludźmi, których tu poznawałam.

Po pierwsze: właściciel kondominium.

Na pierwszy rzut oka wystraszyłam się Dominika, stwierdziłam, że nie polubię go, bo był zbyt energiczny, szybki i roztrzepany.

Ale potem śmiałam się z tego jego bałaganiarstwa, bo był nieszkodliwy, a nawet sympatyczny.

Dobroduszny.

Dominik był krępym, dosyć niskim (a na pewno niższym ode mnie, chociaż niewiele) mężczyzną o ciemnych, kręconych, wiecznie potarganych włosach i piwnych, rozbieganych oczach.

Bez wątpienia miał jakąś domieszkę krwi włoskiej, która ujawniała się w jego temperamencie i gestykulacji.

Mówił do mnie Słonko, co było dziwnym tutejszym zwyczajem, który poznałam później, bo nie był to „słoneczny promyk”, jaki znałam z Anglii, ale bardziej „miodek”.

- Spodoba ci się tu, Słonko - powiedział do mnie, otwierając przede mną drzwi do mieszkania - Jesteśmy wszyscy tutaj… - machnął ręką, wskazując na okolicę - jak jedna, wielka rodzina i pomagamy sobie, więc jakbyś czegokolwiek potrzebowała, tylko mi powiedz.

Stał przy tym niekomfortowo blisko mnie, a nawet złapał mnie za przedramię, kiedy to mówił i pochylił się w moją stronę.

Nie czułam się dobrze ani z tym, ani z faktem, że ktoś miałby mi pomagać.

Ktoś obcy.

Ale potem dowiedziałam się, co miał na myśli mówiąc „pomagamy sobie”.

Oglądając mieszkanie przekonałam się bowiem, że miało tylko jedną sypialnię, chociaż jej okno wychodziło na wschód, więc widok obejmował góry i był wspaniały, salon z częścią jadalną, kuchnię z obniżonym blatem, który mógł służyć za podręczny stół i część gospodarczą z pralką i suszarką.

Ściany wyglądały na czyste i pomalowane dobrą jakościowo farbą nie dawniej niż dwa, trzy lata wcześniej na wiele dziwnych, chociaż ciekawych kolorów.

W salonie część ściany była pomarańczowa, część brązowa, był też bordowy i khaki w detalach wokół okien oraz w przejściach między częścią wypoczynkową a jadalną tego pomieszczenia, a w samej kuchni dominowały różne odcienie brązowego i rudości.

Ja raczej bym nie wybrała takich kolorów do swojego domu, ale jako że było to dla mnie mieszkanie tymczasowe, spodobało mi się.

Jako odmiana.

Jednak w kuchni były meble, sprzęt AGD i nic więcej.

W sypialni było łóżko, ale bez materaca i nie było żadnej szafy.

W salonie była kanapa i…

Nic więcej.

Więc potrzebowałam mebli.

Szafy, komody, fotela i stolika do kawy.

Być może stołu i krzeseł.

Kiedy Sara i Frank obejrzeli swoje mieszkanie, okazało się, że tam w jednej sypialni mieli łóżko, ale w drugiej już nie, a poza tym nie było tam żadnych mebli oprócz kuchennych.

Nawet nie mieli na czym spać.

Dominik widząc nasze miny od razu zawołał:

- Och, nie martwcie się. Zaraz dam wam telefon do Soniji, to wam załatwi meble, jakie tylko zechcecie.

Nie wiedzieliśmy, o co chodziło, ale dał nam numer telefonu, zadzwoniliśmy i porozmawialiśmy.

Kiedy rozmawialiśmy z tą Soniją, od razu kazała nam przyjechać do sklepu meblowego, w którym pracowała, bo właśnie była w pracy, dała nam namiary, Frank zawiózł nas wszystkich, żebyśmy wybrali sobie meble i… kupili je.

Oczywiście, miałam samochód wypożyczony dla mnie od razu w pierwszej kolejności od wjazdu do SLC, jak wszyscy mówili na Salt Lake City.

Był to mała, kilkuletnia, czerwona Mazda CX-3, którą polecił mi Frank po rozmowie z Markiem, kiedy już odbyłam swoją „ćwiczebną” jazdę pod jego surowym okiem.

Co dziwne, Mark nie miał uwag krytycznych co do mojego sposobu prowadzenia samochodu.

A przynajmniej żadnej nie powiedział na głos.

Chyba bardziej się stresowałam tą przejażdżką niż on, więc nie zwracałam uwagi na jego minę, ale byłam pewna, że jego mięśnie były przez cały czas napięte jak postronki.

Nie ufał mi.

Ale dawałam sobie radę na zakrętach, podjazdach i przy hamowaniu, a nawet zaparkowałam na małym parkingu przy sklepie, zanim wróciliśmy na odśnieżony podjazd naszego domku w Aspen.

Cieszyłam się, że się nie odezwał ani jednym słowem.

Denerwowałabym się jeszcze bardziej, bo dziwnie chciałam zasłużyć na jego aprobatę, chociaż nie przyznałabym się do tego nawet przed sobą.

Mark polecał mi Audi, jako bardziej bezpieczny samochód, ale nie było takiego w wypożyczalni, więc ostatecznie łaskawie przystał na Mazdę, chociaż nie był nadmiernie zadowolony.

Och, jaki on potrafił być irytujący!

Tak, zgadza się, dużo, za dużo, myślałam o Marku, a nie powinnam, bo już się nie mieliśmy nigdy spotkać.

Więc Sonija.

Ta kobieta mnie również zaskoczyła i zapowiadało się, że czeka mnie jeszcze wiele zaskakujących spotkań z ludźmi w Stanach.

Wiedziałam, że tutaj ludzie byli inni, ale nie wiedziałam, jak bardzo różnili się od Anglików.

Sonija była niewiele wyższą ode mnie Mulatką z pięknymi, czarnymi, lśniącymi włosami, które mocno się kręcąc, opadały jej na ramiona i nie to było zaskakujące.

Chodziło o to, że Sonija od tyłu wyglądała na po prostu szczupłą i zgrabną, wręcz dziewczęcą, ale od przodu wystawały wielkie, zapierające dech piersi.

Były jakby doczepione do niej.

Cóż, powiedzmy sobie szczerze, ja miałam duże piersi, które sprawiały mi bardzo dużo problemów, bo musiałam nosić do nich robione na zamówienie staniki sportowe ze specjalnymi wzmocnieniami.

Również specjalnie dobrane zwykłe staniki.

Więc nie lubiłam ich.

Gdyby nie wyćwiczony przez lata nawyk prostowania się, chodziłabym zgarbiona, żeby je ukryć.

Ale biust Soniji był o wiele większy od mojego, a ona chyba wcale nie nosiła staników.

Jakby jej nie przeszkadzało to, co się działo z jej biustem podczas podskakiwania, a często podskakiwała podczas mówienia.

Wręcz przeciwnie, nosiła poszarpany na brzegach, mocno wydekoltowany top bez rękawów nawet w środku zimy, a w sklepie miała na sobie mocno obcisłe, obszarpane na brzegach nogawek dżinsy i płócienne klapki na wysokim koturnie włożone na bose stopy.

Możliwe, ze ubierała się nieco grubiej, kiedy wychodziła na mróz, ale tego się na razie nie dowiedziałam, bo byłyśmy razem tylko w sklepie.

Ten zaskakujący wizerunek uzupełniało to, że Sonija była niezwykle energiczna, głośna, przyjacielska i nieco ekscentryczna w zachowaniu.

A na dodatek była bardzo radosna, hałaśliwie radosna.

Ale bez wątpienia znała się na swojej pracy, bo po zaledwie kilku zdaniach jakie wymieniliśmy, wiedziała, o co nam chodziło, znalazła nam idealne meble do obu mieszkań i zamówiła ich dostawę jeszcze tego samego dnia, a na dodatek poleciła nam miejsce, gdzie mogliśmy kupić pościel, ręczniki i wszystko to, co bywa potrzebne w kuchni.

Przy okazji tych zakupów zdecydowałam, że powinnam nauczyć się gotowania, bo mogło mi się to przydać w samodzielnym życiu.

Nie powiedziałam tego Sarze, bo uznałam to za śmieszne, ale też początkowo nie wiedziałam, jak się do tego zabrać.

Dopiero kiedy wracaliśmy do kondominium, wpadłam na pomysł, który przyszedł mi do głowy, kiedy zobaczyłam pewien bilbord z ogłoszeniem, stojący przy ulicy.

W Stanach były różne kursy, grupy wsparcia i inne miejsca, w których ludzie się spotykali, by pobyć ze sobą i pouczyć się od siebie, więc wystarczyłoby, żebym poszukała, a znalazłabym jakiś kurs gotowania, a w jego trakcie dowiedziałabym się od innych, jak radzić sobie nie tylko w kuchni.

Uważałam się za niezłą obserwatorkę, więc mogłabym uczyć się od innych nie wypytując ich ani nie zdradzając nic ze swojego życia.

Poradziłabym sobie z tym.

Kiedy Frank i Sara pomogli mi wnieść zakupy przydatnych rzeczy do mieszkania, podziękowałam im za pomoc, bo chciałam sama urządzić swoją sypialnię, a jednocześnie chciałam dać im trochę czasu na urządzenie ich mieszkania.

Postarałam się im to wytłumaczyć jak najlepiej, najdokładniej, bo najbardziej na świecie nie chciałam ich zranić.

Byli tacy kochani.

Prawda była taka, że w domu również sama urządzałam i sprzątałam swoją sypialnię, więc wiedziałam, że poradziłabym sobie i tu.

Następnego dnia otrzymałam adres do mojego nowego miejsca pracy i wskazówki dojazdu, a potem omówiłam z Frankiem i Sarą warunki, na jakich powinnam tam jeździć i stamtąd wracać, by oboje się o mnie nie martwili.

W biurze Opieki Społecznej poznałam następną ciekawą osobę.

Moja szefowa, Joanne, była niepowtarzalna, cudowna.

Była prawie dwa razy starsza ode mnie, ciepła i bardzo pogodna.

Miała jakieś metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, więc była niższa ode mnie i była zwykle ubrana niestarannie w luźne, nieforemne spodnie lub spódnice, a szarobure włosy zaczesywała codziennie w niechlujny kok na karku.

Ale to nie oznaczało, że była zaniedbana.

Po prostu było widać, że jej nie zależało na wyglądzie.

Za to stale się uśmiechała, zawsze potrafiła znaleźć pozytywną stronę każdej sytuacji i rozwiązanie tych trudnych.

Jej jasne, piwne oczy patrzyły zza drucianych okularów uważnie na każdego, chociaż łagodnie i miało się wrażenie, że poznaje w ten sposób każdy zakamarek duszy tylko po to, by go naprawić, jeśli by tego potrzebował.

Nie wykorzystać.

Po prostu czuło się jej dobroć.

Nie spotkałam nigdy wcześniej w swoim życiu kogoś takiego, więc rozpoznanie jej charakteru zajęło mi ponad tydzień.

A potem ją pokochałam.

Siedziałyśmy w dwóch sąsiadujących ze sobą pokoikach, które były małe i ciemne, bo nie miały okien.

Był jeszcze jeden taki pokoik, w którym za czasów mojej pracy tam nikt nie siedział, ale dowiedziałam się, że pracowała tam pewna kobieta, która była akurat na dłuższym urlopie.

Co było jednym z powodów, dla których byłam tam potrzebna.

W każdym z tych trzech pokoików stało małe biurko z komputerem i szafki z półkami, wypełnione książkami i dokumentami, a Joanne miała klucz do oddzielnego pokoju, a właściwie schowka, w którym były akta dzieci wymagających opieki.

I tak wszystko wprowadzałyśmy do komputerów i zapisywałyśmy w chmurze informacyjnej, należącej do Departamentu Socjalnego miasta Salt Lake City i stanu Utah.

Po drugiej stronie korytarza były jasne, duże pokoje pobytu tymczasowego i opieki dziennej nad dziećmi i rodzinami, które wymagały pomocy.

One miały okna.

Były urządzone jasno i kolorowo, wypełnione miękkimi meblami, pufami, kanapami i sofami, a na podłogach leżały miękkie dywany.

Po tamtej stronie był również pokój pedagoga, przy którym był urządzony pokój wyciszeń i przesłuchań, więc był on połączony przez lustro weneckie z innym, ciemnym pomieszczeniem, żeby można było obserwować przebywające tam dzieci.

Stopniowo przez te trzy tygodnie dowiadywałam się, na co brakowało pieniędzy, a na co nie, ale Joanne potrafiła doskonale nimi gospodarować, a miasto SLC miało niezły system dofinansowania opieki społecznej.

Nie wiedziałam, czego Joanne dowiedziała się o mnie z naszych nielicznych rozmów, ale traktowała mnie z macierzyńską czułością i delikatnością, jak te dzieci, które nagle zostały pozbawione przez los rodziców i trafiały do nas na kilka godzin, zanim odebrali je kuzyni lub rodziny zastępcze.

Nie wiedziałam też, czy powinnam się z tego cieszyć.

Nie rozmawiałyśmy o naszym życiu prywatnym, nie zwierzałam się jej, więc znała mnie jako Angielkę, Elizabeth Jonson, ale pozwalała mi przepisywać do komputera dane dzieci, które były poufne.

Chociaż byłam tylko stażystką z obcego kraju.

Pracowałam w biurze Opieki Społecznej od poniedziałku do piątku po cztery godziny dziennie, a potem jeździłam na godzinę do sklepu, biblioteki lub parku zależnie od potrzeby i pogody.

Kiedy przyjeżdżałam do pracy, Frank jechał za mną ich autem, później odjeżdżał do swoich zajęć i potem czekał na mnie, kiedy wychodziłam z pracy.

I jeździł za mną, dokądkolwiek się udawałam.

W bibliotece czy w parku ze sobą nie rozmawialiśmy, chociaż zwykle wiedział, że go zauważyłam, bo uśmiechałam się lub wykonywałam jakiś gest w jego stronę.

Nawet raz mnie później w domu za to zganił, bo uważał, że nikt nie powinien wiedzieć o mojej ochronie, czyli jego obecności.

W przeciwieństwie do Marka, zrobił to delikatnie.

Wydawało mi się natomiast, że lubił spędzać czas niedaleko mnie w bibliotece lub w parku (no, może tam mniej, bo było to na odkrytym terenie), chociaż nigdy tam nie bywał tak odprężony, jak zdarzyło mi się go widywać w salonie domku w Aspen.

Wieczorami odwiedzaliśmy się, a raczej ja odwiedzałam ich, bo spotykaliśmy się zwykle w ich mieszkaniu na kawę, kolację, film (bo kupili telewizor) i rozmowy.

Wtedy rozmawialiśmy.

Sara bardzo dużo pracowała nad wynikami moich spostrzeżeń dotyczących opieki nad dziećmi w Stanach, które jej przekazywałam ustnie lub z moich notatek, sporządzanych w ciągu dnia, ale również kontynuowała zwykłą pracę, jaką wykonywałaby w Anglii, tyle że robiła to online.

Radziła sobie świetnie.

Nie wyobrażałam sobie, jak mogła z tym pracować, zwłaszcza przez przesunięcie czasu o osiem godzin, jakie mieliśmy z domem.

Przekonałam się o tym, jakie to było uciążliwe, kiedy próbowałam zorganizować wieczór z książką online dla moich dzieci.

Mateczka Chloe napracowała się, żeby ich zebrać, a ja musiałam poświęcić na to sobotę, bo w tygodniu pracowałam akurat w tych godzinach, kiedy oni jeszcze mogli nie kłaść się do łóżek.

Zresztą to nie było żadne poświęcenie.

Czysta przyjemność.

Nadal, mieliśmy co robić.

I poznawaliśmy tutejsze zwyczaje.

A dwa tygodnie temu poznałam sąsiadów, którzy byli równie wyjątkowi, jak wszyscy ludzie poznawani przeze mnie tutaj, w Stanach.

Byli to Alek i Sam, para gejów mieszkających razem w naszym kondominium po przeciwnej stronie galerii niż ja.

Od nich dowiedziałam się, że nikt oprócz Dominika nie mówi na ten zbiór mieszkań „kondominium”, ale nazywają to po prostu „kompleksem mieszkalnym”.

W skrócie mówili kompleks.

I chyba bardziej mi to odpowiadało, bo było bliższe prawdy.

Spotkałam ich obu w sobotę, kiedy wychodziliśmy jednocześnie z naszych mieszkań, bo szłam do Sary na kawę i rozmowę.

Ich mieszkanie było po przeciwnej stronie patio niż moje.

Zaczepił mnie Alek wesoło machając przez całą galerię, która nas dzieliła i cicho pokrzykując do mnie Hej.

Wyglądało na to, że bardzo chciał mnie poznać, ale nie chciał mnie przestraszyć, bo uśmiechał się przyjacielsko i starał się być delikatny, chociaż promieniowała od niego energia, więc spodziewałam się w przyszłości bardziej energicznych powitań.

Kiedy im odpowiedziałam Hej i uśmiechnęłam się, natychmiast przeszedł na moją stronę galerii.

Alek przedstawił siebie i swojego partnera, mówiąc o nim „mój kochanek”.

Ja przedstawiłam się im tylko imieniem Elizabeth i od razu poprosiłam, by mówili do mnie Lisa.

Alek miał jasne, popielate, krótko obcięte i nieco potargane włosy, szare, patrzące szczerze oczy, miły, delikatny uśmiech i był niewiele wyższy ode mnie.

Wyczuwałam w nim delikatność pomieszaną z energią i dobroć.

Sam był blondynem, był wyższy od Aleka o jakieś dziesięć centymetrów i był potężniejszy w barach, a jego zachowanie było spokojniejsze, bardziej łagodne, jakby całkowicie w każdej chwili kontrolował swoje emocje.

W dniu naszego spotkania właściwie nie rozmawialiśmy, bo szliśmy w różne strony do naszych zajęć, ale umówiliśmy się na następny tydzień na lunch.

Dowiedziałam się, że Alek i Sam pracowali w butiku ich przyjaciółki, który był otwarty od wtorku do soboty włącznie, a czasem również w niedziele, więc chłopaki mieli co jakiś czas dzień wolny, żeby to wyrównać.

Zarabiali na siebie, sprzedając ubrania i dodatki do nich, więc to od nich zależało, ile czasu spędzali w sklepie.

Sam zajmował się logistyką, czyli zaopatrzeniem, wyposażeniem i dostawami, ale również pracami przy sprawnym funkcjonowaniu sklepu.

Alek zajmował się wystrojem i doborem rzeczy, które sprzedawali, więc również je wynajdywał w Internecie.

Ale tego wszystkiego dowiedziałam się już później.

Akurat w najbliższy poniedziałek Joanne dała mi dzień wolny, bym popracowała dłużej we wtorek i w środę, bo mieli jakieś wyjazdy, więc chętnie zgodziłam się na spotkanie z Alekiem i Samem, a nawet, kiedy opowiedziałam im o Sarze i Franku, „rodzeństwie” moich „znajomych” z Anglii, z którymi czasem spotykałam się na kawę, Alek zawołał:

- Cudownie. Zaproś ich również w naszym imieniu.

Mina Sama była wówczas bezcenna, a wiedziałam dlaczego, skoro sekundę wcześniej powiedzieli mi, że to Sam gotował i w ogóle zajmował się u nich kuchnią.

Zdecydowałam się na opowiedzenie im przy okazji najbliższego spotkania o moim kursie gotowania, na który uczęszczałam dwa razy w tygodniu, bo mogli mi podpowiedzieć coś do przygotowania na ten kurs.

W grupie było zaledwie sześć osób uczących się gotowania i przekonałam się, że wszyscy byli bardzo początkujący, dokładnie tak jak ja.

Dzięki temu nie czułam się niemądra i niezdarna, kiedy okazało się, że to nie tylko ja nigdy nie widziałam surowych batatów, nie obierałam cebuli lub… marchewki?

Ale zwykle ktoś z „kursantów” zadawał konkretne pytania, bo prowadzący zapowiedział nam, że bez nich nie będzie w stanie zorientować się, czego chcemy się nauczyć.

Więc pytaliśmy, a on odpowiadał i było super.

Już po tygodniu wiedziałam jak przygotować sobie prosty lunch lub śniadanie na ciepło, bo nigdy wcześniej nie robiłam sama sobie nawet owsianki z mikrofalówki.

Do czasu mojego spotkania w mieszkaniu u Aleka i Sama potrafiłam nawet ugotować sobie coś na kolację, bo dowiedziałam się, że tutejszym zwyczajem było jedzenie trzech dużych posiłków, czyli śniadania, lunchu i kolacji, a w ciągu dnia najwyżej czasem pijano kawę i objadano się ogromnymi ilościami słodyczy, głównie pączków.

Nadal nie polubiłam tutejszej kawy, ale szczęśliwie, kupiłyśmy z Sarą do obu mieszkań dwa ekspresy do kawy.

Kiedy poszliśmy z Sarą i Frankiem na ten lunch, obejrzałam mieszkanie Aleka i Sama, które było równie zadziwiające, jak jego właściciele.

I, po tej wycieczce, sądziłam, że to Alek zajmował się jego dekoracją, bo było ekstrawaganckie, ale ładne, jak on i jego stroje.

Całość była urządzona w stylu tradycyjnych Indii z utrzymaniem jaskrawej kolorystyki i złoconymi detalami, z niskimi stolikami i skórzanymi pufami do siedzenia, a naczynie, w jakim dostaliśmy zupę na lunch było porcelanowe, dopasowane do tego i piękne.

Sam przygotował dla nas chowder, zupę z małży, którą znałam już z innych moich podróży i bardzo lubiłam, ale to, że podana była z czosnkowymi grzankami wykonanymi własnoręcznie przez Sama i towarzystwo, które mieliśmy, sprawiło, że smak tego lunchu zapamiętam na długo.

Wyjątkowy.

Wspaniały.

Był to bowiem początek mojej nowej przygody z gronem przyjaciół, którego wówczas jeszcze nie poznałam, a o którym natychmiast przy tym pierwszym spotkaniu opowiadał nam Alek.

- Musicie poznać Evę - zawołał, kiedy opowiadaliśmy sobie wzajemnie o miejscach, jakie odwiedzaliśmy, o krajach, jakie widzieliśmy i obyczajach różnych ludzi z innych kultur - Ona pochodzi z Polski, ale jej akcent jest bardzo podobny do waszego. Jeździła po Europie i zna różne ciekawe miejsca nad Morzem Śródziemnym.

Moje zrelaksowanie wyparowało w jednej sekundzie.

Zamarłam.

Byłam pewna, że Sara wstrzymała oddech, ale niczego nie słyszałam, bo zadudniło mi w uszach.

Ponownie, po paru tygodniach spokoju, ogarnął mnie strach przed rozpoznaniem i przed koniecznością bycia księżniczką.

- Tak - powiedziałam w końcu nieswoim, zduszonym głosem, w którym wyraźnie brzmiał fałsz - Koniecznie muszę ją poznać.

- Tylko musisz pamiętać… - ciągnął ciszej Alek, jakby nie zauważył niczego dziwnego, ale jego ton stał się odrobinę bardziej napięty - że możesz ją znać z gazet, więc lepiej uzbrój się w spokój, żeby nie okazać zainteresowania i nie wypytywać jej. Eva wiele wycierpiała przez nachalność prasy. Teraz ma nowe życie, rodzinę i nie potrzebuje wracać do przeszłości.

Przez sekundę nikt z nas nic nie mówił.

- No, chyba, że sama ci coś opowie - dodał Alek nieco głośniej.

Właśnie w ten sposób Alek mi uświadomił, że nie byłam jedyną, która próbowała się ukryć ze swoim poprzednim życiem, uciekając do Stanów z Europy, a jednocześnie pomógł mi się zrelaksować, bo pokazał mi, że oni wiedzieli co to dyskrecja.

Dał mi przy tym znać, że inni też mają swoje tajemnice, a on nie zamierzał ich zdradzać.

Może nawet ugotowałabym kiedyś coś dla Aleka i Sama w rewanżu za ten lunch, który dla nas zrobili?

Od tamtego spotkania minęły dwa tygodnie, a my jakoś nie mieliśmy czasu ani okazji, żeby wyjść do baru, do którego Alek i Sam zapraszali nas na spotkania.

Nie byłam również nigdy w butiku, w którym pracowali.

Właściwie to główną tego przyczyną nie był brak wolnego czasu, ale brak chęci do rozszerzania grona znajomych.

Moich chęci.

Dopiero w mijającym tygodniu zaprosiłam ich oboje, Sarę i Franka, do siebie na kolację, którą przygotowałam z przepisu zdobytego na kursie gotowania, jaki wypróbowywałam na nich.

Wszystko było tak pyszne, że zaczęłam być na siebie zła, że nie zaczęłam się uczyć gotowania wcześniej.

To dawało tak dużo satysfakcji, kiedy mogłam poczęstować kogoś potrawą, którą sama przygotowałam i wszystkim smakowało.

Miałam być w SLC jeszcze przez jeden, ostatni tydzień, chociaż czułam, że nie dostałam wystarczająco dużo czasu na „nabranie dystansu” do siebie i mojego prawdziwego życia, nie poznałam celu swojego istnienia, sensu mojej bytności na tym świecie.

Nadal czułam się pusta, chociaż praca, którą tu wykonywałam, pomogła mi zrozumieć, że dotychczasowy projekt reformy opieki nad dziećmi, był moim hobby, prawdziwą pasją, więc być może to powinnam rozwijać.

Nie jakąś działalność charytatywną na dystans, ale realną pomoc dla dzieci, które straciły rodziców lub całe rodziny, którymi nikt się nie zajmował albo zajmowano się niewłaściwie.

Tak, lubiłam dzieci.

Chciałam pomagać dzieciom skrzywdzonym przez los.

Będąc księżniczką, mogłam robić więcej niż tylko prowadzić jeden dom zastępczy, więc powinnam wykorzystać swoje możliwości.

Tylko nadal jeszcze nie byłam pewna jak chciałam to robić.

I nadal nie wiedziałam, co powinnam zrobić ze swoim życiem prywatnym.

Wiedziałam tylko, że nie chciałam, by babcia wybierała mi męża.

Myślałam o tym, wykonując dość mechaniczną pracę przy przepisywaniu do komputera z luźnych kartek danych dzieci i spostrzeżeń, które poczyniły osoby kontrolujące w ten czy inny sposób rodziny starające się o adopcję.

Miałam wcześniejsze złe doświadczenia z wpisywaniem danych do komputera, albo raczej z utratą tego przez wyłączenia prądu, Internetu lub inne awarie, więc zapisywałam swoją pracę dość automatycznie co kilka minut.

Dochodziło południe i wiedziałam, że za chwilę Joanne wejdzie do mojego pokoju, by zapytać czy idę z nią na kawę lub lunch, bo zawsze tak robiła.

Nie jadałam lunchu tak wcześnie, a od kawy wolałam herbatę, ale bywały dni, kiedy wychodziłam do pokoju socjalnego z Joanne, by po prostu z nią pobyć, bo polubiłam ją chociażby za to, że nie plotkowała.

Właśnie kończyłam wpisywanie danych dotyczących pewnej jedenastolatki, kiedy zapukano do moich drzwi, a zaraz potem się otworzyły i Joanne wsunęła głowę do środka, by uśmiechnąć się i zapytać:

- Lisa, masz czas na przerwę? Poszłybyśmy na jakąś kawę, herbatę lub nawet może lunch.

Uśmiechnęłam się na jej macierzyński ton.

Joanne ciągle mi powtarzała, że za mało jadłam, chociaż nie jadałam mało, a po prostu nie jadałam przy niej.

Cóż ja mogłam poradzić na to, że w godzinach, w jakich tu pracowałam, nie bywałam głodna.

- Dobrze - odpowiedziałam jej - Zapiszę to i mogę iść, bo właśnie skończyłam pisać o Betsy.

Joanne wsunęła się bardziej do pokoju i spojrzała na mnie ciepło.

- Tak - zgodziła się - Cieszę się bardzo, że ta dziewczynka ma szansę na adopcję, chociaż jej dotychczasowa opiekunka, która się o to stara, nie jest młoda, więc będziemy musieli dobrze to opisać, by przekonać sędziego.

Wiedziałam o tym, bo właśnie zapoznałam się z smutnym życiem tej nastolatki, kiedy przepisywałam ją z ręcznych notatek do komputera.

A także z historią jej dotychczasowej mamy zastępczej, która przechodziła na emeryturę i starała się o jej adopcję.

Kiedy system wciąż jeszcze zapisywał się i zamykał, wstałam od biurka, zostawiając na nim resztę tekturowych teczek, zabrałam stamtąd moją torebkę i ruszyłam za Joanne, która ponownie wysunęła się przez drzwi, tym razem wychodząc na korytarz.

Szłyśmy nim obok siebie, rozmawiając o tych kilkorgu dzieciach, które przewinęły się przez nasze biuro w ciągu ostatnich tygodni.

Informacje, które ja wpisywałam, Joanne i inni pracownicy zdobyli w czasie wywiadów z rodzinami, które miały podjąć półroczny okres próbny, obowiązujący w przypadku adopcji nastolatków.

Przykładałam się do tej pracy, bo dla tych dzieci każdy dzień był ważny, jeśli tylko mogłyby wcześniej zamieszkać z ludźmi, którzy mogli dać im namiastkę prawdziwego domu o wiele lepszą niż rodzina zastępcza.

Może prawie prawdziwy dom.

Dlatego szłam na przerwę w pełni zadowolona z tego, że udało mi się przenieść do chmury informacyjnej wszelkie wiadomości, które były potrzebne, żeby Betsy miała dom stworzony dla niej przez kobietę, która ją pokochała.

Jeszcze jedno dziecko otoczone miłością.

Kiedy weszłyśmy do pokoju socjalnego, siedziała tam pani psycholog, młoda, ciemnowłosa kobieta, którą poznałam przelotnie na korytarzu, ale nigdy nie rozmawiałyśmy.

Przywitałyśmy się i zaczęłyśmy sobie robić z Joanne napoje - Joanne kawę, a ja herbatę - kiedy telefon psycholog zadzwonił, odebrała i natychmiast poderwała się z krzesła, mówiąc do nas nerwowo:

- Wiozą do nas dwójkę pobitych dzieci.

Zdarzało się to już wcześniej, więc wiedziałyśmy, że poszła przygotować dla nich pokój wyciszeń, żeby miały miejsce do odpoczynku, zanim porozmawiałaby z nimi, a Joanne zaczęłaby zbierać informacje, które pomogłyby ustalić do jakiej rodziny tymczasowej można by je przydzielić.

Ledwo usiadłyśmy z gotowymi napojami przy pudełku z pączkami, które Joanne kupowała w zastraszających ilościach, kiedy zabrzmiał sygnał alarmu pożarowego.

Ćwiczyliśmy już zachowanie w takiej sytuacji, więc wiedziałyśmy dokładnie ja postępować, a ja mogłam co najwyżej cieszyć się, że miałam przy sobie torebkę z telefonem, bo nie mogłabym wrócić po nią do biurka.

A na dodatek zapisałam efekty mojej pracy i zamknęłam system.

Wciąż jeszcze myślałyśmy, że to były ćwiczenia.

Ruszyłyśmy do wyjścia, zaglądając po drodze do mijanych pomieszczeń, żeby sprawdzić, czy nie było tam z nieznanych nam przyczyn jakiegoś dziecka lub kogokolwiek innego, kiedy zobaczyłam kłęby dymu dochodzące ze składziku gospodarczego, który był na drugim końcu korytarza.

W tej samej chwili przeszła obok nas psycholog z dwójką bardzo przestraszonych i posiniaczonych dzieci.

Była to dziewczynka około ośmiu lat i trochę młodszy chłopiec, którzy wyglądali na rodzeństwo.

Oboje przyciskali do piersi coś, co wyglądało na plastikowe torby z ich niezbyt dużym dobytkiem.

Cała trójka, wraz z psycholog, zdążyli wyjść przez drzwi na zewnątrz, kiedy w korytarzu od strony pomieszczeń gospodarczych pokazał się ogień.

- Lisa! - krzyknęła Joanne - Wychodzimy!

Od uruchomienia alarmu nie upłynęły nawet trzy minuty, ale już wszyscy opuścili pomieszczenia biura Opieki Społecznej i wiedziałam, że tak było również w przylegającej z nimi przez ścianę innej instytucji miejskiej.

Dotarłyśmy z Joanne do drzwi, wyszłyśmy i zobaczyłam grupkę osób w punkcie zbiorczym, który był tam wyznaczony na wypadek ewakuacji.

Wtedy nagle sobie przypomniałam, więc zatrzymałam się, pozwalając Joanne iść samej.

- Idź - krzyknęłam - Dogonię cię.

Natychmiast przycisnęłam torebkę mocniej do swojego boku i zawróciłam, chociaż słyszałam nawoływanie Joanne: Zatrzymaj się! Lisa, co robisz?

Musiałam, po prostu musiałam wrócić do mojego biurka, gdzie zostawiłam nie wpisane dokumenty, których utrata opóźniłaby adopcję czwórki dzieci.

Całej czwórki!

Nie mogłam na to pozwolić.

Kiedy otworzyłam drzwi, które zostawiłyśmy lekko uchylone, cofnęłam się na widok ognia buchającego w tylnej części korytarza.

Ogień szybko się rozprzestrzeniał.

Płomienie pełzały już po suchych, gipsowo kartonowych ściankach działowych niedaleko od drzwi do mojego  pokoju, po drzwiach ze sklejki i skąpych meblach.

Tuż obok drzwi wejściowych była mała toaleta, więc weszłam do niej w pośpiechu, by chwycić ręcznik, który szczęśliwie został tam przez kogoś porzucony, odkręciłam kran z zimną wodą i zmoczyłam go, jednocześnie ochlapując sobie spódnicę i bluzkę, ale nie przejęłam się tym.

Wypadłam na korytarz, przyciskając mokry ręcznik do twarzy i pobiegłam do swojego biura, a tam nie zawahałam się nawet sekundy, by złapać leżące na jego brzegu teczki i odwrócić się z powrotem do korytarza.

Wiedziałam, że musiałam uciekać.

W progu jednak zatrzymałam się i cofnęłam o pół kroku.

Było za późno.

Ogień rozprzestrzenił się nawet szybciej, niż się tego spodziewałam, więc dotarł już do ścianek działowych naprzeciwko drzwi do mojego biura.

Przyciskałam lewą ręką wciąż jeszcze mokry ręcznik do twarzy i czułam ciepłą wodę kapiącą z niego na mój brzuch, a prawą ręką przyciskałam do piersi teczki, które były takie cenne.

To były dzieci.

Musiałam wynieść te teczki!

Zebrałam całą swoją odwagę i, patrząc pod nogi, ruszyłam schylona przy nie palącej się ścianie w stronę otwartych drzwi wejściowych.

Kiedy dzieliły mnie od nich jeszcze ze trzy metry, może mniej, pociemniało mi przed oczami, zbrakło mi tlenu w płucach i zobaczyłam mroczki przed oczami.

Robiłam każdy kolejny krok z coraz większym trudem.

Pomyślałam - Nie dojdę!

Tak strasznie się bałam.

Wtedy, niczym mój Anioł Stróż, pojawił się wśród dymu i oparów strażak w pełnym umundurowaniu i z maską tlenową na twarzy.

Kiedy stanęłam, zachwiałam się, patrzyłam na niego nieprzytomnie i nie reagowałam, zdjął tę maskę, przysunął mi ją do nosa, obejmując mnie jednocześnie w talii i popychając mnie w stronę wyjścia.

Coś do mnie mówił, ale nic nie rozumiałam, bo to do mnie nie docierało.

Chociaż nie mogłam go zrozumieć, jedynym co czułam, była nieopisana ulga, że był tam.

2 komentarze: